Wezwanie – część 1

1

Dzień po swoich szóstych urodzinach Jake Wonder wymknął się z domu, by w ogrodzie pobawić się kauczukową piłeczką, którą dostał od kolegi z sąsiedztwa. To był zdecydowanie najtańszy prezent, jaki otrzymał, ale idealnie wpasował się w jego niespokojną naturę. Zużywał o wiele więcej energii niż zdalnie sterowany samochodzik, który podarowali mu rodzice.

Było wcześnie, za płotem zraszacz pracowicie nawadniał trawnik, w oddali szczekał wyprowadzany na spacer pies. Jake stanął przy samym płocie i zrobił dokładnie to, czego zabronili mu rodzice, kiedy pokazał im swoją nową zabawkę: odbił ją od stromo opadającego dachu ich domu. Bam. Zgrabny chwyt. Bam. Piłeczka odbiła się od krawędzi dachówki i tym razem Jake musiał puścić się biegiem, żeby ją złapać. Bam. W oknie pokazała się głowa mamy. Przyjrzała mu się i samymi wargami przekazała, że za pięć minut ma przyjść na śniadanie. Okej. Bam. Głowa zniknęła. Bam. Ten rzut był odrobinę za mocny. Jake podskoczył, lecz piłeczka tylko musnęła palce i wyskoczyła na ulicę.

Reguła Numer Jeden: nigdy nie wychodź sam za ogrodzenie. Nigdy nie wiadomo, kto się tam może czaić. Nigdy.

Jake rozejrzał się po rozespanej jeszcze ulicy. Z lewej strony szedł pan Bellamy spod 1104, niosąc reklamówkę ze świeżym pieczywem. Przez krótką chwilę Jake rozważał – na wypadek wychylenia się zza rosnących po drugiej stronie krzaków rasowego zboczeńca, przed którym ostrzegali i rodzice, i telewizja – zabranie ze sobą leżącego na trawniku kija baseballowego, decydując jednak wreszcie, że wystarczy mu nożyk wypychający prawą kieszeń jego dżinsów. Otworzył bramkę, przebiegł przez pustą ulicę i chwycił odbijającą się jeszcze od asfaltu piłeczkę.

Kątem oka zauważył zatrzymującego się pięćdziesiąt metrów dalej brązowego Dodge’a i wysiadającego z niego mężczyznę w błękitnej koszulce polo. Odwrócił głowę. Pan Bellamy przechodził właśnie pod ogrodzeniem jego domu.

Z piłeczką bezpiecznie schowaną w lewej kieszeni spodni, Jake popędził do bramki. Na chodniku zatrzymało go jednak niespodziewane uczucie, które zapłonęło jasno i momentalnie opanowało go zupełnie. Złość. Gniew. Furia. Bez kierunku, bez przyczyny, bez punktu zaczepienia. Jego oczy skoncentrowały się na najbliższym obiekcie, na pogwizdującym z reklamówką w dłoni panu Bellamym. Ale nie, już nie pogwizdującym, bo melodia którą raczył siebie i otoczenie nagle się urwała. W jego oczach błyszczało dokładnie to, co w oczach Jake’a.

Bellamy, bez jednego słowa ostrzeżenia, zamachnął się na syna sąsiadów. Jake zrobił zgrabny unik i cofnął się o dwa kroki. Jego instynkt wrzeszczał, żeby wiać, brać nogi zapas, spadać z miejsca, w którym oszalały dorosły zamierzał się na jego życie. Stał jednak twardo, malutkie piąstki tańczące, jak uczył go tata, na wysokości twarzy. Kierowała nim inna siła. Bellamy rzucił swoje zakupy na chodnik. Jedna z bułek potoczyła się po nim i zatrzymała na wlocie studzienki. Uderzenie Bellamy’ego było silne i precyzyjne. Chłopak zachwiał się i upadł ze złamanym nosem. Bellamy kucnął i wzniósł rękę, by dokończyć dzieła.

Za jego plecami mężczyzna w niebieskiej koszulce w zadumie kopał pień drzewa. Nieobecny myślami, nucił piosenkę, którą od dwóch tygodni katowała swoich słuchaczy lokalna radiostacja. Zwariowałem, zwariowałem, zwariowałem, powtarzał sobie w przerwach pomiędzy kolejnymi refrenami. Zwariowałem. Kopał coraz mocniej, aż ostatnie kopnięcie puściło przez jego ciało ostry, błękitny promień bólu. Otrzeźwiał. Otrzeźwiał i zobaczył scenę, która postawiła temat jego zdrowia psychicznego w zupełnie nowym świetle.

Jake, z pięścią wiszącą nad jego głową, przypomniał sobie o swoim nożyku. Zdołał wepchać dłoń do ciasnej kieszeni, ale zanim zdążył wyciągnąć broń, pięść spadła. Spadła i uderzyła w płytę chodnika, bo Jake zrobił następny unik. Posiadanie ojca boksera-amatora miało tę zaletę, że ten potrafił nauczyć, kiedy przechylić głowę i jak to zrobić, by przeciwnikowi nie udało się tego przewidzieć. Bellamy nie wydał z siebie nawet jęku, choć kostki jego palców zostały zdarte do kości. W milczeniu, z konsekwencją filmowego Terminatora, przygotował się do następnego ciosu. Tymczasem Jake wyrwał z kieszeni nożyk i gwałtownym ruchem podniósł się, wbijając go w splot słoneczny Bellamy’ego. Ten kwiknął jak prosię, zwalił się na bok i znieruchomiał.

Znieruchomiał także mężczyzna w niebieskiej koszulce. Rezultat walki był dla niego tak zaskakujący, że mógł tylko stać i gapić się, jak chłopiec zbiera się, ociera o nogawkę ostrze noża i kopie zwłoki.

– Jake! – wrzasnęła z progu Janine Wonder. W jej głosie był przestrach, ale końcówka sylaby już pobrzmiewała złością. Zbiegła po schodach i podniosła zostawiony przez Jake’a kij. Przybrała pozycję zawodowego odbijającego, z palcami pewnie oplatającymi węższy koniec pałki, jakby czekała na rzut, skupiona, z przygiętymi kolanami i lekko przygarbiona. Kołysała się nieznacznie.

Ze świeżą krwią na jasnych dżinsach, Jake przeszedł przez bramkę. Jego nożyk połyskiwał w porannym słońcu.

Mężczyzna w niebieskiej koszulce puścił się do swojego samochodu, gdzie w schowku na rękawiczki trzymał mały, babski (jak pogardliwie określił go sprzedawca w sklepie z bronią, gdzie w napadzie strachu po rozboju, jakiego był ofiarą, go kupił) pistolet. Znalazł go, upuścił na chodnik, podniósł, w pełnym biegu krzyknął ostrzegawczo do kobiety, która już zabierała się do wyprowadzenia drugiego uderzenia (pierwsze minęło cel dzięki sprytnemu unikowi). Krzyk tylko odbił się od ścian pobliskich domów, wracając do niego okropnym echem. Pociągnął za spust.

Ale kij był już w ruchu. Ramienia, które nim kierowało nie można było zatrzymać. Jake, zmylony zamarkowanym przez jego matkę kopnięciem nie zdołał się uchylić. A kula, która wdarła się w ciało Janine, przebijając lewą komorę serca, nie zdołała powstrzymać uderzenia.

***

Mark Wonder kończył poranny zestaw ćwiczeń w zamienionej na siłownię piwnicy. Tego dnia  wyciskał na ławeczce. Nie potrzebował asekuracji, nie on, ozdoba sali gimnastycznej na Elm Street. Pot ciekł po jego przedwcześnie posiwiałych skroniach, kapiąc na linoleum przykrywające podłogę. Jeszcze trzy i prysznic. Jeden… dwa… Wrzask Janine wytrącił go z rytmu. Zmęczone treningiem mięśnie rozluźniły się, a sztanga opadła na jego klatkę piersiową. Na moment odebrało mu dech, ale szybko odzyskał panowanie nad sytuacją. Nie był nowicjuszem. Takie rzeczy zdarzały się. Najważniejsze to chronić szyję i jak najszybciej pozbyć się ciężaru.

Z głośnym jękiem szarpnął sztangą i umieścił ją na widełkach. Wziął głęboki wdech, który natychmiast z siebie wypuścił. Na zewnątrz, bardzo blisko, może nawet w jego ogrodzie, padł strzał. Janine! Jake! Okrzyk żony, na chwilę przyćmiony zmaganiami z ciężarem znowu wdarł się do jego świadomości. Nie myśląc o nałożeniu czegokolwiek na plecy, wybiegł z domu.

To, co zobaczył, zamroziło go na kilkanaście sekund. Janine leżąca na plecach, z wielką, czerwoną plamą po środku białej bluzki, Jake obok, z roztrzaskaną głową, kij baseballowy niedbale rzucony na trawnik. Stygnącego za płotem Bellamy’ego już nie widział. On go nie obchodził. Przynajmniej nie teraz.

Z odrętwienia wyrwał go dźwięk zatrzaskiwanych drzwiczek samochodu. Wybiegł na ulicę. Z miejsca zbrodni, nie żałując opon, uciekał brązowy Dodge.

Ucieczce przyglądało się kilka opatulonych w szlafroki postaci, kilka twarzy przyciśniętych do szyb szczelnie zamkniętych okien. Żadna z par oczu z takim zainteresowaniem śledzących rozwój wypadków nie zarejestrowała numerów samochodu. Została zapamiętana tylko jego marka i kolor. I koszulka sprawcy, niebieska, z napisem „Florida Keys 2003” na plecach.

Wonder, blady i z trzęsącymi się rękoma, wrócił do domu i wystukał na klawiaturze swojego telefonu 911.

2

Poczucie wyższości i fałszywe współczucie, oto co dostajesz, kiedy gadasz z nimi bezbronna.

Ally Plate, w swoim przetartym w kilku miejscach szlafroku wyszła odebrać pocztę. Upał, który mimo wczesnej godziny panował już na zewnątrz, kazał jej zastanowić się nad sensem tej przebieranki.

– Banda idiotów – mruczała pod nosem, wyciągając ze skrzynki plik kopert. – W domu mogą się pieprzyć jak króliki na wiosnę, ale na zewnątrz to wyjść w nocnej koszuli już nie można, bo obraza moralności, choćby dupy im odpadły z gorąca.

Pospieszyła do chłodu własnego przedpokoju, nie zaglądając nawet, kto postanowił do niej napisać. Od śmierci Sama jej ciekawość świata uległa znacznemu ograniczeniu. Chociaż właściwie stało się to już w momencie zdiagnozowania u niego zaawansowanej białaczki, pół roku wcześniej. Tylko że wtedy ograniczyła się do wiadomości medycznych, naukowych przełomów, które mogłyby uratować życie jej syna.

– Rachunek, reklama, rachunek, reklama, reklama – mówiła do siebie, rzucając kolejne listy na komodę w salonie. – O, to coś innego.

Zatrzymała się na kopercie z adresatem oznaczonym jako „Orlando International Forwarding Company”. To dla nich przez prawie dziesięć lat, aż do wypadku, podczas którego jego ciało zmieszało się z szesnastoma tonami stali i plastiku w jedną, zbitą, nierozróżnialną masę tylko dlatego, że firma postanowiła obciąć koszty konserwacji ciężarówek, pracował Harry, jej mąż.

Sam widok tej znienawidzonej nazwy sprawił, że ugięły się pod nią kolana. Usiadła, z nieodpieczętowaną kopertą w zaciśniętej dłoni. Miłość, której jej pozbawili, upokorzenie, jakie jej zafundowali, obarczając winą za wypadek Harry’ego, bieda, która przyszła po utracie jego dochodów i odmówionym jej odszkodowaniu, śmierć Sama, za którą winiła najtańsze ubezpieczenie i zachłanność pierdolonych, nastawionych wyłącznie na zysk HMO-ów na nowo zapłonęły w jej umyśle. Dostała się do listu i zaczęła pospiesznie go czytać.

– Chyba sobie, kurwa, robią jaja! – warknęła, kończąc pierwszy akapit. – Kondolencje! Pierdolone wyrazy ubolewania! Łączymy się w żalu!

Zgniotła kartkę firmowego papieru w małą kulkę i cisnęła nią o ścianę. Nie przyniosło jej to ulgi. Gorzej: poczuła, jakby przełamała jakąś niewidzialną barierę, za którą znajdowały się ukryte pokłady gniewu, domagające się ujścia, przybrania fizycznej formy.

Złapała za słuchawkę telefonu i wykręciła numer sekretariatu szefa Orlando International Forwarding Company. Mimo szumnej nazwy to była niewielka firma, posyłająca swoje czterdzieści pięć ciężarówek po południowych stanach, od Florydy do Nowego Meksyku. Jej prezes, Gordon Barry, osobiście znał wszystkich swoich pracowników, z których rodzinami co roku spotykał się na wielkiej, plenerowej imprezie na przedmieściach Orlando.

– Orlando International Forwarding Company, Jennifer Faldini, słucham – przywitał się głos asystentki Barry’ego, biuściastej blondynki, jakby żywcem wyjętej ze sprośnych dowcipów o szefie i sekretarce. Barry wierzył w moc stereotypów, zwłaszcza że ten konkretny stawiał go, łysawego pana po czterdziestce o posturze i atrakcyjności Danny’ego de Vito, sytuacji faceta regularnie posuwającego mokry sen każdego zdrowego nastolatka.

– Daj mi go, daj mi tego skurwysyna! – wrzasnęła Ally. Nie lubiła bawić się w konwenanse, nawet w najlepszych okresach swojego życia. A teraz…

– Kto mówi?

– Dobrze wiesz, kto mówi!

– To ty, Ally? Tak mi przykro z powodu twojego…

– Daruj sobie! I przełącz mnie do niego!

– Pan Barry jest w tej chwili… – odpowiedź sekretarki była automatyczna, wyskoczyła z jej ust zupełnie bez premedytacji. Tyle razy wypowiadała te słowa, asystencką mantrę, że mechanizm uruchamiał się sam. Niewygodny telefon – szefa nie ma w gabinecie. Pojechał w delegację. Je lunch z klientem. Przewodniczy naradzie. Jest na urlopie. Leży w szpitalu. Umarł. To ostatnie udało się podobno sprzedać jej koleżance z kursu dla osobistych asystentek, który otworzył jej wrota do kariery.

– Skończ z tym gównem! Wiem, że on tam jest! Przełącz mnie do niego, albo…

Jennifer potrafiła rozpoznać desperację, kiedy wrzeszczała jej do ucha. Kobieta, która straciła wszystko, mogła groźby potwierdzić czynem. I jeszcze zostać z niego rozgrzeszona.

– Sekunda.

Aparat na biurku Barry’ego zabrzęczał.

– Tak, Jenny? – zapytał, śpiewnie przeciągając pierwszą samogłoskę. Był w wyjątkowo dobrym humorze. Udało mu się przekonać jednego z większych klientów, że ostatnie podwyżki cen ropy uzasadniają nieproporcjonalny wzrost kosztów jego usług.

– Ally Plate do pana.

Zanim zdążył zaprotestować, kazać jej wymyślić jakąś wiarygodną wymówkę, spławić, usłyszał charakterystyczny trzask. Rozmawiał z Ally.

– Barry? – głos w słuchawce brzmiał płasko, bez uczucia.

– Tak, dzień dobry, Ally – powiedział, siląc się na przyjazny ton.

– Dzień dobry?! Tyle masz mi do powiedzenia?!

– Ally…

– Dostałam twój list z kondolencjami…

– Bardzo nam przykro z powodu…

– Jasne, kurwa mać, jasne! Szkoda, że pogrzeb był tydzień temu!

– Dowiedzieliśmy się dopiero wczoraj…

– Pierdol się! Nie potrzebuję twojego współczucia! Zapłacisz mi za to wszystko, zapłacisz, będziesz płacił do końca życia!

Barry przełknął ślinę i przeszedł do kontrofensywy według dawno opracowanego planu.

– Posłuchaj Ally, to nie nasza wina, Harry przekroczył prędkość, są policyjne ekspertyzy…

– A ekspertyzy, które mówiły, że jechał bez hamulców? Pamiętasz te pierdolone ekspertyzy?

– One się nie potwierdziły, to były tylko spekulacje…

– Pewnie, spekulacje… Ciekawe, ile cię te spekulacje kosztowały, co?

– Uspokój się. Jesteś zdenerwowana, rozgoryczona, nie myślisz jasno.

– Zobaczymy, co powiedzą dziennikarze. Nie słyszałem, żeby komuś, kto przychodzi do nich ze świetną historią powiedzieli: „nie myślisz jasno”.

– Nie ma żadnej historii.

– Nie? Wydaje mi się, że się zainteresują, jak pewna firma z Orlando najpierw zaczęła oszczędzać na bezpieczeństwie swoich pracowników, a gdy jeden z nich zginął, w tajemniczych okolicznościach policja zmieniła w ostatniej chwili zdanie na temat przyczyn wypadku.

– Nie masz żadnych dowodów…

– Może i nie, ale historia leci dalej: żona zabitego kierowcy nie dostaje ani centa odszkodowania, firma ma ją głęboko w dupie i pozwala, żeby utrzymywała pięcioletnie dziecko z pensji kelnerki w Burger Kingu. Oczywiście nie stać ją, żeby wykupić przyzwoite ubezpieczenie i kiedy dziecko zaczyna chorować, – Ally rozpędziła się i nie miała zamiaru dać się zatrzymać, – zamiast skierować go na specjalistyczne badania, na zmianę karmią matkę bujdami, że bóle kości są normalne w tym wieku i jego, antybiotykami na wyimaginowaną grypę. Dziecko umiera na białaczkę, a firma wysyła opłakującej śmierć syna matce list z kondolencjami, tydzień po pogrzebie. Jak ci się podoba taka historia? Bo pismakom powinna pasować.

Cisza. Przytłoczony tyradą Ally, Barry usiłował pozbierać myśli. I znaleźć sposób na rozwiązanie problemu hałaśliwej suki, która w dodatku mogła boleśnie ugryźć. Doświadczenie podpowiadało mu jeden, jeden niezawodny i uniwersalny, sprawdzony w na wszystkich szczeblach działalności człowieka.

– Posłuchaj, Ally… Możemy się jakoś dogadać… OIFC może rozpatrzyć kwestię odszkodowania… Możemy – Barry zawsze przechodził na liczbę mnogą, kiedy firma (albo on osobiście) znajdowała się w jakichkolwiek tarapatach. W rzeczywistości OIFC to był on sam, prezes, zarząd i rada nadzorcza w jednym – wypłacić dziesięć tysięcy bez żadnych dalszych postępowań. Po prostu usiądę i wypiszę ten czek, a ty go jutro… słucham? Jesteś tam jeszcze?

Nie było jej. Odłożyła słuchawkę.

Dziesięć tysięcy! Równie dobrze mógł nazwać ją tanią kurwą i zaproponować szybki numerek na tylnym siedzeniu jego Mercedesa.

Poczucie wyższości i fałszywe współczucie, oto co dostajesz, kiedy gadasz z nimi bezbronna, zdanie z przedwczorajszej gazety, głos kobiety, która wykonała egzekucję na lekarzu, który doprowadził do śmierci jej córki i dzięki solidarności kolegów wyszedł z opresji z reputacją noworodka. Czeka ją czapa, ale… czego właściwie miała oczekiwać od życia? Jej małej Gwen nic przywróci, nie oprze się na mężu, którego zabrała jej chciwa korporacja… Ally złapała się na tym, że myślała o niej jako o sobie. Przecież nie wiedziała nic o mężu Gwen, nie wiedziała nawet czy w ogóle miała męża.

Kurwa. To szaleństwo. Kurwa. Wyobraziła sobie wysokie czoło Barry’ego z gustowną czerwoną dziurką na samym środku. Ze zgrozą uświadomiła sobie, że poczuła ulgę. Ulgę. Dziura we łbie tego skurwysyna była kropką nad „i”. Zakończeniem. Konkluzją, której ten etap jej życia się domagał.

Sięgnęła do zamkniętej na klucz szuflady biurka i wyciągnęła rewolwer Harry’ego razem z pudełkiem naboi. Nauczył ją posługiwać się nim, poszli razem na strzelnicę, gdzie wzbudziła jego podziw. (Tamtej nocy kochali się jakby nie robili tego od lat; zastanawiała się, czy to proch zadziałał na nich jak afrodyzjak, czy też zbliżenie do narzędzia śmierci sprawiło, że zapragnęli znaleźć się jak najbliżej życia.)

Załadowała ośmiostrzałowy magazynek, przy każdym naboju uśmiechając się kwaśno.

– Dogadaj się z tym – mruknęła, mierząc w okno.

3

Jednak nie zwariowałem, pomyślał Colin Mathers, skręcając w Oak Street. Kurwa! Uderzył bokiem dłoni w kierownicę swojego Dodge’a. Strzępki obrazów sprzed paru minut, bezmyślna, ślepa nienawiść, krew, śmierć, wskakiwały mu przed oczy, walcząc z rzeczywistością, która trafiała do niego przez przednią szybę.

Czuł, że powinien się zatrzymać, uspokoić, ale nie mógł tego zrobić w granicach miasta. Głos, który pojawił się w jego głowie poprzedniego dnia ostrzegał przed tym wyraźnie. Nie uwierzył i trzy osoby nie żyły. Nie uwierzył i miał ich na sumieniu. Kurwa!

Przyspieszył. Gliny pewnie mają już mój rysopis. Muszę się stąd wydostać.

Za znakiem oznaczającym koniec obszaru miejskiego odetchnął z ulgą. Skręcił w boczną drogę, wąską, wijącą się niesamowicie i dlatego przez mieszkańców Trenton nazywaną Krętą Aleją. Była ona ulubionym miejscem nastoletnich kochanków, co kilkadziesiąt metrów oferując wjazd do lasu i pożądaną przez nich prywatność.

Colin włączył radio. Wnętrze samochodu wypełniło pojękiwanie Christiny Aguillery, bardzo popularnej w okolicy. Śpiewała o dżinie w butelce, a jemu nagle strasznie zachciało się wypić kieliszek czegoś mocniejszego, najlepiej whisky z lodem. Tak, szklaneczka rdzawego napoju, zimnego, a jednak palącego w żołądku, rozpuszczającego każdy problem, odsuwającego go na bok.

Rozmarzył się i nawet nie zauważył, kiedy bezbarwny głos Latynoski zmienił się na skrzeczenia Micka Jaggera, pytającego, czy ktoś przypadkiem nie widział jego bejbi. Stonesi bardziej trafiali w gust Colina. Był nawet na ich koncercie w Miami trzy lata wcześniej, z Eileen.

Imię Eileen, które pojawiło się znikąd, otrzeźwiło go jak uderzenie w brzuch. Tak na niego działało, mimo dwóch lat, które upłynęły od…

Na drodze, mniej niż dwadzieścia metrów przed nim, nagle pojawiła się młoda kobieta. Mógł przysiąc, że nie było jej tam pięć sekund wcześniej, zauważyłby ją, na pewno!

Ale nie było czasu na zastanawianie się, skąd się wzięła. Colin z całej siły nadepnął na pedał hamulca i szarpnął kierownicą w lewo. Dodge obrócił się dookoła własnej osi, zjechał z szosy i uderzył prawym bokiem w drzewo.

4

Przed domem Wonderów zebrała się już gromada gapiów, zaglądając przez ramię pracującym nad zabezpieczaniem śladów policjantom. Kilku z nich rozmawiało, usiłując zebrać jak najwięcej szczegółów dotyczących sprawcy. Porównywali wyniki swoich wywiadów i wyłapywali sprzeczności. Nie potrafili jednak wyjść poza stwierdzenie, że poszukiwali białego mężczyzny około trzydziestki z krótkimi, ciemnymi włosami, w niebieskiej koszulce polo z napisem „Florida Keys 2003”, czarnych dżinsach, prowadzącego brązowego Dodge’a. Taki rysopis powędrował do centrali i został przekazany do każdego radiowozu w Trenton i całej południowej połowie stanu Floryda.

Przy krawężniku, bezlitośnie odganiając ciekawskich, zaparkował czarny Ford Escort. Wysiadło z niego dwóch ubranych po cywilnemu detektywów z Wydziału Zabójstw.

– Ty będziesz mówił – mruknął młodszy o dwadzieścia lat.

– Dustin, nigdy się niczego nie nauczysz, jak w ciężkich sytuacjach będziesz chował głowę w piasek – powiedział starszy, kręcąc z dezaprobatą głową.

– Możesz te złote myśli zachować na wieczór?

– Jesteś pod moją opieką…

– Tato, nie mam już dziesięciu lat.

Starszy z dwójki, Rick Travis, rozważył słowa syna i znowu pokręcił głową.

– Gówniarz jesteś, tyle ci powiem.

– Bo poproszę o zmianę partnera!

– A proś aż ci gardło ochrypnie, ciekawe, kogo posłuchają, żóltodzioba, czy detektywa z dwudziestopięcioletnim stażem. Ciekawe. Teraz skup się na robocie.

Rick przeszedł przez barierkę zrobioną z kilku stojaków i żółtej taśmy klejącej. Dustin, nazywany przez kolegów z wydziału Cieniem (ze względu na zwyczaj chodzenia za ojcem, który zresztą poruszył niebo i ziemię, żeby Dustin – świeżo po egzaminie na detektywa – dostał przydział właśnie do jego wydziału i został jego partnerem), podążył za nim.

– Przyczyna śmierci? – spytał Rick.

– Kurcze… podchwytliwe pytanie… może facet tak się przejął nożem, który wbili mu w serce, że dostał zawału?

– Nie mędrkuj, to nie czas i miejsce, a poza tym…

– To mnie nie odpytuj. Egzamin już zdałem.

– …a poza tym – ciągnął ojciec, nie zwracając uwagi na oburzenie Dustina – nie rób założeń, dopóki nie zbadasz sprawy bliżej. Nie wiemy jeszcze, ilu ich naprawdę było.

Pochylił się nad ciałem i przyglądał się jego rękom. Zdziwiły go zmasakrowane kłykcie, jakby ofiara biła pięściami w mur. Nie, nie mur. Chodnik. Rick odnalazł miejsce ze śladami krwi, które pasowały do rozmiaru dłoni trupa. Napastnik musiał leżeć… napastnik? Kto tu kogo atakował? Rick potarł kark, co miał w zwyczaju, gdy się nad czymś zastanawiał. Jego palce natrafiły na zbierający się tam pot.

Panował niesamowity upał, choć nie było jeszcze ósmej. Wiadomo, lipiec na Florydzie nie należy do najłagodniejszych miesięcy. Ludzie przemykali się z jednego klimatyzowanego pomieszczenia do drugiego, najchętniej za pomocą klimatyzowanego auta. Atmosferę zmieniał od czasu do czasu huragan nadchodzący od strony Kuby, jakby ktoś w niebiosach postanawiał solidnie przewietrzyć stan emerytów i aligatorów.

Skończ, oderwij się od niego, rusz dupę, musisz to zrobić, wiesz o tym, zostaw tego umarlaka, nie ucieknie, musisz zobaczyć Marka, musisz obejrzeć ciała Jake’a i Janine, musisz, musisz, musisz.

Rick wyprostował się i spojrzał w kierunku rozmawiającego z którymś z mundurowych Marka Wondera, kolegi ze szkolnej ławy, najlepszego przyjaciela, jakiego kiedykolwiek miał.

– Dustin! – warknął. – Co się tak gapisz? Trupa nie widziałeś? Mamy teraz ważniejsze sprawy, koroner się nim zajmie.

– Ale sam… – zaprotestował Dustin, ale bez przekonania, dla formalności. Płynęli tą samą łódką.

Przeszli przez bramkę, za którą czekały na nich kolejne ciała, tym razem znajome, ale znajome inaczej, z iskrami w oczach i uśmiechem nigdy nie uciekającym daleko od ust. Rick nie mógł przemóc się, by nazywać je, nawet w myślach, „zwłokami”, jak to robił w przypadku każdego innego morderstwa. „Zwłoki były ukryte…”, „Zwłoki uległy częściowemu rozkładowi…”, „Zwłoki zostały przekazane do sekcji…”. Tak bezosobowo, z bezpiecznym dystansem, chłodem, który od nich bił. Bezpieczniej. W gumowych rękawiczkach. Potrafił nawet asystować sądowemu patologowi, bez emocji wysłuchiwać szczegółów zadanych obrażeń, rekonstruować ostatnie sekundy życia zwłok, które rozpłatane leżały na stole.

Błyskały flesze aparatów fotografujących miejsce zbrodni. Rickowi przypominały gromy, które powinny bić z nieba. Bo czy niebo mogło na to wszystko obojętnie patrzeć?

Co powiedzieć? Co się, kurwa, mówi w takiej chwili? Poczęstować go takim samym tekstem, jak każdego innego krewnego zwykłych, normalnych, przeciętnych, obcych zwłok? Bardzo nam przykro z powodu śmierci syna/córki/żony/matki/ojca, możemy chwilę porozmawiać?

– Rick – powiedział Wonder, przerywając rozważania policjanta.

Nie pozostawało nic innego, jak tylko pokonać dzielącą ich odległość.

– Mark… – Rick nie potrafił zmusić się do wypowiedzenia ani sylaby zwyczajowego komunału. Starał się wepchnąć swój żal w uścisk dłoni, jakim się przywitali.

– Dustin – Wonder przywitał się też z młodszym Travisem. – Wejdziecie? Tu się zaczyna robić cyrk.

Pokiwali głowami, zgadzając się. Wonder rzucił jeszcze okiem na oglądane ze wszystkich stron ciała, jakby bał się, że w każdej chwili mogą zniknąć.

– Napijecie się czegoś? – Wonder otworzył barek, w którym stało kilka butelek i rzędy różnego rodzaju kieliszków i szklaneczek do drinków.

– Dzięki, lepiej nie – odparł Rick.

– Jasne… jesteście na służbie – Wonder uśmiechnął się kwaśno i nalał sobie ginu.

Detektywi usiedli na kanapie, nerwowi, nieświadomie powtarzając, prawie parodiując swoje gesty. Wyglądaliby komicznie, gdyby nie wyglądali tak żałośnie.

– Skup się… to ważne… – zaczął Rick.

Dustin wolał siedzieć cicho i przysłuchiwać się rozmowie. Ojciec znał Marka dłużej, niż on chodził po tej ziemi. I był chrzestnym Jake’a.

– Ważne… tego mi, kurwa, nie musisz mówić…

– Wiem… przepraszam… staram się… rozumiesz, podejść do tego zawodowo…

– Rozumiem – mruknął Wonder. – Rób, co masz do zrobienia. Im szybciej, tym lepiej.

– Co pamiętasz? Ale dokładnie, sekunda po sekundzie…

5

Jeszcze parę minut przez te cholerne drzewa i wjedzie wreszcie na autostradę. Tam dopiero będzie mogła naprawdę wdepnąć na gaz, dać po garach, śmignąć albo użyć jakiegokolwiek innego przestarzałego slangowego określenia na naprawdę szybką jazdę. Kiedy się tak zestarzała, że nie wie, jak teraz młodzież to nazywa?

Sam nie zdążył dorosnąć do slangu, nie mogła uczyć się od niego. On jeszcze uczył się od niej.

Z lewą ręką na kierownicy, dotknęła wybrzuszenia na leżącej na siedzeniu pasażera torebce. Był na swoim miejscu, jej odszkodowanie, jej odpowiedź na samozadowolenie Barry’ego, jej przepustka do sprawiedliwości.

Uśmiechnęła się mimowolnie. I raptownie nacisnęła na hamulec. Na środku drogi stał mężczyzna z uniesionymi w górę rękoma i gestykulował, by się zatrzymała. Opony zaryczały, ale samochód zdawał się jechać po maśle. Siedziała jak sparaliżowana, stopa na hamulcu, ręce sztywno na kierownicy.

Mężczyzna wpadł na maskę, odbił się od przedniej szyby i stoczył na pobocze. Dopiero wtedy samochód stanął.

6

W nozdrza uderzał smród benzyny, w uszach huczało echo uderzenia, zniekształcony dźwięk zdawał powtarzać się w nieskończoność. Colin odpiął pasy i wygrzebał się z samochodu. Oparł się o niego i odetchnął. To był cud, prawdziwy cud. Teraz zacznie wierzyć w cuda. Gdzieś płacze figura Matki Boskiej? Jasne! Komuś cofnął się rak prostaty, bo wypił z uzdrowicielskiego źródła? Nie ma sprawy! Skoro z takiego wypadku można wyjść z paroma siniakami (i siniakami, do towarzystwa), to czemu tamte rewelacje nie miałyby być prawdziwe? Jeśli… jeśli głos pochodzący znikąd może zagrozić, że jeżeli nie wyjedzie ze swojego rodzinnego Trenton przed szóstą, to wszyscy dookoła zaczną się mordować, i więcej, spełnić swoją groźbę, to…

Ale gdzie ona była, ta kobieta, przez którą jego ukochany Dodge uścisnął się z drzewem? Spojrzał w kierunku, z którego przyjechał. Na szarej jezdni widniały czarne ślady opon, ślady po jego rozpaczliwych manewrach. Nikogo. Ani pieprzonej wiewiórki.

Pot na czole, policzkach, skroniach, szyi, plecach, grube krople zlewajace się w strugi.

Świruję. Świruję. I teraz tajemnicza kobieta, którą widział tylko przez ułamek sekundy, wydała mu się podejrzanie podobna do Eileen. Świruję, kurwa mać, świruję. Może to wszystko w ogóle się nie wydarzyło? Może ten dzieciak i jego matka, i facet z bułkami dalej żyją? A ja uciekam przed nie-wiadomo-czym… Nie. To nie było przywidzenie. Pociągnął za spust. Jeszcze czuł szarpnięcie pistoletu, jeszcze czuł woń prochu, jeszcze słyszał huk wystrzału.

Szukają mnie. Będą mieć opis samochodu… Spojrzał na nieruchomy, przygnębiający wrak. Ale mogli nie zdążyć zapisać numerów… Wyciągnął z bagażnika łom i zerwał tablice rejestracyjne. Pobiegł z nimi kilkadziesiąt metrów w głąb lasu i wrzucił w najgęstsze zarośla. Nigdy ich tam nie znajdą. Nawet nie będą szukać. Pomyślą, że zabrałem je ze sobą. Zostaną odciski palców, ale mnie nie mają w kartotece, więc mogą się pocałować.

Myślał logicznie, przerażająco logicznie. Jego umysł, szybko wydostawszy się powypadkowego szoku, pracował na przyspieszonych obrotach. Dawniej (kiedy to było?), jako student literatury angielskiej, wykorzystywał ten dar podczas egzaminów. Gdy inni tracili głowy i w stresie bełkotali (lub bazgrali na kartkach) bzdury, które nadawały się wyłącznie jako materiał na dowcipy o blondynkach, on zadziwiał profesorów chłodnymi analizami procesów, interpretacjami dzieł i interesującymi syntezami dorobku poszczególnych epok. Potrafił na poczekaniu połączyć dwa fakty pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego i wyprowadzić na ich podstawie wniosek, z którym egzaminator, kompletnie nieprzygotowany na taki obrót sprawy, musiał się zgodzić. W arkuszu ocen lądowała zgrabna litera A, a Colin wracał do akademika i przy piwie zdawał relację zazdroszczącym mu tego daru kolegom. Jeszcze na podyplomowej imprezie ktoś wspomniał słynną lekcję z poezji okresu staroangielskiego, kiedy to profesor Stubbs, osobnik wyjątkowo kostyczny i lubiący drwić ze studentów tryskających niewiedzą podczas jego zajęć, przyłapał Colina na kompletnej ignorancji. Ale, jak to zwykle robił, udawał obkutego na cztery kopyta i tak manewrował, rzucając w profesora Barthem i wątkami autotematycznymi z jego „Zagubionych w lunaparku”, aż w końcu Stubbs, z niezwykłym u niego ciepłem uzasadniając pozytywną ocenę mimo oczywistych braków w wiedzy, oświadczył „Bo widzicie, on potrafi myśleć na stojąco”. I od tej pory dla części kumpli Colin był tym, który potrafił myśleć na stojąco.

Zadowolony z siebie, wyszedł na pobocze. Szosa była pusta, jak zwykle, turyści woleli tłoczyć się na autostradzie, niż ryzykować zgubienie się w środku lasu. Tylko miejscowi jeździli tędy i to też jedynie wtedy, gdy autostrada była zakorkowana jak butelka francuskiego wina.

Numer silnika! Kurwa, po tym dojdą do niego! Nie pozostawało mu nic innego, jak tylko w jakiś sposób zamaskować samochód. Tak prowizorycznie, żeby chociaż kupić sobie trochę czasu na zniknięcie. Wszedł do środka i przerzucił biegi na luz. Gdyby udało się oderwać od tego cholernego drzewa, mógłby go zepchnąć głębiej w las, rósł na lekkim zboczu, nie byłoby problemu.

Podszedł do odartego z kory pnia. Wgniecenie w drzwiach nie było tak głębokie, jak się spodziewał. Jak się obawiał. Kilka centymetrów wystarczyłoby, żeby uwolnić starego Dodge’a i sprawić mu pogrzeb z dala od wścibskich oczu przejeżdżających kierowców.

Westchnął. I znowu jego mózg pracował w tym dziwnym, awaryjnym trybie. W swojej pracy, nauczyciela angielskiego w liceum, też mu się ta umiejętność przydawała. Uczniowie lubili zadawać niewygodne pytania, głównie po to, by wytknąć nauczycielowi brak wiedzy, choć zdarzali się i tacy, którzy byli zwyczajnie dociekliwi. Pytali dlaczego to, a nie tamto, skąd się wzięło to i to, czemu to jest lepsze od tamtego i po czym to poznać. W Trenton High były dwie szkoły reagowania na tak postawione pytania: cięte repliki w rodzaju „bo czytanie Shakespeare’a wymaga znajomości kilku słów poza standardowymi ‘walić’, ‘pieprzyć’ i ‘bum!’” i poważne, rozbudowane uzasadnienia, biorące pod uwagę techniczną maestrię dramaturga wszechczasów, jego niezwykły zmysł tonu, mistrzowskie posługiwanie się symbolem, itd. Oczywiście, zdarzali się i tacy belfrzy, którzy po prostu ignorowali ciekawskich uczniów (tudzież uczennice) albo plątali się w zeznaniach, wystawiając się na pośmiewisko. Colin lubił łączyć wypowiedzi poważne z ciętymi, raz przechylając się ku jednej, raz ku drugiej stronie, w zależności od intencji pytającego. A te potrafił wyczuwać bezbłędnie. Nigdy nie nabierał się na sztuczki, które sam dziesięć lat wcześniej z powodzeniem stosował, chodząc do tego samego ogólniaka.

Lewarek! Tak! Musi tylko znaleźć coś twardego, żeby pod nim podłożyć. Z tylnego siedzenia wziął gruby, oprawny w skórę egzemplarz „Raju utraconego” Miltona z objaśnieniami, który przysiągł sobie wreszcie przeczytać. Posiadanie dyplomu licencjata z anglitu do czegoś zobowiązywało.

– Sorry, Johnny, twój czas jeszcze nie nadszedł – powiedział do książki i położył ją pod samochodem.

Sprawnie postawił na niej wyciągnięty z bagażnika lewarek. Wkrótce lewy bok samochodu podniósł się o dziesięć centymetrów. Wystarczy.

Colin przeskoczył do prawego boku i z całej siły pchnął. Karoseria zajęczała, lewarek przewrócił się, a auto z łoskotem opadło na koła. Teraz Colin stanął za nim i pchnął w dół łagodnego zbocza. Ruszenie z miejsca kosztowało go sporo sił, ale gdy to już się udało, dalej potoczył się właściwie sam, zatrzymując dopiero w krzakach, gdzie wcześniej schronienie znalazły tablice rejestracyjne.

Szkoda, że nie było tam akurat żadnego bagna, utopiłby grata raz na zawsze i te półgłówki może nigdy nie dotarliby do niego… Zgłosiłby kradzież… albo lepiej nie, po co zwracać na siebie uwagę? Niech śpiące psy leżą, jak mówi przysłowie. Niech leżą.

Słysząc nadjeżdżający samochód, wyszedł na drogę. Wystawił kciuk, uśmiechnął się najmilej, jak w tym momencie umiał, ale czerwony Mustang przemknął obok niego, nawet nie zwalniając. Colin zaklął na nastolatki za kółkiem i postanowił, że następnemu nie da się tak łatwo spławić. Stanął na środku ulicy i zapatrzył się w dal, którą ograniczał do jakichś dwustu metrów ostry zakręt.

Nie czekał długo. Zza zakrętu wypadł błękitny Plymouth, nie pierwszej nowości, ale też i nie stojący nad motoryzacyjnym grobem. Silnik pracował równo, zdrowo warkocząc na czwartym biegu.

Ale nie zwolnił, mimo iż Colin wzniósł ręce do góry i jął nimi machać. Colin postanowił jednak nie odsuwać się. Teraz albo nigdy. Zmusi tego dupka do zatrzymania się, choćby to była ostatnia rzecz, jaką zrobi na tej ziemi.

Usłyszał ryk opon, który brzmiał tak samo, jak kilkanaście minut wcześniej ryk jego własnych. To było tak niedawno, choć wydawało mu się, że minęły całe wieki. Zabawne, jak ten czas potrafi zwalniać i przyspieszać w zależności od sytuacji. Zabawne…

Chwilę potem (dziesięć lat?) wiedział już, że Plymouth nie zdąży się zatrzymać. Nie wiedząc, co robi, skoczył. Chciał wylądować w bezpiecznym kurzu pobocza, lepiej gryźć jego piach niż rozbić się jak komar na zderzaku drogowego wariata. Udało się połowicznie: uniknął zderzaka, ale na pobocze trafił dopiero po spotkaniu z maską i przednią szybą samochodu. Który zresztą zatrzymał się parę metrów dalej.

Uderzenie nie było zbyt silne, dołączyło tylko do jego kolekcji kilka następnych siniaków i krwiaków, głównie na biodrach, plecach i prawym ramieniu. Mimo to podniesienie się wymagało wysiłku woli, jako że ból nie zamierzał mu odpuścić.

– Nic ci nie jest? – drżącym głosem spytał kierowca Plymoutha, chuda jak statystka z filmu o holokauście kobieta. – Nic ci nie jest?

– Poczekaj, policzę kończyny – odparł Colin, posyłając jej bolesny uśmiech. – Mój kolega, Tommy, powiedziałby, że nie spodziewał się, że taka krucha istota może tak pogruchotać kości.

– Pomogę ci – nie czekając na zgodę, wzięła go pod ramię.

– Auuuu!

…i odskoczyła, przerażona jego okrzykiem.

– Ojej, przepraszam, nie chciałam, naprawdę – wyrzuciła z siebie, opierając się o maskę samochodu.

– Nic nie szkodzi, do pogrzebu się zagoi, jakby powiedział Tommy.

– Zawiozę cię do szpitala. Tam cię przebadają dokładnie… możesz mieć wstrząs mózgu. Albo co gorszego. Co powiedziałby Tommy?

– Że tą czachą to nic nie wstrząśnie – zaśmiał się Colin. – Żadnych szpitali. Nie mam na to czasu.

– A na co masz czas?

– Muszę być przed trzecią w Orlando.

– To się dobrze składa, bo ja też jadę do Orlando. Wskakuj, zawiozę cię, gdzie zechcesz. Tyle przynajmniej jestem ci winna.

– Dzięki. Chyba właśnie wymyśliłem nowy sposób na łapanie okazji.

– Trochę niebezpieczny…

– Ale skuteczny. Jestem Colin – wyciągnął do niej zadrapaną dłoń.

– Ally. Miło było mi cię przejechać.

Roześmiali się, oboje, uwolnieni od napięcia, które ściskało ich żołądki i usztywniało ruchy.

– Zapraszam do mojego ognistego rydwanu – powiedziała Ally, otwierając drzwi od strony pasażera.

– Mmm… i szofer z dobrymi manierami, ja cię nie mogę!

Wsiedli, zostawiając za sobą wielki strach, dla każdego z nich płynący z innego źródła, ale równie realny.

7

Wywiad dobiegał końca. Mark Wonder miał za sobą trzecią szklaneczkę ginu, lecz nie czuł się ani odrobinę lepiej. Opuszczała go energia, siedział w fotelu w pozycji, która coraz bardziej przypominała półleżącą. Wyglądało, jakby przygniatał go niewidzialny ciężar. Rzeczywistość.

To wydarzenia fatalnego poranka nabierały wagi. Do jego świadomości przedzierało się przekonanie, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Jego spokojne, uporządkowane życie doradcy podatkowego w przeciągu pięciu minut legło w gruzach. A on na to patrzył, bezradny. Bezsilny. Czuł się, jakby ktoś ostrym nożem obrał go ze skóry i obsypał solą. Każdy nerw domagał się uwagi, wrzeszczał, kłuł, piekł. A on tonął, osuwał się niżej i niżej, poza granice obojętności.

– Znajdziemy skurwysyna, złapiemy go, obiecuję ci – solennie przyrzekał Rick Travis, który pragnął jak najszybciej wydostać się z tego domu, z jego atmosfery, dławiącej i odbierającej siłę.

– I co? – nieoczekiwanie spytał Wonder. – Co to zmieni?

Rick nie odpowiedział. Jako policjant nie zadawał takich pytań. Były poza jego koncepcją świata. Przestępcy, zbrodniarze, skurwysyny robili swoje, a oni swoje, łapiąc ich i przekazując dalej, innym ludziom, zabijając, jeśli trzeba. Bez zastanowienia. Taka była naturalna kolej rzeczy. Porządek, na którym opierało się ich życie.

– Nikomu więcej nie zrobi krzywdy – odezwał się Dustin, który ciężko znosił ciszę nawet w normalnych warunkach. Teraz, w tej atmosferze, miał wrażenie, że go udusi.

– Tak wam każą mówić w tej waszej akademii? – w głosie Wondera była gorzka drwina.

– To jest… prawda – wymamrotał Dustin, rozpaczliwie patrząc na ojca.

Ten, w swoim dwudziestopięcioletnim doświadczeniu, spotykał się często z podobnymi postawami rodzin ofiar. Dał znak do wyjścia. Niczego tu więcej nie osiągną. Niczego przydatnego się nie dowiedzą. To nie była wizyta przyjacielska, nie przyszli tu nikogo klepać po ramieniu.

– Gdybyś czegoś potrzebował, czegokolwiek, wystarczy jedno słowo – powiedział, wstając.

– Jasne – odparł obojętnie Wonder. – Dzięki.

Wyszli, ciężsi i starsi. Trawnik przed domem i spory kawałek chodnika wypełniała gorączkowa krzątanina, zwykłe towarzyszące morderstwu zamieszanie. Furgonetki trzech rywalizujących telewizji okupowały pobocze przy sąsiednich domach, a ich reporterzy, węsząc świeżą krew, napastowali potencjalnych świadków. W ciągu kilku sekund połowa gapiów zamieniła się w napędzanych tajemniczym paliwem konfabulantów. Przed kamerą, w przystawiony im do ust mikrofon wyrzucali szczegóły zasłyszane od innych, wypełniając luki swoją niespożytą wyobraźnią. I tak historia rosła, dziennikarze przekazywali, a ludzie przed telewizorami, żując, co tam mieli pod ręką, czekali na więcej.

Koledzy Ricka i Dustina po cichu nazywali tych reporterów hienami. I, po incydencie w 1998, mieli zakaz przekazywania jakichkolwiek informacji na temat bieżącego śledztwa. Wydział miał oficjalną gębę w postaci rzecznika prasowego i to przez niego miały przepływać wiadomości, wcześniej przefiltrowane i zatwierdzone.

Rick wspomniał dziewięćdziesiąty ósmy. Wtedy młody detektyw, niewiele starszy od Dustina, palnął o zidentyfikowaniu seryjnego mordercy, który miał w swoim modus operandi porwania, wielokrotne gwałty w swojej piwnicy, gdzie trzymał mały harem, co jakiś czas wymieniając zużytą dziewczynę na świeży towar. Ciała porzucał w lasach, nawet nie dbając o ich ukrycie. Usłyszawszy jednak informację o swojej identyfikacji, spanikował, poderżnął gardła wszystkim więzionym kobietom i zniknął bez śladu. Jak się później okazało, identyfikacja, o której wypaplał detektyw, była błędna, a po mordercy zostało tylko siedem rozkładających się ciał. Kiedy Rick ostatni raz słyszał o nieszczęsnym detektywie, łapał on piratów drogowych na północy stanu.

– Morda w kubeł, pamiętaj – ostrzegł syna.

– Dobra, wiem, przecież to nie jest moja pierwsza sprawa – odparł Dustin, nieco urażony. – Co teraz?

– Jedziemy na komisariat i czekamy.

Wsiedli do samochodu, wymijając napastliwych reporterów, którzy usiłowali wycisnąć z nich choćby słowo. Bez skutku. Zawiedzeni, odwrócili się do tych, którzy mówili bez kompleksów.

8

Wjechali na Fl-91. Sznur samochodów ciągnął się w obie strony aż po horyzont. W południowym upale stało kilku powoli tracących nadzieję autostopowiczów, nerwowo rozglądających się, czy nie nadjeżdża florydzka policja z nieskrywaną satysfakcją usuwająca hitchhikerów z poboczy autostrad, najpierw obdarowawszy ich wysokimi mandatami.

– To kto zacznie? – spytała Ally, uśmiechając się nerwowo.

– Co?

– Historię życia. Mamy do Orlando jeszcze prawie trzy godziny. Na każdym filmie od razu w takiej sytuacji ludzie zaczynają się spowiadać ze starych grzechów, opowiadać o tym, jak w dzieciństwie bili ich rodzice i co przez to z nich wyrosło. Takie tam.

– Mam za dużo świeżych grzechów, żeby spowiadać się ze starych – mruknął Colin, bardziej do siebie, niż do niej.

– No to fatalnie.

Jej „fatalnie” przybierało różne barwy, zależnie od okoliczności. Od zjadliwej ironii po szczere współczucie. Harry’ego potrafiło doprowadzić do szału. Potrafiło doprowadzić go do utraty panowania nad rękami. Wtedy bolało. Tak, Harry nie był święty (ktoś słyszał o świętym Harrym?), zdarzało mu się wybuchać. Ale Ally nie zamieniłaby go na nikogo innego.

– Może ty zaczniesz? – zaproponował Colin. Ta wychudzona, dziwnie szybko przechodząca od skrajnej nerwowości do wesołości kobieta zaintrygowała go. Było w niej coś, coś pod spodem, coś czego nie potrafił wyjaśnić. Całe życie starał się nie poddawać przeczuciom, zachowywać racjonalne podejście do tego, co się wokół niego działo. Teraz jednak przeczucie było tak silne, że graniczyło wiarygodnością z sygnałami przekazywanymi mu przez zmysł wzroku czy słuchu.

– A co chciałbyś wiedzieć?

– Na początek… skąd jesteś?

– Z Davie, urodzona, wychowana, poślubiona, owdowiała – powiedziała jednym tchem.

– O… przykro mi.

– Dzięki. To było półtora roku temu. Zdążyłam się przyzwyczaić. Pomógł mi Sam…

– Sam?

– Mój synek. Sam. Miał pięć lat…

– Miał? Chyba nie…

– Umarł w zeszłym tygodniu. Białaczka. Walczył do końca…

– Tommy powiedziałby, że solidnie wdepnąłem… przepraszam.

– Nie szkodzi. Skąd miałeś wiedzieć? A ja sama to sprowokowałam…

Położyła lewą rękę na leżącej na jej kolanach torebki, jakby znajdowała w dotyku jej miękkiej skóry ukojenie.

Colin oparł głowę o zagłówek i przymknął oczy. Ledwie zdążył to zrobić, pod powieki wdarł mu się obraz, który wypełnił go taką złością, że dłonie same zwinęły się w pięści, a zęby zacisnęły. Pistolet!

Leżał na siedzeniu przed wypadkiem. Potem… potem wszystko się trochę rozmazało. Najważniejsze było najpierw wydostanie się z wraku, potem ukrycie go i złapanie okazji do Orlando. Czas mijał, nie mógł sobie pozwolić na powtórzenie sytuacji z Trenton. Nikt już nie zginie z powodu jego niedowierzania.

Ale powinien był pomyśleć o pistolecie. Bez niego jego Dodge był tylko kolejnym rozbitym gratem porzuconym przez właściciela, odpowiadającym być może opisowi świadków, lecz to nie dowodziło niczego. Pistolet natomiast, i owszem. Broń, z której zabito. Jego odciski palców na niej. Jego auto. Kurwa! Jak mógł być tak głupi?

Ciszę przerwały pierwsze takty „Complicated” Avril Lavigne. Pewnie, pomyślał Colin, to się robi skomplikowane.

– Atmosfera siadła – rzuciła Ally, znowu wykonując nastrojowe salto. – Fatalnie.

Colin nie wierzył własnym oczom: ona się uśmiechała. Może walnęła w dno tak mocno, że przebiła się na drugą stronę?, zastanowił się.

– Jesteś zadziwiająca.

– To samo powiedział Harry po naszej pierwszej nocy.

Coraz lepiej. Niedługo zacznie sypać dowcipami na temat chorych na białaczkę.

– Widać nie miał wielkiego doświadczenia – Colin postanowił płynąć z nurtem, gdziekolwiek by nie prowadził.

– O, miał wielkie doświadczenie. Tylko że byłam pierwszą kobietą, która w jego doświadczeniach uczestniczyła.

– Chyba że tak.

– Poznaliśmy się w liceum, pokochaliśmy się i tak już zostało. Aż jego ciężarówka wbiła się w ścianę między pasami tunelu.

Avril Lavigne skończyła swoją melodyjną skargę na świat mężczyzn. Pałeczkę przejął szybkostrzelny, uniwersalnie zabawny prezenter.

– Kochani, w dalszym ciągu słuchacie XTRA FM, nic się nie zmieniło. A policja w dalszym ciągu szuka kierowcy brązowego Dodge’a Neona, model 1995. Kierowca jest średniego wzrostu, ma ciemne włosy i ma na sobie czarne dżinsy i niebieską koszulkę polo z napisem „Florida Keys 2003”. Policja poszukuje go w związku z potrójnym morderstwem w Trenton. Poszukiwany jest uzbrojony i niebezpieczny, ktokolwiek go widział niech nie próbuje się do niego zbliżać, tylko natychmiast zadzwoni pod 911…

Ally przez chwilę wpatrywała się w wyświetlacz radia, jakby spodziewała się, że na nim ukaże się twarz mordercy, zapewnienie, że jej pasażer i on to dwie różne osoby, a wszelkie podobieństwo było przypadkowe. Lewą ręką ściskając kierownicę tak mocno, że zbielały jej kostki, sięgnęła do torebki. Gdy ją z niej wyciągnęła, jej twarzy była zmieniona. Twarda. Napięta. Pozbawiona wahania.

– Nie ruszaj się. Ręce tak, żebym je mogła widzieć. Dobrze – zaczęła wydawać rozkazy. – Ciekawe, co teraz powiedziałby Tommy?

– Że siedzę w gównie po uszy i mogę tylko kwiczeć.

– Święta prawda. Fatalnie wpadłeś, fatalnie.

Mimo strachu, który spacerował w dół i górę jego kręgosłupa, Colin głośno się roześmiał.

– Ja nie żartuję – ostrzegła Ally, zmieszana.

– Wiem – odparł Colin i wybuchł kolejną salwą.

– Co cię tak śmieszy?

– To. Ta cała sytuacja. Najpierw wpadam na drzewo, bo ukazuje mi się duch mojej dziewczyny, potem ty mnie potrącasz, a na koniec celujesz do mnie z tego wielkiego rewolweru. Beczka śmiechu.

– Zapominasz o początku tej historyjki. Najpierw zabijasz trzy osoby i uciekasz.

– To nie było tak…

– Jasne. Jesteś niewinnie oskarżony. Nowy doktor Kimble. Wszyscy się na ciebie uwzięli…

– Jedną! – przerwał jej.

– Co?

– Zabiłem jedną osobę – podniósł rękę, ukazując wewnętrzną część prawej dłoni. – Nikogo więcej.

Ally zapatrzyła się na nią, nie przejmując się, że jechali sześćdziesiąt mil na godzinę wśród kilkudziesięciu innych aut. Dłoń Colina przyciągnęła jej uwagę na tyle, że jej własne bezpieczeństwo wydawało się sprawą drugorzędną.

Tam, gdzie u innych przebiegała linia życia, u Colina była nieprawdopodobnie głęboka bruzda, jakby ktoś kiedyś wyciął w tym miejscu płat mięsa. Ally opanowało uczucie obcowania z kimś niezwykłym. Naznaczonym. Jak średniowieczni stygmatycy albo starotestamentowi prorocy. Jednocześnie wkradło się w nią przekonanie, że taki człowiek nie może zrobić niczego złego.

Broń opadła na kolana. Jej oczy wróciły do kontrolowania sytuacji na drodze.

– Wyjaśnisz mi to?

– Nie wiem. Nie wiem, czy potrafię… chyba lepiej, żebyś sama zobaczyła…

– Zobaczyła co?

Równowaga między nimi była delikatna. Fantastyczne opowiadanie o głosie w jego głowie, który zapowiedział mu, że jeśli nie wyruszy przed szóstą z Trenton, ludzie wokół niego zaczną się zabijać (a później, że to samo się stanie, jeśli nie dojedzie do Orlando do trzeciej) z pewnością by nią zachwiało. Głosy, magiczne mambo-dżambo, zdarzenia jakby wyjęte z powieści Stephena Kinga… Kiedy w myślach ułożył to, co musiał jej powiedzieć, sam uśmiechnął się ironicznie. Bla, bla, bla, gdzie zostawiłeś kaftan, czubasie?

Musi to zobaczyć sama. Wtedy będzie gotowa na całe opowiadanie. Wtedy je przełknie. Kurwa, wtedy przełknęłaby całe „Opowieści z tysiąca i jednej nocy”…

– To, co stało się rano. Coś w tym rodzaju… Albo jak to się stało…

– Tajemniczy jesteś.

– Równo o trzeciej wszystko się wyjaśni.

– W Orlando?

– Przed Orlando. Będziemy musieli trochę się spóźnić…

– Spóźnianie się zawsze mi wychodziło. Od podstawówki.

Zerknęła na zegarek. Było za piętnaście jedenasta. Zdjęła nogę z gazu i pozwoliła się wyprzedzać każdemu, kto miał na to ochotę. Przez radio poleciał następny komunikat o poszukiwanym mężczyźnie w niebieskiej koszulce polo.

9

Trzy ciała. Trzy różne przyczyny śmierci. Trzy różne narzędzia zbrodni.

Rick Travis siedział w miejscu, w którym zawsze dobrze mu się myślało: szatni przy sali gimnastycznej. Zapach potu i pary dochodzącej z prysznica działał na niego jak środek uspokajający, tyle że bez zwykłego im otępienia. Wiele z jego najtrudniejszych spraw zostało rozwiązanych właśnie tutaj, wśród przebierających się, kąpiących i poszturchujących policjantów z różnych wydziałów, którzy przyszli wyładować nadmiar energii, nagromadzoną w pracy frustrację, spalić oplatającą pas oponkę tłuszczu. Ten zwyczaj Ricka był już na tyle znany, że nikt nie podchodził do niego, nikt nie szarpał go za ramię, domagając się, by opowiedział, co tam u niego słychać, a jak żona i syn… Poprzestawali na pokazywaniu go palcami i gestach w dużym przybliżeniu znaczących „patrzcie, znowu duma, łapie bandziorów na sucho”.

To nie ma sensu. Miał pistolet, więc po co bawił się jeszcze nożem i kijem baseballowym? I dlaczego zostawił i nóż, i kij? I czemu nie było na nich innych odcisków palców niż tylko matki i dziecka? Nie miał na sobie rękawiczek, żaden ze świadków o tym nie wspomniał.

W jego głowie zaczynała się rekonstrukcja wydarzeń, rekonstrukcja, która w swojej logice zawierała takie dziury, że mógł przez nie przemaszerować pluton marines. Facet wysiada z samochodu, wyciąga z kieszeni nóż i trafia prosto w serce przypadkowego przechodnia. Potem wchodzi do ogródu Wonderów, rzuca nóż na ziemię, podnosi kij, bije nim Jake’a, rzuca kij i strzela do Janine. Tylko że… po wstępnych oględzinach patologa (z reguły mu towarzyszył, ale tym razem nie potrafił się do tego zmusić; czułby się, jakby krojono jego własną rodzinę)  wiedział już, że strzał padł z co najmniej piętnastu metrów. On musiał już biec do samochodu, odwrócić się i wtedy strzelić. Ale dlaczego Jake był cały ubroczony we krwi? To nie była jego krew ani krew Janine. Czyja więc? Skurwiel nie był ranny, a na pewno nie na tyle, żeby zostawić taką plamę na koszulce i spodenkach Jake’a… Jeśli to krew faceta z bułkami, to już zupełnie jego rekonstrukcja się rozsypywała.

Wstał, niepewny, gdzie powinien teraz pójść, co zrobić. Dustin posłusznie czekał w biurze, na swoim stanowisku. Czekał aż on, wielki Rick Travis, posunie śledztwo do przodu, złamie tajemnicę kryjącą się za tą sprawą, wykorzysta swe prawie parapsychologiczne zdolności i wskaże motywy zbrodni i nazwisko sprawcy. A on marzył tylko o tym, by ten dzień się wreszcie skończył. Albo – lepiej – by okazał się koszmarnym snem, z którego obudzi się w ramionach Kathrine.

10

– A po co ci w torebce taka wielka pukawka? – spytał Colin, przerywając ciążącą mu ciszę. Sprawiała, że wracały obrazki okrutnego poranka, jakby jego pamięć wysyłała mu krwawe pocztówki z zaznaczoną czerwonym mazakiem jego wizerunkiem.

Ally przelotnie popatrzała na niego, tego uciekiniera z mrocznym sekretem i obciachową koszulką. Po co jej ta wielka pukawka? Ano, chce nią pokazać jednemu wielkiemu facetowi, że nie da się więcej rżnąć w dupę. Jemu i nikomu więcej. Otworzyła usta, by to powiedzieć, ale nie potrafiła.

– No? Nie bój się, nikomu nie powiem. Jakby powiedział Tommy, jedziemy na tym samym wózku i jak się wypieprzymy, to oboje zaryjemy w gnój.

Racja, pomyślała Ally. Co on może zrobić? Zadzwonić na policję?

I opowiedziała całą historię, od wypadku Harry’ego do porannej rozmowy z Barrym. Po oczach, po wyrazie twarzy widziała, że rozumiał każde słowo. Ale nie odnalazła w nim aprobaty.

– I co w ten sposób zyskasz? – zapytał, gdy skończyła.

– Wszyscy się dowiedzą, co się stało – odparła.

– To już mówiłaś. Ale co na tym zyskasz? – nie ustępował. Zapragnął powstrzymać to szaleństwo, chociaż to jedno, skoro rano okazał się bezradny.

– Ja już… Ja już nie mam nic do zyskania. I nic do stracenia.

– Oprócz życia.

– Oprócz życia – powtórzyła. – To akurat…

– To samobójstwo – wpadł jej w zdanie. – Nie masz odwagi przystawić sobie tej pukawki do głowy, więc wymyśliłaś, że ktoś cię wyręczy.

– Nie pieprz, to nie tak… ja…

– Tylko nie mów, że przepełnia cię wola życia i nic tak cię nie cieszy, jak wizja doczekania późnej starości.

– Przestań.

– Okej, dosyć gadania. Pora na demonstrację.

Ku zaskoczeniu i przerażeniu Ally, chwycił za kierownicę, a jego lewa noga powędrowała ku pedałowi gazu. Jego but znalazł się na jej pantoflu. Nacisnął. Ally próbowała uwolnić swoją stopę, ale Colin tylko przygniótł ją mocniej. Samochód, wyposażony w automatyczną skrzynię biegów, przyspieszył.

Colin szarpnął kierownicą i znaleźli się na drugim pasie. Wskazówka licznika ciągle przesuwała się w prawo.

– Co ty wyprawiasz?! – w głosie Ally pobrzmiewał autentyczny przestrach. Sięgnęła do torebki.

– Daję ci lekcję. Jestem z zawodu nauczycielem, nie wspominałem?

Osiemdziesiąt pięć, dziewięćdziesiąt, dziewięćdziesiąt pięć mil na godzinę.

– Zatrzymaj go! Natychmiast! – teraz mierzyła już do niego z rewolweru. Ręka trzęsła się, nie wiadomo, czy bardziej z nadmiaru emocji, czy z powodu zużytych amortyzatorów Plymoutha.

– I co mi zrobisz? Zastrzelisz mnie?

Fotoradar umieszczony ponad autostradą pstryknął migawką i opatrzył najnowsze zdjęcie ich prędkością: 98 mph. Na adres Ally już niedługo miało przyjść wezwanie do zapłacenia mandatu w wysokości stu pięćdziesięciu dolarów.

Colin wjechał na pas zieleni. Przed nimi wyrósł słup oświetleniowy i zaczął gwałtownie się zbliżać.

– Ostrzegam cię! – wrzasnęła Ally, palec na języku spustu.

Wyobraziła go sobie z dziurą w skroni, krew na bocznej szybie. Spojrzała na powiększający się z oszałamiającą prędkością słup. Odwróciła się znowu do niego i nacisnęła spust.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *