Wezwanie – część 4

31

Nie spoglądał za siebie. Liczył się czas, który uciekał razem z nim. Dopadł do drzwi domku, trzęsącymi się dłońmi zdołał umieścić klucz w zamku i go przekręcić. W ciemnym wnętrzu stanął, zastanawiając się co dalej.

Najpierw obudzić Ally.

– Ally!

Nic.

– Ally, wstawaj!

Dalej nic.

Ta kobieta mogłaby spokojnie mieszkać pod lotniskiem, pomyślał i zabrał się za jej szarpanie. To przyniosło wreszcie skutek.

– Czego chcesz? – zapytała, ziewając. – Zły sen? Bolący brzuch? Mokre łóżeczko? Nie martw się, mamusia wszystko załatwi – nawet w takiej chwili nie mogła odmówić sobie żartu.

– Prędko, musimy wiać. Ubieraj się!

Bardziej niż słowa, na Ally podziałał ton głosu Colina. Takiego tonu zwykle używa się w trakcie pożaru i to tuż przed zawaleniem się płonącego dachu.

Narzuciła na siebie bluzkę, nie kłopocząc się z zapinaniem guzików, wciągnęła swoje przybrudzone szorty, złapała torebkę i wskoczyła w buty. Colin wziął ze stolika swój portfel, jedyną rzecz, jaka – oprócz ubrań – została mu z dawnego życia.

– Nie! – krzyknął, widząc, że Ally kieruje się do wyjścia. – Tyłem!

Jakby na potwierdzenie jego słów, ktoś szarpnął za klamkę. Na szczęście dla nich, drzwi zamykały się na zatrzask.

– Pomóż mi!

Colin zaczął się mocować z biurkiem stojącym przy przeciwległej ścianie. Były na niej kuchenka mikrofalowa i mini lodówka, choć skrzaty w swojej klasie, to jednak mimo wszystko ciężkie sukincórki.

Przesunęli biurko w samą porę. Zaczęło się kopanie w drzwi i próby ich wyważenia.

– W coś ty nas znowu, kurwa, wpakował?

32

Snafu wykazał się refleksem. Korzystając z tego, że Leguizamo i Pulasky wgapili się w obcego, najwyraźniej polującego na dziwki faceta, przejął teczkę z pieniędzmi, jednocześnie upuszczając worek z heroiną na chodnik. Pulasky nie zaprotestował. W końcu po to tam przyszli, wymienić jedno na drugie. Miał co prawda jeszcze przeprowadzić prosty, polowy test, ale nie sądził, że próbowali go oszukać. Za dużo do stracenia. A pięćdziesiąt tysięcy to zdecydowanie za dużo, żeby ryzykować reputację i wojnę między gangami. Niech elfy ewakuują się do swojej bezpiecznej krainy. Oni nie mają się czym martwić.

Gdyby facet zdecydował się na złożenie wizyty na najbliższym posterunku, dałby im genialny rysopis: czarni, wysocy, ubrani na czarno i ze złotymi łańcuchami na szyi. A przyjmujący zeznanie spytałby, czy czasami nie opowiada mu najnowszego teledysku Dr Dre albo innego 5 Centa. Co innego oni: biały zawsze rozpozna białego.

Szturchnął Ernesto, który już wiedział, co będą musieli zrobić. Nienawidził każdej głoski, która wyszła z ust Pulasky’ego.

– Za nim! Nie możemy dać mu uciec!

Tymczasem za nimi zawarczał silnik odjeżdżającego Cadillaca. Zostali sami.

Mężczyzna okazał się wyjątkowo szybkim biegaczem. Wykorzystał przewagę zaskoczenia i niemal udało mu się zniknąć za rogiem, zanim rozpoczęli pogoń. Niemal. Zamiast tego doprowadził ich do obskurnego moteliku w sam raz dla nastolatka próbującego stracić dziewictwo albo męża szukającego chwili ekscytacji poza małżeńskim łożem.

– Chyba złożymy mu małą wizytę – powiedział Pulasky i zwolnił. Myszka schowała się w domku i trzeba będzie zastosować inne metody.

33

– Dobra. Będą mieli problem. A teraz do łazienki.

– Czemu do łazienki?

– Bo jej okno wychodzi na tyły. Wyjdziemy przez nie, przekradniemy się jakoś do samochodu i zwiejemy.

– Twoje plany są zawsze takie proste. Raz mógłbyś wymyślić coś ambitniejszego niż: spadamy, barykadujemy się, wymykamy i znikamy.

– Może następnym razem.

Weszli do maleńkiej łazienki, z oknem z przydymioną szybą nad sedesem.

– Dobrze, że jestem na diecie – mruknęła Ally, widząc rozmiar okna.

– Musimy zablokować drzwi.

Ally ze złośliwym uśmieszkiem na ustach przekręciła wajchę zamka.

– Za mało – burknął Colin i rozejrzał się za czymś odpowiedniejszym.

Drzwi otwierały się do wewnątrz, wystarczyło, że coś mocnego je przytrzyma. Jego uwagę przykuła metalowa rurka, na której wisiała zasłona prysznica. Uderzył ją ostrożnie wewnętrzną częścią dłoni. Delikatne śrubki, na których była zamontowana, obiecująco się poruszyły. Uderzył jeszcze raz, dużo mocniej. Rurka wyskoczyła z mocowania i spadła na podłogę prysznica. Colin podniósł ją, ściągnął z niej pierścienie, na których trzymała się zasłona i umieścił między drzwiami, a ścianą obok lewego boku ramy okna. Zaklinowała się i wyglądało na to, że znakomicie spełni zadanie.

– Te, dżentelmen, pomożesz mi z tym oknem?

Z całych sił próbowała je podnieść, ale ono ani drgnęło, nie otwierane od lat, zaklejone farbą.

– Potrzebujemy czegoś, żeby je podważyć.

– Niemożliwe!

– Zaraz ci ten sarkazm wcisnę tak głęboko w tyłek, że ci gardłem wyjdzie.

– Obiecanki-cacanki.

Colin przez chwilę kręcił się bezradnie po mikroskopijnej łazience. Tak przynajmniej wyglądało to z punktu widzenia Ally. A on metodycznie analizował każdy przedmiot znajdujący się w zasięgu wzroku i oznaczał kolejne etykietką „niepotrzebny”. Ręcznik, wieszak na ręczniki, zasłona od prysznica, szampon, mydło, lustro. Lustro… Dotknął jego obrzydliwej, aluminiowej ramy, zdobionej ostro zakończonymi, metalowymi zawijasami. Nacisnął i poczuł, że miękki metal ustępuje. Bez namysłu wyłamał jeden i ostrym końcem zaczął wydłubywać farbę spomiędzy ram okna.

Zgrzyt przesuwanego za drzwiami biurka dobitnie świadczył o tym, że Leguizamo i Pulasky byli coraz bliżej dostania się do domku.

– Dobrze się bawisz? – zapytała nerwowo Ally.

– Jak nigdy w życiu.

– Teraz będę się bała zasnąć, żebyś nam na łeb nie sprowadził jakiś bandytów.

– Spokojna głowa. Skończyłem z nocnymi spacerami.

– A dlaczego w ogóle nie wybijesz tej cholernej szyby?

– A chcesz, żeby dowiedzieli się, że uciekliśmy? Teraz myślą, że jesteśmy uwięzieni. W tym nasza jedyna nadzieja – Colin bardzo chciał wierzyć w powodzenie swojego planu, ale intuicja mówiła mu, że to nie może być aż takie proste. Że koniec końców zabłąkany kamień dosięgnie głowy jego przyjaciela. Że znowu wszystko straci sens. – Dobra. Powinno wystarczyć. Teraz razem na trzy. Trzy!

Każdy cal kosztował ich pół litra potu. Ale nie to ich wtedy absorbowało. Ich uszy nastawione były na dźwięki z takim trudem otwieranego okna. Ginęły one jednak w hałasie dochodzącym z pokoju.

Pierwsza na zewnątrz wyślizgnęła się Ally, błogosławiąc swoją sylwetkę. Colin natomiast utknął w połowie. I przez jedną straszliwą sekundę wydawało mu się, że tak zakończy swoje dziwne życie. Do akcji wkroczyła jednak Ally, ciągnąc go za nogi i skończyło się na rozdartych na tyłku szortach.

34

– Weź to.

Pulasky podsunął Ernesto pistolet wyciągnięty zza paska. Ten, zaskoczony, nie wykonał żadnego ruchu. Udało mu się przetrwać pięcioletnią służbę (tak to nazywał, nie pracą) u niego, nie dotykając broni.

– No? Chyba umiesz się tym posługiwać? Tutaj odbezpieczasz, tam naciskasz i pif-paf!

Niechętnie, Ernesto złapał pistolet za rękojeść, opierając palec na osłonie spustu, by przez przypadkowe jego drgnięcie nie wystrzelić.

Szpara w drzwiach była już wystarczająco duża, by przecisnął się przez nią dorosły mężczyzna.

– Zostań tu i pilnuj. Ja wejdę – powiedział Pulasky. Bał się, że Ernesto w decydującej chwili mógł zrobić coś głupiego. Albo zamienić się w słup soli.

Wewnątrz panowały absolutne ciemności. Jedyne źródło światła stanowiła szpara pod drzwiami łazienki. Tam się schowaliście, robaczki. Już idę, poczekajcie momencik.

Nacisnął klamkę, ale – zgodnie z przewidywaniem – drzwi nawet nie drgnęły. Westchnął i wziął krótki rozbieg.

Jego ciemną sylwetkę uważnie obserwował Ernesto, lufa pistoletu skierowana w sierpniowe niebo. Jednocześnie usłyszał głuchy odgłos próby wyważenia drzwi i rzężenie zapalanego silnika starego samochodu. Odwrócił się. Stojący dwadzieścia metrów od niego czerwony Plymouth próbował odjechać.

Silnik usłyszał też rozcierający bolące ramię Pulasky. Ruszył biegiem, ale potknął się o prawie niewidoczne w ciemności krzesło i runął na podłogę. Jego pistolet wypadł mu z ręki i znalazł się pod łóżkiem. Pulasky zajrzał pod nie, lecz czarny metal na tle czarnej w mroku wykładziny doskonale się zamaskował. Wymacał włącznik światła i zmrużył nie przyzwyczajone do niego oczy. Broń teraz znalazł łatwo, jednak w momencie, w którym jej dotknął, rozległ się strzał.

35

– No już, ty wyruchana do granic możliwości jebana kurwo! – darła się na swoje auto Ally. – Bo skończysz na dnie rzeki, jak Boga kocham, zrobię to! A wcześniej podpalę i obleję kwasem!

Silnik najwyraźniej przestraszył się groźby, bo złapał właściwy rytm.

Tego jednak nie zauważył Colin, którego uwagę zajął odwracający się i mierzący do nich jeden z goniących go dilerów, Latynos, jeśli wierzyć marnemu światłu latarni. Sięgnął do torebki Ally i z ulgą stwierdził, że nie zgubiła swojego przerośniętego rewolweru. Odbezpieczył go i spojrzał na celującego do nich bandytę.

36

Ernesto bezwiednie skierował lufę, lekko drżącą od jego drżących dłoni, ku przedniej szybie próbującego odjechać samochodu. Widział przez nią wyraźnie dwie osoby, kobietę i mężczyznę. Kobieta siedziała za kierownicą i coś krzyczała. Mężczyzna popatrzał mu prosto w oczy.

Wiedział, co musi zrobić. Pomyślał o śpiącej spokojnie w ich pięknym domu Veronique. Pomyślał o Paulu, pewnie śniącym o tych swoich gwiezdnych wojnach, mieczach świetlnych i rycerzach Jedi. Pomyślał o tym, jak łatwo mógł to wszystko stracić. Wystarczyła chwila zawahania, chwila słabości.

Ale wahał się! Ale był słaby! Język spustu wydawał się twardy, jakby nie chciał być naciśnięty przez kogoś nie dysponującego wystarczającym zapasem silnej woli. Widział przerażenie w oczach zmagającej się samochodem kobiety i wydał z siebie cichy jęk.

Wtedy jeszcze raz popatrzał na niego mężczyzna z samochodu. W jego oczach była zimna determinacja, poczucie śmiertelnej konieczności.

– Wychodzić! – krzyknął, nie wierząc w skuteczność swojego rozkazu.

Za szybą auta, trzymany przez mężczyznę, pojawił się duży, staroświecki rewolwer.

37

– Co robisz?!

Colin nie odpowiedział. Wymierzył i pociągnął za spust. Huk wystrzału ogłuszył ich, ale okrzyk Colina „Cofaj!” doszedł celu.

Przez przedziurawioną i pokrytą siatką pęknięć szybę, widział przewracającego się na plecy Latynosa.

– Sześć – powiedział spokojnie, ze smutkiem w głosie.

– Co?

– To już szósta osoba, którą mam na sumieniu. W takim tempie niedługo będę lepszy niż Hannibal Lecter.

Samochód ruszył gwałtownie do tyłu, mijając główny budynek „Południowej Gwiazdy”.

38

Pulasky wybiegł przed domek i momentalnie ocenił sytuację.

– Kurwa! – głośno zaklął po polsku. To było jedno z bardzo niewielu słów, jakie zapamiętał z dzieciństwa. Reszta rozmyła się gdzieś w jego przeszłości. „Kurwa” została, mocna, ciężka, solidna, przydatna w tym stresogennym fachu.

W pośpiechu wypuścił dwie kule za uciekającymi, którzy zaraz zniknęli za rogiem. Zaklął jeszcze raz i nachylił się nad Ernesto.

Pluł krwią. Trafiony w prawe płuco bez szybkiej operacji nie miał szans. Coś mamrotał, próbując zatamować krwotok, ale Pulasky nie miał zamiaru wsłuchiwać się w bredzenie umierającego. Podniósł z ziemi swój pistolet i pobiegł w kierunku zaparkowanego dwie przecznice dalej Mercedesa. Tej nocy stracił wystarczająco dużo. Nie dopuści do tego, by stracić jeszcze wolność.

39

Ciepłe, pomarańczowo-żółte światło. Veronique i Paul idący w jego stronę polną drogą. Paul trzyma ją za rękę. Razem, spokojnie, miarowym krokiem zbliżają się do niego. Na ich twarzach są pogodne uśmiechy. Spokój. Cisza i spokój. Słońce powoli zachodzi, odbija się w ich twarzach.

Ernesto nie wytrzymuje i zrywa się z miejsca. Biegnie. Biegnie do nich, a oni przyspieszają kroku. Słońce zachodzi, czerwienieje coraz bardziej. Ernesto podnosi Paula wysoko, ten radośnie krzyczy w niebo. Wkrótce siedzi już na ręce ojca, z rękami wokół jego szyi. Veronique całuje go w policzek, skroń, czoło, usta. Przytula się.

Coś mówi, ale Ernesto nie może zrozumieć jej słów, jakby mówiła w innym języku. Nieważne. Słońce zachodzi, ich cienie wydłużają się do nieprawdopodobnych rozmiarów. Będą szli do domu, który stoi na wzgórzu, niedaleko, krótki spacer po zielonym stoku. Słychać śpiew ptaków witających zbliżającą się noc. Pojedyncze drzewa rosnące po obu stronach drogi szumią cicho, ich liście ocierają się o siebie jak kochankowie na lekkim, kojącym wietrze.

Słońce zachodzi, jego tarcza z wolna chowa się za horyzontem. Szyby ich domu płoną jego odbiciem, lecz nie oślepiają, jakby chciały ich chronić. Ernesto, między Paulem i Veronique, patrzy w nie, czuje na plecach słabnące ciepło wieczoru. Na jego nadgarstku nie ma zegarka, upływ czasu odmierza w oddechach, krokach, jej uśmiechach.

Docierają do progu, na którym widnieje wycięty nożem napis „Witaj w domu”. Ernesto przepuszcza swoją rodzinę, która znika wewnątrz. Odwraca się, popatrzeć jeszcze raz na drogę, którą przebyli. Słońce zachodzi, rzuca ostatnie promienie i zostaje po nim tylko złotawa poświata. Ernesto żegna je i chce wejść do domu. Ale domu już nie ma. Zapada ciemność na chłodnym pustkowiu, zaczyna wiać przenikliwy, zimny wiatr.

40

– Kurwa! Trafił w silnik! – wrzasnął Colin.

Zdążyli już odwrócić samochód i jechali przodem.

– Lepiej maska auta niż twoja miska – rzuciła Ally, siląc się na uśmiech.

– Jak trafił w miskę oleju, to niedługo inaczej będziesz śpiewać!

– Inaczej nie umiem. Będziesz musiał wynająć kogoś innego.

– Masz odpowiedź na każde pytanie?

– Z wyjątkiem tych z fizyki. Zawsze byłam cienka z fizyki. Pani Doubtfire robiła ze mnie sito przez całe liceum.

– Dobra. Gadaj co chcesz, tylko wydostań nas z tej pieprzonej Atlanty, póki możesz.

– Ta jest, panie kapralu – zasalutowała.

W oddali usłyszeli dźwięk syren. To obudzony wystrzałami Alvarez wezwał policję, co robił tylko w wyjątkowych sytuacjach. Trup na terenie jego motelu był jedną z nich.

41

– Spójrz na to z tej strony: udało nam się go zamaskować. Długo go nie znajdą. A jak już go znajdą, to będzie całkiem rozebrany i nikt nie będzie wiedział, że to ten, którym jechaliśmy. No i zdążyliśmy wyjechać poza granice „tej pieprzonej Atlanty”.

– Ale dalej nie pojedziemy.

– Coś ty taki negatywny? Złapiemy stopa. Kiedyś przejechałam na stopa aż do Seattle. Miałam co prawda dziesięć lat mniej i większe cycki, ale ważny jest sam fakt.

– Fakt jest taki, że mamy przerąbane.

– Zamknij się i powiedz, która godzina. Mój zegarek stanął.

– Zaraz będzie wpół do ósmej.

Ally ziewnęła. Dwie godziny snu to było dla niej stanowczo za mało.

– Dobra. Zatrzymamy pierwszy samochód, który się zatrzyma…

– Kapitalne. Zatrzymamy pierwszy samochód, który się zatrzyma – powtórzył Colin zgryźliwym tonem. – A może spróbujemy zatrzymać pierwszy samochód, który się nie zatrzyma? To by to było dopiero wyzwanie.

Ally zaplotła ręce na piersi i posłała mu gniewne spojrzenie. Po takim spojrzeniu Sam biegł do swojego pokoju i chował się w kącie. Colin jednak tylko się wyszczerzył.

– Okej. Popatrz na to.

42

Palce. Miała grube palce!

Podniosła je na wysokość oczu i obejrzała dokładnie. Jak kobieta w ciąży! Tylko że im puchną, nie grubieją.

– Kurwa – mruknęła. – Kurwa, miałam nie przeklinać. A zresztą, czemu? Żeby mama była ze mnie dumna? Żeby mama była ze mnie dumna, to musiałabym mieć męża i co najmniej dwójkę dzieci. I wszystko przed trzydziestką.

Mary Jones przerzuciła swój wzrok z przygrubych palców na pudełko czekoladek, z którego je wyciągnęła przed momentem.

Jedna mi nie zaszkodzi. To znaczy jeszcze jedna. Nie. Ale nie więcej. Nie będę taka jak ona.

Przywołała z pamięci obraz przedwcześnie zmarłej matki, otyłej, z trudem poruszającej się kobiety, która niemal całe życie spędziła w kuchni. Gotowała, smakowała, wpychała jedzenie w usta swoich córek. Bo przecież zdrowa dziewczyna musi mieć na sobie trochę ciała. Bo przecież takiej z tyłkiem jak patyk żaden chłopak nie zechce. A ona czekała, aż przyjdzie trzech kawalerów i uroczyście klęknie przed jej trzema córkami z diamentowymi pierścionkami w dłoniach i wyszepcze tradycyjne: „Czy zostaniesz moją żoną?”. Żyła dla tej chwili i gotowała dla tej chwili, opuszczona przez męża i pokładająca nadzieję wyłącznie w Coleen, Andrei i Mary.

Jedna. Ale… Z szuflady wyciągnęła plastikową torebkę i włożyła do niej jeszcze kilka karmelowych czekoladek. Na później, kiedy wśród szumiących monotonnie komputerów zgłodnieje, a do lunchu będzie jeszcze ponad godzina…

Jej firma (drukarnia specjalizująca się w pisemkach porno, ale też od czasu do czasu produkująca tanie wydania dzieł filozofów i poetów, głównie zagranicznych) zrezygnowała z kosztownych biur w centrum Atlanty dwa lata temu. I od tamtego czasu Mary dojeżdżała do pracy w sam środek „pieprzonego nigdzielandu”, jak to nazwała, z dala od restauracji, barów, fast foodów. Cholera, z dala nawet od ruchomych stoisk z hot dogami. Pieprzony nigdzieland oferował jedynie maszynę ze słodyczami po mocno zawyżonych cenach, które ona, księgowa, panna z głową do liczb, uznała za rozbój w biały dzień i poprzysięgła omijać. Za wszelką cenę.

Zanim wyszła, zdążyła jeszcze wskoczyć na wagę, poddać się codziennemu, przygnębiającemu rytuałowi. Sto czterdzieści jeden funtów. Kurwa, jeden w górę w ciągu dwudziestu czterech godzin. Jak pieprzona kobieta w ciąży.

Może była w ciąży?

Oczywiście, że nie. Żeby zajść w ciążę, trzeba mieć faceta. Trzeba rozłożyć nogi i dać mu podlać swoją grządkę. A ona nie robiła tego od… wolała nawet o tym nie myśleć. Zresztą, nawet kiedy miała faceta i dochodziło do okazjonalnego rozłożenia nóg, nie pozwalała na żadne podlewanie grządek. Znając jej szczęście, została by z dzieckiem na ręku i toną rachunków do zapłacenia. Dziękuję bardzo.

Kilka lat wcześniej przeżyła objawienie. W kinach pojawił się film właśnie o niej. Główna bohaterka nawet dzieliła z nią nazwisko. Ale nie to było ważne. Ważna była jej walka, walka z tymi samymi rzeczami, które prześladowały ją: zbędnymi kilogramami, papierosami i samotnością, akcentowaną tylko kolejnymi związkofobami i emocjonalnymi popaprańcami. Po „Dzienniku Bridget Jones” opuściło ją wrażenie osamotnienia w tych zmaganiach. A happy end filmu (i książki, którą odkryła później) dawał nadzieję na szczęśliwe zakończenie i w życiu.

W samochodzie puściła zdartą do nieprzyzwoitości „Nevermind” Nirvany. Na początku lat dziewięćdziesiątych była grunge’ówką, kochała Kurta Cobaina, nosiła flanelowe koszule i potargane dżinsy. Ale, z biegiem lat, zrodzone w punku ideały poszły w kąt i zostały zamienione na dobrą, stałą pracę i domek z ogródkiem na przedmieściach. Poszła ścieżką wyznaczoną przez pokolenie jej rodziców, którzy w latach sześćdziesiątych poddawali się wolnej miłości pod hasłami flower poweru i do wtóru hipisowskich hymnów, by na koniec założyć krawaty w prążki i dochrapać się kierowniczych stanowisk w znienawidzonych wielonarodowych molochach. Wstydziła się tego. Ilekroć o tym myślała, oblewał ją gorący rumieniec. Myślała więc o tym rzadko, coraz rzadziej, stosując i do tej sfery swojego życia zdrowy pragmatyzm.

Tęskniła jednak za czymś szalonym, za jakąś wielką przygodą, romantycznymi uniesieniami bez ksiąg rachunkowych w tle i ciągłego liczenia zysków i strat. Czemu nie można by pozwolić sobie co jakiś czas na totalną stratę? Czy zawsze trzeba wyjść na swoje? O to chodzi w życiu? Do tego doszła? Do trwającej nieprzerwanie aż do smutnej, samotnej śmierci chłodnej kalkulacji?

To nie musiał być „Buntownik bez powodu” czy „Easy Rider”. Wystarczyłby ktoś wystający choć trochę poza nawias, nie mieszczący się w tej nudnej, akceptowanej przez wszystkich foremce. Ktoś z wyobraźnią, ktoś gnający przed siebie bez oglądania się na to, co zostaje za nim. Ktoś…

Ktoś stał na poboczu i energicznie machał ręką, by się zatrzymała. Ten ktoś okazał się być kobietą, mniej więcej w jej wieku, tyle że wyglądającym jak jej połowa. Zatrzymała się. I wtedy zobaczyła towarzyszącego jej mężczyznę, ubranego w szorty i brudną koszulkę mówiącą, że jest największym fanem Wielkiego Jabłka w okolicy.

– Cześć – przywitała się chuda. – Jestem Ally. Podwiozłabyś nas kawałek?

– No… okej… – zgodziła się Mary, patrząc na mężczyznę, który stał nieruchomo i tylko wbijał w nią swoje niebieskie oczy.

Ktoś taki, jak on, pomyślała Mary i wyobraziła go sobie z długimi włosami, w skórzanej kurtce i ciemnych okularach… nie, bez okularów, zasłaniałyby te oczy… pędzącego na hałaśliwym Harleyu wzdłuż prostej jak strzała i pustej autostrady.

Wsiedli bez ociągania, jakby bojąc się, że Mary się rozmyśli i zostawi ich w tumanie zmieszanego ze spalinami kurzu.

– Dokąd jedziecie? – dopiero teraz Mary zdążyła spytać.

– Do St. Louis – odpowiedział Colin. – A przy okazji. Jestem Colin.

– Miło… do St. Louis? Ja tak daleko nie jadę, tylko trochę za Atlantę, do pracy…

Ally, która usiadła obok niej na przednim siedzeniu, włączyła się do rozmowy.

– O, nie, kochana, dzisiaj będziesz musiała wziąć wolne. Jedziemy do St. Louis.

Propozycję poparła wyciągniętym z torebki rewolwerem.

– I co zrobisz, jak się nie zgodzę? Zastrzelisz mnie? – w Mary obudził się duch wojownika, tak długo uśpiony, że prawie zapomniała o jego istnieniu.

– Tak. Ale najpierw odbezpieczy broń, prawda Ally?

Ugodzona złośliwą aluzją Ally tylko warknęła. To wystarczyło, by duch walki opadł w Mary i próbował z powrotem ułożyć się do snu. Przekręciła kluczyk. Ford Focus, w porównaniu z dźwiękami wydawanymi przez starego Plymoutha Ally, właściwie zamruczał. Ruszyli.

– Nie bój się, mała – powiedziała Ally uspokajająco. – Dojedziemy do St. Louis i będziesz wolna. Tego cacka – klepnęła deskę rozdzielczą – też ci nie zabierzemy.

– Nie – powiedział Colin. Jego głos zabrzmiał twardo, nieustępliwie.

Ally aż obejrzała się na niego. Odwrócił wzrok, nie chcąc patrzeć jej w oczy. Zawiesiła je więc na Mary, oceniając jej usta, kształt nosa, cerę, wielkość piersi. Do tej pory jechała z Colinem w na poły uświadomionym przekonaniu, że skończą tą szaloną podróż jako para, nierozłączni kochankowie, romantycznie wyklęci przez społeczeństwo, ciągle uciekający, wpatrzeni w horyzont. Teraz zaczęła dopuszczać myśl, że wcale nie była w jego typie, że ten siedzący obok niej jej negatyw miał więcej szans.

Ale to nie było fair! Ona była pierwsza! On należał się właśnie jej, choćby prawem zasiedzenia! Cycki, to wszystko czego oni pragną, o czym marzą po nocach, brandzlując się pod prysznicem, idąc w niedzielę rano do kościoła… Wszyscy tacy sami…

43

Głos odzywał się nieregularnie, kapryśnie, sprawiając wrażenie robił Colinowi przysługę w ogóle się pojawiając. A gdy już to robił, brzmiał niedbale, nonszalancko, jakby nie zdawał sobie do końca sprawy z realności tego, co rozgrywało się dookoła. Jakby ktoś dał rozpieszczonemu bachorowi pilota do jego życia i poszedł na obiad, nie przejmując się konsekwencjami.

Tak myślał Colin, zamieniony w jedyny w swoim rodzaju organiczny radioodbiornik.

Wciąż niepokoiła go barwa tego głosu. Jego własna barwa. Ciągle, za każdym razem, kiedy w zjawiał się w jego głowie, miał ochotę zapchać czymś swoje usta, zakneblować się i poczekać, co się stanie. Rozumiał, że skoro ktoś potrafił wejść pod jego czaszkę, narozrabiać w niej i jeszcze siać spustoszenie na zewnątrz niej, potrafił też przybrać dowolną barwę. Rozumiał to, lecz… słyszeć siebie i nie-siebie, słuchać własnego głosu ugniecionego w cudze słowa, zawsze przywodziło mu na myśl sceny z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Widział siebie na miejscu Jacka Nicholsona, w cwaniackiej czapce, a na końcu tej wariackiej fantazji, odmóżdżonego prochami i elektrowstrząsami. To go czekało?

Tym razem głos brzmiał jednocześnie ostro i radośnie. Masz zabrać ją ze sobą do końca drogi. Powiedz im to. Natychmiast.

44

– Może… – Ally spróbowała wbić klin między Colina, a jego decyzję.

– Nie – przerwał jej. Nie było czasu na argumenty. Żaden nie przebiłby tego najważniejszego, tego, który rozdzielał życie i śmierć. – Głos…

Głos. Czyli Mary jednak miała do czynienia z wycieczką z psychiatryka.

– Co? Skurwielowi spodobała się puszysta?

– Tylko nie puszysta! Według współczynnika z „Health Digest” mam tylko siedem funtów nadwagi – mimo strachu oburzyła się Mary.

– Kochanie – zwróciła się do niej Ally – dorośli rozmawiają. Rączki na kierownicę, oczy na drogę, uszy po sobie, buźka na kłódkę.

Mary zazgrzytała zębami, ale nie powiedziała nic.

– Nie wiem. Nie pytaj mnie. Powiedział tylko tyle, że ma z nami zostać. I to aż do końca.

W samochodzie zapanowała zamyślona cisza. Colin zapadł się w sobie, ze swoimi wizjami skradzionymi z filmów i książek o szaleńcach, Ally z trudem tłumiła westchnienia, które jej się narzucały, nie wiadomo czy bardziej z powodu niechcianego nowego towarzysza podróży, czy ogólnie przygnębiającej atmosfery tego dnia, a Mary po prostu wykonywała rozkaz Ally: rączki na kierownicę, oczy na drogę, uszy po sobie, buźka na kłódkę.

Wreszcie Ally, dając najpierw ujść głośnemu i ciężkiemu jak dola pracujących na czarno nielegalnych imigrantów z Meksyku, westchnieniu, przerwała ciszę.

– Jeśli ma z nami być do końca, gdziekolwiek ten koniec będzie, to musisz jej pokazać trik z dzieciakami rzucającymi się sobie do gardeł.

– Nie – stanowczo odparł Colin.

– Coś ci to „nie” w nawyk wchodzi. Nauczyciel angielskiego, a nie wie, że to w złym stylu zaczynać większość zdań od tego samego słowa…

– Opowiem jej wszystko – powiedział Colin, nie zważając na buczenie Ally, tak jak puszczał mimo uszu połowę tekstów Tommy’ego. Z czystej konieczności zachowania… Czego? Resztek zdrowia psychicznego?

– Jak już skończysz, to ja jej opowiem o moim magicznym dywanie i o psie, który jeździł koleją.

I tak jak nauczył się go wyciskać z sarkastycznych tyrad Tommy’ego, tak nauczył się znajdować sens w oratorskich popisach Ally. Oboje mieli awersję do mówienia wprost. Oboje uciekali w żart, ironię, sarkazm. Oboje byli równie łatwi do przeczytania, choć często drażniący.

– Uwierzy.

Wiedział to. Miał taką pewność, jaką się ma przed burzą, kiedy niebo zasnuwają ołowiane chmury i nagle zrywa się mocny, chłodny wiatr. Albo lepiej: pewność, jaką mają zwierzęta dużo wcześniej, szukając schronień i polując, choć przez ich prymitywne mózgi nie przebiegała świadomość przyszłości, lecz jedynie jej intuicja, niewyraźne wołanie nawołujące, by robić właśnie to, a nie co innego. Przeczucie.

– A w Alabamie Murzyn…

– Afro… – nieśmiało wtrąciła Mary, ale urwała w pół słowa.

– Mówiłaś coś?

– N-nie.

– Tak myślałam. Więc… a w Alabamie Murzyn może wyprawić sobie wielkie wesele z białą dziewczyną i zaprosić na nie kolegów jej ojca z KKK.

– Uwierzy – powtórzył z uporem, który wydał jej się przeciwny jego naturze. Gdyby była jedną z jego uczennic, byłaby odmiennego zdania. W szkole nazywał to konsekwencją i wprowadzał w życie z żelazną… konsekwencją właśnie.

– Okej, czy ja coś mówiłam? Czy moje usta zrobiły tak? – wykonała brawurową parodię wyciągniętej z wody ryby, jej wargi otwierające się i zamykające z szaloną prędkością.

Tommy nie zrobiłby tego lepiej, pomyślał Colin, rozbawiony. Na zewnątrz jednak nie owego rozbawienia nie wypuścił.

– Zatrzymaj się na parkingu za pierwszym zjazdem – zwrócił się do Mary. – Dowiesz się wszystkiego.

– A będę mogła opowiedzieć o moim magicznym dywanie? – wtrąciła Ally, bardziej z rozpędu, niż z chęci zabłyśnięcia humorem, który gwałtownie się z niej ulatniał.

45

Rick z nudów włączył krajowe wiadomości CNN. Nic tak nie motywowało go do pracy jak zdrowa dawka świeżych trupów prosto ze szklanego ekranu. I sieć Teda Turnera (a w zasadzie rzeczywistość, w ramach której funkcjonowała) go nie zawiodła. Ekran wypełniła postać Ernesto Leguizamo z przestrzeloną piersią i w kałuży krwi. W blasku reflektorów kamer i rozświetlana uderzeniami fleszów, zniknęła w czarnym plastikowym worku, takim samym, jakie pochłonęły – Rick nie mógł oprzeć się porównaniu – ciała jego najbliższych przyjaciół. Jeden koniec, jeden koniec dla wszystkich, dobrych i złych, mądrych i głupich, dużych i małych. Jeden czarny, plastikowy worek i lodówka w kostnicy, i trumna, i wąski dół w ziemi, i szary nagrobek z imieniem, dwiema datami, wiązanką żałośnie banalnych słów…

Po ujęciu sztywnego Ernesto nastąpiło cięcie. Następna scena ukazywała jego dom i przerażoną Veronique, usiłującą ochronić Paula przed napastliwością dziennikarzy. Zdawała się nie rozumieć, o co pytają reporterzy, o jakie ciemne interesy, dlaczego ktoś miał nagle zacząć kwestionować legalność pochodzenia pieniędzy, za które kupili swoje eleganckie cztery kąty. Kolejne cięcie. Teraz prokurator okręgowy z pianą na ustach zapewniający swoich wyborców, że stan wkrótce zarekwiruje cały majątek zabitego gangstera, lokalny oddział IRS zajmie się tym bezzwłocznie, w Georgii nikt nie będzie ciągnął korzyści z działań zabronionych przez prawo, choć oczywiście żal mu wdowy i dziecka, ale prawo jest prawem, a przestępcom należy dać nauczkę.

Ostatnie zdanie prokuratora tak rozbawiło Ricka, że oblał się kawą z automatu, którą trzymał w dłoniach, opierając dno kubka na kolanach.

– A jak któryś z nas da takiemu nauczkę, to zaraz się pojawia czterech smutnych panów z wydziału wewnętrznego – mruknął, momentalnie poważniejąc.

– Co? – Dustin, siedzący przy swoim biurku usłyszał głos ojca, ale nie zrozumiał niczego.

– Nic. Wracaj do tych formularzy.

– Może skończę to w domu? – nieśmiało zaproponował Dustin.

– Nie. Żadnego przynoszenia pracy do domu. Zrobisz to i będziesz wolny.

Paliła go hipokryzja, która przychodziła mu łatwiej, niż powinna. Ile to kilogramów papierów przyniósł z posterunku do własnej sypialni? Ile razy Kathrine wyciągała go spośród nich, przekupując pocałunkami i obietnicami figli wyjętymi wprost z jego najskrytszych fantazji? Wtedy nie miał oporów przed przynoszeniem pracy do domu. Ale wtedy w mógł pokazać swoją twarz z dumą, pochwalić się wykonaną robotą i posłuchać jej radosnego szczebiotania o byle czym.

Westchnął i spróbował na powrót zatopić się migającym świecie telewizji. Jeśli będzie miał szczęście, pokażą jakąś brawurową akcję chłopaków z Nowego Jorku, których od jedenastego września kochali wszyscy i którzy mogli już prawie wszystko.

46

Fioletowy Focus zatrzymał się płynnie i stanął idealnie równolegle do linii wyznaczającej miejsce parkingowe. Zgrzytnął zaciągany hamulec ręczny, a zaraz potem zgasł silnik.

Przez chwilę w samochodzie panował kompletny bezruch. Ally czekała na to, co zrobi Colin. Mary, pamiętając o pistolecie w torebce Ally, wolała nie ryzykować. A Colin nie wiedział, od czego zacząć. Wreszcie odezwał się do Ally:

– Zamieńmy się miejscami.

– Jeśli chcesz, żebym zostawiła was, gołąbeczki, samych, to wystarczy jedno słówko i lecę na piętnaście minut do kibelka, nie ma sprawy.

– Daj spokój – głos Colina był zmęczony, przygaszony, pozbawiony energii. – Po prostu usiądź z tyłu i patrz.

Z tym kibelkiem to nie był aż taki głupi pomysł, pomyślała Ally, otwierając drzwi. Trzeba skoczyć, jak tylko pan sztywny zrobi z siebie totalnego wariata.

Minęli się, ocierając o siebie. Colin wymruczał ledwo zrozumiałe przeprosiny, ona skinęła głową. Zanim jednak zdążyła wsiąść, złapał ją za rękę i pociągnął od siebie.

– Zaufaj mi – szepnął.

– Ufam ci – odpowiedziała po prostu.

– Dzięki. Dzięki.

Usiadł obok spodziewającej się najgorszego Mary. Miała jeszcze zapięte pasy, z których jeden wbijał się w miękką warstwę tłuszczu oblewającą jej talię, a drugi przebiegał między jej wydatnymi piersiami. Oddychała miarowo, lecz ciężko, jak człowiek na fotelu dentystycznym przed wstawieniem w ząb plomby swojego życia.

– Nie bój się – powiedział łagodnie.

Po takim wstępie, to dziewczyna dopiero narobi w portki, pomyślała Ally. Szkoda, że nie dodał: nie będzie bolało.

– Nie boję się – odpowiedziała Mary, starając się patrzeć Colinowi w oczy. W te oczy.

– Dobrze. A teraz słuchaj.

Położył rękę na jej ramieniu i zbliżył się do niej na tyle, że poczuła przez skórę jego ciepło. Jego oczy, te oczy, zablokowały jej. I teraz nie miała trudności z patrzeniem w nie, teraz nie potrafiłaby odwrócić wzroku. Była zafascynowana.

– Zaraz będzie mokra i gotowa na wszystko – mruknęła Ally, upewniając się, że nikt jej nie dosłyszy.

Zaczął mówić, nie omijając żadnego szczegółu, od dręczącego go głosu po strzelaninę pod „Południową Gwiazdą”. Opowiedział o celu ich podróży i o tym, że jeśli nie dotrą na czas do St. Louis, wszystko się powtórzy, znowu zginą ludzie.

Mary słuchała z otwartymi ustami, chłonąc każdą sylabę, biorąc każdą z nich za objawiony pewnik. Gdyby w tym momencie zaczął przedstawiać jej własną wersję kosmogonii, z małymi zielonymi ludzikami w roli głównej, uwierzyłaby bez zastanowienia. Te oczy, te oczy nie mogły kłamać…

Nie próbował jej przekonywać, by z nimi została. Nie starał się w jakikolwiek sposób naginać jej woli. Po prostu przekazywał jej informacje, najobiektywniej, jak potrafił. Decyzję musiała podjąć sama, bez niczyjego udziału. I ją podjęła, nie tracąc czasu na zbędne rozważania.

– Zapnijcie pasy – rzuciła pogodnie. Z zakładnika zmieniła się w członka drużyny. Jak we „Władcy Pierścieni”, z wielką, tajemniczą misją do wykonania, z niebezpieczeństwem czyhającym na każdym kroku i niewidzialnym wrogiem. – Do St. Louis jest jeszcze kawał drogi.

– Te, dobry jesteś – zawołała Ally. – Ale poczekajcie chwilkę. Muszę podskoczyć do kibelka. I wam radziłabym to samo, bo później może być fatalnie.

47

Colin sam zdziwiłby się, gdyby spojrzał w te oczy. Ich tęczówki wyraźnie pociemniały, a one same błyszczały bardziej, niż uzasadniałoby to ocienione wnętrze samochodu. Wcześniej zauważyła to Ally, kiedy spełniała się groźba tego tajemniczego głosu i świat wokół nich pogrążał się w chaotycznej, bezsensownej przemocy. Przypisała jednak swoje spostrzeżenia emocjom, które w tamtych sytuacjach odbierały jej zdolność obiektywnego widzenia rzeczywistości.

Gdy mówił do Mary, miała nareszcie okazję dokładnie się im przyjrzeć. Choć wbijał wzrok w oczy pulchnej trzydziestopięciolatki, odwrócony był twarzą do niej. Widok niemal granatowych (ale w jakimś sensie też jasnych) tęczówek posłał fale dreszczy wzdłuż jej kręgosłupa, w górę i w dół, w górę i w dół.

Nie było w tym strachu, raczej poczucie obcowania z trudną do opanowania siłą. Przyjazną, lecz przekraczającą granice przyjaźni. Gdyby, jak Colin, poszła do college’u, skojarzyłaby go z Übermenschem Nietzschego, przerastającym ludzkie prawa i poddającym się im wyłącznie wtedy, kiedy ma na to ochotę. Zamiast tego, skojarzyła go z tandemem Clark Kent – Superman. Na co dzień gamoniowaty Clark Kent, w razie konieczności twardy jak skała i szybszy niż pocisk Superman.

Colin i Nadcolin. Ciekawe, jakie zdolności w sobie jeszcze rozwinie…

48

– Mam koleżankę w St. Louis – powiedziała Mary. – Chodziłyśmy razem do liceum. Potem ona się przeniosła, a ja zostałam w Atlancie. Ale widzimy się regularnie, dzwonimy, wysyłamy maile…

– To dokądś zmierza? – uszczypliwie spytała Ally. Jeszcze nie pogodziła się z myślą, że Mary została jedną z nich. Dwoje to para, troje to już…

– Pewnie. Prosto do celu. Możemy się u niej zatrzymać. Nie będzie problemu.

– Świetnie – powiedział Colin. Po rozmowie z Mary rozluźnił się nieco. Nie myślał o końcu podróży, ten, miał wrażenie, był jeszcze daleko przed nimi. Ale kolejny etap wydawał się przebiegać bez niespodzianek. I to było właśnie to, czego w tym momencie oczekiwał: braku niespodzianek.

– W zeszłym roku pojechaliśmy razem na urlop – kontynuowała Mary. Status pełnoprawnego członka drużyny dawał jej prawo perorowania na dowolny temat dopóty, dopóki nie pojawi się jakiś inny, ważniejszy, decydujący o ich życiu i zdrowiu. – Do Kalifornii. Zwiedziłyśmy studia Universalu, Aleję Gwiazd, Kodak Theatre… Pięknie było. A ci kalifornijscy faceci, mówię wam, bomby na dwóch nogach…

– I się na żadnego nie załapałaś? Fatalnie! – wtrąciła Ally.

– No, oni raczej gustują w kalifornijskich dziewczynach – odparła Mary. – Talia osy, rozumiesz, i tyłek, którym można by łupać orzechy.

Ally zastanowiła się, czy jej tyłkiem można by łupać orzechy. Stwierdziła, że i owszem, ale nie o to chyba dokładnie chodzi kalifornijskim facetom.

– Przenocuje nas wszystkich? – spytał Colin, nie przysłuchujący się dyskusji znajdujących się pod jego bokiem panien.

– Spoko. Ma duże mieszkanie i żadnych współlokatorów. Zarabia kupę kasy jako dekoratorka wnętrz, więc ją stać. Zawsze się cieszy z gości. Zaraz do niej zadzwonię.

Jakby przebudzona, komórka zaćwierkała w schowku na rękawiczki.

– To chyba do ciebie – powiedział Colin, wyciągając ją. Spojrzał na wyświetlacz. Wielkimi literami krzyczał, że próbował się z nią połączyć niejaki BURAK.

– Szef – Mary odpowiedziała na pytanie, które nie padło. Palcem obdarzonym wypielęgnowanym i pomalowanym na krwawoczerwony kolor paznokciem nacisnęła klawisz oznaczony zielonym symbolem słuchawki. – Tak?

– Gdzie ty się do cholery podziewasz? Wiesz, która godzina? Przede mną leży stos faktur, a w pokoju konferencyjnym czeka dwóch panów z IRS-u. Co ja mam z nimi do cholery zrobić, co? – warknął głośniczek telefonu. Mary włączyła tryb głośnomówiący.

– Daj im trochę próbek z naszej drukarni. Na pewno się zainteresują – odpowiedziała z lekkim uśmiechem satysfakcji. Czekała na tę chwilę od dawna. Ochota, by powiedzieć burakowi, co o nim myśli narastała w niej od momentu, w którym sama góra, po przejęciu drukarni przez giganta z New Jersey, przysłała go w charakterze P.O. dyrektora zakładu. P.O. zniknęło sprzed opisu jego funkcji, jego namolność i arogancja niestety nie. – Jakby marudzili, zawsze możesz pokazać im pisemka z twojej osobistej kolekcji. I od razu udostępnić… kibelek – podłapane od Ally słowo bardzo się jej spodobało. Przedtem to miejsce nazywała, lekko zażenowana, toaletą albo łazienką. „Kibelek” jednak trafiał w samą dziesiątkę. – Niech sobie ulżą.

– Co się z tobą dzieje? Gdzie jesteś? Jeśli natychmiast nie pojawisz się w biurze, nie będziesz miała do czego wracać. Ostrzegam cię!

– Ostrzegać to sobie możesz tę panienkę, którą wziąłeś na sekretarkę, a nie mnie! Wal się, pacanie!

– Pacanie? – nie wytrzymała Ally i włączyła się do konwersacji. – Ty onanistyczny gównozjadzie! Ty w dupę jebany porąbańcu! Ty niedorobiony skurczyfiucie!

Mary ze zdziwionym uznaniem spojrzała w lusterko wsteczne. Ta koścista wieśniara naprawdę potrafiła zmieszać człowieka z błotem i dorzucić do tego stertę fekaliów.

– Kto to był? Ja sobie nie pozwolę…

– Ten kierunek, bracie, ten kierunek. Nie pozwalaj sobie. A Mary to możesz pocałować tam gdzie ty wiesz, a ja rozumiem. Prosto w dupę. Ale bez języka, bo się ciebie brzydzi.

– No! – dodała od siebie Mary i rozłączyła się. – Gdzieś ty się takich tekstów nauczyła?

– Mój Harry był kierowcą ciężarówki. I lubił oglądać boks w telewizji. Jakbym ci zacytowała połowę z tego, co wrzeszczał, kiedy Gołota walczył z Tysonem, to uszy by ci tak zwiędły, że nie pomógłby ci żaden laryngolog.

– Okej… W każdym razie, dzięki. Sama nigdy bym mu tak nie dołożyła.

– Nie ma sprawy. Jak gdzieś trzeba zawalczyć gębą, to jestem do usług.

Mary wzięła do ręki swoją komórkę i wybrała  z książki telefonicznej numer Kathy Moranis, koleżanki o której mówiła wcześniej. Ta zdziwiła się nieco, ale i ucieszyła z tej nieplanowanej wizyty. Pokoje i miła kolacją będą na nich czekać, jak tylko dotrą do St. Louis.

49

– Najpierw na stację – powiedziała Ally, gdy przekroczyli granicę miasta.

– Co?

– To taka nasza mała tradycja. Przecież Colin już ci opowiedział, co tam znalazł.

– Rzeczywiście. Zdjęcia… Mogę zobaczyć?

Colin wyciągnął oba, pogniecione, z kieszeni szortów. Podał jej, nie mówiąc nic. Martwiły go. Martwiło go, że ktoś dotarł do zdjęć, na których był, a o których nie miał zielonego pojęcia. Że pochodziły z momentów jego życia, których nie pamiętał. Martwiło go to, bo doskonale wiedział, że takie dziury w pamięci to jeden z najpowszechniejszych objawów schizofrenii.

– Ale był z ciebie uroczy bobas! – zawołała Mary.

– Nic tylko posypać kokosem i położyć na świątecznym stole, jak powiedziałby Tommy – rzucił Colin, nieco wydobywając się z mroku swoich myśli.

– Kto to jest Tommy?

Jego nie umieścił w swojej opowieści.

– Kolega z dzieciństwa. Taki wesołek, jak ta chuda z tyłu.

– Potraktuję to jako komplement – powiedziała Ally.

– Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, jak mawiała moja ciotka Izabela.

– O. Chodząca księga cytatów. A co ciotka Izabela miała konkretnie na myśli?

– Nie miała męża, więc trzymała w domu stadko kotów. Mówiła, że one przynajmniej nie zostawiają otwartej klapy od sedesu.

– A co to? Czyżby nasz ponurak gwałcił swoje usta uśmiechem? – Ally nie mogła się oprzeć, by nie skomentować zmiany na twarzy Colina.

Mary właśnie uświadomiła sobie, że jeszcze nie widziała go uśmiechającego się. Rzuciła mu krótkie, badawcze spojrzenie i wróciła do obserwowania ruchu ulicznego.

– On tak się dąsał od czasu, jak zastrzelił tego Meksykańca pod motelem.

– Wiesz, że on mógł nas powystrzelać jak kaczki? Miał czas, przewagę… ale tego nie zrobił. Tylko stał i patrzał. A ja mu zrobiłem dziurę w klacie.

Najgorsze… najgorsze było to, że gdzieś w głębi – nie wiedział, czy to była intuicja, czy jakaś forma poznania pozasmysłowego, czy innego gówna prosto z „Archiwum X”, nie miało to znaczenia – był przekonany, że Leguizamo, ten żałosny, niedorobiony gangster nie strzeliłby do niego. Ale on to zrobił… coś kazało mu to zrobić. I nie był to nakaz żadnego pieprzonego głosu, nie tym razem, tym razem musiał winę wziąć na siebie. Strzelił. Pociągnął za spust, uruchomił mechanizm bębenka, kula wyleciała z lufy z morderczą prędkością. A Leguizamo upadł na plecy z porcją ołowiu w płucach i rozszarpaną tętnicą. Martwy.

– Długo by tak nie stał – powiedziała Ally, trzeźwo mierząc Colina wzrokiem. – Co jest?

– Nic. To zmęczenie… – odpowiedział. – Do jutra rano mi przejdzie.

– Jeśli tak mówisz…

– Mówię.

50

Przy ścianie ze skrytkami, z kluczem w dłoni, ogarnęło go uczucie, że cały czas kręcił się w kółko. Że nie ruszył się z Trenton, Floryda ani o milę. Kolejne stacje Amtraka wydawały mu się takie same. Różniły się co prawda nieco układem: tutaj łazienki były po lewej stronie, tam w głębi korytarza, tutaj skrytki były przy kasach, tam – po przeciwległej stronie głównego hallu. Ludzie identyczni, wszędzie. Bezkształtni, anonimowi, pozbawieni twarzy. Rozmazujący się w kącie oka. Obcy.

Przekręcił jeszcze mokry kluczyk i otworzył drzwiczki skrytki. Pusta szuflada i – niespodzianka! – zdjęcie na jej dnie. Uśmiechnięty nastoletni Colin w skórzanej kurtce, jakiej nigdy nie miał. Podpis na odwrocie: marzec 1995.

Westchnął, schował zdjęcie, wyszedł z dworca. Fioletowy Ford Focus stał na sąsiednim parkingu, z dala od wścibskich oczu kamer, śledzących każdy ruch pojedenastowrześniowych podróżnych. Colin uśmiechnął się. Jeśli nie pozostaje ci już nic innego, to pokazuj ząbki, jak mawiała ciotka Imelda, zawsze pogodna, nawet umierając na raka płuc. Nigdy nie wiadomo, co może wybawić cię z kłopotów.

– No pokaż – zawołała w samochodzie Ally i nie czekając na jego reakcję, wyrwała mu zdjęcie. – Na wszystkich Misterów America! Ależ z ciebie był przystojny młodzian! Jakbyś urwał się z castingu do jakiegoś boysbandu!

Mary podzielała jej zachwyt.

– Musiałeś mieć setki dziewczyn!

Colin przypomniał sobie swoje życie towarzyskie w liceum i skrzywił się boleśnie.

– Mogę wyliczyć: siostry Brontë, Jane Austen…

– Lubiłeś Jane Austen? – Mary zapiała z radości.

– Nie bardzo – uściślił Colin. – Ale robiłem zaawansowaną literaturę angielską i musiałem ją też poczytać…

– Czyli taka buźka marnowała się przy książkach? – Ally zdawała się być rozczarowana.

– Zrobiłem w końcu z tej literatury licencjata…

– No to zupełnie zmienia postać rzeczy – powiedziała Ally.

– Jak najbardziej – zgodziła się Mary.

I obie wybuchły głośnym śmiechem.

– Widzę, że macie mój dyplom w głębokim poważaniu – rzucił Colin i przyłączył się do ogólnej wesołości. Tego mu było potrzeba: durnego, bezsensownego, rozluźniającego śmiechu.

Mary śmiała się tak mocno, że z jej zielonych oczu pociekły łzy, rozmazując tusz i zostawiając po sobie dwie ciemne strużki wzdłuż jej pełnych, różowych policzków. Szybko poprawiła makijaż, skupiając się głównie na jego starciu z twarzy. Znowu wyglądam jak człowiek, pomyślała, patrząc w lusterko puderniczki.

– Teraz już możemy jechać do Kathy?

– No pewnie – odparła Ally. – Już znaleźliśmy kolejny fragment albumu Colina. Następny…

– Następnego nie będzie – przerwał jej Colin.

– Co? Czemu? – zdziwiła się Mary.

– Następny przystanek będzie chyba ostatni.

– Gdzie jedziemy jutro? – spytała Ally.

– Słyszałaś o Wisconsin Dells?

– Niech zgadnę… to gdzieś w Illinois? – rzuciła Ally.

– Nie, no co ty, to pewnie w Wisconsin – poprawiła ją Mary, jeszcze nie do końca przyzwyczajona, by brać wszystko, co mówi Ally w duży cudzysłów i w każdym słowie doszukiwać się żartu-pułapki.

– O, Jezu! Przecież to tam miałeś tę operację! – zawołała Ally, tym razem całe galaktyki od świata żartów.

– Niekoniecznie – powiedział Colin. – W końcu to tylko domysły. Nic pewnego nie wiemy…

– O czym wy mówicie? – spytała lekko zdezorientowana Mary.

– Widziałaś to zdjęcie… to z gazety… Ally uważa, że jest związane z operacją, którą miałem w dzieciństwie… że to właśnie tam mi ją zrobili, a potem oczywiście zaraz wpuścili dziennikarzy i zostałem najsławniejszym niemowlakiem w okolicy.

– Brzmi rozsądnie – powiedziała Mary.

– Dzięki – Ally skinęła głową.

– Aż za rozsądnie. Od czasu, kiedy usłyszałem ten pierdolony głos, nic nie dzieje się zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, więc dlaczego nagle najrozsądniejszy wniosek miałby być prawdziwy?

– Ty! Mam chyba eliminację… – zawołała Ally,

– Iluminację – automatycznie poprawił ją Colin.

– Jak wolisz – burknęła, wybita z rytmu. – A jeśli… jeśli coś ci tam wszczepili? Jakiś chip, czy coś w tym rodzaju… Jak na filmach… widziałam taki ostatnio, facetowi po wojnie w Iraku zaszyli jakiś gadżet na plecach i zrobili pranie mózgu, że mogli nim sterować i zrobić z niego maszynę do zabijania…

– Science fiction – powiedział z pogardą Colin. Ale ziarno zostało zasiane. Dotknął przeciętego blizną boku, próbując wymacać jakiś podejrzany guz, zgrubienie, cokolwiek. Nic.

– Tak niczego nie znajdziesz. Musiałbyś zrobić sobie rentgen – powiedziała Ally.

– Bzdura. Niczego mi nie wszczepili. Po pierwsze: cała operacja byłaby tajna i gazeciarze niczego by nie wiedzieli, a po drugie: to było dwadzieścia sześć lat temu, wtedy nie śnili nawet o takiej technice.

– Oni zrobili to przy okazji, więc rozgłos im nie przeszkadzał… – broniła swojej teorii Ally.

– Mogłabyś chociaż użyć trybu przypuszczającego, co? – Colin machnął ręką i uśmiechnął się nieznacznie.

– Dobra: zrobiliby, nie przeszkadzałby… lepiej?

– Dużo lepiej.

– Jedziemy – zadecydowała Mary. – Od słuchania takiej gadki robię się głodna.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *