Wezwanie – część 2

11

Rick wyciągnął komórkę i wybrał numer domowy. Po pierwszym dzwonku usłyszał głos Kathrine.

– To ty, Rick?

– Posłuchaj…

– Wiem… pokazują to od rana w telewizji…

Jasne. Zapomniał o tych pierdolonych hienach. Teraz nie dadzą nawet ciałom ostygnąć.

– Coś musimy dla niego zrobić…

– Zajrzę do niego. Wezmę tego kurczaka z wczoraj i mu odgrzeję. Na pewno nic nie jadł, biedak.

– Dobrze. Dzięki. Boję się o niego… Lepiej, żeby ktoś z nim był… Mógłby zrobić coś głupiego.

Kathrine westchnęła głośno.

– Rozumiem.

– Kocham cię.

– Ja ciebie też.

Rozłączył się. Teraz, z Kathrine czuwającą nad Markiem, poczuł się dużo lżej. Mógł znowu wrócić do rozgryzania tej dziwacznej, bolesnej sprawy.

12

Kathrine zapakowała w aluminiową folię porcję kurczaka z kolacji, która nigdy się nie odbyła (Rick i Dustin znowu zostali po godzinach, pomagając w nie swoim śledztwie) i włożyła ją do plastikowej torby. Rzuciła okiem w lustro i przeczesała palcami swoje krótkie, czarne włosy. Wystarczy. Nie wybiera się na randkę. Sprawdziła, czy w torebce były klucze. Były.

W samochodzie, zanim uruchomiła silnik, wzięła kilka głębokich wdechów. W tym momencie wolałaby mieć przed sobą perspektywę kopania rowów melioracyjnych w listopadowym deszczu niż jechać na miejsce, w którym zginęli… nie… zostali zamordowani Jake i Janine. Ile to razy urządzali razem barbecue? Ile razy Mark przychodził do nich ze swoją młodą żoną i dzieckiem?

Ślub z czternaście lat młodszą Janine zaskoczył wszystkich. Mark Wonder miał opinię kobieciarza z zadatkami na starego kawalera. I wtedy, w trzydziestym ósmym roku życia poznał ją. I z dnia na dzień stał się innym człowiekiem, jakby ona uzupełniła braki, które tyle lat mu wytykano. Udomowiła go. Ucywilizowała. I dała mu syna.

Stając na światłach przy Vine Street, Kathrine wspomniała przyjęcie zorganizowane na powitanie nowego członka rodziny Wonderów, małego Jake’a. Wydał jej się tak uroczy, że zaczęła nawet myśleć następnym dziecku. Dustin kończył wtedy liceum i już jej w zasadzie nie potrzebował. Przynajmniej nie w taki sposób, w jaki uzależniony był od niej jako niemowlę. Rick oczywiście tupnął nogą i wyłożył jej argumenty przeciw późnemu macierzyństwu, a wiesz, jakie mogą być powikłania, może przecież się urodzić z jakimiś deformacjami albo niedorozwinięta, a jeszcze koszty, to tyle teraz kosztuje, pamiętasz, co było z Dustinem, mamy jeszcze tyle rat za dom do spłacenia, a nie chciałabyś trochę pozwiedzać na stare lata, tak ciągle gadałaś o tej Europie, a z dzieckiem to nigdy z długów nie wyjdziemy… Tupnął i nie dał się przekonać.

Sprzed domu Wonderów zdążył zniknąć ciekawski tłum i furgonetki stacji telewizyjnych. Po tragedii zostały jedynie policyjne oznaczenia, w jakich pozycjach leżały ciała i krew plamiąca chodnik i drużkę prowadzącą od furtki do drzwi domu. Dotykając klamki, Kathrine zachwiała się. Ogarnęła ją przemożna ochota, by uciec, gdziekolwiek, byle dalej od tego koszmarnego miejsca. Opanowała się jednak, pomyślała o samotnie przeżywającym tragedię Marku i weszła na podwórko.

Otaczały ją duchy, czuła ich obecność. Ich głosy, echa wesołych okrzyków dochodziły z każdej strony, z każdego zakątka ogrodu. Niemal widziała siebie, Ricka, Dustina, Jake’a, Janine i Marka śmiejących się przy białym, plastikowym stoliku, butelki z piwem w dłoniach, unoszący się w powietrzu zapach grillowanych steków. Czterdzieste piąte urodziny Marka. Bez pompy, bez zbędnych fajerwerków, bez bandy ledwo znajomych twarzy popijających darmowy browar. Tylko dwie zaprzyjaźnione od lat rodziny, trochę jedzenia, trochę picia i dużo serdeczności.

Zapukała. Nikt nie odpowiedział, więc zrobiła to jeszcze raz. I jeszcze raz. W dalszym ciągu upiorna cisza. Może gdzieś wyszedł?, pomyślała. Ale stojący na podjeździe samochód zmienił jej zdanie. Zapukała jeszcze raz. Nie doczekawszy się odpowiedzi, nacisnęła klamkę. Drzwi, dobrze naoliwione (pod okiem Janine Mark został prawdziwym majsterkowiczem i spędzał długie godziny naprawiając i konserwując cokolwiek tego potrzebowało), uchyliły się bezszelestnie. Kathrine, z bijącym coraz szybciej sercem, weszła.

Pierwszą rzeczą, jaka przykuła jej uwagę, była pusta butelka leżąca na dywanie. Później zauważyła stłuczony kieliszek i przewrócone krzesło.

– Mark? Jesteś tu? To ja, Kathy – zawołała bez przekonania. Nawet jeśli był w środku, pewnie leżał nieprzytomny i śmierdzący ginem. I wcale nie miałaby mu tego za złe. Gdyby to o nią chodziło, gdyby to jej najbliżsi leżeli teraz w kostnicy… Wzdrygnęła się na samą myśl. Lepiej nie wywoływać wilka z lasu.

Przeszła się do łazienki. Chciała obmyć twarz, otrzeźwić się, by móc spokojnie zabrać się za sprzątanie i przygotowanie posiłku dla Marka. Kiedy się obudzi, na pewno będzie głodny. Zanim jednak sięgnęła do kranu, jej wzrok padł na leżące w umywalce puste opakowanie po tabletkach nasennych, które lekarz przepisał Janine. Kathrine odradzała jej ich łykanie, mówiąc, że tylko jej zaszkodzą, pokłóciły się nawet o to, ale Janine miała swoje zdanie. To pokolenie wierzy w pigułki jak w zbawienie, mruknęła wtedy, niezadowolona. Kiedy my mieliśmy kłopoty z zaśnięciem, piliśmy ciepłe mleko. I działało.

Wrzuciła pudełko do stojącego obok sedesu kosza i spojrzała w lustro. Dopiero wtedy dotarło do niej, że ktoś opróżnił jego zawartość. Wyłowiła je i przeczytała, ile było w nim na początku. Sześćdziesiąt. Niedobrze, Jezu, niedobrze.

Ściskając pudełko jak broń, którą zamierzała wykorzystać w razie potrzeby, pobiegła na górę, do sypialni. Drzwi były zamknięte od wewnątrz. Zaczęła walić w nie pięściami.

– Otwórz! Słyszysz mnie? Mark?! Otwórz! To ja, Kathy! Proszę cię! Jeśli mnie słyszysz, otwórz!

Zza drzwi dobiegł głuchy trzask, jakby ktoś przewrócił krzesło na podłogę.

– Mark! – wrzeszczała Kathrine, jak nie wrzeszczała nawet na swoich uczniów, kiedy przekraczali wszelkie granice i pozostawało tylko odwoływanie się do siły płuc.

(Nie wiedząc o tym, była koleżanką człowieka pośrednio odpowiedzialnego za tę tragedię; ona i Colin, choć reprezentowali różne pokolenia – on niemal dwadzieścia lat młodszy od niej – zgadzali się w większości sytuacji i przy każdej okazji wymieniali anegdotami ze swoich lekcji.)

Wzięła krótki rozbieg i uderzyła barkiem w drzwi. Te, solidnie wykonane, nawet nie drgnęły. Zrozpaczona, z bolącym ramieniem, rozejrzała się za jakimś narzędziem. W polu widzenia nie było niczego, co mogłoby jej pomóc dostać się do sypialni. Najlepszy byłby pistolet, przestrzeliłaby zamek, jak robili to policjanci na filmach. Ale nie miała żadnego, wbrew naleganiom Ricka nie chciała uczyć się nim posługiwać. Wiedziała też, że żadnego nie było w domu. Mark brzydził się broni, zgadzając się w tym z Kathrine. W tej chwili jednak oddałaby życie za prosty rewolwer.

Porzuciła nie przynoszące niczego żale i zbiegła do piwnicy. Tam szybko wśród narzędzi Marka odnalazła łom wróciła pod drzwi sypialni. Jakby pół życia spędziła włamując się do cudzych mieszkań, podważyła je, niszcząc ozdobne dębowe klepki, którymi były oklejone. Teraz wystarczyło tylko mocne kopnięcie. Sypialnia stała przed nią otworem.

Łom wysunął jej się z ręki.

13

Zmierzający ku ulicznej latarni czerwony Plymouth odbił w prawo i uderzył w bok niebieskiego Nissana Almera. Kierowca tego stracił panowanie nad samochodem i zjechał na prawy pas, wprost pod koła zabierającego się do wyprzedzania, rozpędzonego Forda Rangera. Nissan, staranowany przez pick-upa, obrócił się o trzysta sześćdziesiąt stopni i zygzakiem pojechał dalej. Na wszystkich pasach zaryczały opony gwałtownie hamujących aut. W przeciągu kilku sekund wewnątrzstanowa Fl-91 została zablokowana.

Tymczasem Plymouth, który odbił się od Nissana, z powrotem wjechał na trawnik między jezdniami, w ostatniej chwili omijając kolejną latarnię i tracąc przy okazji lusterko. Wrócił na swój pas, teraz już pusty, i – po jednym nieznacznym szarpnięciu w lewo – uspokoił jazdę. Za nim ruch powoli wracał do normalności. Z wyjątkiem Forda i Nissana, których właściciele wysiedli wymienić się numerami ubezpieczenia i poprzeklinać na wariatów drogowych.

Ally kurczowo ściskała kierownicę, jakby spodziewała się, że ktoś jej ją wyrwie i wyrzuci przez uchylone boczne okno. Rewolwer leżał na jej kolanach, które trzęsły się z nadmiaru emocji.

Starała się koncentrować na drodze rozpościerającej się przed nią. Ale w jej świadomość wciskały się niechciane obrazy, obrazy w których wpadała do biura Barry’ego, brała go na zakładnika, występowała przed kamerami. I ginęła, zastrzelona przez snajpera z oddziału specjalnego. Zapamiętają ją jako wariatkę wymachującą gnatem, grożącą Bogu ducha winnemu ciężko pracującemu biznesmenowi, który z mozołem wspinając się po szczeblach drabiny społecznej dorobił się własnej firmy i próbował za wszelką cenę utrzymać ją na powierzchni. Co właściwie miała? Spekulacje i oskarżenia bez żadnych konkretnych dowodów. Martwego męża, który – policyjny raport mówił wyraźnie, nie zostawiając pola do interpretacji – przekroczył prędkość i spowodował wypadek. Martwego syna, jedną z tysiąca ofiar białaczki. I spóźniony list kondolencyjny, który w podobnej formie wysyłała każda firma. Gówno. Gówno miała i z tym chciała rzucić na szale własne życie.

Snajperzy. Barry, przerażenie w jego oczach. Skrucha? Potrafiłaby ją rozpoznać? Potrafiłaby rozpoznać jej szczerość? Mogłaby zmusić go do spowiedzi przed kamerami, ale czy co stałoby się potem? Snajperzy, czarne stroje, zamaskowane twarze, długie lufy precyzyjnych karabinów. Koniec. Obsada, statyści, logo producenta. Odwołałby wszystko, nim wsadziliby ją do plastikowego worka. Czarnego. One zawsze są czarne. Usłyszałaby coś? Poczuła? Celowaliby w głowę czy raczej w serce? Podobno słyszy się tylko te, które mijają cel. Nagłówki w gazetach: WARIATKA BIERZE ZAKŁADNIKÓW, ŚMIERĆ OSZALAŁEJ TRZYDZIESTOLATKI. Śmierć, śmierć, śmierć.

A ona chciała żyć! Colin jej to uświadomił. Potrząsnął nią. Dał jej klapsa w dupę, jak rozwrzeszczanej, ignorującej cały świat smarkuli. Należało jej się. Znowu widziała wyraźnie.

Dowiedziała się też czegoś o sobie. Pociągnęła za spust. Pociągnęła za spust! Była w stanie zabić w obronie własnej. Wcześniej było to dla niej czystą abstrakcją. Czytała o takich przypadkach w gazetach, zastanawiając się, jak sama zachowałaby na ich miejscu. Teraz wiedziała. Walczyłaby. Do ostatniego tchnienia.

Niespodziewanie otworzyły się przed nią nowe drzwi. Harry i Sam zostali z tyłu. Zabawne, bo miał jej w tym pomóc atak na Barry’ego. Rozprawi się z nim i będzie mogła ruszyć dalej, gdziekolwiek. Gdzie? Gdziekolwiek zechce.

14

Łóżko było puste. Była na nim poduszka i zmięte prześcieradło. Obok łóżka leżało przewrócone krzesło. Nad nim…

Kathrine zdusiła krzyk, zakrywając usta dłonią. Słychać było ciche skrzypienie haka, który milimetr po milimetrze wysuwał się z sufitu. Patrzyła jak zahipnotyzowana na kołyszące się miarowo ciało Marka. Jego nogi jeszcze drgały, ale Kathrine nie miała już nadziei. Nie dawały jej jego zaszklone oczy, zapatrzone w nicość.

Postanowiła go odciąć, zobaczyć jednak, co da się zrobić. Cuda się w końcu zdarzały, wbrew nadziei. Na szafce nocnej znalazła duży, ostry nóż, jakiego używali zwykle w Święto Dziękczynienia do pokrojenia indyka. Pewnie chciał się pociąć, ale zmienił zdanie, pomyślała Kathrine. Wzięła nóż i dopiero teraz przyjrzała się sznurowi, na którym powiesił się Mark.

Nie był to zwykły sznur. Raczej – rozpoznała ją – stalowa linka holownicza, którą Mark pożyczył Rickowi kilka tygodni wcześniej, kiedy musiał zaciągnąć jej samochód do warsztatu. (Typowe dla Ricka, nie chciał zadzwonić po pomoc drogową, wolał sam wlec się przez pół miasta, wywołując kakofonię klaksonów i przekleństw poddenerwowanych ludzi usiłujących dostać się do pracy.) W tej sytuacji nóż na nic się jej nie przydał. Odłożyła go na stolik i wygrzebała z kieszeni telefon. Nie zdążyła jednak wybrać numeru. Hak ostatecznie puścił i ciało Marka zwaliło się na podłogą, twarzą w dół.

Kathrine upuściła komórkę, która potoczyła się pod łóżko. Schyliła się, by ją podnieść i zamarła. Wydawało się, że Mark się poruszył. Nie, to niemożliwe. Na klęczkach zbliżyła się do niego i dotknęła jego szyi. Brak pulsu. Sama się sobie dziwiła, że potrafiła to zrobić, że na widok wiszącego u sufitu przyjaciela nie wpadła w panikę i nie zaczęła wrzeszczeć, bezproduktywnie biegając w kółko. Jak zareagowałaby, gdyby na miejscu Marka był Rick? Odrzuciła to idiotyczne pytanie i podniosła telefon. Drżącymi mimo wszystko palcami wybrała numer Ricka. Ktoś musiał przekazać mu złą wiadomość.

15

– Odezwiesz się?

Colin spojrzał na Ally okiem kogoś wybudzonego z głębokiego snu. Przyjrzał się śmierci z bliska i doszedł do tego samego wniosku, co Ally: chciał żyć. Tak po prostu, jeść, oddychać, prowadzić samochód, robić zakupy w Wal-Marcie.

– Miałem rację. Przyznaj.

Ally burknęła pod nosem niechętne „miałeś”, które Colinowi w zupełności wystarczyło.

– To byłoby samobójstwo… nic poza tym. Dałem ci szansę pójścia na skróty… nie skorzystałaś…

– A skończ już… bo za drugim razem nie zapomnę odbezpieczyć pistoletu.

– Okej, jakby powiedział Tommy, twoje na wierzchu, lepiej się przykryj, bo zrobią ci zdjęcie.

– Ten Tommy… – Ally złapała okazję zmiany tematu. – To twój najlepszy kolega?

– Był.

– I co się stało?

– Jakby on sam powiedział, użyźnia glebę na miejskim cmentarzu.

– Ja to zawsze coś takiego strzelę…

– W porządku. Dopóki nie strzelasz z pistoletu…

– Nie musimy o tym rozmawiać, jeśli…

– Spoko. Ty opowiedziałaś mi o Harrym i Samie, więc czemu nie miałbym ci opowiedzieć o Tommym? Zresztą, to było tyle lat temu… Mieliśmy po dwanaście lat. Trochę mi go przypominasz…

– Tak? Też był płaski jak decha? – znowu to wahnięcie humoru, śmiech z przerażeniem w tle. Tak, to Tommy, cały Tommy.

– Chudy. Był strasznie chudy. Jak ty.

– Fatalnie.

– Chuda dupa, wielka gęba, jak sam mówił.

– O mnie też to już ktoś powiedział…

– Zastanawiam się, czemu…

– Zamknij się i opowiadaj.

– Okej… Opowiadam, nie denerwuj się. Było nas troje… „Śnięta trójca” na nas wołali… Ja, Tommy i Amy… Amy miała…

16

…dość włóczenia się po lasku przylegającym do Trenton od wschodu.

– Pić mi się chce – powiedziała tonem rozpieszczonego bachora, w jakiego od czasu do czasu się zamieniała, przynajmniej w oczach Tommy’ego Bartsona i Colina Mathersa.

– Chodźmy do strumienia – ostrożnie zaproponował Colin. Obawiał się wybuchu złości.

Nastąpił on niemal natychmiast.

– Nie chcę wody! Chcę coca-coli! Albo Doktora Peppera!

Tommy podszedł do najbliższego drzewa, wyciągnął z kieszeni ćwierć dolara i z teatralną przesadą usiłował wcisnąć monetę w jego pień.

– Sorki, Amy, ale ta maszyna chyba się zacięła – powiedział z grobową miną.

– Bardzo zabawne, matole – parsknęła Amy, z trudem powstrzymując się przed uśmiechem, który cisnął jej się na usta. Tommy swoimi wygłupami bawił ją jak nikt inny. Nawet jeśli nie potrafiła się do tego przyznać.

Mieszkali obok siebie, ich identyczne białe domy stały w szeregu wzdłuż Minnesota Avenue, ten należący do rodziców Colina po środku. Przedmieścia Trenton wyglądały jakby żywcem wyciągnięte z lat pięćdziesiątych, z drewnianymi płotami, zadbanymi trawnikami i czystymi chodnikami.

Amy, ku rozpaczy rodziców, duch niespokojny i omijający szerokim łukiem domy dla lalek, przyłączyła się pewnego dnia do wdrapujących się na rosnący na końcu ulicy orzechowiec. Uśmiechnęła się, przekrzywiła głowę i ani Tommy, ani Colin nie miał siły odpędzić jej z pogardliwym uśmieszkiem, mówiąc, że z „babami to oni się nie bawią”. Zaczarowała ich. Blond loczki i niebieskie kokardki pracowicie wiązane przez jej nie mającą nic ciekawszego do roboty matkę rozbudziły w nich instynkty, których istnienia jeszcze się nie domyślali.

– Z babami to tak zawsze – powiedział Colin, wykorzystując sposób, który zwykle na Amy działał.

Czas, w którym dawała się manipulować w tak prymitywny sposób, jednak się już kończył. Amy powoli wyrastała z wszechogarniającego pragnienia, by dorównać chłopcom, by nie być od nich gorsza. Miała swoje prawa i zamierzała z nich korzystać.

– Zaraz ci pokażę, co od baby możesz dostać – zagroziła. – Idziemy do sklepu i koniec.

Później wielokrotnie zastanawiała się, jak potoczyłoby się ich życie, gdyby nie zachowała się w ten sposób, gdyby nie chciała za wszelką cenę postawić na swoim i poszła z przyjaciółmi napić się wody ze strumienia. Potrzebowała zapewnienia, że niczego by to nie zmieniło, że karty zostały rozdane gdzieś na górze, poza ich zasięgiem. Że zdecydowało to Colinowe ka.

– Dobra, niech ci będzie, jak ci tak zależy, możemy iść do sklepu po coś do picia. Ale ja nie stawiam – zgodził się Colin. Częściej ulegał jej, gdy prosiła cicho, wykorzystując naturalne w jej głosie, zmysłowe drżenie. Jego skuteczności i jak jej używać, miała się jeszcze nauczyć.

Colin blefował. Gdyby poprosiła, postawiłby jej całą skrzynkę Doktora Peppera. Eileen była największa, zepchnęła wszystkie inne w cień. Ale nie była pierwsza.

Wyszli spomiędzy drzew na pobocze ruchliwej Trenton Parkway. Tommy gryzł prażone pestki słonecznika, a jego z kolei gryzła towarzysząca im od kilku minut cisza.

– I oto strudzeni wędrowcy dotarli do głównego szlaku, witani przez niezmierzone tłumy płaczących ze wzruszenia dziewcząt – zawołał, naśladując głos Larry’ego Kinga. Jak na dwunastolatka, dopiero szykującego się do nieuchronnej mutacji, jego parodia była niezła. Brzmiał, jakby od kilku lat był nałogowym palaczem i zwolennikiem mocnych trunków. – Cóż ja widzę? Oto jedna z nich, na złotej tacy niesie trzy puszki zmrożonej coca-coli. Wędrowcy sięgają po nie, lecz uprzedza ich ich koleżanka, blondwłosa hurysa, która duszkiem opróżnia je wszystkie i głośno beka.

Cała trójka zaczęła głośno się śmiać. To, że Tommy miał na myśli harpię, nie hurysę, przeszło niezauważone. Ich pani od literatury uważała uczenie dzieci mitologii za pomysł równie udany, co wysyłanie psów w kosmos. Można. Ale po co?

– Nadajesz się do telewizji – z aprobatą powiedziała Amy.

Tommy poczuł ciepło rozlewające się po całym jego ciele. Toczył go ten sam wirus, który wcześnie zaatakował Colina.

– Chodźcie – mruknął Colin, zazdrosny o dar Tommy’ego do torowania sobie drogi przez życie za pomocą ust. Ile to razy jednym celnym zdaniem potrafił wykpić się od należącej mu się kary. Ile razy zamiast zmarszczenia brwi wywoływał uśmiech?

Kiedy Colin był w takim humorze, woleli się z nim nie sprzeczać. Tommy, z czystej niezdolności do zatrzymania słów, które rodziły się gdzieś między jego mózgiem, a gardłem, rzucił pogodnie:

– A chodźmy, chodźmy, zachód słońca się zbliża, wampiry i wilkołaki lada moment wyjdą z kryjówek i wtedy dopiero dobiorą nam się do tyłków.

To stanowiło drugą stronę medalu: pobłażliwe traktowanie przez dorosłych z nawiązką nadrabiały bójki z rówieśnikami, często dużo od niego silniejszymi. Wyglądało, jakby jego usta działały wbrew instynktowi samozachowawczemu. Potrafił bez zmrużenia oka obrazić grupkę wyższych od siebie o głowę zabijaków i jeszcze się do nich wyszczerzyć. Jego szczęście, że często jego żarty nie docierały do adresatów, przekraczając ich wiedzę lub domyślność. Stąd opinia dziwaka, któremu z gęby wylatują różne głupoty.

Czasem jednak trafiał prosto w czułe miejsce i nie pozostawało mu nic innego, jak tylko siłę w gardle zamienić na siłę w nogach i biec, biec, biec, jak najdalej od gotujących się z wściekłości osiłków. Jedną z takich ucieczek zauważył trener szkolnej drużyny lekkoatletycznej i zaproponował Tommy’emu regularne treningi.

Narażając się bandzie Corta, Tommy jednak przesadził. I było to opinia nie tylko Colina, ale i większości uczniów East Trenton Grammar. Szykował się łomot, jakiego Tommy jeszcze nie przeżył, prędzej czy później. Bandzie Corta w tej materii można było zaufać. Nikt, kto z nimi zadarł, nie wyszedł z tej przygody bez podbitego oka albo wybitego zęba. I ten scenariusz nie należał jeszcze do najgorszych. Dwóm nieszczęśnikom bowiem Cort własnoręcznie zabrał ubrania i przywiązał do znaku drogowego, by upokorzenie dokonało reszty roboty za niego.

Przeszli Trenton Parkway i ruszyli w lewo, wzdłuż Hiawatha Street. Znajdowali się w starszej części miasta, gdzie stało kilkanaście kamienic z lat pięćdziesiątych, a ulice były wąskie i najczęściej puste. Tutaj nikt nie chodził na spacery, przynajmniej nikt z względnie bogatych przedmieść. Matki ostrzegały swoje pociechy przed zapuszczaniem się tam, strasząc ulicznymi gangami i czającymi się za każdym rogiem zboczeńcami, ojcowie poprzestawali na stanowczych zakazach, popartych znaczącym spojrzeniem w kierunku wiszącego na haku pasa. A dzieci z tym większym podnieceniem eksplorowały zakazane dzielnice.

Minęli sklep żelazny Toma Stopparda, podupadły salon fryzjerski „Francesca’s” i znaleźli się w Trenton’s Best Groceries Store. Jego właściciel, Terry Jones, który dawno osiągnął już wiek emerytalny, lecz nie zamierzał poddawać się słodkiej bezczynności, przywitał ich jak swoich najlepszych klientów.

– Co podać wielmożnemu państwu? Lody? Batony? Ciągutki?

– Eee… prosimy trzy cole – powiedział Colin.

Przyjaciele wysupłali z przepełnionych różnymi skarbami kieszeni po pięćdziesiąt centów i z namaszczeniem złożyli je na ladzie.

– Ech, gdyby wszyscy byli tacy skorzy do płacenia… – westchnął Jones. – W dzisiejszych czasach wszyscy chcą brać na kreskę. A jak ja mam zamawiać w hurtowni na kreskę? Ruina, mówię wam, burmistrz nawet przez tę okolicę bałby się przejechać swoją limuzyną. Niszczą nas, powoli i skutecznie, a kiedy nikt już nie będzie chciał tu mieszkać, wyburzą wszystkie domy i postawią nowiutkie centrum handlowe.

Tommy, który na problemach zagospodarowania przestrzennego znał się niewiele, za to wiedział, gdzie można dostać najlepsze ciągutki i to najtaniej, powiedział:

– Jakby co, pan nas zawoła, a my zrobimy im taką blokadę, że pójdą wyburzyć dom burmistrza! My młodzież Trenton – zakrył usta dłonią, imitując brzmienie megafonu – przyszłość naszego miasta nie pozwalamy na dewastację zabytkowych rejonów…

Jego głos wzniósł się nagle i równie nagle urwał. Amy ciągnęła go za ramię.

– Chowaj się! To Cort i jego… – nie musiała kończyć. Tommy momentalnie zanurkował i schował się między półkami.

– Tylne wyjście. Ja ich tu przytrzymam – powiedział Jones, który w lot zorientował się w sytuacji. Tommy nie był pierwszym, który na widok Corta wiał gdzie pieprz rośnie i pachnie wanilia.

Colin złapał puszkę Tommy’ego i swoją, i pobiegł za kolegą. Amy poszła w jego ślady. Przy odrobinie szczęścia mogli zniknąć niezauważeni i cieszyć się dalej spokojnym, wakacyjnym popołudniem.

Ale tej odrobiny szczęścia tamtego dnia zabrakło. Jeden z otaczających Corta chłopców klepnął go w plecy i wskazał palcem sklep. Cort zmrużył oczy. Zdążył dostrzec związany niebieską kokardką koński ogon Amy. Rozpoznał go. A że każdy wiedział, że ta mała suka wszędzie łaziła z żartownisiem Bartsonem i kujonem Mathersem… Szarpnął klamką, ale drzwi nie chciały się otworzyć. Pociągnął jeszcze raz, mocniej, wkładając w to całą swoją złość i siłę gwałtownie rosnącego, trzynastoletniego ciała. Nic. I twarz starego Jonesa, uśmiechająca się zza szyby. I machająca im papa ręka.

Cort (to było przezwisko, za nazwanie go jego prawdziwym imieniem, Cornelius, pewien nieświadomy czwartoklasista zafundował sobie wizytę u dentysty, więc poza klasą był dla wszystkich po prostu Cortem) przesunął palcem wskazującym po swoim gardle i jego uwaga zwróciła się ku uciekającym. Ze starym rozliczy się później, wróci tu z puszką farby i wtedy czarnuch pożałuje swojej głupoty.

– Na tyły! Już! – warknął na swoją gwardię przyboczną.

Tommy Bartson zalazł mu za skórę i musiał go stamtąd usunąć. Wycisnąć jak pryszcza. Zgnieść. Nikt bezkarnie nie będzie nazywał go idiotą, szczególnie przy świadkach. Co to dokładnie było? Jak on to powiedział? Że on, Cort, chyba chce zaczekać w budzie na swoje dzieci? Coś w tym rodzaju, w każdym razie. Nieważne. Jak go dorwie, przez następne dwa tygodnie będzie gadał dupą.

Po drugiej stronie budynku Colin prowadził swoją małą grupkę ku bezpieczeństwu sąsiedniej uliczki.

– Prędko! – poganiał ich.

– No co ty? Przecież pan Jones powiedział… – zaprotestował Tommy.

– Powiedział, że nie przepuści ich przez sklep. Ale przecież mogą polecieć naokoło, nie?! – wrzasnął Colin, poirytowany beztroską Tommy’ego.

– Już są! – krzyknęła Amy, widząc wychylającego się zza rogu Jacka Rosena, przerośniętego jedenastolatka, który do bandy Corta trafił dzięki swoim rozmiarom i gotowości do bezgranicznego podporządkowania się szefowi.

Teraz Colin nie musiał zachęcać do biegu. Ruszyli jak konie wyścigowe na odgłos strzału startera. Po chwili dopadli do bramy prowadzącej do równoległej do Hiawatha Street uliczki i bez namysłu skierowali się w prawo. Dopiero po kilkunastu krokach zorientowali się, że nie był to najlepszy wybór. Ale było już za późno. Rosen już dotarł do bramy, a za nim pędziła reszta.

– I co teraz? – zapytał Tommy, przerażenie wreszcie zaczynające pulsować w jego żyłach.

– Jak to co? – odpowiedział Colin, nie zatrzymując się ani na sekundę. – Skaczemy przez płot.

– On ma z trzy metry!

– Wolisz iść na randkę z Cortem?

– Eee – skrzywił się Tommy. Jego niezawodne poczucie humoru pokonało strach. – Ma krzywe nogi. I nie podoba mi się jego fryzura.

– To się wdrapuj!

Stali przed wysokim, siatkowym płotem zagradzającym dojście do kilku grożących zawaleniem budynków w głębi alei.

– No… nie wiem – bąknęła Amy.

Czas na podjęcie decyzji się kończył. Choć Cort i jego banda, widząc, że Colin i reszta zabrnęli w ślepą uliczkę, przeszli do marszu, delektując się zbliżającym się wielkimi krokami zwycięstwem.

– Słyszałem, że tymi piwnicami można przejść z klatki do klatki.

Spojrzeli na wejście do najbliższej. Było otwarte.

– No to jazda! – krzyknął Colin i dał reszcie przykład.

Wbiegli do środka, ciemnego, obskurnego i śmierdzącego stęchlizną. Od dawna nikt tutaj nie mieszkał, z wyjątkiem szczurów i najróżniejszego robactwa. Odrapane i pokryte wulgarnymi napisami ściany, powyrywane stalowe barierki, walające się tu i ówdzie zużyte kondomy. Część młodzieży, ta nie mogąca pozwolić sobie na zapewnienie swoim sympatiom wygody tylnego siedzenia Buicka rodziców, zdobywała tutaj swoje pierwsze doświadczenia na polu miłości fizycznej. A i prostytutki nie gardziły darmowym lokum na szybki numerek.

– Obrzydliwe – powiedziała Amy. – Łeee!

– Cicho! – warknął Colin. – Do piwnicy. Szybko!

Podporządkowali się mu bez słowa. Kiedy jego głos brzmiał w ten sposób, wszelka dyskusja była wykluczona.

Dotarli do piwnicy, oświetlonej jedynie przez niewielkie, umieszczone tuż nad ziemią okienka. Nie było w nich szyb. One chrupały pod ich stopami.

– Słuchajcie. Mam pomysł – szepnął Colin. – Po drugiej stronie nie wychodzimy na zewnątrz, tylko do góry. Oni wylecą na ulicę, a my z powrotem, przez piwnice i do centrum. Okej?

Plan wydał się Tommy’emu i Amy całkiem rozsądny. A przynajmniej dużo rozsądniejszy niż to, co sami mogli wymyślić na poczekaniu.

Gdy już znaleźli się w sąsiedniej klatce, Colin zastanowił się, dlaczego ta część budynku była za płotem, a poprzednia – ogólnodostępna. I dlaczego nikomu nie przyszło do głowy zablokować przejścia przez piwnice. Odrzucił jednak te myśli jako nieważne. Starali się uniknąć manta ich życia, to powinno go zajmować.

Na schodach Amy wydała z siebie przeraźliwy okrzyk. Kilkadziesiąt metrów za nimi rozległo się w odpowiedzi pełne zadowolenia rechotanie.

– Myszka wpadła w pułapkę – zaśmiał się Cort. – Mogła się nie kusić na ser.

Myszka jednak szybko się opanowała. A zderzenie z bezdomnym okupującym zrujnowany dom, choć nie należące do jej listy życzeń, nie było najstraszniejsze.

– Jakby co, poszliśmy tam, dobra? – zapytała bezdomnego, który uśmiechnął się, ukazując poczerniałe dziąsła.

Odwzajemniła uśmiech i popędziła na górę, dziwiąc się, jak szybko udało jej się odzyskać zimna krew. Colin, który znalazł się bezpośrednio za nią, wpadł w kolejną fazę podziwu nad swoją uroczą koleżanką.

Na pierwszym piętrze przyczaili się, bojąc się nawet głośno odetchnąć. Plan polegał na zaskoczeniu. Jeśli Cort zorientowałby się w podstępie, byliby w pułapce.

– Hej, stary, widziałeś tu takich trzech gnojków? – usłyszeli z dołu. Zupełnie już przestali oddychać. Nawet ich serca zdawały się bić za głośno.

Bezdomny starzec najwyraźniej zachował się zgodnie z prośbą Amy, bo kroki grupy pościgowej się oddaliły. Połowa planu zadziałała.

Najciszej, jak potrafili, zeszli na parter, gdzie wciąż kręcił się ich nowy przyjaciel.

– Dzięki – szepnęła Amy.

Starzec posłał jej uśmiech i wydał z siebie dziwny odgłos.

Jest niemową!, pomyślała zaskoczona Amy. Ale ostre szarpnięcie nie pozwoliło jej głębiej drążyć tematu. Colin domagał się, by ruszyła z nimi do piwnicy. Nie dała się prosić.

– Udało się! – szeptem zawołał Tommy. – Jesteś geniuszem! Od dzisiaj mówię ci „wujku Albercie”!

– Ciszej! – Colin nie był w nastroju na odbieranie pochwał. Na to jeszcze przyjdzie pora, kiedy dotrą do swojej kryjówki w lasku. – Bo cię usłyszą i nakopią ci do dupy. A ja im pomogę.

Wyszli na świeże powietrze, pachnące teraz, po czasie spędzonym w stęchliźnie budynku, jak ogród różany. Odwrócili się i spojrzeli na rozglądających się bezradnie po ulicy chłopaków Corta.

Tommy wyrwał się i dopadł do ogrodzenia.

– Hej! Tutaj! Trzeba było uwziąć się na kogoś ze swojego szczebla drabiny ewolucji!

Cort zaklął głośno i pogonił swoich podkomendnych z powrotem do piwnicy.

– No i po co to było? Mogliśmy po cichu zniknąć. A tak – Colin nie wiedział, czy był bardziej zły, czy zmęczony – będziemy dalej się z nimi gonić.

Znowu rzucili się do ucieczki, tym razem w kierunku ruchliwego centrum Trenton. Tam nic im nie groziło, Cort nie byłby tak głupi, żeby atakować ich przy świadkach. Nie byłby?

W pełnym biegu nie zastanawiali się nad tym. Mieli swój cel i całą uwagę poświęcali jego osiągnięciu. Z trudem zmuszali coraz cięższe nogi do nieludzkiego wysiłku. Ich gardła wypełniał śluz, oddechy stały się bolesne, przeciążone stawy domagały się odpoczynku. Ale strach, mistrz świata w motywacji, dodawał im sił. I biegli, biegli, biegli. Aż elewacje mijanych budynków pokryły się świeżą farbą, a chodniki – drobną, ułożoną w estetyczne wzorki kostką. Aż pojawili się ludzie, których mogli zakwalifikować do kategorii „porządni”. Czyli przypominający ich rodziców, niosący teczki, siatki z zakupami, popychający dziecięce wózki, ubrani w wyprasowane koszule i stonowane w kolorze spódnice. Wtedy pozwolili sobie na postój.

– Nie ma ich – powiedziała Amy, ostrożnie się rozglądając.

– A co, myślałaś, że będą robić pokazówkę w środku miasta? – retorycznie spytał Colin.

– To się nadaje do gazet – wtrącił się Tommy. – Nie wiem, jak wy, ale ja na pewno pobiłem jakiś rekord.

– Rekord w głupocie na odległość – mruknął Colin, ciągle mający mu za złe akcję przy płocie. – Ty chyba chcesz, żeby ci w końcu wkopali.

Tommy chciał odparować mu jakimś celnym tekstem, ale przez zaschnięte usta nie przeszło ani słowo. Colin miał rację.

– Chodźcie się napić – powiedziała Amy, widząc wiszącą w powietrzu kłótnię. Symptomy nauczyła się rozpoznawać w domu, który od czasu do czasu zamieniał się w arenę regularnych werbalnych wojen. Ta umiejętność przydawała jej się w znikaniu w odpowiednim momencie z pola rażenia. Nie chciała zostać przypadkową ofiarą cywilną, oberwać zabłąkanym czasownikiem albo potknąć się o porzucony epitet.

Teraz, kiedy emocje zaczęły opadać, pragnienie znowu dało o sobie znać. Kupione u starego Jonesa puszki z colą porzucili zaraz za jego tylnym wyjściem, jako zbędny balast mogący utrudnić ucieczkę.

– Zrzutka? – zaproponował Colin. W jego kieszeni zostało już tylko dwadzieścia pięć centów, za mało, by myśleć o kupieniu czegokolwiek w pojedynkę.

– Ja mam jeszcze pięćdziesiąt – powiedział Tommy.

– Ja ćwiartkę – dodała Amy.

– Ja też.

– Policzmy. Dwie ćwierci i połówka, czyli dwie ćwierci i dwie ćwierci. To razem daje… cztery ćwierci. Jednakowoż – Colin i Amy bezbłędnie poznali parodię panny Cheadle, ich nauczycielki matematyki z pierwszej klasy, i uśmiechnęli się mimo zmęczenia – my potrzebujemy wyjścia z tych ułamków. Kto nam wyciągnie całości? Może pan, panie Mathers, pan wygląda na bystrego młodzieńca…

– Ja… eee… – Colin postanowił pójść za żartem – no… bym powiedział… że… jakby tak podzielić przez cztery, to… eee… mogę się mylić… ale… jeden?

– Tak, proszę państwa! Złota gwiazda dla pana Mathersa!

Amy wybuchła głośnym śmiechem.

– Jak wy to robicie?

– Proste. Ja mam talent, a on się pod niego podpina – odparł Tommy.

W najbliższym sklepie kupili dwulitrową butelką Jolly Good Coke i zostali z pięciocentową resztą.

– Gdzie idziemy? – zapytała Amy.

Do kolacji pozostawały jeszcze dobre dwie godziny. Nie warto było marnować tego lipcowego popołudnia, wracając przed czasem do domu.

– Do lasku. Wypijemy i opracujemy plan na jutro – powiedział Colin.

Cort i jego banda byli całe mile od ich umysłów, zostali wyrzuceni do innej książki, stojącej na bezpiecznie oddalonej półce.

Brak sprzeciwów. Pomaszerowali do swojej kryjówki, bez zdziwienia akceptując to, jak mało czasu potrzebowali, by ochłonąć z szaleńczej gonitwy. Ich zakwaszone mięśnie przypomną im o niej jutro. Dzisiaj przed nimi były jeszcze ekscytujące godziny zabaw.

Popijając słodki napój, doszli do miejsca, z którego wyruszyli nie tak dawno temu. Choć dla nich upłynęły od tamtej chwili całe wieki. Czas w wakacje płynął w dziwny, niewytłumaczalny sposób, zwalniając i przyspieszając zgodnie z rytmem tego, co aktualnie robili. I nie zmieniały tu niczego zdobiące ich nadgarstki elektroniczne zegarki. Ich wyświetlacze wskazywały jedynie, czy pora już rzucić wszystko i iść na obiad czy kolację. Prawdą ich przeżyć się nie zajmowały.

– Hej, może pójdziemy jutro do kina? – zaproponowała Amy.

– A co jest? – zainteresował się Colin. Do kina mógłby chodzić codziennie i spędzać tam długie godziny, wdychając atmosferę miejsca, zapach świeżego popcornu z masłem, słuchając podnieconych rozmów ludzi opuszczających sale i opowiadających sobie nawzajem film, który wspólnie obejrzeli.

– Eee… coś zawsze jest – odparła Amy, lekko zakłopotana. – W lato zawsze coś fajnego puszczają…

Tak. Letni sezon hitów filmowych to było to, co nastolatki od Florydy po Alaskę uwielbiały. Dużo wybuchów, pościgów, przelotna pierś wystawiona na widok publiczny w nastrojowym świetle. Cła trójka pisałaby się na to bez wahania, Amy zamiast kształtnego biustu licząca na przyzwoicie umięśniony tors.

– Jasne, pójdziemy i zobaczymy.

Tommy pociągnął kolejny łyk z już nawet nie w połowie, ale w trzech czwartych pustej butelki. Jednocześnie coś go wystraszyło. Dźwięk pękającej pod czyimś butem suchej gałązki. Niedaleko. Zupełnie niedaleko.

– Ciii – syknął. – Słyszycie?

Colin i Amy popatrzeli na niego w oczekiwaniu kolejnego wygłupu. Pewnie za chwilę zawoła, że zbliża się legendarna Wielka Stopa. Albo szarżujący ranny jeleń. Czekali z przyklejonymi do ust uśmiechami, jak widzowie przed występem znanego kabaretu.

Ale i oni dosłyszeli to, co zaniepokoiło Tommy’ego. Ktoś się zbliżał.

– Spadamy – krótko rozkazał Colin.

Znowu brak sprzeciwu. Mądry rozkaz to wykonany rozkaz. Tommy zaopiekował się butelką, obawiając się zostawienia śladów, jakby pozostałości po wcześniejszych pobytach w tym miejscu były niewidzialne.

Rozległy się głosy, nieprzyjemnie znajome.

– Muszą tu gdzieś być. Zawsze tu łażą. Raz mnie tu zaprowadzili w piątej klasie.

To był Bernie Hollow. I mówił prawdę: jeszcze zanim do siebie dopuścili Amy, Tommy i Colin spędzili kilka popołudni z Berniem. Bernie szybko się znudził ich zabawami, uważając towarzystwo Corta i jego kumpli za dużo ciekawsze.

– Kolegowałeś się z tymi ciotami? – ktoś zapytał, a reszta zarechotała.

– No nie, tak tylko chciałem zobaczyć, co robią… – bronił się Bernie, bez przekonania. Kopał się po kostkach, że się zdradził. Mógł przecież powiedzieć, że ich przez przypadek zobaczył i miałby spokój.

– Tam! Widzę ich! – zawołał Cort, pokazując palcem sylwetki uciekających.

– Super – mruknął Colin. – Teraz nawet nie mamy spokojnej kryjówki.

Biegli ze świeżym zapasem sił, ale odczuwali też trudy poprzedniej ucieczki. Bolące kostki i kolana nie nastrajały optymistycznie.

– Tędy – powiedział Tommy.

– Nie. Przez strumień. Zabierzemy naszą deskę i nie będą mieli jak przejść – Colin znowu miał plan. Znowu jego umysł wchodził w ten spokojny, chłodny rytm, gdy inni bezradnie potykali się o własne myśli, oczekując rzuconego z nieba koła ratunkowego. Colin, w swojej zimnej kalkulacji dawno doszedł, że żadne koło znikąd się nie pojawi. Sami musieli je sobie zrobić.

Skręcili w lewo, przedarli się przez zarośla i znaleźli na niewielkiej, porośniętej trawą polanie, przez środek której przepływał szeroki, mulisty strumień. Przez strumień przerzucona była pojedyncza, gruba deska, szeroka na stopę i poczerniała z brudu, starości i wilgoci. Pierwsza na drugą stronę dostała się Amy, po niej Colin. Tommy, zawsze niepewnie korzystający z tej kładki, zawahał się.

– Chodź, na co czekasz?! – ryknął Colin.

Tommy spojrzał na niego i nie odrywając wzroku od jego twarzy, wszedł na kładkę, szeroko rozkładając ręce.

– Już są! – zawołała Amy.

Jakby dla potwierdzenia tych słów, obok ucha Colina świsnął kamień.

– Dalej! – wrzasnął Colin, a Tommy najwyraźniej zapomniał o niepewnej desce pod stopami i wodzie czyhającej na niego w dole. Trzema długimi krokami pokonał resztę dystansu.

Colin przeciągnął deskę na ich brzeg i położył ją na trawie. Śmierdziała nieprzyjemnie, ale on myślał tylko, jak oddalić się z tego miejsca i nie zaliczyć przy tym uderzenia kamieniem.

– Auu! – pisnęła Amy, trafiona w brzuch niedużym otoczakiem.

– Lecimy!

Polecieli, chowając się między drzewami i zostawiając przeklinającą bandę Corta za strumieniem.

– Tam dalej jest most – spokojnie powiedział Cort. Zachowywał się, jakby rozgrywał partię szachów.

– Ale oni… – Bernie chciał zaprotestować, ale Cort uciszył go nieznacznym gestem prawej ręki. Niech nikt nie zapomina, czyja to banda.

Colin obejrzał się za siebie. Przez gęstwinę nie widać było już tej uroczej polanki ani ich nastoletnich prześladowców. Dobrze. Pora na postój.

– No co? Będziemy tak stać? – Amy rozcierała ciągle swój brzuch.

– Oni poszli do mostu. Zrobimy numer jak z tym płotem. Tylko że teraz nawet nie zauważą przez te drzewa.

Tommy wyszczerzył się w podziwie dla zmyślności swojego kolegi. Z nim nigdy nie zginą. Wystarczy iść za nim i wszystko będzie dobrze. Wszystko.

– Fortel za fortelem, a Cort i jego ciotki niedługo będą się musieli przerzucić na granie w pchełki.

– Jasne. Cokolwiek masz na myśli – odparł Colin.

Ostrożnie, Amy podciągnęła do góry swoją koszulkę.

– Łał! Inne dziewczyny kolekcjonują malinki, a ty siniaki! – zawołał Tommy.

– Takie towarzystwo. Dwóch chłopów pod ręką i żadnej malinki – mimo towarzyszącego każdemu oddechowi bólu, Amy tryskała dobrym humorem. Zrobili pośmiewisko z bandy Corta i to dwa razy w ciągu jednego dnia. Nikomu przed nimi się to nie udało.

– Już się biorę do roboty, czekaj! – Tommy ostentacyjnie otarł usta grzbietami dłoni i ruszył w jej kierunku.

– Tylko spróbuj! – pisnęła Amy, śmiejąc się na głos.

– Nie to nie! – udając obrażenie powiedział Tommy. – Ale później nie narzekaj, że ci nie daliśmy.

Stojący obok nich Colin wprost zarykiwał się ze śmiechu. Dla takich chwil warto było gonić po cuchnących piwnicach, przeskakiwać płoty i uchylać się przed latającymi kamieniami.

– Może już? – spytała Amy, opanowując śmiech. – Robi się późno.

– No. Idziemy.

Przeszli na skraj polany i ostrożnie wyjrzeli spomiędzy zarośli. Pusto. Cort i jego matoły połknęli haczyk razem z metrem żyłki i spławikiem. Świetnie.

Gdy Tommy i Amy jeszcze rozglądali się podejrzliwie, Colin zajął się deską. Chwilę zastanawiał się, jak umieścić ją na poprzednim miejscu. W końcu postawił ją na samym skraju i po prostu puścił, pozwalając jej upaść. Odbiła się kilka razy od ziemi, wydając dziwny dźwięk naprężanego drewna. Znowu mieli kładkę.

Na drugą stronę przeszli w takiej samej kolejności jak za pierwszym razem. W takiej kolejności zresztą chodzili wszędzie: dżentelmeńska żyłka Colina kazała mu przepuszczać Amy, a wodzowska pozycja – wyprzedzać Tommy’ego. Tak się utarło i nikt nie zamierzał tego kwestionować.

– Ale jestem głodna – powiedziała Amy. – Zjem wszystko, co mi dadzą. I jeszcze wezmę dokładkę.

– Będziesz niedługo wyglądała jak Roseanne – zaśmiał się Tommy. – I zostaniesz dziewczyną Morrisa Lonetta.

Morris Lonett był klasowym grubasem, jednym z tych chłopców, którzy spędzają przerwy między lekcjami opychając się wszystkim, co wpadło im pod rękę, ukrywając wzrok w paczce chipsów, chowając się za maszyną ze słodyczami.

– Jesteś obrzydliwy!

– To… – Tommy szykował się do jakiejś dowcipnej riposty, ale urwał po pierwszym słowie.

Usłyszeli cichy odgłos uderzenia, ale nie potrafili zlokalizować, co i gdzie zostało uderzone. Aż Tommy osunął się na ziemię. Colin i Amy momentalnie schylili się do niego. Nad ich głowami przeleciały dwa następne kamienie. Oni jednak tego nie zauważyli. Ich uwagę koncentrował Tommy, niepokojąco szeroka struga krwi spływająca na policzek spomiędzy jego włosów.

– Tommy!

Tommy nie odpowiedział. Zamrugał tylko nerwowo, jakby coś przeszkadzało mu widzieć.

– Leć do telefonu! – rozkazał Colin.

– Ale…

– Leć!

Amy rozpaczliwie spojrzała w kierunku, z którego leciały kamienie.

– Trafiłem go! Trafiłem! – cieszył się Bernie, podskakując przy boku Corta jak salonowy piesek.

Cort jednak nie podzielał jego radości. Jego uczucia oscylowały pomiędzy niepokojem, że właśnie wpakowali się w coś większego niż kiedykolwiek, a podejrzliwością, że gnojki znowu coś kombinują.

Widok zbliżających się przełamał rozterkę Amy. Zerwała się do biegu. Ktoś musiał wezwać pomoc. Musiał.

Uciekająca nie wzbudziła większego zainteresowania. Cort machnął na nią ręką. Nie zamierzał zostać tym, który bije się z babami, zwłaszcza mając przewagę liczebną. Zresztą, rachunki do wyrównania miał z Bartsonem. A on leżał.

– Zobaczcie, co zrobiliście! – płaczliwie krzyknął Colin.

Dwóch członków ekipy Corta złapało go za ręce i wykręcili je.

– Taki mamy zamiar – spokojnie powiedział Cort.

Jedno spojrzenie wystarczyło mu, by się przekonać, że to nie był kolejny numer tych gnojków.

– Spierdalawa – zawołał po kilku sekundach, gdy Tommy popatrzył na niego zamglonymi oczami i zamknął je, jakby wracał do snu.

Zniknęli jeszcze szybciej, niż się pojawili. Został tylko Colin. I odpływający w zaświaty Tommy.

17

– I co było potem? – Ally zdawała się przejęta historią, jakby chodziło o jej własnego syna.

– Wpadł w śpiączkę. Dwa tygodnie. Dwa tygodnie leżał w szpitalu, a potem wszystko się załamało i umarł. Nie mieli wtedy takich maszyn, jak teraz.

– A oni?

– Cort i jego przydupasy? Wywinęli się poprawczakiem. Prokurator uznał, że nie było to morderstwo, więc nie było powodu, by sądzić ich jak dorosłych.

Kilka minut trwała smutna cisza. Przerwała ją Ally, ciekawa jeszcze jednej rzeczy:

– A co się stało z tobą i Amy?

– Rozmyło się. Chyba za bardzo sobie przypominaliśmy nawzajem o tym, co stało się z Tommym. Ona zapuściła cycki i została królową balu, ja zabrałem się za książki i wylądowałem na literaturze. W sumie tak musiało się to skończyć. Za każdym razem, kiedy się widzieliśmy, myślałem o tamtym dniu i o Tommym. Niezbyt dobra podstawa dla zdrowego związku, nie?

– Raczej nie – przyznała Ally i popatrzała na swój mizerny dekolt. – Czemu ja nie pomyślałam w odpowiednim czasie o zapuszczeniu cycków?

Atmosfera momentalnie się rozrzedziła. Colin nawet błysnął zębami.

Przejeżdżali obok niewielkiego osiedla, kilku domków rozrzuconych promieniu pięciuset metrów.

– Zjedź tutaj. Orlando będzie gdzieś za pół godziny. Tutaj przeczekamy resztę do trzeciej i zobaczysz, o co w tym wszystkim chodzi. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał pod ręką broni…

– Co ty chcesz zrobić? – odrobina niepokoju wdarła się w głos Ally.

– Nic. Tylko posiedzieć w samochodzie i zobaczyć, co się będzie działo.

Ally wzięła pierwszy zjazd i niedługo potem zatrzymała się jakieś czterdzieści metrów przed pierwszym domem. Wyłączyła silnik, ale niemiłosierny upał zmusił ją do jego ponownego uruchomienia. Klimatyzacja bez tego nie działała.

– Ciekawe, czy któryś z tych bubków na autostradzie zapisał nasze numery – odezwała się Ally. – To mógł być niezły karambol. Ten Nissan…

– Bardziej bym się martwił o to wgniecenie z boku. Po tym nas prędzej rozpoznają – powiedział Colin.

– Wgniecenie? – Ally w trakcie ich dzikich manewrów bardziej zaaferowana była próbami ujścia z życiem, niż tym, jak ucierpiał jej Plymouth.

Wysiadła z samochodu i obeszła go dookoła.

– Lecisz mi za lakier, kochasiu – powiedziała. – I wyklepanie.

Colin stwierdził, że to dobra okazja, by zajrzeć do portfela. Wyciągnął z niego dwie dwudziestki, dziesiątkę i cztery jedynki.

– Mam nadzieję, że przyjmujesz płatności w naturze, bo ja mam tylko pięćdziesiąt cztery – mruknął.

– Masz chyba bardzo wysokie mniemanie o swoim małym przyjacielu, bo za to ze dwie setki wezmą.

– Żadna… – Colin chciał powiedzieć, że żadna się jeszcze nie skarżyła, ale „żadna” to była tylko i wyłącznie Eileen. Eileen i nikt więcej, ani przedtem, ani potem. Eileen. Jedynie Eileen.

– Się jeszcze nie skarżyła? – dokończyła za niego Ally. – Ile to razy słyszałam! A im częściej to mówili, tym więcej było powodów do narzekania. Może wybierali takie, które bały się poskarżyć?

– Może… – mruknął.

Spojrzał na zegarek.

– Mamy dziesięć minut.

– Jej! Ale jesteś wyliczony. Nie możemy zacząć tej imprezy trochę wcześniej? Bo możemy mieć problemy z dojechaniem do następnej stacji.

– To wyłącz ten cholerny silnik.

– Żebyśmy się ugotowali żywcem?

– Okej… ale musisz zrozumieć coś: ja nad tym nie panuję. To się dzieje samo. Ja tylko wiem, kiedy.

– Jesteś… jak to się nazywa? Prorokiem? – żartowała sobie z niego, ale on tego nie dostrzegał.

– Nie. To się dzieje przeze mnie. Nie wiem, jak to inaczej wytłumaczyć.

– Poczekamy, zobaczymy – zakończyła wątek Ally.

Na schodach dużego, zielonkawego domu stała kobieta w wieku Ally i przyglądała się z zainteresowaniem pokiereszowanemu samochodowi, który zaparkował niedaleko ich skrawka ziemi. Po chwili dołączyła do niej druga, w widocznej już ciąży. Za drucianym ogrodzeniem bawiło się kilkoro małych dzieci, a chodnikiem szedł starszy mężczyzna, prowadzący przedpotopowy rower. Wyglądało, jakby znaleźli się w najnudniejszym miejscu na świecie, miejscu, w którym nic nigdy się nie wydarzy i do którego nigdy nie zjadą się węszące krew pismaki. Miejsce, w którym chciałoby się wychować dzieci i osiąść na starość.

Gdy dwie minuty później minęła piętnasta to rozlazłe miejsce zmieniło się w kipiące nienawiścią piekło.

– Weź mnie za rękę – powiedział Colin i nie czekając na jej odpowiedź, ścisnął jej dłoń.

Ally poczuła się dziwnie. Chwyt Colina był pewny, mocny, z odrobiną desperacji, która podpowiedziała jej, że wyrywanie się nie byłoby najlepszym pomysłem. Zresztą, zajęło ją to, co zaczęło dziać się za szybą.

Najpierw kobiety, stojące na podwyższeniu, najlepiej widoczne. Ta w ciąży odwróciła się i bez ostrzeżenia, i widocznego powodu, spoliczkowała tę drugą, która nie pozostała jej dłużna.

– Co ona jej takiego powiedziała? „Ale głupio wpadłaś, ty gruba suko”? – Ally pytała samą siebie.

Popatrzyła na dzieci, które porzuciły zabawki i także zabrały się do rękoczynów. Zaciekłość i gwałtowność, z jaką to zrobiły, przeraziła ją. Nigdy czegoś podobnego nie widziała. Pewnie, Sam też potrafił pobić się z kolegami w piaskownicy, ale zawsze o coś i nie z taką zawziętością. Obrazu dopełnił staruszek, który puścił rower i przeskoczył płot, jakby miał ze dwadzieścia lat mniej. On skupił się na kręcącym się niedaleko jamniku, który nie przejawiał ani strachu, ani inklinacji do taktycznego odwrotu. Zamiast tego ruszył do frontalnego ataku i szybko posmakował mocnego, bezlitosnego kopnięcia w przydługi korpus. Pisnął z bólu, odwinął się i znowu skoczył na staruszka. Ten tym razem go nie kopnął, tylko podniósł nogę i przydeptał do ziemi. Nie odrywając buta od grzbietu psa, drugim nastąpił na jego łeb i nie zszedł z niego, dopóki nie poczuł pod nim cichego chrupnięcia pękającej czaszki.

– Cofaj! – zawołał Colin. – Już!

Ally, oglądająca te igrzyska przemocy jak w transie, wzdrygnęła się. Ręką, którą ciągle kurczowo trzymał Colin, przerzuciła bieg na wsteczny i przycisnęła pedał gazu. Nie przejechała nawet dwudziestu metrów, kiedy Colin wydał kolejny rozkaz:

– Stój i patrz!

Posłusznie, zatrzymała się. Scena przed domem zmieniła się diametralnie. Wszyscy biorący w niej udział najpierw zamarli, a potem jęli rozglądać się na boki, jak gdyby nie wiedzieli, gdzie są.

– Co to było? – spytała Ally, obrazy bezmyślnej agresji wciąż przed jej oczami.

– Dokładnie to, co wydarzyło się rano w Trenton. Miałem wyjechać stamtąd przed szóstą. Jeśli nie, to wszyscy wokół mnie mieli ześwirować i zacząć się nawzajem mordować.

– I nie uwierzyłeś?

– A ty byś uwierzyła?

Ally dokładnie przeżuła pytanie.

– Pewnie nie – odpowiedziała cicho.

– Widzisz. Nie uwierzyłem. I teraz trzy osoby nie żyją. Teraz nie mam wyjścia.

– Ale… coś się tu nie zgadza… Dlaczego teraz wszystko jest tam okej? – pokazała palcem wracających do swoich zajęć mieszkańców pobliskiego domu. – I dlaczego nie zadziałało na mnie?

– To działa w promieniu pięćdziesięciu metrów ode mnie. A ciebie… ciebie ochroniłem ja. Poza tym, to nie działa przeciwko mnie. To znaczy, choćby nie wiadomo, co wyrabiało, nikt nie zaatakuje mnie. Ja mam stać i patrzeć. To jest moja kara za nieposłuszeństwo.

– Kto ci to wszystko powiedział?

– To jest zabawny fragment, będziesz się śmiać – powiedział bez cienia uśmiechu. – Głos. Głos w mojej głowie. Odzywa się od czasu do czasu i mówi, co mam robić, albo wyjaśnia, jakie są zasady. Na przykład to, że w momencie przejechania przez granicę Orlando, to przestanie działać. Albo że w Orlando muszę pójść na stację Amtraka, chociaż na razie nie wiem, po co.

– Głos w twojej głowie? – gdyby nie widziała na własne oczy efektów działania tej… klątwy, wysłałaby go do czubków. Miał rację, pomyślała, że chciał mi to wszystko pokazać. – Jak on brzmi? Jakoś znajomo?

– Znajomo. Bardzo znajomo. Jak mój własny.

Przypomniał sobie dokładnie barwę tego głosu, barwę swojego własnego. Dlatego nie uwierzył. Dlatego uznał się za świeżo upieczonego wariata. I dlatego trzy niewinne osoby zginęły.

– Lepiej jedźmy. Nie ma co ryzykować.

Ally zgodziła się z nim, zawróciła i wjechała z powrotem na autostradę.

Przed oczami ciągle miała ludzi opanowanych zwierzęcą, nie, gorszą niż zwierzęca, furią. Nie sądziła, że kiedyś coś podobnego zobaczy. Ale nie przewidziała też wielu innych rzeczy, które wydarzyły się w jej życiu, zmieniając je całkowicie. Śmierć Harry’ego i Sama. Wyruszenie z domu z zamiarem wzięcia człowieka na zakładnika (a w perspektywie – możliwe jego zabicie, własna śmierć, więzienie). Spotkanie się oko w oko z czymś, co przekraczało jej rozumienie świata.

Czuła coś dziwnego, jakąś energię przepływającą w jej ciało przez rękę Colina. Nie potrafiła zdecydować się, czy wpływała na nią dobrze, czy źle. Najbardziej odpowiadała jej wersja: neutralnie. W końcu nie próbował jej leczyć ani jej zaszkodzić. Chciał tylko ochronić ją przed losem tamtych nieszczęśników. Grunt że działało.

18

– Znasz Stephena Kinga?

– Nie osobiście – po przejechaniu granicy Orlando humor Ally raptownie się poprawił, co Colina zadziwiło, ale też i ucieszyło. Wystarczyło, że jego otaczają gradowe chmury. – Ale chodzimy do tego samego fryzjera.

– Czyli słyszałaś o nim.

– Pewnie. Jaki w Nepalu słyszały o Kingu, więc czemu ja miałabym być ignorantką w temacie?

– Okej. A czytałaś coś?

– Nie lubię horrorów. Chociaż teraz mam wrażenie, że w jednym występuję.

– Tak… – Colin podzielał jej uczucie. Tylko że ich horror był mało efektowny, żadnych gigantycznych potworów ani nawet zwyczajnych duchów. Nic. – Taką książkę napisał… właściwie cały cykl. „Mroczna Wieża” się to nazywa. No i tam parę osób się spotyka przez zupełny zbieg okoliczności. A główny bohater, Roland, nazywa to „ka”. Coś jak u nas fatum czy los. Nieważne. W każdym razie, wydaje mi się, że u nas też to ka zadziałało. Ja rozbiłem się na tej samej drodze, którą ty jechałaś, a wcześniej ten dureń sam sprowokował cię do wyruszenia. I jeszcze wszystko, co do tego doprowadziło… Ka. Połączyło nas ka.

Ally wzruszyła ramionami.

– Fajna teoria. Zobaczymy, jak się sprawdzi dalej. Może spotkamy kogoś jeszcze? Jakąś potężną specjalistkę od paranormalnych hokus-pokus, która wszystko wyjaśni…

– Zobaczymy. Ja tylko… chciałem powiedzieć, że coś nas połączyło. I że… cieszę się z tego połączenia.

Spojrzała na niego, jakby dopiero go zauważyła. Jego twarz, pociągła, z wystającymi kośćmi policzkowymi i niewielkim siniakiem pod lewym okiem, była poważna.

Pomyślała o swoim pustym domu, z którego wyjechała bez zastanowienia i odkryła, że wcale nie chciała do niego wracać. Nie miała do czego wracać. Tamto życie już nie istniało, zginęło w wypadku samochodowym, umarło na białaczkę. Zostało pochowane. Opłakała je, rzuciła kwiaty na grób, pożegnała. Miała jedynie to, co widziała przed sobą. Jego.

– Ja też – szepnęła. – Colin… to nie jest tylko podwiezienie. Ja… zostanę z tobą. Aż wszystko się wyjaśni.

– Nie musisz tego robić.

– Wiem. Ale i tak nie mam nic innego do roboty. I wycieczka po kraju, jeśli jeszcze gdzieś nas zaciągnie ten twój tajemniczy głos, dobrze mi zrobi.

– Cieszę się.

– Ka – powiedziała, zamyślona. – Niezły numer nam wykręciło.

Skręcili w Sligh Boulevard, przy którym stała stacja Amtraka. Przed wejściem kręciła się zwykła klientela, taksówkarze nawołujący do skorzystania z ich usług, bezdomni czekający, aż minie kolejny dzień ich życia, dilerzy i tanie prostytutki, bacznie przyglądający się przechodniom, w każdym widzący potencjalnego kupującego albo policjanta po cywilnemu. Colin i Ally przepchali się przez tłum i znaleźli wewnątrz.

– Za mną – Colin, przyzwyczajony do pracy z nastolatkami, wydawał polecenia z naturalnością i swobodą właściwą oficerom armii. Wydawał ich kilkadziesiąt dziennie i każde musiało być zrealizowane. Od tego zależał porządek w klasie, sprawny przebieg lekcji. Nie mógł sobie pozwolić na wahanie, uczniowie wykorzystaliby to od razu. Zjedliby go, jak nazywali to w pokoju nauczycielskim. A raz zjedzony nauczyciel walczył o odzyskanie autorytetu do ostatniego dzwonka.

Prowadził, nie wiedząc, dokąd zmierzał. Szedł za przeczuciem, jak pies za swoim nosem. Skręcał i manewrował między pędzącymi w swoją stronę ludźmi, nie zwracając uwagi na żadne tabliczki, wywieszki, strzałki. Stanął dopiero, gdy pojawiły się przed nimi drzwi z dużym napisem „MĘŻCZYŹNI”.

– Zaczekaj tu.

– Jakkolwiek nie pragnęłabym wejść do środka z tobą i zobaczyć kilka dorodnych okazów, spełnię twoją prośbę.

– Jakbym słyszał Tommy’ego – mruknął i uśmiechnął się przelotnie.

Nacisnął klamkę i znalazł się pomieszczeniu czystszym, niż się spodziewał. Co nie znaczy, że czystym według standardów przedmieść, z których pochodził. Jego miłująca czystość matka załamałaby ręce i rzuciła się po mop.

Zrobił kilka kroków. I zatrzymał się przed drugą kabiną od lewej. Tutaj. Była zamknięta, więc zapukał.

– Czego? – odezwał się niski, zniszczony głos.

Colin usłyszał szelest odwracanej strony. Facet w kabinie sobie czytał. Albo oglądał obrazki. Ta druga możliwość bardziej współgrała z brzmieniem głosu. A podniecenie, które w nim wyczuł… Colin wolał nie ciągnąć tych rozważań. Co on tam robił, jego sprawa. Wolny kraj.

Wreszcie drzwi kabiny się otworzyły. Wyszedł zza nich niski, brodaty mężczyzna około pięćdziesiątki. W ręce trzymał pognieciony egzemplarz „Czarnej podwiązki”. Na widok Colina zarechotał i wręczył mu magazyn.

– Masz, też sobie ulżyj. Wyglądasz, jakbyś tego potrzebował.

Colin nie odpowiedział. Wszedł do kabiny i zamknął za sobą drzwi na zasuwkę. Coś wyciekło spomiędzy kartek magazynu i kapnęło na podłogę. Colin, nie zainteresowany tym, co to było, rzucił „Czarną podwiązkę” na klapę sedesu.

Nie bardzo wiedząc, dlaczego to robi, zdjął pokrywę zbiornika na wodę. Zajrzał do środka i znalazł odpowiedź na większość pytań. Na dnie zbiornika leżał kluczyk. Wyciągnął go. Był na nim wygrawerowany numer: 175.

Schował go do kieszeni, pokrywę założył na miejsce i poszedł do czekającej niecierpliwie Ally.

– Zobacz, co znalazłem – pokazał jej swoją zdobycz.

– Kluczyk do skrytki.

– Teraz musimy znaleźć skrytkę.

– Tam, po prawej stronie. Widzisz?

Widział. Szuflady skrytek zajmowały całą ścianę. Kilka osób ładowało drobne w szczeliny i zostawiało swoje rzeczy na przechowanie, kilka właśnie je wyciągało. Skrytka numer 175 znajdowała się na samym końcu, w kącie.

– No na co czekasz? Rusz się, bo z ciekawości zniosę jajko.

Colin posłuchał jej polecenia. Nie miało w sobie jego stanowczości, ale nadrabiało entuzjazmem. Zamek skrytki głośno zgrzytnął, a szufladka, gdy ją pociągnął, zaskrzypiała. Kilka par oczu zwróciło się ku nim, szybko tracąc zainteresowanie. Nie przedstawiali przesadnie ciekawego widoku, para średnio atrakcyjnych kochanków, on trochę poobijany, ona przeraźliwie chuda.

Zawartość skrytki wyraźnie rozczarowała Ally. Było to wyrwane z gazety czarno-białe zdjęcie niemowlęcia, razem z tytułem i datą: „Wisconsin Dells Weekly”, 14 sierpnia 1979. Zdjęcie nie miało podpisu i wyglądało na urwane w połowie.

– Zobacz, to ty!

Ally wskazała na kreskę biegnącą po wewnętrznej stronie dłoni niemowlaka, identyczną z bruzdą na dłoni Colina.

– Niemożliwe. Ja nigdy nie byłem w Wisconsin Dells. Urodziłem się w Trenton… Rodzice coś by mi powiedzieli, gdybym zabrali mnie w taką podróż i to jeszcze zakończoną zdjęciem w gazecie.

– To po co by ci je zostawili? Coś w tym jest…

– Nie wiem. Nie pytaj mnie. Zapytaj tego pieprzonego głosu.

Dowiesz się. Wkrótce.

Colin wyraźnie zbladł. Jego palce zesztywniały, a wycinek z gazety wysunął się spomiędzy nich i obracając się kilka razy w powietrzu, opadł na ziemię.

– Co się stało?

– Przemówił. Powiedział, że się niedługo dowiem…

– To się nazywa wyczucie czasu – mruknęła Ally.

– On tu jest, on wszystko widzi… moimi oczami.

– Wygodne.

Wyjazd jutro przed ósmą. Nie spóźnij się tym razem.

– Chodźmy stąd. Musimy znaleźć miejsce do spania i coś zjeść.

Ally podniosła zdjęcie i schowała je do torebki. To był on, na pewno, nigdy wcześniej nie widziała podobnego znamienia, a oba nie różniły się niczym. To nie mógł być przypadek. Colin szarpnął ją, by wreszcie ruszyła. Poddała się mu bez oporu.

Nie uszli jednak nawet dziesięciu kroków, kiedy zatrzymał ich grubawy mężczyzna w niebieskim garniturze i obrzydliwym, pomarańczowo-zielonym krawacie.

– Adam! Wreszcie! Myślałem, że nie dojedziecie! A to pewnie Laurie! W końcu się poznajemy! – zawołał mężczyzna i serdecznie uścisnął Colina. – Chodźcie, wszystko już przygotowałem na wasz przyjazd. Zjemy razem kolację i pogadamy o starych czasach!

19

Donald Buster zamienił swoje mieszkanie w ośrodek wiedzy okultystycznej. Półki uginały się pod ciężarem opasłych tomów poświęconych czarom, przesądom, a przede wszystkim kontaktom z duchami. Wystroju dopełniały wszelakiej maści amulety, magiczne pierścienie, maski afrykańskich szamanów. Gromadził je od lat, od czasu, kiedy jego żona umarła, nie pogodziwszy się z nim po piekielnej kłótni o dzieci. Ona je chciała, on nie. Zdenerwowana wsiadła do samochodu i jadąc do domu swoich rodziców straciła panowanie nad kierownicą. Koniec.

Od tamtej pory swoje życie poświęcił próbom wywołania jej z zaświatów. Zawsze wierzył w duchy, przekonany seansem spirytystycznym, w którym wziął udział jako nastolatek. Po śmierci Helen jednak jego wiara przybrała rozmiary obsesji. Wszystko inne zeszło na plan dalszy. Wyleciał z dobrze płatnej pracy w biurze rachunkowym i zadowalał się dorywczym myciem naczyń w restauracjach, przyjmowaniem zamówień w barach szybkiej obsługi, pozwalającym mu opłacić rachunki i niewiele ponadto. Zresztą, przeniósł się z ładnego, trzypokojowego mieszkania w dzielnicy okupowanej przez klasę średnią do rudery z grzybem na ścianach i nieszczelnymi oknami, pod którymi wieczorem częściej słyszało się wycie policyjnych syren niż szczekanie wyprowadzanych na spacer psów.

Raz był już bliski sukcesu. Siedział w kręgu wyznaczonym przez zapalone świece i znaki wykreślone kawałkiem kredy na drewnianej podłodze. Wymawiał zaklęcia, jedno po drugim, w różnych językach i z różną intonacją. Wreszcie poczuł jej obecność. Uderzyła w niego fala gorąca.

– Daj mi jakiś znak – szepnął.

W tym samym momencie przeciąg zgasił wszystkie świece, co Buster uznał za wystarczające potwierdzenie. Niestety, nie udało mu się tego nigdy więcej powtórzyć, nie mówiąc o pójściu krok dalej i prawdziwej rozmowie. Powtarzany w kółko rytuał zdawał się wyczerpać swoją moc. Buster musiał znaleźć inną drogę.

I – wydawało mu się – znalazł. Dziewiętnastowieczna książka pod banalnym tytułem „Duchy. Wywoływanie i kontakt”, wypatrzona w antykwariacie i kupiona za jedyne sto pięćdziesiąt dolarów, proponowała inne podejście. Bardziej makabryczne, ale też wydające się odpowiednim do swojego przedmiotu: nakazywała do rysowania symboli wykorzystywać świeżą krew.

Poprzedniej nocy wykonał pierwszy eksperyment. Elastyczną opaską obwiązał swoje ramię, w obrzmiałą żyłę wbił igłę i pociągnął tłoczek strzykawki. Krew przelał do glinianego naczynia, a później nakreślił nią okrąg wokół siebie i kilka pokazanych w księdze znaków. Wymówił zaklęcia i zamknął oczy.

W gorącym pokoju owiał go zimny wiatr. Zaczął się trząść. Upadł na wznak, a jego ciałem podrzucały gwałtowne konwulsje. Ogarnęła go ciemność, a potem wizja, tak realna, że niemal mógł dotknąć pojawiające się po kolei twarze i przedmioty. Pojawiały się coraz szybciej i szybciej, jakby on się rozpędzał i biegł ze stale rosnącą prędkością. I nagle zatrzymał się. Zatrzymał przed obcym mężczyzną, z nieznaną mu pociągłą twarzą i głęboką bruzdą na wewnętrznej części prawej dłoni. Bez jednego słowa wyjaśnienia wiedział, że on jest właściwą osobą, posiadaczem właściwej krwi.

Kiedy obudził się rano, obolały od wielu godzin leżenia na twardej podłodze, jego umysł wypełniony był instrukcjami. Wszystko było jasne i wyraźne.

Zjadł skromne, niezbyt apetyczne śniadanie i wyszedł do sklepu. Zrobił zakupy za prawie pięćdziesiąt dolarów. Na kolację będą goście. Trzeba będzie zrobić coś specjalnego.

Potem wziął prysznic i przebrał się w najlepszy garnitur, uszyty u krawca jeszcze w czasach, gdy był wziętym księgowym, do którego dobrał swój ulubiony krawat. Koledzy z biura mówili o nim, że to ostateczny dowód na jego daltonizm, ale on się tym nie przejmował. To był pierwszy prezent od Helen. Prezent-żart, lecz on traktował go niemal jak średniowieczni rycerze odnosili się do chustek ofiarowywanych im przez nadobne damy przed wyprawą krzyżową.

Zadzwonił po taksówkę i pojechał nią na dworzec. Tam najpierw przygnębiła go liczba gnających w tę i z powrotem ludzi, ale potem opanował się i zabrał za metodyczne poszukiwania.

Ludzie. Obce twarze wymalowane tymi samymi uczuciami. W kółko: lęk, tęsknota, radość, ulga, ból. Przyjeżdżający i odjeżdżający, bez różnicy. Dla jednego ból rozstania, dla drugiego ból powrotu na łono rodziny. Maski. Udawany ból, udawana radość. Udawanie, że się wierzy w oczywiste kłamstwa. Podwójne maski, maski odbite w lustrze, maski sklejone z kawałków innych masek.

Bustera rozbolała głowa. Od samego zaglądania w oczy zrobiło mu się niedobrze. Ale nie miał zamiaru przestać. Światełko na końcu tunelu mrugało właśnie do niego, po osiemnastu latach miał je wreszcie dogonić.

I wreszcie dłoń z sennej wizji. I twarz, tak różna od tych, które omiatał wzrokiem od ponad godziny. On.

Stanął, nagle zaniepokojony jedną drobną sprawą: nie przemyślał tego, jak zwabi go do siebie. Co można powiedzieć obcemu facetowi, żeby poszedł z tobą do twojego mieszkania? Uświadomił sobie, że nie wie o nim absolutnie nic. Mógłby być kimkolwiek: komendantem policji, politykiem, członkiem mafii. Nie, nie w tej koszulce. Żaden szanujący się członek mafii nie pojawiłby się w miejscu publicznym w takiej obciachowej koszulce.

Olśnienie: głos radiowego spikera usłyszany w taksówce. Poszukiwany… niebieska koszulka z napisem „Florida Keys 2003” na plecach, czarne dżinsy, średni wzrost… Buster postanowił obejść go dookoła, najdyskretniej jak potrafił i upewnić się. Już wiedział, jak z nim postąpić. Plan podstępu ułożył się sam, był oczywisty: uda wariata, zaprosi ich do siebie, a oni będą myśleli, że wygrali los na loterii, darmowa kryjówka i to w dodatku poza zasięgiem wścibskich oczu hotelarzy, którzy już pewnie dostali list gończy z rysopisem.

20

Ally (alias Laurie) zrobiła mimowolny krok wstecz. Zdarzało jej się, że ktoś wziął ją za kogoś innego, ale to kończyło się zawsze na przywitaniu się i momentalnych przeprosinach. Ten facet jednak nie zamierzał za nic przepraszać. I zdawał się być w stu procentach pewnym, że ona jest żoną jego starego przyjaciela. Szturchnęła Colina i odciągnęła go na bok.

– Znasz go? – szepnęła.

– Nie… nigdy w życiu go nie widziałem…

– To co on…

– Coś mu się pomieszało…

– Lepiej się stąd zmywajmy.

– Poczekaj… musimy gdzieś zanocować… a on nam daje całkiem niezły sposób na uniknięcie motelu…

– Zwariowałeś?

– Ja nie, ale on chyba tak… Możemy to wykorzystać.

– A jak przyjedzie prawdziwy Adam i prawdziwa Laurie?

– To nikt na nich nie będzie czekać. Zresztą, wtedy będziemy się martwić. Mam wrażenie, że on tak się posunął, że żaden Adam i żadna Laurie wcale do niego nie przyjadą.

Ally westchnęła.

– Dobra. Ale na twoją odpowiedzialność. Pamiętaj, że cię ostrzegałam.

– Okej.

Wrócili, do czekającego cierpliwie Bustera. Gdyby się nie zgodzili, prawdopodobnie rozważyłby mały szantaż: albo pójdą z nim, albo zacznie wołać policję. To był wariant ostateczny, bardzo niepewny i przypuszczalnie niebezpieczny. Dopóki uważają mnie za niegroźnego wariata, myślał, mogę działać swobodnie. Niczego nie będą podejrzewać.

– Przepraszam, coś musieliśmy z… Laurie omówić. Małżeńskie sprawy, rozumiesz.

Buster uśmiechnął się ze zrozumieniem.

– Nie ma sprawy. Też przecież miałem żonę, nie?

– Jasne – powiedział Colin, robiąc z tego notkę w pamięci. Może się jeszcze przydać.

– No to chodźmy. Wezmę taksówkę i pojedziemy od razu do mnie.

– Eee… – zostawienie samochodu na parkingu przed dworcem nie wydawało się Colinowi najszczęśliwszym rozwiązaniem. – My właściwie przyjechaliśmy własnym autem. Wiesz, mieliśmy przyjechać pociągiem, ale w ostatniej chwili zrezygnowaliśmy i nie chcieliśmy już mieszać w twoich planach… i postanowiliśmy, że mimo wszystko spotkamy się z tobą tutaj. Chyba nie będziesz miał nam tego za złe?

Powinienem jednak zabrać się za pisanie, jak mówiła Eileen. Taki talent do zmyślania nie może się zmarnować.

– Nie, skądże – Buster energicznie pokręcił głową. – Znasz mnie, Adam, ja lubię płynąć z prądem. A gdzie ten wasz stalowy rumak?

– Tu, niedaleko – odezwała się Ally.

– Świetnie.

Wyszli z dworca na zalany słońcem parking. Czerwony Plymouth Ally stał na jego skraju, poza zasięgiem pola widzenia czujnych, przemysłowych kamer.

– Będziesz musiał mówić, gdzie dokładnie skręcić, bo się zgubimy – powiedział Colin.

– Przecież byłeś tu tyle razy – Buster postanowił się trochę zabawić jego kosztem. – Powinieneś znać to miasto jak własną kieszeń.

– Ale wiesz… tu się ciągle wszystko zmienia. Tu coś wyburzą, tam zbudują… człowiek traci orientację – bronił się Colin.

– Racja. Postęp. Dlatego jesteśmy najlepsi na świecie. Tacy Francuzi powiedzmy, to jak u nich jest jakiś starszy budynek, to od razu ładują go na listę zabytków i nie można nic z nim zrobić. (Tu w lewo) Ma stać, bo jest stary. U nas to by się nie cackali. Zamawiamy buldożer i już mamy miejsce na coś nowoczesnego. (Na światłach w prawo, a potem prosto) Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby tak te paskudy z lat dwudziestych wzięli w ochronę? Mieszkalibyśmy teraz w slumsach. A tak, mamy… – wjechali w do biedniejszej dzielnicy Orlando, która nijak nie nadawała się na przykład do wywodu prowadzonego przez Bustera. – …to, co mamy – zakończył.

– Pewnie, trudno się nie zgodzić – powiedziała Ally tonem, w którym lepiej ją znający Colin wyczuł sarkazm.

– Jeszcze ze dwie minuty – zmienił temat Buster. – Nie poznajesz?

– O, teraz tak – odparł Colin, niezbyt przekonująco. – Tamte graffiti. Zawsze mi się podobało.

– Jesteś pewny, że ono już tu było, kiedy ostatni raz mnie odwiedziłeś? Ja mam wrażenie, że jest całkiem świeże…

– Wiesz, może mi się zdawać, takie déjà vú… zdarza się…

– Ech, ale cię łatwo można nabrać! – gruchnął śmiechem Buster. – Nigdy się nie nauczysz!

I Ally, i Colin zaśmiali się z nim, nieszczerze i z lekkim zażenowaniem. Brali udział w dziwacznej farsie, która wymykała się spod kontroli reżysera i nikt tak naprawdę nie wiedział już, jak się skończy.

– I jesteśmy. Pomóc wam z bagażami?

– No… nie trzeba. My w sumie to nic nie wzięliśmy…

– Nic? – autentycznie zdziwił się Buster.

– Planowaliśmy skoczyć na zakupy.

– Co, u was tam w… Teksasie nie ma sklepów?

Chyba nie zauważył jeszcze naszej rejestracji, pomyślał Colin.

– Nie takie, jak tutaj. Same kowbojskie kostiumy, rozumiesz…

Buster, na myśl o Colinie w kowbojskim kostiumie znowu się zaśmiał. Bawił się lepiej, niż się spodziewał.

Weszli na górę, starając się nie dotykać brudnych, pokrytych różnego rodzaju napisami ścian. Ally złapała się poręczy, ale od razu ją puściła, bojąc się, że urwie się i zostanie jej w rękach kawałek przerdzewiałego metalu. Na półpiętrze minęli skromnie ubranego chłopca, który wpychał palec w głąb swojego nosa tak daleko, że Colin miał wrażenie, że usiłował przebadać swoje zatoki.

– Zapraszam. Mi casa es su casa, jak mawiają w Miami.

Znaleźli się w pokoju, który ich zadziwił. Ally tak właśnie wyobrażała sobie gabinet zawodowej wróżki, dopracowany do najdrobniejszego detalu. Zawieszone na ścianach afrykańskie amulety sprawiały, że skóra jej cierpła.

– Widzę, że jeszcze powiększyłeś swoją kolekcję – powiedział Colin, starając się wyglądać na kogoś, kto już odwiedził wcześniej to dziwacznie udekorowane miejsce.

– Nic nie poradzę. Świruję na punkcie tych drobiazgów.

To by się zgadzało, bez dwóch zdań.

– Brakuje ci tylko czarnego kota – rzuciła Ally.

– Miałem jednego, ale drań nasikał mi do butów, więc wydłubałem mu oczy i wyrzuciłem przez okno. Oczy przydały się do maści na reumatyzm.

Ally, zszokowana, zakryła dłońmi usta.

– To okropne – wydusiła z siebie.

– Żartowałem! – Buster wypełnił pomieszczenie swoim tubalnym śmiechem. – Nigdy nie miałem żadnego kota. Ani myszy. Ani nic innego.

– Zabawne – powiedziała Ally. – Ha, ha.

– Ale co ja tam będę nawijał. Odświeżcie się przed kolacją, a ja zacznę ją przygotowywać. Świeże ręczniki już na was czekają w łazience.

– Dzięki. Przyda się.

Buster zniknął za drzwiami kuchni, podśpiewując. Niedługo później dobiegł zza nich brzęk obijanych o siebie garnków i szum wody.

– Spadajmy stąd – szepnęła Ally. – Mam złe przeczucia. To miejsce jest… – szukała odpowiedniego słowa. – …upiorne.

– Słuchaj… ty możesz iść… możesz mnie zostawić, ja sobie jakoś dam radę. Możesz wrócić do swojego życia. Po co masz ryzykować wszystko dla mnie? Dla zupełne obcego faceta?

– Do jakiego życia mam wracać? Do mojej kariery kelnerki w Burger Kingu? Do pustego domu? Do wycieczek na cmentarz? Chyba, kurwa, żartujesz.

Colin zwiesił głowę, w której nie chciały jakoś pojawić się argumenty, które by przekonały ją do ratowania swojej skóry, póki jeszcze jest to możliwe.

– To tak wygląda teraz. Ale jadąc dalej ze mną, możesz stracić szansę na przyszłość…

– A jaką szansę na przyszłość miałam w Davie? Mam trzydzieści lat, nie spłacony dom, gównianą pracę i rodzinę sześć stóp pod ziemią. Sądzisz, że nagle pojawi się królewicz z bajki i wyrwie mnie z tej dziury? A chuj! – doszła do granicy płaczu i niespodziewanie się od niej odwróciła. Jej oczy błysnęły humorem, nawet jeśli podszyty był smutkiem. – Zresztą, nie jesteś już takim zupełnie obcym facetem, nie po tym gównie, które razem przeszliśmy. Nie zapominaj, że cię rozjechałam, a potem mało nie zastrzeliłam. Z czystej przyzwoitości powinnam się jeszcze trochę przy tobie pokręcić.

– Jeśli tego naprawdę chcesz…

– Chcę. I morda w kubeł. Żadnego więcej jojczenia, że może mi się coś stać – zakończyła wątek. – Poszukajmy lepiej dla ciebie jakiejś innej podkoszulki. To cud, że na tym dworcu nikt nas… ciebie nie rozpoznał. On jest od ciebie parę rozmiarów grubszy, ale nie mamy specjalnego wyjścia. Coś się znajdzie, byle nie niebieskiego.

Poprowadziła go do łazienki i zaczęła przebierać w koszu na brudną bieliznę. Wyciągnęła z niego biały tiszert z napisem „I LOVE NEW YORK”.

– Idealne – parsknęła śmiechem. – Setki mil od tych nieszczęsnych Florida Keys. Przymierz.

Zanim zabrał się za przymierzanie, Colin powąchał swoją nową podkoszulkę. Pachniała lepiej, niż jego własna, przesiąknięta potem zmęczenia i strachu. Widać dla faceta ważniejsza jest czystość ubrań od porządku w mieszkaniu, pomyślał.

– Chcesz wskoczyć pierwsza?

Przez bardzo długą sekundę miał ochotę zaproponować jej wspólny prysznic. Ale w jego świadomość wkroczyła Eileen i przywołała go do porządku. Spoważniał, spuścił głowę i usiadł w stojącym nieopodal fotelu.

– Czemu nie?

– Tylko nie zużyj całej ciepłej wody – zawołał za nią, jego głos dochodzący jakby z innego świata.

Ally zniknęła w łazience, z której rozległ się uspokajający szum prysznica. W kuchni, szczebiocząc z podejrzaną wesołością, Buster przygotowywał posiłek, którego aromat – całkiem apetyczny, co musiał przyznać Colin – unosił się w pokoju mimo zamkniętych drzwi do kuchni.

Podniósł się z miejsca i podszedł do półki z książkami. Niemal wszystkie miały w tytule magię, okultyzm, czary, duchy lub demony. Jeszcze dwa dni wcześniej wyśmiałby samą ideę istnienia sił nadprzyrodzonych. Magia? Bajki dla grzecznych dzieci! Telepatia, telekineza, bioenergoterapia? Sieczka, którą jest karmiona niewykształcona część społeczeństwa, ta która w dawnych czasach z dziką rozkoszą przyglądała się paleniu czarownic, wspierana pseudonaukowymi wyjaśnieniami i eksperymentami. A teraz… sam już nie wiedział, w co wierzyć. Teraz dla niego to mieszkanie mogłoby być pokojem najrozsądniejszego z ludzi. Doświadczył rzeczy, które nie miały prawa się wydarzyć, nie w jego racjonalnym wszechświecie, wszechświecie rządzonym prawami fizyki, bez ingerencji tajemniczych sił wywalających całe zgrabne równanie świata do kosza z odpadkami.

Wyciągnął książkę z samego środka półki. „Amulety. Rodzaje i zastosowanie”, głosił tytuł. Przewertował ją, nie szukając niczego konkretnego. Aż natrafił na mini rozdział poświęcony amuletom chroniącym przeciw wpływowi zewnętrznych sił na umysł człowieka. Na rycinie było ich kilka, różnych kształtów i wielkości. Colina zainteresował głównie jeden, maleńka główka ludzka z długą, prostą brodą. Wydał mu się dziwnie znajomy. Z podpisu pod ryciną wynikało, że nazywał się „Czerepem Świętego Bratahma”. Odnalazł w tekście opis jego działania: „Czerep Świętego Bratahma chroni swojego właściciela przed dostępem do jego myśli przez wrogo nastawionego telepatę. Mając go na sobie, każdy kontakt telepatyczny musi być poprzedzony zgodą właściciela. Niemożliwe jest też użycie ciała właściciela bez jego wiedzy i zgody ani wywoływanie u niego wizji…”.

Przydałby mi się taki, pomyślał Colin. I wtedy zrozumiał, dlaczego amulet wydał mu się taki znajomy. Przecież dokładnie taki wisiał zaraz przy wejściu do tego mieszkania!

Ka – mruknął do siebie. – Że też wyciągnąłem właśnie tę książkę i zatrzymałem się na właśnie tej stronie. I że właśnie ten amulet ten czubek kupił sobie i zawiesił na ścianie… Cholera, zaczynam chyba wierzyć w to całe przeznaczenie…

Zdjął Czerep Świętego Bratahma ze ściany i założył go na siebie. Poczuł coś. Jakby wśród ogromnego hałasu nagle wcisnął sobie do uszu zatyczki, inaczej nie potrafił tego określić. Wszystko dookoła widział i słyszał dużo wyraźniej.

– Tego mi było trzeba.

Przeszedł dwa kroki w kierunku okna i raptownie się zatrzymał. Wrażenie odcięcia od zakłócającego jego myśli hałasu ustało. Więcej, usłyszał złośliwy śmiech, a amulet najpierw zapłonął zielonkawym blaskiem, a potem rozpuścił się w powietrzu. Jeszcze przez jakiś czas Colin widział jego cząsteczki rozpraszające się po pokoju, mieniące się wszystkimi barwami tęczy, coraz bladsze i bladsze.

Niezła próba, brachu. Ale na mnie te zabawki nie działają. Jutro pobudka wcześniej. Przed siódmą. Taka lekcja na przyszłość.

– Twoja kolej, nowojorczyku.

To Ally, świeża i pachnąca, wynurzyła się z łazienki w kłębach pary.

Cisza.

– Co jest? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha – Ally była zaniepokojona. – Znowu się odezwał?

– Wyjeżdżamy przed siódmą – głos Colina mógłby stanowić oprawę dowolnego pogrzebu.

– No to nici z imprezy – mruknęła pogodnie. – A już wybrałam sobie taką kieckę, że oczy stanęłyby ci słupka.

O dziwo, Colin się uśmiechnął.

– Dlaczego wy, kobiety, przykładacie taką wagę do kiecek? Przecież mężczyzn interesuje tylko to, co jest pod spodem.

– Opakowanie też jest ważne. Zachęca do odpakowania.

– Tia…

– Leć, zanim pan domu przybiegnie z frykasami.

Nie było o co się kłócić. Nigdy nie potrzebował prysznica tak bardzo, jak wtedy.

Ally sama zabrała się do zwiedzania pokoju. Ją zainteresowała książka o nekromancji. Ale odrzuciła ją po kilku sekundach, po przeczytaniu opisu, w którym główną rolę odgrywało ciało chłopca, rytualnie okaleczone i przygotowane do dalszych zabiegów. Wyobraziła sobie Sama na miejscu tego anonimowego dzieciaka i z trudem powstrzymała wymioty.

Z kuchni wpadł na krótką inspekcję Buster. Rozejrzał się i zapytał:

– Gdzie on jest?

Usiłował brzmieć na luzie, ale nerwowość w jego głosie wyczułby nawet ktoś o wrażliwości głazu narzutowego.

– Myje się. A przy okazji: pożyczył sobie twoją koszulkę, nie masz chyba nic przeciwko? Jego się przepociła…

– Nie, skądże znowu, znam go od szczeniaka, niech bierze, co chce…

– Dzięki. Jesteś świetnym… eee… wujkiem – zaryzykowała. Kto wie, jaką relację z Colinem ten szajbus sobie wyśnił.

– Staram się.

Kiedy Colin skończył swoją kąpiel, kolacja była już podana na stole w kuchni. Buster nie wysilił się specjalnie, spaghetti z sosem kupionym w supermarkecie, do tego butelka dość przeciętnego wina. Dla wygłodzonych Colina i Ally jednak smakowało to jak wykwintny posiłek przygotowany przez kucharzy z Hiltona. Jedli i zapijali szybciej niż Buster mógł sobie wymarzyć.

To, jak ich usadził, powinno wydać się im podejrzane. Ally tu, Colin tam, przy napełnionych już kieliszkach.

– Widzę, że robisz postępy w gotowaniu – rzucił Colin, rozluźniony alkoholem. – Ostatnio ledwo przełknąłem te twoją… co to było?

– Pieczeń wołową po szwedzku – powiedział Buster, zadowolony, że wino z drobnym dodatkiem chemicznym już działało.

– Nigdy nie słyszałam o pieczenie wołowej po szwedzku – odezwała się Ally, która częstowała się winem dużo ostrożniej.

– Przepis mojej babci. Ona przyjechała tu ze Szwecji w trzydziestym ósmym.

– A… ciekawe… błałdzo ćłekławee… – wybełkotał Colin i osunął się pod stół.

Ally zerwała się z krzesła i przyklęknęła przy nim.

– Colin? Colin?! Słyszysz mnie?

– Daj mu spokój, zmęczony był, trochę pośpi i będzie jak nowy – powiedział Buster z uśmiechem samozadowolenia rozciągającym się na jego ustach.

– Ty! To Ty! – warknęła Ally. Przyszło jej do głowy, że nie zaprotestował, gdy nazwała Colina jego prawdziwym imieniem. – Ty wiesz, że on nie… on ne jest… – urwała. Zaczęła tracić kontrolę nad językiem, który wydał jej się twardy, sztywny i spuchnięty, jakby użądliła go pszczoła. Zachwiała się i oparła o stół, przewracając kieliszek, w którym była jeszcze resztka wzbogaconego napoju. Wreszcie upadła nieprzytomna obok Colina.

Buster patrzył na nią obojętnie. Ona go nie interesowała. Ważny był Colin. Colin i jego krew.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *