Czy jesteśmy sprzecznością samą w sobie?

Nastały burzliwe czasy. Takie, w których żyje się szybko, na nic nie ma się czasu, a za jedyny pewnik można uznać prędkość i chaos. W tych czasach na każdym kroku wszyscy starają się udowodnić ludziom, że nikt już nie czyta książek, nie ogląda filmów, nie słucha ambitnej muzyki. Wmawia się nam, że „dzisiejsza młodzież” nie ma hobby, a jedyne, czym się zajmuje, to szczeniackie imprezowanie ze skrętem i kieliszkiem w dłoniach. Mało tego, rozebrane, wulgarne, robiące zawrotne kariery gwiazdy zdają się potwierdzać tezę, że nasz świat bezpowrotnie zszedł na psy.

Kiedy na potwierdzenie powyższego kiwamy głowami, trudno jest zauważyć to, dzieje się koło nas. Niemal we wszystkich dużych polskich miastach są świetnie prosperujące księgarnie i Empiki. Zwłaszcza te drugie Polacy tłumnie odwiedzają, kupując dobre, niszowe czasopisma, książkowe hity i skrupulatnie dobrane tytuły, które przypadają do gustu skrajnie różnym ludziom. Co rusz wywieszane są złote dziesiątki najlepiej sprzedających się książek, płyt, gier. Skoro powstają takie rankingi, to znaczy, że ktoś je kupuje i to nie od wielkiego święta, a regularnie, bo w przeciwnym wypadku podobne listy nigdy nie miałyby prawa powstać. A skoro codziennie wmawiają nam, że nie znamy się na kulturze i sztuce, to dlaczego Polacy pokochali Marię Peszek? Skąd w ogóle wzięła się ta niezwykle utalentowana i skromna osoba, na koncerty której chodzą tłumy? Przecież nie ma ani silikonowego biustu, ani kolczyków w interesujących miejscach, nie była w Big Brotherze i nie nosi siateczkowych rajstop. Mimo to, jej płyta sprzedaje się doskonale i to w dodatku bez zbędnej reklamy.

Zastanawiający jest jeden fakt – skoro nikt nie czyta i nie chodzi do teatru, dlaczego bilety na „Skrzypka na dachu” w radomskim teatrze zniknęły na długo przed premierą? W każdej lokalnej, polskiej redakcji jest faks, który non stop odbiera zaproszenia – i to bynajmniej nie na wspólną herbatkę, a na imprezy kulturalne, których w każdym mieście nie brakuje, ale o których często nie mamy pojęcia, przyjmując odstawienie kultury na zakurzoną półkę za fakt.

Na co dzień jest gwarno, tłoczno, „pieniężnie”, dziwnie. A za naszymi plecami ludzie gromadzą się w kinach, teatrach, bibliotekach. Czytają, piszą, śpiewają, oglądają. Dlaczego zatem komuś wyżej tak bardzo zależy na wmówieniu nam, że kultura upadła, a my razem z nią? Idę o zakład, że pewnie ta osoba dawno nie odwiedziła żadnej placówki publicznej, gdzie pod jej nosem dzieją się interesujące rzeczy, odważnie zakładając, że tam, gdzie jej nie ma, na pewno jest cisza i dudniąca nuda.

0 thoughts on “Czy jesteśmy sprzecznością samą w sobie?

  1. Pięknie, że bronisz kultury, ale niestety to chyba są bardziej czcze marzenia aniżeli analiza rzeczywistości.

    Wspomniałaś Marię Peszek. Mówisz, że bez reklamy? Ona właśnie została świetnie „zareklamowana” – jako osoba „niszowa”, którą warto słuchać, jeżeli chce się być tym „niszowym”. Bo pamiętajmy, że dziś „modnie jest być niemodnym”. I stąd też ciągoty ludzi do książek (bo niby to takie wyszukane), do teatru (bo sąsiad zobaczy i sobie pomyśli) oraz innych „kulturaliów”.

    Dyskusja nie powinna rozgrywać się na płaszczyźnie – czy kultura istnieje, albo czy ludzie są ukulturalnieni. Ja bym to określił inaczej – kultura się totalnie skomercjalizowała. I żeby było jasne – nie uważam tego za jej wadę 😉

    Sam jestem totalnie mainstreamowy, oglądam TVN, piję Colę i lubię Bonda 😉

    Pójście do teatru czy opery już nigdy nie będzie wyszukane. Może być conajmniej słabiej rozreklamowane. Punkt krytyczny został osiągnięty…

    Sama to doskonale opisałaś tutaj: http://www.apeironmag.pl/literatura/kawal-dobrej-roboty/ Czyżby coś się zmieniło?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *