Bankiet

Leniwie otworzył jedno oko.
Poraził go nieśmiały promień słońca, który wdarł się do środka przez szparę w zasłonach. Wtulił twarz w poduszkę, by się przed nim schować i przeciągnął się na łóżku. Pościel pachniała kwiatami. Chyba różami. Mruknął z rozmarzeniem, wspominając upojne chwile spędzone z właścicielką owych perfum. Pomacał na oślep materac, żeby sprawdzić, czy wciąż śpi przy jego boku. Niestety natrafił tylko na pogniecione prześcieradło. Szkoda, że tak szybko sobie poszła.

Sądził, że dał jej wystarczające powody, żeby przynajmniej została na śniadaniu. Konstant nie lubił jeść śniadania w samotności. Przyzwyczaił się, że zawsze ktoś mu wtedy towarzyszy. Jeśli nie któraś z jego ponętnych koleżanek, to ewentualnie Mika, albo Uriel, a kiedy znajdował czas na odwiedziny w rodzinnym domu – matka.
Jakby specjalnie na jego życzenie, gnuśną ciszę valowskiego poranka przerwało donośne pukanie do drzwi. Od razu rozbolała go głowa, przypominając o zabójczej dawce alkoholu, którą spożył poprzedniego wieczoru.
– Zwariowałeś, Michaelu?! – krzyknął wciąż wtulony w poduszkę.
– Z rozkazu milorda Enitharmon otwierać! – odpowiedział mu obcy głos, a pukanie przybrało na sile.
– Kogo?! – w pierwszej chwili jego mózg nie zarejestrował tej katastroficznej informacji, nadal pogrążony we wspomnieniach „różanej” kochanki.
– Milord Enitharmon, archanioł Gabriel żąda natychmiastowego spotkania!
Konstant zdobył się na heroiczne uniesienie głowy znad poduszki.
– Gabriel? Święta Rajska Inkwizycja? – parsknął krótkim śmiechem – Niezła próba, Michaelu! Ale chyba nie myślałeś, że dam się na nią nabrać?
W tym momencie drzwi ustąpiły pod ciężarem napierających na nie ramion. Oniemiały Konstant przyglądał się jak do jego mieszkania wpada czterech, chuderlawych aniołów służebnych w perłowosrebrzystych tunikach północnego rejonu Emanacji – Enitharmon. Wszyscy mieli jednakowo przycięte, kręcone włosy, a ich miny wyrażały skrajną desperację. Najprawdopodobniej, żeby dodać tej scenie większej dramaturgii, jeden z nich wymachiwał chabrową kopertą zalakowaną godłem Gabriela – kwitnącą lilią. Z początku Konstant myślał, że odgania się nią od jakiegoś natrętnego, latającego owada.
– Co się dzieje, do jasnej cholery?! – nie wytrzymał i w mgnieniu oka zerwał się z łóżka, nie zważając na brak ubrania.
Anielątka cofnęły się równocześnie i zbiły w bezwładną kupę, zasłaniając oczy rękami. Ten od koperty był chyba bliski omdlenia.
– Ja pierdolę, wy naprawdę jesteście z Enitharmon! – raczej stwierdził, niż zapytał.
W lesistym rejonie Vali, bastionie archanioła Michaela i najbardziej liberalnym zakątku Emanacji absolutnie nikogo nie dziwił, a tym bardziej nie przerażał widok nagiego mężczyzny. Pod względem obyczajowości i podejścia do spraw cielesnych mieszkańcy Vala znacznie różnili się od mieszkańców Enitharmon. Z tego powodu aniołowie z obu rejonów starali się siebie unikać. Nic dziwnego, że chorąży Anielskiej Armii Konstant, prawa ręka Michaela, nigdy wcześniej nie miał okazji przyjmować pruderyjnych gości ze snobistycznej północy!
– Nie, to nie może być prawda! – przygryzł wargę, w skupieniu obserwując zmieszanych emisariuszy – Przecież ja nie mam nic wspólnego z Gabrielem! No może poza tym, że wspieram Mikę w wymyślaniu o nim niewybrednych dowcipów. Aa! Więc o to chodzi! Przyszliście mnie aresztować?! Inkwizycja próbuje ukarać szyderców?! No panowie! Tylko spróbujcie się do mnie zbliżyć! – zagroził, sięgając po swój pozłacany rapier, beztrosko rzucony na komodę przy łóżku.
Wyciągnął ostrze z pochwy i pomachał nim przed nosami wystraszonych posłańców.
– Nie! Proszę nas oszczędzić! – pisnął anioł od koperty, zapewne przywódca tej niefortunnej eskapady – Niech pan weźmie pismo i pozwoli nam odejść w spokoju!
Wystawił drżącą dłoń, w dalszym ciągu zasłaniając oczy. Konstant pokiwał głową z politowaniem. Ciekawe czym są najbardziej zgorszeni: jego nagością, zoańskim rapierem, który używał zamiast emanacyjnego, ciężkiego miecza, czy też okazałym tatuażem na ramieniu. Wolał tego jednak nie rozstrzygać.
– A co odechciało wam się dalszych wycieczek po Vali i wyważania drzwi śpiącym obywatelom? – sprowokował, ale odłożył rapier na jego miejsce na komodzie.
Nie uzyskał odpowiedzi.
– Dawaj! – burknął więc zniecierpliwiony.

Anioł zrobił dwa kroki w jego stronę, sprawdzając przez palce, czy wreszcie się zasłonił. Niestety Konstant nie zamierzał wyświadczać im tej przysługi. Emisariusz wepchnął mu kopertę do ręki i jak na komendę cała czwórka rzuciła się do wyjścia. Prawie stratowali się w wąskim przejściu.
Chorąży chwilę stał bez ruchu, nie wierząc, że ta scena w ogóle miała miejsce. Chichotał nerwowo na wspomnienie zgorszenia chuderlaków z Enitharmon. Uszczypnął się nawet w ramię, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nadal nie śpi. Zabolało. A więc to nie sen. I jeszcze te wyrwane drzwi! Niby takie chucherka, a ile to ma siły!
Odłożył kopertę na komodę i odruchowo pomaszerował do łazienki – zimny prysznic wydawał się świetnym pomysłem po ciężkiej nocy i jeszcze cięższym przebudzeniu. Potem poszukał czystych ubrań w szafie i przed lustrem doprowadził włosy do porządku. Sięgały mu za łopatki i zazwyczaj wiązał je w niską kitkę u dołu karku. Miały niespotykany odcień blond, utworzony głównie przez brązowe refleksy w mocniejszym świetle zmieniające barwę na rudą. Limonowa zieleń jego oczu harmonijnie z nimi współgrała, jednocześnie przytłumiając złocisty kolor jego rzęs i brwi. Spiął włosy ciemną gumką i dopiero wtedy wrócił do pokoju.
Koperta nie zniknęła.
Drzwi się nie naprawiły.
Łóżko się nie pościeliło.
Słowem – dzień zapowiadał się ciężko! I to bardzo!
***
Jak najdłużej odwlekał chwilę złamania pieczęci. Najpierw wziął się za sprzątanie. Uważał bowiem, że jeśli zadba o porządek w swoim domu, będzie również prowadził uporządkowane życie. A na tym tak naprawdę najbardziej mu zależało. Jednakże, pomimo jego szczerych starań, jak na razie mógł powiedzieć o nim wszystko poza tym, że jest uporządkowane.
Jego mała kawalerka na trzecim piętrze valowskiej kamienicy składała się tylko z jednego pokoju, łazienki i kuchni. Pomimo, że nie narzekał na brak gotówki, nie potrzebował większego lokum. Przyzwyczaił się do swojego przytulnego mieszkanka, a poza tym ograniczona ilość pomieszczeń służyła jako dobra wymówka dla nazbyt gorliwych panien, które w miłosnym uniesieniu zapragnęły się do niego wprowadzić.
Konstant dużo inwestował w wystrój swojego jedynego pokoju, sprowadzając najpiękniejsze rzeczy z obu skłóconych państw – zoańskie: mosiądzowe ozdoby na komodę i półki z prowincji Tharmas, koronkowe firanki i atłasowe zasłony zwieńczone ażurowymi wykończeniami z prowincji Urthony, słynne obrazy z prowincji Urizen i w końcu ozdobną broń do powieszenia na ściany całkowicie wysadzaną kamieniami szlachetnymi z prowincji Luvah. Demoński przepych dopełniała emanacyjna, stonowana elegancja w postaci kolekcji kryształów z Enitharmon, hebanowych mebli z Vala, dywanów wytwarzanych ze strzyżonego futra ahańskich gryfów oraz wygodnej kanapy i żakardowych poduszek z Enionu. Nie bez kozery Michael nazywał go dzieckiem dwóch kultur!
Chociaż przez większą część swojej młodości, Konstant mieszkał z matką, właściwie już od czasów buntu Lucyfera prowadził w pełni samodzielne życie. Emanacyjna wojna domowa stanowiła moment zwrotny w jego skomplikowanych dziejach. Był wtedy zaledwie dziesięcioletnim dzieckiem; dzieckiem, które zmuszono zbyt szybko dorosnąć. Jego ojciec – podchorąży Ahirman opowiedział się po stronie Lucyfera, matka Idrael, jedna z członkiń szpiegowskiego oddziału pułkownik Amitiel, pozostała wierna prawowitym władzom, później służyła pod rozkazami Michaela. W powstałej zawierusze oboje rodzice po prostu o nim zapomnieli. Prawie stracił życie dla zabawy ścigany po valowskich bagnach przez żołnierzy Lucyfera. Miał szczęście natknąć się wtedy na Michaela, który w jego obronie stoczył nierówną walkę z rozbestwionym oddziałem i tym samym przeciwstawił się starszemu bratu.
Od tamtej pory niefrasobliwy, szalony generał Anielskiej Armii stał się dla Konstanta zarazem ojcem, przyjacielem i autorytetem. Wspólnie z marszałkiem Emanacji Urielem organizowali słynne imprezy, obficie zakraplane zoańskim alkoholem. Poza tym trójkę przyjaciół łączył pewien, nielegalny interes… Wykorzystując swoje kontakty w Zoa, zdobyte dzięki wygnanemu ojcu, Konstant zajmował się przemytem towarów z Zoa do Emanacji i na odwrót. Przemyt odbywał się na enionowskich statkach Uriela, zaś Michael dbał o zatuszowanie ewentualnych śladów całego procederu. Każdy z panów zyskiwał na tym niebagatelne sumy pieniędzy, ale nie był to najważniejszy powód działania przedsiębiorczego chorążego. Uwielbiał bowiem podejmować ryzyko, sprawdzać się w ekstremalnych sytuacjach, ukierunkowywać swoją niewyczerpaną energię do, jego zdaniem, pożytecznych celów. Podobało mu się, że uczestniczy we wzajemnym poznawaniu się dwóch zupełnie odmiennych i wrogich sobie kultur.
A propos ekstremalnych sytuacji… Chyba w końcu zajrzy do tej koperty! Usadowił się przy stole na krześle wyścielanym granatowym aksamitem z filiżanką urthońskiej melongi w jednej dłoni i paczką tharmasiańskich papierosów w drugiej. Upił solidny łyk ciemnofioletowego, gorącego napoju, a potem złamał pieczęć i wyjął uperfumowany list zdobiony wykwintną kaligrafią.
„Róża. Pachnie różą.” – pomyślał rozbawiony, wiodąc wzrokiem po charakterystycznym, drobnym piśmie zapełniającym zaledwie dwie linijki na kartce:

„Uprasza się anioła służebnego Konstanta o przybycie do Enitharmon w trybie pilnym w godzinę po otrzymaniu tego powiadomienia.
Milord, archanioł Gabriel.”

Konst zerknął na swój zegarek osadzony w szerokiej, skórzanej bransolecie. Godzina już dawno minęła. A poza tym ten Gabriel jest niepoważny! Nie da się w godzinę przebyć odległości z Vala do Enitharmon! Nawet na jego czarnym jednorożcu! Poza tym co za tupet, żeby tak nieskrępowanie nazywać go aniołem służebnym! Może to i prawda, ale nie bez powodu dorobił się tak wysokiego stanowiska w wojsku, był też bogatszy od niektórych przedstawicieli anielskiej arystokracji! I czego „milady lilia” sobie od niego życzy? Nie, to naprawdę musi być żart Michaela!
Z roztargnieniem zapalił papierosa.
Sytuacja wymagała przeprowadzenia dogłębnego śledztwa. Jeśli to dowcip Miki i na darmo pojedzie do Enitharmon drogi ojciec, przyjaciel i autorytet w jednym, gorzko tego pożałuje!
***
Nigdzie go nie ma!
Archanioł Gabriel krążył, jak szalony po korytarzach swojego pałacu i wypytywał wszystkie napotkane anioły, czy wreszcie pojawił się Konstanty!
Gabriel zdążył już przyznać się przed sobą w duchu, że ostatnio zbytnio uniósł się gniewem i niepotrzebnie na niego nakrzyczał, a co gorsza z hukiem wyrzucił biedaka z posady osobistego sekretarza. Niewątpliwie nie powie Konstantemu jak jest mu przykro z powodu swojego paskudnego zachowania i że serdecznie go za nie przeprasza. Po prostu przywróci go na zaszczytną funkcję, no może obieca podwyżkę, której również oczywiście dawać mu nie zamierza. Zwłaszcza, że tak skandalicznie się spóźnia! Palatyn lada moment przybędzie z inspekcją! Kto przygotuje dla niego powitalny bankiet?!
Owszem, gdzieś w odległych zakamarkach swojego narcystycznego umysłu, milord zdawał sobie sprawę, że to on powinien zająć się nadzorem obiadu dla Metatrona. W końcu tylko trzy razy w roku anielski przywódca odwiedza każdy z czterech głównych rejonów Emanacji, by skontrolować pracę swoich ministrów. Gabriel tym bardziej chciał dobrze wypaść, gdyż palatyn zmierzał do Enitharmon prosto z Enionu, od ministra administracji i marszałka dworu w jednym archanioła Uriela. Milordowi marzył się bankiet, który przyćmi wątpliwy, enionowski dostatek i uświadomi Metatronowi, że to on – minister kultury i dobrych obyczajów, bardziej zasługuje na stanowisko marszałka, niż ten pasożyt i krętacz Uriel! Problem w tym, że sam nie potrafił organizować bankietów. Sprawy formalne pozostawiał sekretarzowi Konstantemu. Pod pewnymi względami był bowiem osobą rozbrajająco niezaradną, ale tłumaczył się przed sobą, że przecież  zajmuje go jego kryształ, krzewienie kultury i dbanie o tradycyjne obyczaje zepsutych aniołów, a nie przyziemna codzienność!
Od rana zabrał się za rzeźbienie w krysztale – dłubał kielich specjalnie dla Metatrona. Chciał nim wywrzeć odpowiednie wrażenie, więc wyjątkowo przyłożył się do pracy. Wysłał też rozkaz do Konstantego, żeby jak najszybciej zjawił się w pałacu. Gabriel sądził, że sekretarz wie, czego od niego oczekuje i gdy tylko wyjdzie ze swojej pracowni, zastanie przygotowania w zaawansowanym toku! Nie dość, że Konstanty nie zareagował na pisemny rozkaz, to jeszcze przyjaciele milorda:  mag Razjel, śpiewaczka Izrafel i ogrodnicza Tubiel bezradnie rozłożyli ręce na wieść o zbliżającej się katastrofie. Razjel pisał powieść i burkliwie oświadczył, że jest ostatnią osobą, która zna się na organizowaniu bankietów, a poza tym w ogóle nie ma ochoty podziwiać wdzięków Metatrona. Tubiel akurat testowała magię przyspieszającą wzrost kwiatów. Konspiracyjnym szeptem nakazała mu się oddalić, bo rozprasza jej mentalne skupienie i boi się, że osiągnie skutek odwrotny do zamierzonego. Izrafel natomiast przygotowywała występ Anielskiego Chóru specjalnie na powitanie palatyna. Warknęła, że nie ma czasu na głupoty i przystąpiła do strofowania śpiewaków z Chóru.
„Pieprzeni artyści! Czy oni nie rozumieją, że jak teraz damy plamę, nasze przywileje się skończą?! Może nawet Metatron zwolni mnie z funkcji!” – gorączkował się, po raz szósty okrążając kryształową rzeźbę przystojnego mężczyzny w negliżu, ustawioną w głównej sali pałacu.
Strasznie się ekscytował przy jej tworzeniu i uważał za jedno ze swoich najlepszych dzieł. Teraz jednak nie poświęcił kryształowemu narzeczonemu nawet krzty swojej uwagi. Kiedy przestał się wściekać na przyjaciół, do jego myśli znowu powrócił ten plugawy zdrajca Konstanty! Taki mu piękny rozkaz wysłał! Perfumował papier, nawet ozdobne wzorki wykaligrafował! Zajęło mu to cenną godzinę w napiętym harmonogramie dnia! A tu taka niewdzięczność! Konstanty kompletnie nie docenił jego starań!
Podczas siódmego okrążenia zaczepił go służebny anioł z jego gwardii. Gabriel zauważył go już jakieś dziesięć minut temu, jak się w sobie zbierał, żeby uczynić nieśmiały krok w jego kierunku. Wyglądał, jakby decyzja, żeby podejść do milorda kosztowała go solidną, psychiczną torturę. Jego widoczne przerażenie znacznie poprawiło archaniołowi humor. Dobrze, że chociaż wciąż się go boją te pokraczne ofermy!
-Tak? – zapytał wyniośle – Streszczaj się!
-Przybył wzywany przez pana anioł służebny…
-Nareszcie! Osobiście go wypatroszę! Gdzie jest ten patentowany osioł?!
-W pańskim gabinecie…
Milord błyskawicznie zawrócił i pognał we wskazaną stronę.
***
Anioł.
A może demon?
Nie, uszy ma anielskie!
Ale ten strój, te maniery!
Gabriel zastygł na progu swojego gabinetu, jak wrośnięty w ziemię. Wśród jego fatałaszków, kwiatowych kompozycji, kryształowych ozdób i półek uginających się pod ciężarem książek siedział podejrzany typ. Ale żeby tylko siedział – na przykład na krześle! Nie! On akurat musiał usadowić się w jego fotelu przy jego orzechowym biureczku i co gorsza oprzeć nogi o blat!
Gabriel nie mógł dostrzec twarzy intruza, bo zasłaniał ją otwarty album o kaligrafii, na którym wcześniej milord wzorował się przy upiększaniu rozkazu dla Konstantego. Za to doskonale widział smukłe palce nieproszonego gościa, przytrzymujące ciężką oprawę książki. Na serdecznym palcu lewej dłoni połyskiwał mu szeroki, srebrny sygnet z małym kamieniem lapis – lazuli, a na nadgarstku tarcza zegarka oprawiona w skórzaną bransoletę. Jednak najbardziej oburzyły go jego typowo zoańskie oficerki! W związku z pozycją, którą tak bezczelnie przybrał, milord mógł dokładnie się im przyjrzeć. Były ciemne, skórzane, przy samym kolanie i na kostce zdobione szerokimi sprzączkami. Znikały w nich przylegające spodnie w kolorze połyskującej czerni łamanej ciemnym fioletem. Spinał je pasek z posrebrzaną sprzączką, od której odchodził łańcuszek z drugiej strony doczepiony do szlufki.
Nagle intruz odłożył album i spojrzał prosto na niego. Gabriel poczuł gorąco rozlewające się po całym ciele, a na domiar złego serce niebezpiecznie mu przyspieszyło, zrywając się do gwałtownego galopu. Spojrzenie jasnozielonych oczu nieznajomego dosłownie go poraziło. Zwłaszcza, że te oczy były zamknięte w przystojnej, do bólu męskiej twarzy. Milord ocenił, że ma może nieco zbyt nieregularne rysy, ale paradoksalnie wydłużony, charakterystyczny nos i szerokie czoło dodawały mu zadziornego uroku. A długie, rudo – blond włosy całkowicie rekompensowały te małe niedostatki! Gabriel zapragnął zanurzyć w nich dłonie, by przekonać się, że są tak miękkie i gęste jak sobie wyobraża… Zamiast tego odruchowo poprawił swoje mocno falowane kosmyki i zalotnie odrzucił je na plecy.
Nieznajomy w zaintrygowaniu uniósł lewą brew. Przez jego wąskie usta przemknął cień szyderczego uśmiechu.
-A więc to ten wzór. – odezwał się pierwszy głębokim, w mniemaniu archanioła, absolutnie zmysłowym głosem – Podziwiam wykonanie, mnie by się nie chciało.
-Że co? – wcześniej milord był po prostu rozkojarzony, teraz już kompletnie zdębiał.
-Wzór. Na liście.
Anioł zdjął nogi z biurka i popchnął w jego stronę album otworzony na konkretnej stronie. Położył na niej chabrową kopertę, którą Gabriel od razu zidentyfikował jako tę wysłaną Konstantemu. Z niedowierzaniem podszedł do biurka i lepiej przyjrzał się listowi. Rozpoznał swoje pismo.
– Co to ma znaczyć?! – w głowie milorda zrodziło się podejrzenie, że ma do czynienia z zamachowcem nasłanym przez jego wrogów – choćby przez Uriela, albo przez tego pajaca Michaela! – Skąd masz pismo przeznaczone dla mojego sekretarza?! Gdzie on teraz jest?! Zabiłeś go?!
Wtedy jego wzrok padł na broń przyczepioną do pasa intruza. Demoński rapier!
Przejęty Gabriel zakrył usta dłonią.
– O, nie! Jesteś szpiegiem demonów! Czego oni mogą ode mnie chcieć?! Ja nie popieram integracji zoańsko- emanacyjnej, wszelkie pretensje proszę żywić w stosunku do Metatrona!!! Mój sekretarz w ogóle nic nie wie na temat polityki, więc jeżeli przetrzymujesz go w jakimś mrocznym miejscu, natychmiast go wypuść!
Domniemany zamachowiec zamrugał z dezorientacją i parsknął śmiechem.
-Nie jestem szpiegiem demonów, zwyczajnie lubię nosić się po zoańsku. Nie wiem też nic o jakimś sekretarzu. Dziś rano kilku znerwicowanych posłańców obudziło mnie, wyważając drzwi do mojego własnego mieszkania! Dali mi ten rozkaz i uciekli. Wzywałeś – oto jestem! Rozkazuj, milady! – lekko szyderczy, łobuzerki uśmiech nadał jego twarzy niespodziewanie przyjaznego wyrazu.
– Tylko nie milady, ty nadęty gburze! – wyrzucił z siebie, jak wulkan lawę.
– Ale ty naprawdę jesteś milady! Nigdy nie miałem okazji zobaczyć cię z bliska, ale teraz widzę, że opowieści o twojej kobiecej urodzie nie są bynajmniej przesadzone!
– Jakie „cię”?! Jakie „twojej”?! Jestem milordem Enitharmon, archaniołem! Masz się do mnie zwracać per „panie”, ewentualnie „milordzie”!
– A nie może być milady?
– W żadnym wypadku!!!
– Proszę! Sprawisz mi tym przyjemność!
– Drwiny sobie ze mnie robisz?! – Gabriel czuł, jak ze zdenerwowania pulsuje mu żyła na szyi.
– O! A jednak wbrew obiegowym opiniom, jesteś spostrzegawczy!
– Zabiję cię!
– Nie mogę się doczekać aż spróbujesz! Rzucisz się na mnie z tymi wypieszczonymi paznokciami, czy też zamierzasz mnie pogryźć tymi bielutkimi ząbkami? Lepiej nie używaj pieści, całkiem prawdopodobne, że połamiesz sobie palce…
Nieznajomy roześmiał się na widok jego rozwścieczonej miny, swobodnie odchylając się w fotelu. Miał na sobie rozpiętą skórzaną kurtkę z patkami na ramionach i sprzączkami przy rękawach, spod której wystawały mankiety białej, zoańskiej koszuli rozchełstanej na piersi.

Gabriel wziął kilka głębokich oddechów, żeby choć trochę się uspokoić. Pomogło. Minimalnie.
– Otóż wyobraź sobie, prostaku, że nie muszę używać wobec ciebie pięści! Wystarczy, że odpowiednio potraktuję cię moją magią snu i będziesz na kolanach błagał mnie o litość!
Zmierzył go figlarnym spojrzeniem.
– Gdybyś naprawdę był kobietą, to może i bym cię błagał. Na kolanach. Długo i bardzo namiętnie…
Milord poczerwieniał na twarzy, tym razem już nie ze względu na swoje wzburzenie….
Intruz skręcał się ze śmiechu.
– Ależ ty jesteś pocieszny, milady! Nie wytrzymam!
– Ja też zaraz tego nie wytrzymam! Wynoś się stąd, bo za siebie nie ręczę!
– A co z moimi rozkazami? – pomachał mu kopertą przed nosem – Poza tym żądam rekompensaty za wyważone drzwi! Tak, milady, twoi słudzy, wyważyli mi drzwi! Nie zapominaj o tym! A poza tym pofatygowałem się tutaj z samej Vali!
– Aaa!!! – zrozumiał Gabriel – Jesteś z Vali?! To wiele wyjaśnia! Pokaż to pismo!
Archanioł wyrwał mu list z ręki i przeczytał. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę się pomylił! Zwykła literówka!!! Napisał: Konstanta! Konstanta, zamiast Konstantego! Aż tak skupił się na kaligrafii, że nie uważał przy wypisywaniu rozkazu!
-Drogi panie, to pomyłka. – powiedział wreszcie do zniecierpliwionego nieznajomego – Chodziło o mojego sekretarza Konstantego. Zbieżność imion… A jak konkretnie brzmi twoje?
-Konstant. Jestem chorążym Anielskiej Armii. – przedstawił się ze zrezygnowaniem i zaczął zbierać do wyjścia.
-Chwileczkę! – Gabriel zastąpił mu drogę – Skoro się już tutaj znalazłeś, mam dla ciebie zadanie!
***
Nie zdawał sobie sprawy, że archanioł Gabriel jest aż takim indywiduum! Michael zwykł opowiadać o nim niestworzone historie i do tej pory Konstant uważał, że są mocno ubarwione. Tymczasem „milady” rzeczywiście ubiera wzorzyste tuniki, co tradycyjnie w Emanacji przypisywano kobietom, bez większego powodu wpada w gniew i zdecydowanie nie przebiera w słowach! Pomimo niewątpliwie porażającej urody, miał w sobie coś na tyle rozbrajającego i irytującego zarazem, że po chwili onieśmielenia jego wdziękiem, zapominało się o tym jak jest piękny. W trakcie ich burzliwej rozmowy Konstant winą za ten stan rzeczy obarczył jego wręcz niesamowitą mimikę. Każdą swoją wypowiedź ilustrował adekwatną miną i jeszcze przy tym wymachiwał rękami! Chorąży wpatrywał się w niego z zaintrygowaniem osoby podziwiającej nadprzyrodzone zjawisko. Najbardziej zdziwiło go jednak, że było to zaintrygowanie całkiem przychylne, nawet może nieco zbyt frywolne…
To pewnie wina wyglądu Gabriela i tej jego wzorzystej turniczki! Brakowało jej tylko tradycyjnej stójki i haftek pod szyją, żeby w stu procentach mogła uchodzić za kobiece wdzianko! Była koloru chabrowego, inkrustowana perłowosrebrzystymi wzorami rozłożystych kwiatów osadzonych na długich, poskręcanych łodygach. Na wysokości talii ściągała ją  karminowa, marszczona szarfa, kolorystycznie dobrana do okrągłego kolczyka z koralu w lewym uchu archanioła.

Gabriel
Wydawało mu się, że taki wykwintny arystokrata, jak Gabriel nosi więcej biżuterii na wzór palatyna Metatrona, który do przesady obwiesza się łańcuszkami i diamentami. Mile zaskoczył go więc ten widoczny minimalizm milorda.
– Proszę zejść mi z drogi. – powiedział chłodno, spoglądając prosto w bystre, chabrowe oczy Gabriela.
Jego policzki pokrył pąsowy rumieniec. Konstant nie za bardzo rozumiał, dlaczego co chwila tak mieni się na twarzy, ale także bardzo go to bawiło.
– Co ci się stało, milady? Masz gorączkę? – zaatakował, a Gabriel od razu ironicznie prychnął, tracąc poprzedni, pąsowy kolor.
Dla odmiany – zbladł.
– Sugerujesz, że to ty mnie tak rozpalasz, panie chorąży? – zripostował złośliwie.
Nawet nie przyszło mu to do głowy!
Chociaż w Emanacji panowała moda na związki tej samej płci, nigdy nie próbował zaznawać przyjemności z mężczyznami. Po prostu wolał kobiety. Cieszył się nawet sławą niepoprawnego uwodziciela.
Jeszcze raz uważniej przyjrzał się archaniołowi. Urodziwa, kapryśna twarzyczka, długie, jasne włosy splecione w luźny warkocz, kuszące, małe usteczka… Czy tak powinien wyglądać mężczyzna? I to jest zapewne powód, dla którego zaczyna traktować go, jak uroczą kokietkę – bardzo błyskotliwą, bardzo upartą i bardzo przewrotną… Bezwzględnie w jego typie!
„Stop! Konstant, opanuj się!” – pomyślał ostrzegawczo i posłał milady łobuzerski uśmiech.
-Nie śmiem posądzać się o takie zdolności!
-Czyżby? Na skromnego nie wyglądasz!
-Pozory mylą, milady!
-Tylko nie milady! Mówiłem ci! A zresztą mam teraz bardziej palące problemy, niż twoja arogancja, valowski awanturniku! – archanioł nagle zmienił ton z zalotnego na poważny i skrzyżował ramiona na piersi.
Konstowi nie spodobał się przemądrzały wyraz jego twarzyczki. Patrzył na niego, jakby właśnie zamierzał wrobić go w jakiś podejrzany interes…
– Otrzymałeś rozkaz, co prawda nie jesteś moim sekretarzem i co prawda pochodzisz z Vali, a anioły z tego rejonu słyną z opieszałości i lenistwa, ale niestety nie mam innego wyboru!
– Mianowicie w czym?
Gabriel zaczął przechadzać się po pomieszczeniu, wciąż zakładając ramiona na piersi. Próbował wywrzeć na nim odpowiednie wrażenie, przygotować do zapierającej dech w piersi wiadomości… Konstant powstrzymał się przed sarkastycznym komentarzem, określającym go mianem teatralnego komedianta. Milady straciłby wtedy ochotę do zwierzeń, a bądź co bądź, Konstant robił się coraz bardziej ciekawy, jakie to ważne powody skłoniły Gabriela do szukania pomocy u swojego sekretarza. Pozwolił mu więc stroszyć piórka do woli!
– Późnym popołudniem przybędzie tutaj palatyn. Ktoś musi przygotować dla niego powitalny bankiet i obiad!
– I?
– I to jest właśnie twoje zadanie!
– A dlaczego nie zajmiesz się tym osobiście? To chyba twój obowiązek jako milorda Enitharmon!
Oblicze archanioła pociemniało ze złości, a potem nagle rozjaśnił je szeroki uśmiech. Konstant z niedowierzaniem pokręcił głową. Co za huśtawka nastrojów!
– Widzisz?! Można? Można! Nazwałeś mnie milordem!
– Wybacz, milady! Nie wiem jak mam cię przepraszać!
Archanioł zmrużył oczy, wpatrując się w niego wzrokiem rozsierdzonego węża. Znowu pulsowała mu żyła na szyi. To podsunęło Konstowi pewien perfidny pomysł. Zbliżył się do niego, złapał za prawe ramię i nim komicznie skonsternowany Gabriel zdążył zareagować wtulił twarz w jego szyję i delikatnie ugryzł w miejscu wyeksponowanej żyły. Trwało to może sekundę, ale milord zdążył zarumienić się, jak wiśnia, a Konstant poczuł, że pachnie różą – jak kartka z rozkazem i jak jego poranna pościel… Nie spodobał mu się ciąg tych skojarzeń, więc szybko puścił ramię Gabriela i cofnął się o krok na bezpieczną odległość.
– Zatem tak wyglądają twoje przeprosiny? Przyjmuję. – wycedził archanioł, bezskutecznie próbując przywołać beztroski uśmiech na kapryśne usteczka – wciąż był wyraźnie zszokowany.
Niespodziewanie wywołało to w chorążym uczucie bałwochwalczego samozadowolenia.
– Nie może być inaczej! – arogancko wzruszył ramionami – Ale ponawiam moje pytanie. Dlaczego sam nie przygotujesz bankietu?
– Bo to ty go przygotujesz, obrzydliwie pewny siebie aniele służebny z Vali! Mam taką zachciankę! Jak się przyłożysz  do tej pracy zastanowię się, czy zatrudnię cię na stałe!
– A co z tego będę miał? Poza dogłębną satysfakcją sprawiania ci przyjemności oczywiście? – zadrwił.
– Och, to zależy o jakim rodzaju przyjemności mówisz… I jak jesteś dobry w jej dawaniu…
Zadziorny błysk w chabrowych oczach milorda wywołał jego śmiech.
– Dobra, dobra, chytrusie! Podaj swoją cenę, a urządzę ci bankiet!
Archanioł ciężko westchnął. Najwidoczniej nie należał do najbardziej szczodrych arystokratów w Emanacji! Pokręcił się trochę po gabinecie i w końcu wyjął kluczyk z zakamarków tuniki. Przekręcił go w zamku pierwszej szuflady biurka, wyciągnął z niej papier i pióro i na stojąco skreślił kilka słów na kartce. Konstant zauważył przy tym, że jest leworęczny.
– Hej, tylko mi tam czegoś nie kaligrafuj! Mamy mało czasu, żebym zajął się twoim bankietem, jeżeli oczywiście podasz rozsądną cenę…
Gabriel posłał mu nieprzeniknione spojrzenie i przesunął kartkę w jego stronę. Konstant aż zagwizdał z wrażenia. 10.000 cassiellonów! Cassiellon był banknotem o najwyższym nominale; jego nazwa wzięła się od imienia poprzedniego palatyna – Cassielle. Konstant zarabiał tyle, kursując po kilka razy statkami Uriela pomiędzy Emanacją a Zoa. Narażał się przy tym na ogromne niebezpieczeństwo. A tu proszę! 10.000 cassiellonów za jeden bankiet!
– Zgadzasz się? – zapytał milord lodowatym tonem.
– To nie jest jakiś podstęp? – nachmurzył się na przemian spoglądając na kartkę i na archanioła.
– Jeżeli się nie zgadzasz, wyślę posłańców po Konstantego. – Gabriel zabrał się za wypisywanie następnej kartki.
– Czekaj! Zgadzam się…
Długo potem zastanawiał się, co go skłoniło do podjęcia tej brzemiennej w skutkach decyzji. Niebagatelna suma pieniędzy, zapach róży, którym przesączono papier, pulsująca żyła na szyi milady, czy też jego nienasycona żądza przygód, połączona z miłością do ryzyka?
Pewnie wszystko po kolei.
Gabriel uśmiechnął się słodkim uśmiechem pełnym niezdrowego triumfu. Nawet nie starał się go ukryć.
– Więc podpisz!
Konst wziął od niego pióro i złożył swój zamaszysty podpis.
– Jeśli planujesz mnie okantować, milady, wiedz, że nie ujdzie ci to na sucho! – powiedział twardo, spoglądając archaniołowi w oczy.
Przebiegły uśmieszek nie schodził mu z ust.
– A jeśli mój bankiet się nie uda, wepchnę ci 10.000 cassiellonów do gardła!
***
Następnego dnia w godzinach porannych do ledwo naprawionych drzwi Konstanta, zapukał posłaniec w perłowosrebrzystej, enitharmońskiej tunice.
Na szczęście chorąży był już na nogach i jadł śniadanie w towarzystwie nowej kochanki.
Posłaniec przyniósł pieniądze. I chabrową kopertę.
Konstant spodziewał się podziękowań za tak świetnie zorganizowany bankiet, może nieco zalotnej ironii, ale na pewno nie tego:

Uprasza się anioła służebnego Konstanta o przybycie do Enitharmon w trybie pilnym w godzinę po otrzymaniu tego powiadomienia.
Milord, archanioł Gabriel.”

KONIEC

Tekst: Magdalena Pioruńska

Ilustracje: Julita Mastalerz

więcej prac autorki na stronie: http://joolita.deviantart.com/

0 thoughts on “Bankiet

  1. Mimo, iż fantastyka nie jest formą literacką za która przepadam, to jednak dałam szansę i wczytałam się w to opowiadanie. Bez dwóch zdań muszę przyznać, że zostałam wciągnięta w historię Konstantego. Zachęcam do lektury nawet tych co tak jak ja nie gustują w owych gatunkach. Według mnie najważniejsze jest to, aby tekst był ciekawy, zabawny i dramatyczny, a to opowiadanie zdecydowanie posiada te 3 ważne dla mnie cechy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *