Wezwanie – część 3

21

Tym razem udało się załatwić to po cichu. Rick postarał się, by o samobójstwie Marka wiedzieli tylko najbardziej zaufani. Ekipa przyjechała furgonetką i radiowozem, dokonała sprawnych oględzin miejsca wypadku, obfotografowała je. Ambulans zabrał ciało do miejskiej kostnicy, gdzie bez zbędnych zabiegów patolog stwierdził zgon przez powieszenie, bez znamion ingerencji osób trzecich.

Rick odesłał Dustina do domu, by posiedział z Kathrine, a sam zajął miejsce za swoim biurkiem. Wyciągnął notes ze swoimi notatkami z całego dnia, pełnymi nieścisłości, sprzeczności, znaków zapytania. Mozolnie rekonstruował wydarzenia, a one ze sprytem godnym lepszej sprawy wymykały się i pokazywały mu język. W końcu postanowił wrócić do podstaw. Wielkimi literami na górze strony napisał wyraz „FAKTY”, a pod nim wypunktował:

– przyjechał samochodem;

– miał na sobie rękawiczki;

– miał przy sobie pistolet;

– zabił trzy osoby, jedną nożem, jedną kijem baseballowym, jedną z pistoletu.

I tyle. Reszta to już domysły. Czy przyjechał, żeby zabić? Rękawiczki wskazują na to, że tak. Ale dlaczego zrobił to tak dziwacznie? Dlaczego nie zastrzelił ich wszystkich od razu? Jak to się stało, że faceta z chodnika zabił nożem Jake’a? Czy to możliwe, że najpierw zginął Jake? Możliwe, ale mało prawdopodobne. Raczej nie rzuciłby się na człowieka, który był uzbrojony i właśnie z zimną krwią zabił dziecko. Nie. On był pierwszy. Może to był pedofil? Zaczepił Jake’a, ale nagle zauważył świadka, spanikował, Jake zdążył wyciągnąć z kieszeni nóż ale tamten mu go wyrwał i rzucił się na świadka. W tym czasie Jake zaczął uciekać do ogrodu. Ale nie zdążył. Skurwiel pobiegł za nim jak tylko rozprawił się ze świadkiem i chwycił leżący pod nogami kij… Janie usłyszała hałas, wybiegła z domu, a on zastrzelił ją już uciekając. Tylko… Jake był szybki, zdążyłby mu uciec… Może to on podniósł kij i chciał z nim walczyć? I znowu: wyrwał mu kij, i nim go zabił. Nie, kurwa, to nie ma sensu! Przestraszone dziecko nie biegnie z kijem na mordercę, zwłaszcza jeśli jest dziesięć metrów od swojego domu, w którym ochroniliby go rodzice…

Otarł pot z czoła. Mimo ustawionej na maksimum klimatyzacji było mu gorąco. I coraz goręcej. W takich chwilach nienawidził swojej pracy. Musiał grzebać się za psie pieniądze w najgorszym gównie, jakie istota ludzka jest w stanie zrobić. Oglądać zdjęcia trupów i wymyślać, jak to się stało, że trupami zostali. Wczuwać się w psychikę morderców, wchodzić w te ich chore łby, widzieć świat ich oczami.

Czasem wydawało mu się, że sam zmieni się w jednego z tych odchyleńców, że przejdzie na ich stronę, że dozna zrozumienia absolutnego, równoznacznego z usprawiedliwieniem ich obrzydliwych czynów. Słyszał o takich przypadkach, o specjalistach od psychiki mordercy, którzy przekroczyli granicę, którzy po prostu widzieli za dużo, żeby dalej umieć rozróżniać dobro i zło. Zrównali katów i ofiary, zaczęli podziwiać zmyślność i odwagę tych pierwszych, pogardzać drugimi. Zaczęli traktować śledztwo jak partię udziwnionych szachów, z pionkami, które można poświęcić dla najwyższego celu – zwycięstwa. Oni byli przeciwnikami, ale z przeciwnikami często chodzi się po meczu na piwo, omawia najciekawsze posunięcia, planuje następną rozgrywkę. A stąd już tylko o krok, by zapragnąć usiąść naprzeciwko kolegi z pracy, by pokazać mu, kto jest mistrzem w tej grze. Koszmar.

Gdy ogarniały go takie myśli, takie lęki, Rick dzwonił do Kathrine. Jej głos naprawiał świat, sklejał go, składał na powrót do kupy. Raz, drugi, trzeci, milionowy. Posiadała dar, którego nie potrafił ogarnąć. Po prostu pojawiała się po drugiej stronie.

Wyciągnął rękę do telefonu, lecz nim zdołał go dotknąć, zadzwonił. Rick podskoczył na krześle i zaśmiał się z samego siebie. Podniósł słuchawkę.

– Rick, może podskoczysz do Orlando, nasz człowiek pojawił się na dworcu – to był kapitan Morales, bezpośredni przełożony Ricka. – Nieoficjalnie, oczywiście.

– Oczywiście. Dzięki, Paul.

– Nie ma sprawy. Rozejrzyj się, może ty coś wyniuchasz.

– Co masz na myśli?

– Mam wrażenie, że coś spieprzyli. Strasznie ściemniają.

– Dobra. Na razie.

– Powodzenia.

Rick odłożył słuchawkę i zastanowił się, co może oznaczać sformułowanie „coś spieprzyli”. W jego słowniku było to jedno z najcięższych przekleństw. Przekleństwo, które mogło skończyć się czyjąś śmiercią.

Na miejscu, gdzie dostał się po dwóch godzinach szaleńczej jazdy z zapalonym kogutem, w zastawionym monitorami pokoiku ochrony zastał lekko przestraszonego strażnika odpowiedzialnego za całą sytuację i kilku jego podenerwowanych kolegów. Machnął swoją odznaką na tyle wolno, by zdołali przekonać się o jej autentyczności, ale na tyle szybko, by nie zdołali się przyjrzeć, gdzie została wydana. Być może mieli mętne pojęcie o rewirach i jurysdykcjach, jednak lepiej było nie ryzykować.

Udało się. Wywołał popłoch. Natychmiast kaseta z nagraniem znalazła się w odtwarzaczu. I zobaczył tę znienawidzoną postać, która na sumieniu miała już nie trzy, a cztery osoby. Która wymazała z powierzchni ziemi całą rodzinę tak dokładnie, że pozostanie po niej tylko kilka drobiazgów i duża, wspólna mogiła.

Fatalna jakość nagrania nie pozwoliła dodać żadnych nowych szczegółów do rysopisu. Dalej miał mężczyznę między dwudziestym, a trzydziestym rokiem życia, ciemnowłosego, o średnim wzroście i ubranego w nieszczęsną koszulkę z napisem „Florida Keys 2003”. Właśnie ten napis, na tyle duży, by złapała go kamera przemysłowa, sprawił, że strażnik w końcu zaalarmował policję.

– Dlaczego nikt nie zrobił zbliżenia jego twarzy? – oskarżycielskim tonem zapytał Rick. – Macie tu chyba taką możliwość?

– Tak, ale… eee… – strażnik, Jim Bradley, zająknął się i rzucił rozpaczliwe spojrzenie w kierunku zbitych w ciasną grupę kolegów.

– Ty miałeś wtedy dyżur, prawda?

– Tak… ja…

– Więc? Czemu nie zrobiłeś zbliżenia? Wystarczy tylko pstryknąć… – Rick widział w akcji podobny system zainstalowany na ich komisariacie. I postanowił zaprezentować strażnikowi swoją wiedzę.

Podszedł do panelu nad którym zamontowany był monitor przekazujący na żywo obraz z dworca. Rick nacisnął jeden z przycisków i poruszał znajdującym się obok mini joystickiem. Na monitorze twarz czekającej na swój pociąg kobiety powiększyła się tak, że można było policzyć znamiona na jej podbródku.

– Ja… zobaczyłem go, ale… nie wiedziałem, że to on… dopiero później przypomniało… – Bradleyowi brakowało tchu. Rick miał przeczucie, że zaraz dostanie ataku astmy czy czegoś podobnego. – Przypomniało mi się… list gończy… przeczytałem jeszcze raz i… ale jego już nie było… to było pięć… minut… najwyżej…

– Dajcie nagranie z zewnątrz – rozkazał Rick. Tracił powoli cierpliwość. Po co te wszystkie kamery, systemy bezpieczeństwa, kupa drogiego sprzętu, skoro obsługują go bystrzy inaczej, nadający się najwyżej do smażenia burgerów w MacDonald’s?

Przygotowana kaseta natychmiast zajęła miejsce poprzedniej. I Rick miał okazję zobaczyć, jak podejrzany oddala się w towarzystwie młodej kobiety i mężczyzny w średnim wieku poza zasięg pola widzenia kamery. Skrzywił się boleśnie. Miał jeszcze cień nadziei, że chociaż dowie się, jakim samochodem odjechali. Zero szczęścia.

– Kurwa! – warknął, nie zwracając się do nikogo w szczególności.

Zupełnie jakby podszedł do niego, podrapał go w brodę i posłał całusa na pożegnanie. A on nie mógł nic z tym zrobić. Kurwa! Ale popełnia błędy. Nie przebrał się. Pokazuje się w miejscach publicznych, najeżonych kamerami i policjantami. Albo jest taki bezczelny, albo taki głupi… albo nie wie, że go widzieli. Niemożliwe. Nie słucha radia, nie ogląda telewizji? Niemożliwe. Oni uwielbiają o sobie słuchać, chcą być sławni, choćby sławą mordercy.

Kilka sekund rozważał przesłuchanie stojących przed dworcem taksówkarzy. Zdecydował jednak dać sobie z tym spokój. Miejscowi pewnie już to zrobili, gówno się dowiadując. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. To w końcu stacja kolejowa, kręcą się tu takie indywidua, że zapamiętanie jakiegoś przeciętniaka w niebieskiej koszulce graniczyłoby z cudem. A cudów nie ma.

Cudów nie ma.

Westchnął. Powiedzenie ojca, powtarzane tysiąc razy, sprawdzało się nieodmiennie. Cudów nie ma. Nie ma.

22

Sprzęt w postaci kompletu jednorazowych igieł i strzykawek leżał rozłożony na podłodze obok nieprzytomnego Colina. Obok stała niewielka gliniana miska, do której zamierzał przelać krew ze strzykawki. Otwarta na odpowiedniej stronie książka okupowała siedzenie krzesła.

Elastycznym wężykiem obwiązał biceps prawej ręki Colina, dokładnie tak, jak to robili jemu lekarze, kiedy ostatni raz oddawał krew do badań. Żyły powiększyły się tak, że Buster mógł wybierać, w którą wbić się najpierw. Rozpakował jedną igłę i jedną strzykawkę. Postanowił wykonać całą pracę jedną parą. Nikt w końcu nie będzie ścigał go po sądach za błąd w sztuce lekarskiej i ewentualne zakażenie.

Drżącą z podniecenia ręką zbliżył czubek igły do żyły, sinej na tle opalonej skóry i napęczniałej od nie mającej ujścia krwi. Głęboki oddech i do dzieła. Igła przebiła skórę i weszła prosto w żyłę. Zawodowa pielęgniarka nie zrobiłaby tego lepiej, pomyślał zadowolony. Pociągnął tłoczek i strzykawka wypełniła się ciemnoczerwonym płynem, który – nie ściągając igły – przelał do miseczki. Operację, z coraz większym luzem, powtórzył jeszcze pięć razy. Miejsca, w które wbijał igłę, nie opatrzone, nieco krwawiły, lecz on się tym nie przejmował. Ranki się zagoją bez jego pomocy.

Z miseczką w dłoni i książką pod pachą, przeszedł na środek pokoju. Maczając palec wskazujący w krwi, narysował koślawe koło, a wokół niego, w sześciu miejscach – symbole skopiowane z ryciny z książki. Usiadł wewnątrz okręgu i odczytał napisaną w tajemniczym języku inwokację. Słowa brzmiały złowrogo, twardo, bezlitośnie. Czy to one, czy to jego głos?

Skończył. W pokoju zaległa cisza. Buster przeszedł do właściwej części rytuału przywołania. Teraz koncentrował się na każdym wyrazie z osobna. Wszystkie były ważne. Pominięcie lub przekręcenie któregokolwiek zniweczyłoby cały wysiłek. Czytał. A kiedy skończył, w niezmiennej, obojętnej ciszy, sam, ciągle sam, nawet bez tego zimnego wiatru, który pojawił się poprzednio, zaczął od początku.

Za czwartym razem poprawił wysychające szybko znaki. Może użył za mało krwi? Teraz jej nie żałował, ostatecznie mógł znowu udać się do siedmiolitrowego zbiornika śpiącego kamiennym snem trzy metry dalej. Nie pomogło. Resztkę zawartości miseczki wtarł w swoje policzki i piersi, znalazłszy ustęp, w którym książka mówiła o podobnych praktykach uprawianych przez szamanów niektórych plemion. Miały zwiększać siłę ich wołań, zadziałać jak okultystyczny wzmacniacz.

Rozpacz powoli zaczynała przezierać przez ruchy i gesty Bustera. Nie udało się. Helen nie przyszła. Ciągle był sam. Jak to możliwe? Przecież zrobił wszystko według przepisu, nie przeoczył najdrobniejszego elementu. Cały rytuał powtarzał w nieskończoność, krok po kroku, z nieludzką ostrożnością.

Złość. Bezsilna złość. Pięści wygrażające obojętnemu niebu. I łzy przepełniające zaczerwienione, podkrążone oczy, rozlewające się po bladych, zapadniętych policzkach.

Buster położył się na plecach, nie dbając o to, że krew, którą była wymazany, poplami mu koszulę. Był zmęczony, nie tym dniem, ale osiemnastoma latami ścigania marzenia. Koniec z tym. Doszedł do kresu. Dalej była już tylko ściana. Nadzieja, która niepostrzeżenie uciekła dawno temu, wołała, by podążył za nią, w stronę życia.

Jakiego życia?

Zaśmiał się gorzko, ironicznie. Nie chciał niczego żałować, nie chciał wrzucać do kosza tych lat, jakiekolwiek by one nie były. Chciał… chciał zapomnieć. Jutro rano zacznie od nowa. Książki, amulety, magiczne śmieci odda, sprzeda, wyrzuci, spali. Cokolwiek.

Ziewnął. I bez jednej myśli więcej, zasnął w swoim nieprzytomnym domu tak, jak leżał, umazany krwią, na twardej podłodze.

23

Potworny ból głowy. Wrażenie, jakby ktoś wlewał w jej czaszkę płynny metal. Sztywność w każdym mięśniu.

Całość zamieniająca się złość, w gniew, jakiego jeszcze nie znała.

Ally otworzyła oczy. Leżała pod stołem, między dwoma krzesłami, które pamiętały jeszcze czasy prezydenta Reagana. Niezdarnie próbowała się na jednym podnieść, ale udało jej się tylko go przewrócić. Hałas zadudnił jej w uszach, dodając swoją wagę do masy bólu, która ją przepełniała.

Zobaczyła Colina leżącego obok, z ręką pokrytą sińcami, rankami po ukłuciach i zaschniętą krwią. Był jej zupełnie obojętny, niczym manekin, kawał martwego plastiku o kształcie człowieka. Odwróciła wzrok i ujrzała Bustera, rozbudzonego odgłosem przewróconego krzesła.

Czuł dokładnie to samo, co ona. I szukał ujścia dla gotującej się w jego umyśle furii. Podniósł się, z trudem, postękując głośno i sapiąc. Popatrzył na dokonującej podobnego wysiłku Ally. I odnalazł winowajczynię zła, które nękało go przez całe życie. Ruszył ku niej, a ona ruszyła ku niemu, źrenice rozszerzone, oddech ciężki, adrenalina wystrzeliwana w żyły, zwężające się naczynia włosowate. Dwa dzikie zwierzęta szykujące się do walki.

Buster zaatakował. Jego dłonie owinęły się wokół gardła Ally, zaciskając na tchawicy. Jej odpowiedź była błyskawiczna – kopnięcie kolanem między nogi. I już oswobodzona szyja, i głęboki, charczący wdech. Nie czekała, aż wróci do normy. Poszła za ciosem, okładając skulonego Bustera po skroni, uszach, czole. Raz po raz, jej uderzenie rozbijało się o jego nieosłoniętą głowę. Zapamiętała się w tej pracy, widziała tylko kolejne cele. Buster jednak, lekko ogłuszony, siedzący na podłodze, machnął lewą nogą, podcinając niczego nie spodziewającą się, bijącą na oślep Ally. Jej pięść przeszyła powietrze, a ona sama runęła na deski, lądując na prawym boku, z twarzą przy udzie Bustera. Odwinęła się, ale nie na tyle szybko, by uniknąć soczystego uderzenia w żołądek. Ignorując promieniujący, zapierający dech w piersiach ból, przeturlała się parę metrów w bok. Buster podążył za nią, wymierzył jej kopniaka w korpus i przygotował do następnego. Stojąc nad nią, z obnażonymi jak u atakującego psa zębami, zatrzymał się na sekundę i zawarczał. To wystarczyło, by i ona się przygotowała. Kiedy jego bosa stopa zetknęła się z jej piersiami, złapała ją i pociągnęła. Buster stracił równowagę i zwalił się na plecy. Ally tymczasem zatopiła zęby jego stopie i odgryzła dwa palce. Wypluła je i skoczyła na niego. Wyglądała jak pantera rzucająca się do gardła ofiary, żeby jednym ruchem szczęki rozerwać tętnicę szyjną i zabić. Buster instynktownie osłonił wrażliwe miejsce lewą ręką, prawym łokciem trafiając ją w policzek. Ally zmieniła taktykę. Usiadła na nim i wystawiając swoją mocno posiniaczoną już twarz jako przynętę, złapała jego prawą rękę, jednym sprawnym ruchem umieszczając ją pod swoim kolanem. Druga poszła jeszcze łatwiej. Teraz mogła bezkarnie bić go tam, gdzie chciała. Pierwsze uderzenie złamało mu nos, drugie wybiło dwa zęby i zmiażdżyło wargi. Nie poddawał się jednak, walczył o uwolnienie spod jej ciężaru. I udało mu się na moment zachwiać nią. Przechyliła się w prawo, opierając na łokciu. To wystarczyło. Z całą mocą wystrzelił swoją głowę do przodu, trafiając w Ally prosto w splot słoneczny. Stoczyła się z niego, pod plecami wyczuwając coś twardego. Sięgnęła po niego. Jej palce zacisnęły się na zostawionej poprzedniej nocy strzykawce, ciągle z nałożoną igłą. Buster nie zastanawiał się nad ryzykiem. Po prostu wyprowadził kolejny cios. A Ally nie siląc się na unik, zaatakowała. Igła wbiła się aż do końca w serce Bustera, który momentalnie zesztywniał i upadł na bok.

Ally, dysząc ciężko, wstała. Jej przeciwnik nie żył, ale to wcale nie zaspokoiło głodu, który popchnął ją do walki. Rozglądała się po pokoju w poszukiwaniu jakiegoś nowego obiektu, lecz nie mogła żadnego znaleźć. Z czystej, domagającej się drogi ujścia energii, kopnęła bezwładne ciało Bustera. Cień ulgi, jaki się pojawił, sprawił, że zrobiła to ponownie.

Kilka metrów dalej do świadomości powracał Colin. Najpierw dotknął dłonią czoła, potem spojrzał na zegarek: dwadzieścia po siódmej. Dwadzieścia po siódmej!

Zerwał się, jakby nagle zorientował się, że leżał na posłaniu z gwoździ. I ujrzał krwawe pobojowisko. Dwoma susami dopadł do Ally, zapamiętale kopiącej zwłoki Bustera, i objął ją. Zatrzymała się. Uderzona mocą przedstawiającego się jej widoku połączonego z brutalnością świeżych wspomnień, zemdlała.

Colin delikatnie położył ją na podłodze, głowę umieszczając na swoich kolanach.

– Ally! Ally! Musimy jechać! – na poły szeptał, na poły krzyczał, potrząsając nią.

Wreszcie otworzyła oczy.

– To ja… wszystko ja… zrobiłam…

– Nie, to nie ty! Zrozum to! Przekroczyliśmy czas…

– …nawet nie wiesz, jaką mi to sprawiło przyjemność – powiedziała, oczy szklące się od powstrzymywanych na siłę łez.

– Przestań, nie byłaś sobą, nie byłaś sobą… jak tamte dzieci, jak…

– Jak ci ludzie z Trenton?

– Właśnie. Jak ci ludzie z Trenton. Pomyśl, matka zabiła własne dziecko… a ty… ty tylko walczyłaś… i to z silniejszym od siebie…

– Ciekawe, jak wytłumaczylibyśmy to glinom. „Panie oficerze, wstąpiło w nas nieziemskie wkurwienie i krew po prostu musiała się polać.” Fatalnie.

Wahadło jej humoru znowu osiągnęło słoneczną stronę. Mimo wcześniejszych doświadczeń, Colin nie potrafił ukryć zdziwienia.

– Ty to jesteś…

– Co? Czarna mamba z Davie, Floryda?

– Niesamowita.

– Fatalnie, co? – teraz już się uśmiechała, choć mięśnie twarzy przypominały jej o niedawnej walce.

– Fatalnie.

– Muszę się wysikać. Pozwolisz? – popatrzała wymownie na rękę, którą ściskał Colin.

– No, nie wiem.

– Chyba nie chcesz mi towarzyszyć w kibelku, co?

– Dobra. Zróbmy mały eksperyment. Ja cię na chwilę puszczę i zobaczymy, czy będziesz chciała, żebym dalej cię trzymał.

Jego palce powoli się rozluźniły. Ally poczuła, jakby uderzyła w nią kula ognia i przetoczyła się przez jej ciało, wypalając na swojej drodze każdy przejaw wrażliwości, współczucia, prostej dobroci. Wypełniła ją, rozdęła jak balon tępa agresja, wyciskając z oczu dwie gorzkie łzy. Ally zatrzęsła się, szukając drogi ujścia dla domagającej się tego energii.

Ale nie zdążyła. Colin złapał ją za ramię i znikła, jak wspomnienie nocnego koszmaru.

– Chyba jednak pójdziemy do kibelka razem – powiedziała drżącym głosem. – Fatalnie.

Colin nic nie powiedział, tylko przesunął swój uścisk z ramienia na jej dłoń.

W obszernej łazience z olbrzymią, choć obitą wanną i niebieskawymi kafelkami, zapatrzył się w ścianę.

– W ten sposób jeszcze tego nie robiłam – zaśmiała się Ally, rozpinając spodnie.

– Zaraz zajmę twoje miejsce i będziemy kwita.

– Dzięki Bogu za drobne łaski.

– Amen.

24

Chłopak na stacji benzynowej tuż za Orlando przyglądał jej się podejrzliwie. Miała na sobie ciemne okulary i czapkę z daszkiem, ale część sprezentowanych jej przez Bustera siniaków była wyraźnie widoczna. Chłopak rzucił też oburzone spojrzenie siedzącemu obok, również upiększonemu kilkoma sińcami Colinowi. Dobrana para, pomyślał, przyjmując z rąk Ally należność.

– Gdzieś ty się nauczyła tak bić? – spytał Colin, kiedy wyjechali z powrotem na autostradę.

– Mój kolega prowadził… dalej prowadzi szkółkę karate. Chodziłam tam z Samem… zanim zachorował oczywiście.

– Ale on przecież był jeszcze mały!

– Mają tam specjalną grupę dla takich dzieciaków… zresztą, to było bardziej dla mnie niż dla niego. Po śmierci Harry’ego musiałam jakoś się wyładować. I Henry mi w tym pomagał.

– Fajny pomysł – powiedział Colin. – Szkoda, że sam na to nie wpadłem.

– A co? Też straciłeś męża w wypadku samochodowym?

Colin skrzywił się i odwrócił głowę.

– Nieważne – mruknął.

– No co ty! Ja ci opowiedziałam o tym całym gównie, a ty mi walisz jakieś „nieważne”.

– Daj spokój. Na razie nie jestem po prostu gotowy…

– Dobra, dobra, panie delikatny, ja to z ciebie wyciągnę, nie bój się, choćbym miała cię upić i zahipnotyzować, nie wymkniesz się, mam na ciebie całe pudełko haków.

I uśmiech, ten bezczelny, nieprzesadnie piękny, wyskakujący jak diabeł z pudełka, zaraźliwy, rozjaśniający najpodlejszą sytuację uśmiech.

– Okej, jestem na widelcu. Tylko proszę cię, żebyś zostawiła mnie jako przekąskę na lepszy czas. Teraz… teraz możemy pogadać o czymś innym, czymkolwiek.

– Nie ma sprawy – kiwnęła głową i znowu błysnęła zębami. – Do dupy w tym Iraku, nie?

– Do dupy – zgodził się Colin.

– Cokolwiek by się tu nam nie stało, to zawsze pozostaje myśl, że byłoby gorzej, gdyby to się zdarzyło w Iraku.

– Pewnie. Zawsze zostaje nam Irak.

Ally włączyła radio i natrafiła na stację tłukącą na okrągło złote przeboje lat osiemdziesiątych. Mruknęła z zadowolenia i zaczęła nucić razem z Bono „With Or Without You”.

– Trochę jak my.

– Ally, nie wiem, czy zauważyłaś, ale to jest piosenka o miłości… Jak by powiedział Tommy, chłopak spotyka dziewczynę i razem zabierają się za szydełkowanie.

– Znamy się dopiero chwilę. Szydełkowanie też może się nam jeszcze przydarzyć.

Colin zapadł się w sobie. Szydełkowanie. Nie uprawiał żadnego szydełkowania od czasu Eileen. I, dziwna rzecz, nie miał wcale na to ochoty. Sama myśl, że miałby to zrobić z kimś innym napawała go wstrętem. Razem z nią pochował część siebie, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. Poświęcił się pracy, tylko ona przynosiła mu radość. Przekraczając próg East Trenton High rozjaśniał się, odżywał. Wstępował w niego nowy duch, bez którego zresztą nie udałoby mu się przeprowadzić ani lekcji.

– Hej! Halo? Jest tam kto? – zawołała Ally.

– Hę?

– Jedziemy w jakimś konkretnym kierunku, czy tak po prostu, przed siebie, gdzie autostrada nas poniesie?

– Do Atlanty. Nie mówiłem ci?

– Nie. Przynajmniej na jawie.

– Przepraszam… rzeczywistość zaczyna mi się rozjeżdżać – powiedział.

– Dobrze powiedziane. Zamazują się krawędzie… jakby mi ktoś powiedział trzy dni temu, że załaduję komuś strzykawę w serce, to bym mu załadowała, ale kopniaka w dupę.

– Wiesz, mam momenty, że wydaje mi się, że to wszystko jest tylko jednym wielkim snem. Albo jakimś odlotem, wiesz, epizodem psychotycznym… tutaj sobie jedziemy, jakieś głosy nawijają, ludzie się mordują, a tak naprawdę leżę sobie w kaftanie bezpieczeństwa i obśliniam prześcieradło…

– To by musiał być podwójny kaftan…

– Taa… odwieczne pytanie: skoro to sen, to komu się śni? – zaśmiał się Colin. – Któreś z nas musiałoby być fikcyjne. No i nie byłoby tej potwornej logiki…

– Jakiej logiki? W tym nie ma żadnej logiki…

– Jest. Musi być. Nie znamy tylko szczegółów.

– Mam nadzieję, że masz rację.

25

Do Atlanty wjechali z godzinnym wyprzedzeniem. Już po kilku minutach jazdy po ulicach stolicy stanu Georgia, mieli wrażenie przebywania w wielkomiejskiej dżungli. Tutaj życie toczyło się w zupełnie innym, morderczym, tempie. Czas traktowany był jako najcenniejszy, bo niemożliwy do odzyskania i recyklingu towar.

– Niech zgadnę: jedziemy na stację – rzuciła Ally, rozglądając się na boki.

– Jakbyś zgadła.

– A wiesz, jak tam dojechać?

Cisza.

– Nigdy w życiu tu nie byłeś, co?

– Jakbyś zgadła.

– Powinnam się chyba do jakiegoś teleturnieju zapisać, zgadywanie coś mi ostatnio idzie.

Colin miał zamiar powiedzieć coś ciętego a propos inteligencji uczestników popularnych teleturniejów, jego osobistego wroga publicznego numer jeden, ale przejeżdżająca obok taksówka podrzuciła mu inny pomysł.

– Zapytajmy się jakiegoś taksówkarza. Jak on nie będzie wiedział, to nikt nie będzie.

Kilkadziesiąt metrów dalej, przed hotelem „Country Inn and Suites” stały dwie taksówki. Ally zatrzymała się przy krawężniku, a Colin wyskoczył z samochodu i z narażeniem życia przebiegł na drugą stronę ulicy.

– Cześć, jak leci – przywitał się, uśmiechając się najszerzej, jak potrafił.

– W porządku – odparł taksówkarz, niski i krępy Latynos ze strzępkiem brody przykrywającym podwójny podbródek.

– Nie wiesz, gdzie jest tutaj stacja Amtraka?

– Na Peachtree Street, a co?

– A jak tam dojechać?

– Wsiadaj, to ci pokażę – wyszczerzył się taksówkarz.

Colin otarł grzbietem dłoni pot z czoła.

– Dzięki, mamy swój transport.

– Jak wolisz.

Nienawidził tego systemu. Ale dwadzieścia sześć lat życia w nim nauczyły go pokory. Wyciągnął portfel, a z niego banknot pięciodolarowy. Mało ich już było, coraz mniej…

– A teraz… uda mi się z ciebie coś wyciągnąć?

Latynos skwapliwie przyjął zapłatę, którą potraktował jako napiwek, choć pocącego się, obitego białasa nigdzie nie zawiózł.

– Tutaj skręcicie w prawo… – zaczął, opierając się o swój bezczynny samochód. I w prostych słowach podstawowej, nieco łamanej angielszczyzny poprowadził Colina aż do stacji na Peachtree Street, gdzie kazał mu zaparkować po prawej stronie.

Bez słowa podziękowania (bo i za co sukinsynowi miał dziękować? Za skasowanie pięciu dolców za dwie minuty gadania? Za te wszystkie błędy gramatyczne, które miał ochotę wepchnąć mu z powrotem do gardła? Za uśmieszek złośliwego zadowolenia, drażniący jak sól na świeżej ranie? Colin wbrew swojej woli wywoływał dziką wściekłość u innych, śmiertelną gorączkę, która pochłaniała coraz to nowe ofiary, lecz sam pozostawał poza zasięgiem jej działania. Teraz, smakując zaledwie nieskończenie mały jej ułamek, poczuł mdłości i pragnął tylko wrócić do Ally, jedynej osoby, która rozumiała.) Colin przebiegł przez ulicę.

– Ile mu dałeś? – zapytała Ally?

– Piątaka.

– Taniej by wyszło kupienie planu miasta.

W duchu Colin przyznał jej rację. Głośno jednak powiedział:

– Ale pewnie mielibyśmy problemy z jej odczytaniem.

– Jak kto – mruknęła. – Ja zdobyłam pierwszą nagrodę na obozie letnim w konkursie na orientację w terenie.

– Kiedy to było?

– No… w osiemdziesiątym siódmym… Ale to jest jak z jazdą na rowerze, nigdy się nie zapomina.

– A próbowałaś kiedyś wsiąść na rower po osiemnastu latach?

– No, nie…

Colin podstawił jej pod oczy lewy łokieć. Zdobiła go szeroka, podłużna, lekko zakrzywiona blizna.

– W zeszłym roku też myślałem, że tego się nie zapomina. Teraz mam znak, żeby dwa razy pomyśleć, zanim znowu posłucham jakiegoś komunału.

– Fatalnie – rzuciła Ally. – Ty to w ogóle jesteś człowiek-blizna. Dłoń, łokieć…

– Nie widziałaś jeszcze najlepszej.

– Jeśli jest tam, gdzie ty wiesz, a ja rozumiem, to jako porządna dziewczyna powiem, że z tym musimy poczekać co najmniej do trzeciej randki. Był taki jeden, co chciał mi pokazać swoje blizny. A skończyło się na chwaleniu się swoim wyrostkiem. Szkoda, że to nie było nic więcej, jak tylko wyrostek…

Wsiedli do samochodu. Ally zapaliła silnik, który zazgrzytał niepokojąco i złapał właściwy rytm.

– Ona jest tu, na boku – nie rezygnował Colin. Z jakiegoś powodu, którego sam nie był świadomy, chciał, musiał jej ją pokazać.

– Dobra. Pokaż. Miejmy to za sobą.

Colin podciągnął koszulkę i przekręcił się tak, by Ally łatwiej było się jej przyjrzeć.

– Święta matko wszystkich Amerykanów i ludów okolicznych – zawołała, zaskoczona. – To się nazywa blizna!

Przebiegająca od podstawy biodra aż do piątego żebra, gruba, wypukła linia była większa niż jakakolwiek, którą widziała wcześniej. Dotknęła jej, przejechała palcem przez całą jej długość, nawet skrobnęła na próbę paznokciem, jakby nie dowierzając, że jest prawdziwa.

– Coś ty, na wojnie był, czy co?

– Miałem operację, kiedy byłem mały.

– Jaką operację? Usuwali ci wszystkie organy na raz i wszczepiali nowe?

– Nie… to było… – chciał jej odpowiedzieć, co dokładnie zrobili mu lekarze, że została mu taka pamiątka na całe życie, ale uświadomił sobie, że tak naprawdę wiedział niewiele więcej od Ally. Dorastał z nią, towarzyszyła mu odkąd sięgał pamięcią. A z nią – mętne tłumaczenia jego rodziców. „Byłeś chory i lekarze wzięli cię do szpitala na operację”, „To była ciężka operacja, synu, szesnaście godzin na stole, dziękowaliśmy Bogu, że ją przeżyłeś”, „Wiesz, jak to lekarze wszystko wyjaśniają, coś nie tak było w twoim brzuchu i musieli to wyciąć. Najważniejsze, że jesteś zdrowy”. Fakt, że nie mieli specjalnego wykształcenia, tym bardziej medycznego, ale teraz nawet farmerzy na jakimś zapyziałym ranczu w Teksasie interesowali się transplantacjami, komórkami macierzystymi, implantami i klonowaniem. Dlaczego więc jego rodzice nie mieli wiedzieć, co dokładnie mu dolegało, że potrzebna była taka ciężka, szesnastogodzinna operacja? Przecież rodzice chorych dzieci momentalnie stawali się ekspertami mogącymi wygłaszać pogadanki na temat mukopolisacharydozy, zespołu Downa, autyzmu, epilepsji.

– To było co? – Ally przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik jęknął i zgasł.

– Eee… dokładnie nie wiem. Coś. Coś poważnego. Miałem podobno bardzo długą operację. Wiesz, to było, kiedy miałem pół roku czy jakoś tak.

– I aż tak daleko twoja pamięć nie sięga? – Ally sięgnęła po lżejszy ton. – Słyszałam o ludziach, którzy w jakimś transie potrafili opowiedzieć historyjki z życia płodowego. Normalnie cytowali słowa swoich rodziców, zwłaszcza kłótnie. „Johnny, przysięgam, to jest twoje dziecko!” „A dlaczego mam ci wierzyć, ty brudna zdziro?!” „Bo ja cię kocham!” „Tamtego sukinsyna też kochałaś?” „Nie, Johnny, to był tylko czysty seks” „Ja ci dam zaraz czysty seks, poczekaj! Ściągaj te szmaty!”

– Dobry tytuł na film: „Historie z życia płodowego”.

– Wyobrażasz sobie? Pływasz sobie spokojnie w swojej macicy, to znaczy w macicy swojej matki, a tu nagle przez okienko wdziera się wielki fiut…

– To musiałby być naprawdę wielki fiut – Colin przypomniał sobie swoje lekcje biologii z liceum. – Prawdziwy potwór.

Wnętrze Plymoutha wypełnił dźwięczny śmiech Ally. Śmiała się tak mocno, że z trudem łapała powietrze, by za moment wypuścić je z kolejnym ogłuszającym wybuchem. Colin przyłączył się do niej. I po chwili uświadomił, że nie śmiał się tak od czasu… kurwa, nie śmiał się tak od czasu Eileen.

Przyjrzał się uważnie swojej kościstej towarzyszce, z ulgą stwierdzając, że nie miała tego „czegoś”. Nie przyciągała jego wzroku, nie sprawiała, że jego głowa automatycznie przekręcała się w kierunku, z którego dochodził jej głos. Jeśli kogokolwiek miała zastąpić w jego życiu, to raczej wiecznego żartownisia Tommy’ego, pełnego podobnie idiotycznie śmiesznych historyjek, tekstów równie absurdalnych, co komicznych.

Kiedy już wybrzmiała ostatnia salwa, Ally klepnęła go w bok i powiedziała:

– Dobra, człowieku z blizną, jedziemy. Może znowu znajdziemy jakieś twoje zdjęcie z dzieciństwa…

– Byle nie nago.

– Och, czemu nie? – zaśmiała się Ally. – Chętnie zobaczyłaby cię nago.

Gdy ostatnie słowo opuściło jej usta, zdała sobie sprawę, że powiedziała równocześnie za dużo i za mało.

– A nie mówiłaś czasami, że takie atrakcje zostawiasz sobie dopiero na trzecią randkę?

– Miałam na myśli ciebie jako dziecko oczywiście!

– Oczywiście.

– Fatalnie to ujęłam, fatalnie.

– Fatalnie.

Za cenę swojego życia nie przyznałaby się, że z miłą chęcią obejrzałaby sobie i dorosłego Colina, tego dziwnego faceta, otoczonego koszmarną tajemnicą, ściganego przez coś poza jej pojęciem rzeczywistości, faceta z parą intensywnie niebieskich oczu zdających się patrzeć głębiej i dalej, niż potrzeba. Ta ochota, wykarmiona osiemnastoma miesiącami spania w pustym łóżku, drzemała tuż pod powierzchnią jej skóry, czekając na sposobność wyjścia na zewnątrz.

– Czekaj… coś mi wpadło do głowy…

– To lepiej niech ci szybko wyskoczy, bo tu jest chyba zakaz parkowania, a tam jedzie radiowóz…

Ally znowu zapaliła i znowu usłyszeli złowieszczy zgrzyt, zanim rozległ się zdrowy, miarowy warkot silnika. Ruszyła, wykorzystując lukę w sznurze wolno przesuwających się samochodów.

– Gdzie najpierw? Pamiętasz jeszcze?

– W prawo. Pierwsza w prawo.

– Dobra. Jesteś moim pilotem. Jak się zgubimy, to ty dostaniesz po uszach.

– Okej. To co ci wpadło do głowy?

– Czekaj. Zaraz… pomyślałam tylko, że to zdjęcie z gazety może być w związku z tą twoją operacją. To by miało sens: poważna operacja na dziecku, więc gazeta się zainteresowała i zamieściła twoją podobiznę.

– Ale operacja nie byłaby chyba w Wisconsin Dells… to straszna dziura… Raczej bym się spodziewał Nowego Jorku albo Los Angeles. Tam mają najlepszych specjalistów.

– I najdroższych.

– Sądzisz, że moi rodzice poszli na wariant ekonomiczny i dali mnie pokroić jakimś prowincjonalnym konowałom?

– Może zwyczajnie nie było ich stać… która teraz?

– Eee… lewa…

Milczeli kilka minut. Colin nie mógł przetrawić wizerunku swoich rodziców oszczędzających na jego zdrowiu. A Ally zastanawiała się, jak do tego podejść, by go nie urazić.

– Wszystko przez ten cholerny system – odezwała się w końcu. – Tak samo było z moim Samem. Ludzi z naszą polisą to chcą leczyć aspiryną. Nie kierują na żadne badania, chyba że już padamy na pysk na progu szpitala, to wtedy może zlitują się i rzucą nas na rentgen sprawdzić, czy przy upadku nie skręciliśmy karku. Gdybym żyła w takiej Francji, Sam miałby szanse… Moja kuzynka tam mieszka. Mówi, że wszyscy narzekają, ale jak przyjdzie co do czego, to mają opiekę zapewnioną i państwo funduje wszystkie badania i operacje, jakie możesz sobie wymarzyć. I jak przyjedziesz do szpitala, to pierwsze pytanie nie jest „Jaki ma pan/pani numer ubezpieczenia?” tylko: „Co panu dolega?”.

Fantazja o francuskich supermenach w białych kitlach nie opuszczała jej przez cały okres choroby Sama. Kładąc się po ciężkim dniu z rozpaczliwą determinacją wymazywała sprzed oczu obraz bladego, coraz bledszego Sama i zastępowała go piękną, lśniącą czystością szpitalną salą wypełnioną krzątającymi się energicznie lekarzami i pielęgniarkami wołającymi od czasu do czasu jakieś zdanie w języku Moliera. A w centrum tej wesołej i efektywnej krzątaniny był Sam. Ale nie Sam z jej jawy, niknący w oczach, gasnący z dnia na dzień na tle amerykańskiej umieralni, tylko Sam jakiego znała, uśmiechnięty, zdrowo zaróżowiony, z błyszczącymi brązowymi oczami Harry’ego.

– Tak. Ale tego już nie zmienisz.

– Zawsze mogę ich wszystkich powystrzelać – klepnęła swoją torebkę z uśmiechem, który wydał się Colinowi obłąkany.

– To jest twoja odpowiedź na wszystko?

– A jak! Ktoś musi podtrzymywać tradycje Dzikiego Zachodu, nie?

Żart. Żartowała. Wyluzuj!

– Ostatnia prawdziwa rewolwerowczyni?

– Pewnie. John Wayne w spódnicy, jak pewnie powiedziałby Tommy.

– Dokładnie tak by powiedział – przyznał Colin, nieco bardziej rozluźniony niż jeszcze przed trzydziestoma sekundami.

– Która teraz?

– Prawa, lewa… prawa! Tak mi się przynajmniej wydaje.

– Dzięki Bogu chociaż jedno z nas zna drogę.

Minęli kolejne skrzyżowania, przy których Colin dawał swoje kupione za pięć dolarów wskazówki. Dawał je niepewnym głosem, ale po ostatniej, w przeciągu trzech minut, znaleźli się pod budynkiem Amtrak Station Atlanta.

– Stań gdzieś dalej. Lepiej, żeby nas kamery nie złapały.

– Ostatnio jakoś o kamerach nie myślałeś.

– Ostatnio… wyleciało mi z głowy. Pamiętasz, jak to było. Jakoś się udało. Teraz musimy uważać.

– Załóż tę czapeczkę. Bardzo ci w niej do twarzy.

– No, nie wiem, czy to dobrze chodzić w czapeczce martwego faceta.

– A kto wie, że to jego czapeczka? Wiesz, ile milionów czapeczek „Orlando Magic” oni rocznie produkują?

– Okej, wygrałaś.

Sądził, że na jej twarzy pojawi się ten drażniący, tryumfalny uśmiech, ale się mylił.

– Sądzisz… sądzisz, że już go znaleźli? Możemy być dla odmiany poszukiwani za zabicie jego…

– W tej dzielnicy? Nie ma szans. Zainteresują się nim, kiedy zacznie śmierdzieć spod drzwi. Pełno było takich przypadków. Facet pada na zawał, a sąsiedzi wzywają gliny po tygodniu – Colin mówił, patrząc przez okno za Ally. – Klima była włączona na maksa, mamy dużo czasu. Narobiliście trochę hałasu, ale pamiętasz, co się działo wczoraj wieczorem piętro wyżej? U nich to normalka. I pewnie większość jeszcze leżała pijana po wczorajszym.

– Jakby nie było, prędzej czy później go znajdą. I zaczną zadawać pytania.

– Do tego czasu zdążą o nas zapomnieć. O ile pamiętam na schodach nikogo nie minęliśmy ani za pierwszym razem, ani za drugim.

– Był dzieciak.

– A, dzieciak… rzeczywiście. Ale dzieciak to kiepski świadek. Jak powie, że wlazł koleś w koszulce z Florida Keys, to powiedzą, że mu się wydawało…

– Nie chcę nic mówić, ale tam jest twoja krew.

– Nie mają próbki, więc nie będą wiedzieli, że to moja. Chyba że…

– Chyba że co?

– Chyba że zostało trochę w samochodzie.

– Pięknie. Po prostu pięknie.

– W każdym razie, zanim do tego wszystkiego ewentualnie dojdą, będziemy już daleko.

– Ciekawe, gdzie.

– Zobaczymy niedługo. Idę.

Ally otworzyła drzwi i postawiła lewą stopę na asfalcie parkingu.

– …sam. Idę sam.

– Nie ma mowy!

– Tak będzie lepiej. Im będzie trudniej mnie rozpoznać, a ciebie nie będą kojarzyć ze mną.

Niechętnie przyznała mu rację i wycofała grzejącą się w popołudniowym słońcu nogę.

Colin wysiadł z auta i szybkim krokiem udał się na dworzec. W środku bez problemu odnalazł męską toaletę i skierował się ku niej. Nie miał wątpliwości, że cała procedura przebiegać będzie jak poprzednio. Po co naprawiać działający mechanizm? Ktokolwiek wodził go za nos, był pewny skuteczności swoich metod, nie musiał więc szukać nowych.

Toaleta, dość zadbana, jak na przybytek, z którego korzystali głównie mniej zamożni obywatele USA, była prawie pełna. Wolny był tylko jeden pisuar i jedna kabina. Colin popatrzał na nią, mrużąc oczy, jakby to pomagało mu nawiązać połączenie ze swoim prześladowcą. To nie ta. A która? Pierwsze od prawej, ta z wydrapanym na drzwiach hasłem „Pierdol policję, oni już pierdolą ciebie”. Colin przystanął przed nimi, opierając się o ścianę. Wyglądał dość osobliwie, z zaplecionymi na piersi rękoma, skrzyżowanymi nogami i zaciśniętymi mocno ustami. Ćpun? Wariat? Diler? Niedorozwinięty? Wytworzyła się wokół niego niewidzialna bańka, przychodzący załatwiać swoje naturalne potrzeby mężczyźni i chłopcy starali się jej nie przebić. Wielu z nich widziało, co działo się, gdy takiej osobie ktoś przekroczył drogę. W obszernych kieszeniach szortów mogło kryć się cokolwiek, łącznie z zakażoną strzykawką i sprężynowym nożem.

Wreszcie najwyraźniej cierpiący na jakąś ostrą gastryczną dolegliwość mężczyzna niewiele starszy od Colina, zwolnił kabinę. Smród, jaki się w niej unosił, mimo dokładnego spłukania, zemdlił go. Wytrzymał jednak, zamknął za sobą drzwi na zasuwkę i zabrał się za szukanie kluczyka. Był tam, tak jak ostatnio, na dnie zbiornika, zalany kilkoma litrami zimnej wody. Colin wyłowił go, wytarł dokładnie rękę w papier toaletowy i jak gdyby nigdy nic, wyszedł z toalety.

Na zewnątrz postanowił się zabawić. Zamknął oczy i podążył za… głosem intuicji? Przeczuciem? Telepatyczną smyczą? Jedno wiedział: zbliżał się do właściwej skrytki. Gdy otworzył oczy, stał przed nią, niemal dotykając jej nosem. Odczytał numer na kluczyku (751) i numer na drzwiczkach skrytki (taki sam). Wszystko się zgadzało. Pospiesznie otworzył ją, znajdując w niej pojedyncze zdjęcie, tym razem na papierze fotograficznym, całe, błyszczące, z wypisaną na odwrocie datą: 30 lipca 1987.

Zdjęcie przedstawiało jego, rozpoznał się bez problemu, w stroju kowboja, mierzącego w obiektyw z dwóch zabawkowych koltów. Przepasany był skórzanym pasem z kaburami i gwiazdą szeryfa, ubrany w ciemny sweter, kamizelkę i spodnie, kamizelka i spodnie z typowymi dla westernów frędzlami. Urocze. Ktoś dotarł do jego zdjęcia z jakiegoś balu kostiumowego. Z drobnym wyjątkiem: on nigdy nie przebierał się za kowboja. Nie cierpiał kowbojów, nie cierpiał tych wszystkich Johnów Wayne’ów i Clintów Eastwoodów. Zawsze stawał po stronie Indian i to za nich się przebierał za każdym razem, kiedy w zabawie albo podczas dziecięcej imprezy wypadało się przebrać. Kolorowy pióropusz i mokasyny, to był jego ulubiony strój. Co to wszystko znaczy?

Czyżby wymazał z pamięci tę konkretną okazję, kiedy dumnie dzierżył broń godną wielkich rewolwerowców legendarnego Dzikiego Zachodu? A może jego wspomnienia nie były wcale takie prawdziwe, jak mu się wydawało? Może wyidealizował siebie jako obrońcę uciśnionych od najmłodszych lat? Pytania, pytania, pytania. I odsuwane od siebie to najtrudniejsze, najbardziej nieprzyjemne. A może wiódł podwójne życie, na zmianę stając po stronie Siedzącego Byka i generała Custera? Żył sobie z tą cichą schizofrenią, aż rozwinęła się w chorobę pełną gębą, z głosami odzywającymi się znienacka w jego głowie i wydarzeniami, które – racjonalnie na sprawę patrząc – nie mogły mieć miejsca?

Wsadził zdjęcie do kieszeni spodni, nie dbając o to, czy się pogniecie, czy nie. Półbiegiem dostał się do samochodu i czekającej w nim, niecierpliwiącej się Ally.

– I co? Pokaż! – zawołała na jego widok.

– To tylko głupie zdjęcie z dzieciństwa, nic wielkiego.

Z ociąganiem wyciągnął je z kieszeni i wręczył jej.

– O, ale byłeś słodki! I ta minka! Jaka groźna, z tymi rewolwerami.

– Dobra. Napatrzyłaś się? Musimy znaleźć jakiś tani motel, najlepiej gdzieś na skraju miasta.

– Ojej, coś ty taki spięty nagle?

– Nic. Wkurza mnie tylko, że ktoś sobie ze mną tak pogrywa. Czuję się jak piesek na smyczy.

– Teraz są już dwa pieski na smyczy.

– Tak… wiesz… dzięki, że mnie nie zostawiłaś – Colinowi zaschło w gardle. Chrząknął. Pomogło niewiele.

– No problemo, partnerze w zbrodni. A zanim pojedziemy do motelu, wrzućmy jakiegoś cheeseburgera na ruszt. Umieram z głodu.

– Wyglądasz, jakbyś umierała z głodu – Colin wysilił się na żart.

– Wielkie nieba! Ten smutny pan w pierwszym rzędzie zaczął dowcipkować! Zły to omen, oj zły, wręcz fatalny!

– Ruszaj, zanim na scenę zaczną lecieć pomidory.

Przejechali kilka przecznic, kierując się na północ. W powolnym popołudniowym ruchu wydawało im się, że płyną jak kawałki drewna rzucone na wielką, leniwą rzekę. To wrażenie było i drażniące, i usypiające. Wpadł w rodzaj transu. Widział już tylko migające, kolorowe plamy, zgiełk silników zamienił się w jego uszach w hipnotyczny rytm, podkład do jakiejś prastarej, magicznej recytacji.

– O, koledzy! Wejdźmy tutaj! – usłyszał Colin, głos Ally przebijający się z trudem przez ścianę dźwięku i myśli. – Ej, pobudka, pobudka, wstać, koniom…

– Okej, okej! Tylko nie śpiewaj!

Wysiedli. Colin zadarł głowę, by przeczytać szyld. Burger King. Może być Burger King, czemu nie? Weszli. Miejsca było dosyć, pora lunchu dawno się skończyła, wszyscy raczej spieszyli do domu, by zjeść coś porządnego. Stoliki okupowali tylko zagorzali zwolennicy fast foodów, łatwo rozpoznawalni po ciałach, które mieściły się jedynie w ubrania oznaczone symbolem XXXL.

Znaleźli miejsce w samym rogu. Ally natychmiast, nie pytając nawet Colina o jego preferencje, podążyła do baru zamówić.

– Czuję się jak w cholernym wielorybim rezerwacie – mruknął, gdy wróciła z tacą wypełnioną zawiniętymi w papier burgerami, colą i dodatkami.

– Zaraz przyjdzie młodzież. To jest taka dziwna pora. Same junk foodowe ćpuny.

– Widzę, że jesteś ekspertem.

– No wiesz, parę lat przepracowałam w takim samym. Jedz, póki ciepłe.

Zgodnie z poleceniem zabrał się za jedzenie. Zwykłe cheeseburgery smakowały mu jak nigdy. Poprzedni posiłek jadł jeszcze pamiętnego wieczora w mieszkaniu Bustera, popijając wzbogaconym chemicznie winem.

Z boku, po prawej stronie baru, zawieszony był telewizor nastawiony na lokalną stację GBN. Serwowała swoim widzom codzienny makabryczny koktajl: nastolatek postrzelił kolegę strzelbą należącą do tatusia, tragiczny wypadek na I75, siedmioosobowa rodzina zginęła, zdekapitowane zwłoki ojca przejechała ciężarówka, miażdżąc je kompletnie, policja zastrzeliła sięgającego do kieszeni po dokumenty Portorykańczyka. I…

„…w dalszym ciągu trwają poszukiwania sprawcy brutalnego mordu w Trenton, Floryda. Podajemy rysopis: wiek około trzydziestu lat, ciemne włosy, wzrost średni; ubrany był w czarne dżinsowe spodnie i niebieską koszulkę z napisem „Florida Keys 2003…”

– Ta koszulka będzie mnie już chyba do końca życia ścigać…

– Ciii.

„…w związku z możliwym przekroczeniem granicy stanu, sprawę przejęło FBI. W dalszej części wiadomości…”

– Wszędzie podają, że jestem średniego wzrostu. A ja zawsze uważałem się za raczej wysokiego – rzucił Colin, pragnąc przykryć swoje zdenerwowanie.

– Dla mnie jesteś wysoki – protekcjonalnym tonem szepnęła Ally. – A poza tym, jak to mówią dziewice, rozmiar nie ma znaczenia.

To wystarczyło, by podpalić całą dławiącą Colina nerwowość. Zachichotał obłąkańczo, rozglądając się na boki, czy nie robił z siebie atrakcji popołudnia. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. W dalszym ciągu odbywało się skupione przeżuwanie, popijanie i trawienie.

– Pogadajmy o kasie. Ile ci zostało?

Colin przeliczył.

– Trzydzieści dwa. Tobie?

– Dwadzieścia pięć.

– Razem pięćdziesiąt siedem.

– Nieźle. Jak na nauczyciela angielskiego.

– Powiedzmy, że za noc w jakimś zawszonym moteliku pójdzie jakieś trzydzieści. To nam daje… no, niech popisze się pani kasowa z Burger Kinga.

– Dwadzieścia siedem. Minus podatek.

– Jaki podatek?

– Na fundusz wspomagania biednych kasowych z Burger Kinga.

– A, ten podatek. Na szczęście nauczyciele angielskiego są z niego ustawowo zwolnieni.

Uśmiechnęli się do siebie, bez złośliwości, bez uszczypliwości, bez rywalizacji, kto kogo. Ally miała ochotę go pocałować. Właśnie tutaj, właśnie teraz. W usta. I pogładzić jego ciemniejące trzydniowym zarostem, pewnie szorstkie w dotyku, szorstkie jak policzki Harry’ego po długiej trasie, kiedy wracał i ciągnął ją prosto do sypialni, mając gdzieś śniadanie, obiad, kolację, tylko ona się liczyła, ona… Wtedy nie była jeszcze tak upiornie chuda, zaokrąglała się tam, gdzie lubił; to ostatnie pół roku, walka z wrogiem ukrywającym się w kościach Sama, powoli zżerającym jego szpik, sprawiła, że wyglądała na anorektyczkę. Nikła razem z nim, ściągając na siebie gromy ze strony lekarzy, bo przecież chłopak potrzebuje zdrowej i silnej matki, nie chodzącego kościotrupa. Ale co oni wiedzieli? Banda rzeźników w bladych wdziankach.

– Skończyłaś?

– Co?

– Pytałem, czy skończyłaś.

– A… wiesz, jakoś mi się odechciało jeść – powiedziała ponuro, lecz momentalnie się rozjaśniła. Zadziałał ten niesamowity zmysł psychicznej równowagi, z mroku wyciągający ją w pełny blask radosnego słońca. – Muszę dbać o linię, co nie?

– Pewnie. Jeszcze ktoś pomyślałby, że jesteś zdrowa. I co wtedy?

– Właśnie. Co wtedy? – zaśmiała się. – Chodź, pacanie. Znajdziemy ten motel za trzydzieści dolców.

26

Motel „Południowa Gwiazda” stał dokładnie na granicy między bogatszą i biedniejszą częścią Atlanty. Ukryty nieco na uboczu, z dala od głównych, ruchliwych ulic stanowił ulubione miejsce spotkań kochanków i wynajmujących pokoje na godziny prostytutek.

Interes szedł nieźle. Właściciel, postawny Kubańczyk Javier Alvarez, nie narzekał na pustki bez względu na sezon. Nie działał w końcu w branży turystycznej, lecz rozrywkowej. Na początku, gdy po latach pracy jak wyrobnik kupił prawie za bezcen ten przybytek intymności, planował rozbudowę, wykopanie basenu, zdobycie paru gwiazdek i prestiżu. Zrezygnował jednak, patrząc na niewybredność swojej klienteli. Pogrążył swój biznes w miłej stagnacji, dokonując tylko naprawdę niezbędnych napraw i remontów. Na ironię zakrawał fakt, że najwięcej szkód w jego motelu zrobiła goniąca drobnych opryszków policja, zawsze skora do wyważania drzwi potężnymi kopniakami.

Teraz patrzył na dziwną, niezbyt delikatnie potraktowaną przez życie parę. Oboje ze śladami walki na twarzach, z podkrążonymi oczami i pachnący kilkoma dniami podróży.

– Całą noc? – spytał, spoglądając na książkę meldunkową.

– Tak – odpowiedział Colin.

– Pan i pani Smith, jak sądzę – mruknął Alvarez.

– Skąd pan wiedział? – rzuciła Ally. – John bardzo nie lubi naszego nazwiska. Mówi, że bardzo banalne. Uważa pan, że nosimy banalne nazwisko? Takie to życie banalne, że chociaż nazwisko człowiek chciałby mieć niekonwencjonalne.

Alvarez zbaraniał. Różnych oryginałów już gościł, ale ta dwójka w jego galerii zajmie poczesne miejsce. Pozostali skupiali się raczej na nieszablonowym wyglądzie. Względnie, na ocierającym się mocno o skraj szaleństwa w zachowaniu. Bezczelne mędrkowanie raczej się nie zdarzało.

– Trzydzieści pięć. Z góry – powiedział, stosując swoją żelazną zasadę: dopóki płacą, mogą być nawet przebranymi za ludzi tchórzofretkami.

– Zapłacisz, kochanie? – Ally zamruczała jak zadowolona kotka.

– A podrzucisz, żabciu, piątkę?

– Tę, którą wydałeś na taksówkarza?

– Może być i ta.

Ally wyciągnęła z portfela piątkę i położyła ją na trzydziestce Colina.

– Bo widzi pan – zwróciła się do Alvareza – to partnerski związek jest. Równe prawa i obowiązki. Idziemy z czasem, postępem i osiągnięciami.

– Bardzo równe prawa i obowiązki. Ja trzydzieści, a ona pięć. Widzi pan, jak to jest.

Kabareciarze?, pomyślał Alvarez, zabierając pieniądze, dopóki leżały na ladzie.

– Numer 22 – powiedział, nie wykazując inklinacji nawet do cienia uśmiechu. To mogli być kabareciarze, ale równie dobrze para zbiegłych z zakładu zamkniętego czubków, gotowych wybuchnąć przy byle okazji. – Ten domek na samym końcu.

„Południowa Gwiazda” składała się z głównego budynku, w którym mieściło się biuro właściciela i kilkanaście pokojów, a także z szeregu rozrzuconych wzdłuż ulicy maleńkich, jednopokojowych domków z łazienką i aneksem kuchennym. Elewacja wszystkich była niebieskawa i wołająca o jak najszybsze odnowienie. Pożółkłemu, wypalonemu przez słońce trawnikowi pomógłby już tylko cud.

Ally postawiła samochód przy krawężniku, jak inni goście motelu. Niewielki parking przylegający do głównego budynku był już zajęty.

– Zupełnie jak w domu – powiedziała Ally, rozglądając się po pokoju. – Też mam wykładzinę na podłodze i lampę na ścianie.

– A karaluchy pod łóżkiem? – spytał Colin, rozdeptując jednego, na tyle nierozsądnego, by wychylić się ze swojej bezpiecznej kryjówki.

– Zdarzało się – odparła poważnie Ally. – Ale wytrułam drani i był spokój.

– Które bierzesz? – Colin pokazał ręką na zajmujące ponad połowę pokoju łóżka.

– Podwójne oczywiście. Zawsze lubiłam swobodę w łóżku.

Colin włączył telewizor. Chciał się oderwać od rzeczywistości, od tego podłego motelu, od ścigającej go policji, od gryzącego go z krótkimi przerwami sumienia. Kawałek amerykańskiego snu, oto czego było mu potrzeba. Ale trafił w sam środek swojego koszmaru.

Podniecony głos reportera przekazywał najświeższą informację związaną z masakrą (prasa zdążyła już zamienić potrójne morderstwo w bardziej medialną „masakrę”) w Trenton. Ojciec i mąż zamordowanych Jake’a i Janine, Mark Wonder popełnił samobójstwo w swoim domu, wieszając się na stalowej lince holowniczej. Próba ukrycia tego faktu przed opinią publiczną nie powiodła się. Nieoficjalne źródła w Trenton PD podają, że sprawę chciał wyciszyć przyjaciel zmarłego, porucznik Richard Travis. Zapytany, odmówił komentarza.

– Kurwa! – warknął Colin, uderzając pięścią w materac swojego łóżka.

– Uspokój się, to…

– Tak, tak, nie moja wina, wiem, bla, bla, bla… ale sama wiesz, że gdybym posłuchał tego głosu od razu, nic takiego by się nie stało…

– Gdybyś posłuchał tego głosu, to znaczyłoby, że z tobą jest coś niedobrze. Jaki normalny człowiek, słysząc takie brednie i to w dodatku nie z czyichś ust, ale we własnej głowie, rzuciłby wszystko i ruszył w drogę? Pomyśl tylko!

– Ta… ja myślę, a facet wisi…

– Już nie wisi. Zabrali go do kostnicy.

Po raz pierwszy uwaga Ally zabrzmiała w jego uszach fałszywie. Jej broń, humor w najgorszej z możliwych sytuacji, makabryczny, wisielczy, do tej pory podtrzymywał i jego na duchu. Ale to nie był jego sposób na życie. On racjonalizował. Analizował. Rozkładał na czynniki pierwsze i przyglądał się im. Szukał sensu. I dopiero znalazłszy go, akceptował sytuację. Problem pojawiał się, gdy sensu nie było ani w częściach, ani w całości. Nie wierzył w wielki, niewysłowiony, boski plan. Rzeczy w jego świecie nie działy się, by za trzydzieści lat doprowadzić do jakiegoś z góry przewidzianego efektu, były od siebie oderwane, niezależne, mogące co prawda łączyć się w łańcuchy, leczy tylko na zasadzie przypadku. Jedno prowadziło do drugiego nie dlatego, że ktoś w niebiosach tak postanowił, ale dlatego, że tego wymagała logiczna konieczność. Ludzkie działanie w tym rządzonym chaosem wszechświecie musiało być celowe. Jeśli i tego zabrakło, nie pozostawało nic.

– Wezmę prysznic. Mam już dość.

Ally zmieniła kanał. Na NBC leciała powtórka „Bajeru w Bel Air”, serialu, który zawsze ją rozbrajał. Młody Will Smith (ciekawe, czy w swoim czasie motelowi urzędnicy nie patrzeli podejrzliwie na jego prawo jazdy) ku uciesze publiczności wydurniał się na wszystkie możliwe sposoby. I kilka do tej pory uważane w telewizji za niemożliwe.

27

– Zapierdolę! Jak tylko się dowiem, który, to zapierdolę i sam trafi do „Wiadomości”! – Rick nie krył swojego oburzenia.

Teoretycznie mówił do Dustina, ale w praktyce zwracał się do wszystkich w zasięgu jego głosu. Wszelka aktywność na chwilę ustała, ustępując miejsca współczującej ciszy. Rick miał prawo do wściekłości. Większość z nich na jego miejscu czułaby i robiła dokładnie to samo. Policjanci, niezwykle ciasne grono, jednoczyli się w takich sytuacjach i pomagali sobie nawzajem. Tak nakazywała tradycja. Żona zabitego policjanta mogła liczyć na pomoc jego kolegów, kolega w kłopotach – na to samo. Nawet jeśli oznaczało to lekkie zejście z drogi służbowej, nagięcie paru przepisów, a nawet – połamanie ich na drobne kawałki.

– Zostaw, stało się – Dustin niemal błagał. – Mamy robotę.

Niespodziewanie, Rick posłuchał. Zacisnął zęby i sięgnął po leżącą na jego biurku odznakę.

– Gdzie to jest? – spytał wreszcie, zimny jak stal odznaki.

– Przy Broadwayu. Zaraz za kinem.

Godzinę wcześniej Rick sklął kapitana, który przydzielił mu tę sprawę dla jego dobra, oczywiście, żeby oderwał się od tej tragedii i tak dalej. Banalna sprawa, kłótnia rodzinna, wystarczy rozejrzeć się, przesłuchać sąsiadów i sprawa zamknięta. Pozostanie złapanie tatusia, który dał nogę zaraz po zabiciu żony i syna. Całkiem spory odsetek podobnych spraw kończył się samobójstwem sprawcy i Rick żałował, że nie stało się tak i tym razem. Zaoszczędziliby sobie dużo roboty i czasu. A stan – pewnie i pieniędzy, które mogliby wydać spokojnie na kolejną piękną fontannę przed biurem gubernatora.

– Zadzwoń do matki, że się spóźnimy na kolację.

28

Nie mógł zasnąć. Leżąca na łóżku obok Ally chrapała w najlepsze, a on godzina za godziną odganiał natrętnie pchający mu się pod powieki obraz kołyszącego się powoli wisielca. Naprężona stalowa linka jęczała cicho, pokój zalewało obrzydliwe, zielonkawe światło. Jeden podłużny martwy cień rysował się po środku przeciwległej ściany. Błyszczał trupi uśmiech, z językiem wystawionym w niemym szyderstwie.

Wstał i założył swoje przybrudzone szorty. Spacer powinien dobrze mu zrobić. Tak. Przejdzie się po tej średnio telerankowej okolicy, wróci i walnie się jak kłoda, bez życia.

Bez życia. Jak oni, dokładnie jak oni.

Sandały i klucze ze stolika. Cicho. Ledwie słyszalny szelest, ledwo słyszalne brzęknięcie. I już był na zewnątrz.

Owionęło go rześkie, nocne powietrze. Jeśli jeszcze tliła się w nim jakaś resztka snu, odeszła po kilku krokach tego spaceru. Colin spojrzał w rozgwieżdżone niebo. Mrugające zalotnie gwiazdy przypomniały mu o czasach, kiedy potrafił leżeć całymi godzinami z Eileen u boku, podziwiając gwiazdozbiory i konstelacje, snując wielkie plany na świetlaną przyszłość, ciesząc się każdą sekundą teraźniejszości. Trawa była miękka, dłoń Eileen ciepła, noc łagodna. Wszystko mogło się wydarzyć. W każdej chwili mogła przewrócić się na bok i pocałować go, z ręką na jego szyi, kciukiem pieszczącym skórę za uchem. Mogli się kochać, osłonięci żywopłotem, ale w gruncie rzeczy o żadną osłonę nie dbając. Bo nie mieli się czego wstydzić, on i ona, razem, zawsze, na zawsze.

„Bo czasem, kiedy dorośli mówią ‘na zawsze’ mają na myśli ‘bardzo długo’”, przeczytał kiedyś w książce dla dzieci. Nic nie trwa wiecznie. Nic.

Czemu więc wciskali sobie to „na zawsze”? Dlaczego nie potrafili poprzestać na „teraz tak, a potem zobaczymy”? Głupi, dziecięcy optymizm. Durne, szczeniackie rojenia.

Ale nie chciał myśleć akurat o tym. Jeśli nie tu i teraz, chciał być tam i wtedy, na trawniku przed domem rodziców o drugiej w nocy, kiedy wszyscy już spali i byli sami. Ona przewracała się, by go pocałować, on na to czekał…

Podniesione głosy gdzieś z boku wyrwały go z rozmarzenia. Stał na zaniedbanym chodniku z popękanych płyt, między którymi rosły chwasty. Wokół stało kilka brudnych domów, od lat czekających na rozbiórkę (jak w tamtej dzielnicy Trenton, gdzie zapędzili się, uciekając przed bandą Corta; zresztą zburzone niedługo później) i dwa nie przystające do całości auta. Nowe, lśniące, zdrowo przekraczające możliwości finansowe nauczyciela w szkole państwowej. Klasyczny Cadillac i nowoczesny Mercedes, postawione naprzeciwko siebie, patrzące sobie nawzajem w ślepia reflektorów.

Czterech mężczyzn o czymś rozmawiało, gwałtownie gestykulując. Mocnymi gestami i mimiką nadrabiali ściszone z konieczności głosy. To nie była być może najludniejsza okolica, czy taka, w której łapie się za telefon i wykręca 911 na sam widok podejrzanych osobników kręcących się po niej, ale nie warto kusić losu.

Colin, nieco zobojętniały na to, co się wokół niego działo, szedł dalej. I przeszedłby niezauważony, gdyby nie puszka, którą przez przypadek kopnął. Natychmiast ośmioro oczu zwróciło się ku niemu. I nie było w nich sympatii. Pierwszy do kieszeni marynarki sięgnął najniższy z deliberujących. Colin nie zamierzał zostać, by sprawdzić, co dokładnie tam trzymał. Puścił się biegiem w kierunku motelu.

29

Komórka Ernesto Leguizamo zadzwoniła. A w zasadzie zagrała fragment „Ain’t It Funny” Jennifer Lopez. Veronique, żona Ernesto spojrzała najpierw na telefon leżący na ławie, a potem na męża.

– Nie odbierzesz? – spytała.

Siedzieli przed swoim domem, w cieniu plażowego parasola, ciesząc się miłym popołudniem. Ich synek, pięcioletni Paul (Ernesto nalegał na ochrzczenie dziecka amerykańskim imieniem, chcąc w ten sposób zdjąć z niego choć część piętna meksykańskiego pochodzenia; Pablo zawsze kojarzony byłby ze slumsami Mexico City albo jakimś biednym pueblo, ukrytym na skraju pustyni, wśród kaktusów i czaszek zwierząt, które zdechły z pragnienia) bawił się przy nadmuchiwanym baseniku, chlapiąc wesoło na wszystkie strony i puszczając plastikowe łódki od brzegu do brzegu.

Nie odpowiadając Veronique, spojrzał na wyświetlacz swojej Nokii. Pulasky. Ernesto wziął komórkę i wszedł z nią do środka. Nie potrzebował świadków. Zwłaszcza w osobie swojej żony, dla której był przedstawicielem handlowym firmy produkującej nowoczesne zamki do drzwi. Dość skutecznym przedstawicielem, z ładnym domem, służbowym samochodem i rocznym dochodem przekraczającym sto tysięcy. Czy zwykły przedstawiciel handlowy był w stanie tyle zarobić, to już inna historia. Veronique nie kontrolowała go. Swoje życie rodzinne budowała na zaufaniu.

– Co jest? – mruknął Ernesto, nacisnąwszy zielony klawisz na klawiaturce telefonu.

– Dziś wieczorem.

– Tony…

– Jeśli myślisz o wycofaniu się, to lepiej się z tym prześpij. Masz taki piękny dom i taką piękną żonę. I takiego uroczego synka… jak mu jest? Pablo?

– Paul.

– Paul… – powtórzył Pulasky, z dziwnym rozbawieniem w głosie. – Zawsze myślę o nim jako o Pablo. A myślę o nim często, coraz częściej.

Wśród podwładnych Pulaskiego krążyły plotki o jego pedofilskich upodobaniach, pogłoski o bezdomnych chłopcach i dziewczynkach (plotka głosiła, że Pulasky nie być wybredny, jeśli chodzi o płeć) znikających bez śladu, służących jako zabawki bezwzględnego Polonusa. Nikt ich nie potwierdził, nie wiadomo było też, skąd się wzięły. Pulasky im nie zaprzeczał, nawet niektórymi swoimi zachowaniami im sprzyjał. Aura kogoś, kto przekroczył ostateczne granice, nieskrępowanego żadnymi zakazami moralnymi pomagała w utrzymaniu dyscypliny.

– O której? – Ernesto (nazwany przez swojego ojca-socjalistę po wielkim bohaterze kubańskiej rewolucji) przymknął oczy i wykonał kolejny skok w ciemność.

– Bądź u mnie o jedenastej. Wszystko opowiem ci wtedy.

– Okej.

– I jeszcze jedno…

– Tak? – plecy Ernesto zrosił zimny pot.

– Całusy dla Veronique i Paula. Zwłaszcza dla Paula.

Śmiech, przetykany pauzami kaszlu nałogowego palacza, okrutny śmiech, który wychowany w na poły katolickim domu (głęboko wierząca matka i równie głęboko niewierzący ojciec) utożsamiał chichotem samego szatana. I sygnał rozłączenia.

Wyłączył telefon. Spojrzał na przeciwległą ścianę i zamachnął się nim. Przepełniała go bezsilna ochota, by coś zniszczyć, rozwalić, zmiażdżyć, złamać. Opanował się jednak. Przed domem była Veronique, był Paul. Musiał być spokojny, jeżeli nie dla siebie, to dla nich.

Miał białą żonę, obiekt zazdrości swoich ziomków i pogardy ze strony jej rodaków. Dlaczego wyszła za brudnego Latynosa? Szmata. Zdzira. Dziwka. Najbardziej niezręczne dwie godziny jego życia to była pierwsza oficjalna kolacja z jej rodzicami. Początkowy szok, jaki przeżyli, dał mu sporo do myślenia. Veronique bała się przyznać do ostatniej chwili, że spotyka się z Meksykaninem, skutkiem czego państwo Harrisowie mieli wielką niespodziankę, kiedy pojawiła się w drzwiach ze swoim tajemniczym chłopakiem. Żeby ukryć zmieszanie i tlącą się wewnątrz dezaprobatę, zaczęli opowiadać o wakacjach w Acapulco, jak bardzo podobał się pani Harris Ricky Martin (Ernesto miał na tyle taktu, by nie wypominać im, że Ricky pochodził z Puerto Rico, nie z Meksyku), o swojej meksykańskiej pokojówce Marii, którą niestety musieli zwolnić, kiedy okazało się, że zaczęły znikać srebrne sztućce, pytać o technikę wyrabiania tradycyjnych sombrer i przepisy na anchilladę. Veronique była równie zażenowana, co on. I za rumieńce, które pokryły jej blade policzki, kochał ją jeszcze bardziej.

– Kochanie? – zawołała z progu. – Kto to był?

– Praca – odpowiedział zmęczonym głosem. – Znowu nawalili. Muszę lecieć do Arizony. Samolot o jedenastej.

– Och, mieli dać ci spokój.

– Mieli. Ale wiesz, jak to jest. Nie dostajesz tego – szerokim gestem pokazał na wszystko dokoła – za darmo.

W duchu gorzko zaśmiał się z prawdziwości tego tekstu. Nie dostajesz tego za darmo.

Jak on się w to wpakował? To pytanie zadawał sobie częściej i częściej. Przecież chciał tylko dorobić do pensji sprzedawcy w sklepie żelaznym roznoszeniem przesyłek. Płaca była dobra, zaskakująco dobra, więc przyjmował tyle zleceń, ile mógł. Potrzebował pieniędzy, desperacko potrzebował pieniędzy. Veronique była w ciąży, a teściowie, których stać było na pokojówkę, nie mogli „niestety wesprzeć ich finansowo”. Co innego pozwolić córuni poszaleć ze smagłym przystojniakiem, a co innego przyjąć go do rodziny. Ich Country Club był wystarczająco wstrząśnięty tym nowoczesnym mezaliansem, by dolewać jeszcze oliwy do ognia przyjaznymi gestami wobec młodego małżeństwa. Albo on, albo my, brzmiało ultimatum. Veronique wybrała: on. I on musiał sprawić, żeby swojego wyboru nie żałowała.

Tajemniczy, dysponujący zaskakująca ilością gotówki Polak spadł mu jak z nieba. Praca była prosta, łatwa i przyjemna, a wypłata natychmiastowa, bez haraczu płaconego państwu, bez zbędnych formalności, papierkowej roboty, wizyt w banku. Żywy pieniądz wpływał do ich mogącego pochłonąć każdą jego ilość budżetu. W beztroskiej atmosferze urządzali pokój dziecinny, spłacali pierwsze raty hipoteczne maleńkiego domku w przeważnie kolorowej dzielnicy Atlanty i czekali na pojawienie się najważniejszego gościa ich życia. Aż pewnego dnia Ernest zahaczył zapakowaną w zwykły szary papier przesyłkę o wystający z płotu gwóźdź i zaczął wysypywać się z niej biały proszek.

Przesyłkę pospiesznie zakleił, dostarczył adresatowi (który – mimo eleganckich ubrań i jeszcze bardziej eleganckiego, strzeżonego bloku, w którym mieszkał – wtedy wydał mu się już podejrzany, z zapadniętymi policzkami i pustymi oczami) i pobiegł do Pulaskiego, złożyć wymówienie. Co okazało się nie takie proste, jak sądził.

Polonus przejrzał go na wylot, wystarczyła mu na to sekunda. Przerażony, przyciśnięty do muru człowieczek stanowił łatwy cel.

– Nie wmawiaj mi, że niczego nie podejrzewałeś – powiedział z wysilonym, wschodnioeuropejskim akcentem. Kiedy naprawdę był zdenerwowany, akcent znikał. Pulasky (a właściwie Brzęczek, bo z takim nazwiskiem jako czterolatek przekroczył pierwszy i ostatni raz granicę USA; „Pulasky” pojawił się dużo później, z przyczyn fonetycznych) traktował głos jako jeszcze jeden rekwizyt. – Za takie pieniądze przecież nie doręczałbyś kartek urodzinowych, prawda?

Ernesto, który wcale nie powiedział Pulaskiemu o swoim odkryciu, był zbity z tropu. Nie spodziewał się gry w otwarte karty. Miał zamiar udać nieświadomego niczego frajera, który po prostu nie ma czasu dalej bawić się w gońca na pół etatu.

– Panie Pulasky, ja…

– Potrzebujesz kasy. A ja potrzebuję zaufanych ludzi. Jesteś godny zaufania?

– Ja… jestem – wymamrotał Ernesto, czując, że się pogrąża w bajorze bez dna.

– Świetnie. Jest oczywiście pewne ryzyko… Ale gdzie w dzisiejszych czasach nie ma ryzyka? Można pracować w bibliotece i zginąć pod kołami samochodu, wyskakując na piętnaście minut na lunch. Sam powiedz. Wszystko zależy od tego, jak tym ryzykiem będziesz… zarządzał – na stoliku, przy którym siedzieli, położył duży, lśniący pistolet z rękojeścią wykładaną kością słoniową. – Od tego wszystko zależy.

– Tak – zgodził się niepewnie Ernesto.

– Tyle się słyszy o ludziach, którzy giną w niewyjaśnionych okolicznościach, tyle na tym świecie wdów i sierot…

Nie musiał mówić nic więcej. Ale mówił:

– A z drugiej strony, tylu jest ludzi, którzy potrafią ryzykiem zarządzać, wykazywać spryt i lojalność. Ci się wspinają. Szczebel po szczeblu. Szczebel po szczeblu. Szczebel po szczeblu…

I Ernesto wspinał się, szczebel po szczeblu. Lecz czym wyżej był, tym częściej i z tym większym niepokojem patrzył w dół, na skały, które pod nim wyrosły. Próbował zejść, Bóg mu świadkiem, że próbował. Jak dzisiaj. To Pulasky trzymał jednak wszystkie sznurki i sadystyczną satysfakcją za nie pociągał, gdy tylko instynkt i doświadczenie podpowiedziały mu, że nadszedł czas.

Czas nadszedł szybciej, niż by tego sobie życzył. Jego mała walizka była już spakowana i czekała na niego w przedpokoju. Mały Paul spał w swoim pokoju, wtulony w wielkiego, pluszowego misia imieniem Jerry. Veronique leżała na kanapie z głową na jego kolanach, oczy przymknięte, usta rozciągnięte w uśmiechu leniwego błogostanu. Cicho szumiała klimatyzacja, której z przyzwyczajenia już wcale nie słyszeli. Ta z ich poprzedniego domu przez pierwsze tygodnie nie pozwalała im zasnąć, co zresztą skrzętnie wykorzystywali, ciesząc się sobą.

– Kochanie… – szepnął Ernesto.

Veronique skrzywiła się, choć jego głos brzmiał delikatnie jak szmer strumyka, który sobie wyobrażała. Oznaczał jedno: on wkrótce wyjdzie i ona będzie musiała spędzić noc sama w wielkim, małżeńskim łóżku.

– Nic nie słyszałam – powiedziała, nie otwierając oczu.

– No to poczujesz – odparł i jego palce wspięły się na jej brzuch.

– Tylko spróbuj! – ostrzegła.

Ale już było za późno. Jego palce już pracowały, a nią wstrząsały konwulsje tamowanego z trudem śmiechu.

– Łaskotki!

– Dobra, dobra! Zrobię wszystko, tylko przestań!

– Wszystko?

– W granicach rozsądku.

– Ach, te granice rozsądku…

– Diabeł z ciebie wcielony, Ernesto Alvarez.

Nawet nie wiesz, jak blisko jesteś prawdy, nawet nie wiesz.

Zsunął się z kanapy, odwrócił do niej i pocałował ją, jakby chciał tym pocałunkiem wymazać wszystko, co zrobił za jej plecami. I co zrobi.

– To, żebyś mnie nie zapomniała.

– To musisz się postarać trochę bardziej – zaśmiała się Veronique.

– Zaspokoić ciebie to naprawdę sztuka.

– Nie będę zaprzeczać.

Nachylił się nad nią i obdarzył ją kolejnym pocałunkiem, dłuższym, intensywniejszym, sprawiającym, że jedyne, czego pragnął, to zostać z nią, na zawsze, na zawsze, na zawsze.

Ale w jego umyśle też pobrzmiewało, że nie ma żadnego „na zawsze”. A sześcioma latami razem prawdopodobnie wyczerpał swoje „bardzo długo”.

Jakoś udało mu się od niej oderwać. Uśmiechnęła się i przeciągnęła, wypinając piersi. W miękkim świetle stojącej w rogu pokoju lampy przypominała Ernesto jedną z bogiń początku lat sześćdziesiątych, zwłaszcza Marilyn Monroe. Nigdy nie wyglądała bardziej pociągająco.

– A teraz?

– Lepiej. Dużo lepiej.

Wstał, przeszedł kilka kroków i zatrzymał się. Nie mógł się powstrzymać, by na nią jeszcze raz nie spojrzeć.

– No idź już, idź! Spóźnisz się na samolot!

– Tak chcesz się mnie pozbyć?

– Oczywiście. Enrique już czeka w ogrodzie. Wolałabym, żeby nie stracił ochoty, zanim wyjdziesz.

– Wszystkie kobiety to dziwki…

– A wszyscy mężczyźni to świnie…

– Kocham cię.

– Ja ciebie też. Wracaj szybko. Pa.

– Pa.

W przedpokoju złapał swoją walizeczkę. Nienawidził tej głupiej maskarady. Ale teraz było już za późno. Zresztą… próbowałaby namówić go do pójścia na policję, zerwanie z Pulaskym, zabiłaby ich wszystkich szybciej niż zajęło jej spakowanie tej walizki. Wyszedł z domu, nie odwracając się za siebie. Gdyby to zrobił, nie miałby siły jej opuścić.

30

Tony Pulasky urządził swoje „biuro” w starym warsztacie. Miejsce było wystarczająco duże, by urządzić w nim koncert rockowy albo sporą dyskotekę. Po drugiej stronie miasta taka dyskoteka (a właściwie klub) już działała, przyciągając młodzież nie tylko z Atlanty, ale i z okolicznych miejscowości. Pulasky, który kiedyś odwiedził „The Workshop”, stwierdził, że „dla dzisiejszej młodzieży im gorzej, tym lepiej”. Przypuszczał, że następnym miejscem na otwarcie klubu będzie na pół rozebrana huta.

Rozległ się hałas, który mógł oznaczać tylko otwarcie tych pieprzonych, stalowych drzwi. Ernesto. Dobry chłopak. W zasadzie jedynie jemu mógł naprawdę ufać. Na niego działał biczyk strachu. Pozostali pracowali dla niego głównie z chciwości i braku innych umiejętności. Też niezła motywacja. Ale do takich ludzi lepiej nie odwracać się plecami, lepiej nie zabierać na poważne akcje. Blizna pod lewą łopatką mówiła o tym dobitnie. Jej autor dawno wykąpał się w wannie z kwasem, jednak Tony Pulasky nie zamierzał zapomnieć tej lekcji. Życie nigdy nie ostrzega cię dwa razy, jak mawiał jego ojciec, drobny włamywacz, który zakończył swój marny żywot z zaostrzonym końcem łyżki między żebrami w stanowym więzieniu, gdzie został posadzony za nieudolnie podrobiony podpis na czeku. Do zbioru swoich niezawodnych maksym mógłby dołączyć i tę, która ostrzegałaby przed braniem się za dziedziny, w których nie jest się ekspertem.

– Tony? – niepewny głos Ernesto odbijał się echem od ścian pustej hali.

– Tutaj!

Pulasky wyciągnął rękę, a Ernesto ją uścisnął. Okazywanie szacunku jeszcze bardziej onieśmielało młodego Meksykanina, więc Tony nie szczędził mu uprzejmych gestów, słów, spojrzeń.

– Jedziemy?

– To mi się właśnie w tobie najbardziej podoba – powiedział rozbawiony Pulasky. – Od razu do rzeczy. Biznes jest biznes i tak dalej. My, imigranci wiemy to lepiej niż którykolwiek z tak zwanych Amerykanów z dziada pradziada. Oni już chyba swoje zarobili. Teraz pora na nas.

– Tak – odparł cicho Ernesto.

– Pojedziemy dzisiaj moim – rzucił Pulasky, mrugając do Ernesto.

Oznaczało to żart, bo zawsze jeździli jednym z Mercedesów Pulasky’ego. Miał na ich punkcie świra. Taka przynajmniej panowała wśród jego pracowników opinia, przeciwko której nie protestował.

Ernesto udało się wywołać na usta ducha uśmiechu, który jednak szybko się rozwiał w pośpiechu, w jakim wyszli na zewnątrz.

Noc była rześka, bezchmurna, stworzona, by patrzeć w gwiazdy i z nich czytać swoją przyszłość. Ale Ernesto nie zdążył zadrzeć głowy w niebo. Zanim taki pomysł wytworzył się w jego głowie, siedział już na siedzeniu pasażera i zapinał pasy. Jego życia być może nie ubezpieczyłby najbardziej szalony agent ubezpieczeniowy, lecz każde ograniczenie ryzyka dawało mu pewną satysfakcję. Było jak bunt przeciwko wszechwładnemu Pulasky’emu. Nie zginie, nie da się zabić. Będzie zarządzał ryzykiem tak, że pewnego dnia stanie nad jego nagrobkiem i z dziką rozkoszą na niego nasika.

Jadąc spokojnie przez pustawe ulice, dotarli na miejsce spotkania w dwadzieścia pięć minut. Cadillac ich dostawców już tam stał, czarny i lśniący. Ernesto zawsze zaskakiwał sentyment Murzynów… Afroamerykanów, czy jakkolwiek chcą się teraz nazywać, do klasycznych modeli, żywcem wyciągniętych z seriali policyjnych z lat siedemdziesiątych. Wyglądało mu na to, że leczyli kompleksy, nadrabiali lata zaległości, pokazując całej reszcie, że też już ich stać na ten amerykański symbol luksusu. Biali mogli przesiąść się w Lexusy, Hummery i Mercedesy, ale prawdziwego szyku zadawały tylko popularne Caddies.

Równocześnie otworzyło się czworo drzwi. Zgodnie z umową obie strony przyprowadziły tylko po jednej dodatkowej osobie. To nie była wielka transakcja, a dla Pulasky’ego wręcz zwykłe zbieranie próbek. Zastanawiał się nad zmianą stałego dostawcy i „Czarne Elfy”, jak filuternie się nazwali, złożyły ciekawą propozycję. Heroina za pięćdziesiąt tysięcy wypełniała worek starannie zawinięty w szary papier, co Ernesto przypomniało o jego czasach jako gońca, kiedy wszystko było dużo prostsze.

– Jak leci, don Ton – przywitał się pierwszy z „Czarnych Elfów”, Snafu. Na czarnej koszulce lśnił gruby, złoty łańcuch, wyglądający bardziej jak inwestycja w kruszec niż ozdoba.

„Don Ton” uśmiechnął się krzywo i odparł z najtwardszym akcentem, na jaki było jeszcze stać jego zamerykanizowane gardło:

– Jak czarna strzała, bracie. Prosto do celu.

– I z zabójczą skutecznością?

– Kiedy trzeba… Pokażcie, co tam macie.

– Pokażcie, co wy tam macie.

– Na trzy?

Pulasky policzył do trzech i otworzył swoją teczkę, wypełnioną równymi rzędami studolarówek. Snafu tymczasem odsłonił zamaskowany papierem worek. Obaj wydawali się usatysfakcjonowani.

– A skąd mam wiedzieć, że nie przynieśliście nam cukru pudru?

– A skąd mamy wiedzieć, że nie przynieśliście nam próbek z waszej nowej drukarni? – Snafu, mający za sobą siłę „Czarnych Elfów”, panował nad sytuacją. – Zaufanie, mój biały przyjacielu, zaufanie. To jest dopiero wstęp do dalszej współpracy. Głupio byłoby zaczynać od jakichś nerwowych ruchów…

Ale nerwowy ruch to było dokładnie to, co wykonali wszyscy naraz, unisono. Dźwięk kopniętej i toczącej się po chodniku pustej puszki po piwie sprawił, że odwrócili się i zobaczyli kilkadziesiąt metrów dalej mężczyznę w idiotycznej koszulce oznajmiającej światu, że jej właściciel uwielbiał Nowy Jork. Mężczyzna nie dał im szansy na drugie spojrzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *