Ekranizacje komiksowe. Rewolucja w kinach, czy papka dla dzieci?

Batman, Superman, Spiderman uznawani są dziś za ikony popkultury. Wytwórnie filmowe prześcigają się w tworzeniu kolejnych ekranizacji ich przygód, choć wielu osobom komiks wciąż kojarzy się z naiwnymi historyjkami obrazkowymi dla dzieci. Dlaczego więc filmy o przygodach herosów zarabiają miliony dolarów w box officach ? Czy ekranizacje komiksowe to tylko nastawione na sukces kiczowate produkcje dla dzieci?


Wszystko zaczęło się w 1978 roku, kiedy to reżyser Richard Donner postanowił zekranizować przygody człowieka obdarzonego  nadludzkimi mocami, przybysza z planety Krypton,  Clarka Kenta i jego Alter Ego Supermana. Film od razu stał się hitem, a z głównego aktora Christophera Reeve uczynił status gwiazdy. Mimo, że dziś, produkcja ta ze względu na mierne efekty specjalne może wywoływać śmiech u widza, to i tak film przez wielu uważany jest za arcydzieło, trochę zapomniane, ale nadal arcydzieło. Do tej pory mogliśmy podziwiać Supermana już pięciokrotnie na dużym ekranie i wszystko wskazuje na to, że na tym się nie skończy. Ekranizacja przygód bohatera z planety Krypton dała znak producentom, że warto inwestować w tego typu filmy. Niestety przygody komiksowych nadludzi powinny cechować dobre efekty specjalne, co jeszcze w latach 80’ nie było osiągalne dla filmowców. Wychodziły więc mierne produkcje (Kapitan Ameryka, Hulk), a komiks nadal pozostawał swoistym źródłem inspiracji dla przemysłu filmowego.
Wszystko zmieniło się w 1989 roku, kiedy postanowiono zekranizować drugą najsłynniejszą postać w uniwersum obrazkowych historii czyli Batmana. Miliarder Bruce Wayne w kostiumie człowieka – nietoperza to postać stworzona przez Boba Kanea jako alternatywa dla Supermana. Z jednej strony mamy nieskazitelnego herosa, „harcerzyka” Supermana, z drugiej mrocznego obrońcę Gotham Batman. Reżyser Tim Burton, podczas kręcenia ekranizacji inspirował się historią Franka Millera „Powrót Mrocznego Rycerza”, tworząc film mroczny, klimatyczny, idealnie eksponujący bohatera. Atutem tej produkcji jest niewątpliwie obsada. Rolę herosa powierzono Michaelowi Keatonowi, po dziś dzień uznawanemu za najlepszego Batmana w historii kina, natomiast czarnym charakterem opowieści został Jack Nicholson, który genialnie zagrał niezrównoważonego błazna. Tim Burton wydawał się być człowiekiem, który najlepiej rozumiał postać Batmana, dlatego też sequel przygód człowieka – nietoperza spotkał się również z pochlebną opinią krytyków. Niestety od tamtej produkcji, poziom kolejnych ekranizacji przygód Batmana spadł tak bardzo, że przez pewien czas w przemyśle filmowym nikt nie był zainteresowany paraniem się komiksami.
Nastał rok 1998, czyli rok ekranizacji przygód pół wampira, pół człowieka. „Blade – wieczny łowca”, bo o nim mowa, z rolą Wesley’a Snipes’a zszokował miłośników komiksu tym, że producenci filmowi, po długiej stagnacji na ich rynku, wzięli się za ekranizację stosunkowo mało rozpoznawalnej w świecie historyjek obrazkowych postaci. Nie wielu wierzyło w powodzenie tego projektu, a mimo to film okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. I to do tego stopnia, że z przygód Blade’a powstała już trylogia, a świat filmowy poczuł chęć na kolejny sukces. Stały się nim przygody najsłynniejszych mutantów świata „X – Men”. Widzowie byli spragnieni filmu nacechowanego dobrymi efektami specjalnymi i nienajgorszą fabułą. Ekranizacja przygód  jednej z najpopularniejszych serii komiksowej na świecie opowiadającej o grupie obdarzonych ponadnaturalnymi zdolnościami mutantów, dała producentom ogromne zyski finansowe, dzięki  czemu od roku 2000 obserwujemy prawdziwy boom na tego rodzaju produkcje. Pojawiały się kolejne filmy, bardzo dobre  i niewypały. Bez względu jednak na ich jakość, każdy z nich przynosił ogromne zyski producentom, czego skutkiem są wciąż pojawiające się, kolejne ekranizacje przygód komiksowych bohaterów.
Wielu zastanawiało się i stale zastanawia nad sukcesem, bądź co bądź, filmów o dość naiwnej fabule, w których postaci szkicuje się stosunkowo prosto, gdzie widz od pierwszej minuty filmu doskonale orientuje się w intencjach każdego z nich. Bez problemu rozpoznaje bohatera pozytywnego i tego złego i łatwo może się z którymś z nich utożsamiać.
Z jednej strony dzisiejszy widz stał się bardzo wymagający. Kiedyś pasjonowaliśmy się przecież Johnem McLainem wymachującym pistoletem lub Rambo. Dziś miejsce ich obu, zajęli Wolverine z Hellboyem. Tamte filmy wzbudzały ciekawość w latach 80-tych. Teraz oprócz dobrej akcji potrzebne są równie doskonałe efekty specjalne, które w filmach komiksowych tworzą tło, nadają klimat. Ogromną rzeszę widzów stanowią przecież fani komiksu, którzy są najbardziej srogimi recenzentami takich produkcji. A co tu dużo mówić, to im reżyser chce się najbardziej przypodobać.
Z drugiej jednak strony dzisiejszy widz, to w dużej mierze osoba, która nie ma ochoty na niepotrzebny (jej zdaniem) wysiłek umysłowy. Woli mieć wszystko podane na tacy. Decydując się na bilet do kina wybieramy historię opowiedzianą w sposób prosty i przystępny. Koneserów kina jest niestety coraz mniej… Czy zatem w tym tkwi sukces dzieł inspirowanych komiksami? W prostocie i przystępności? Czy kolejne przygody Batmana przyciągną naszą uwagę ze względu na jeszcze lepsze efekty specjalne, czy z powodu samej chęci ich poznania? Czy po obejrzeniu następnego filmu z bohaterem rodem z komiksów będziemy chcieli ratować świat tak jak on, czy w naszej pamięci pozostaną jedynie spektakularne efekty rzeszy fachowców od efektów specjalnych? A jeśli tak, to czy jest w tym coś złego? Na te pytania każdy z nas powinien odpowiedzieć sobie sam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *