Kłamliwa bestia

Czy chciałem się uwolnić? Nie! Nie myślałem wcale o wolności. Myślałem o zapętleniu, o fizycznej niemożności, i to mi się podobało, bo tłumaczyło moje nicnierobienie. Była wiosna. W zimie myślałem: „To wszystko przez zimę, to pora stagnacji. Niedźwiedzie śpią, więc pewnie jestem trochę niedźwiedziem. W nocy wstanę, otworzę lodówkę. Zjem dwie zimne parówki i pójdę się położyć”.

Kiedyś, w środku marca, kiedy już było trochę cieplej, zadzwonił dzwonek do drzwi. Włożyłem brudne gacie i otworzyłem bez patrzenia w wizjerek. To była ona. Trochę zmieniona, przygaszona, ale udawała, że jest szczęśliwa.

Etap I – Fiołki

Byłem za wcześnie, więc usiadłem na ławce nieopodal miejsca spotkania. Wtedy zobaczyłem, jak przechodzi w różowej kurtce. Widziałem, że kupuje bukiecik kwiatków. Gdy podszedłem, stała uśmiechnięta z fiołkami przy nosie. Różową kurtkę ukryła zapewne w torebce.

– Ładne kwiatki – powiedziałem.

– Dziękuję – uśmiechnęła się tajemniczo.

Chciałem coś powiedzieć o jej wyglądzie, ale ona dodała:

– Niektórzy mężczyźni pamiętają jeszcze o takich drobiazgach.

– Chcesz powiedzieć, że dostałaś je od niektóregoś mężczyzny? – zapytałem przebiegle.

– Od bardzo jakiegoś mężczyzny – powiedziała bez mrugnięcia okiem.

Wtedy dopiero ją poznałem. To był szok. Po dwóch latach bycia z nią odkryłem, że ta kobieta jest kłamczuchą. A ja uważałem ją za ideał, nie mogłem sobie wybaczyć, że podobno ją skrzywdziłem. Byłem wstrząśnięty, więc przez całą drogę do knajpy prawie (chyba) nic nie mówiłem. Ona za to miała mi dużo do powiedzenia. Starała się mnie (a przede wszystkim siebie) przekonać, że jest szczęśliwa. Zastanawiałem się właśnie, jak często udawała orgazm, gdy usłyszałem:

– Kluczy ci jeszcze nie oddam, bo muszę zabrać resztę swoich rzeczy.

Wtedy mnie olśniło – ona zostawiła bezmyślnie u mnie swoje pamiętniki! Nareszcie dowiem się prawdy! Oj, Anka, Anka! Nie dość, że kłamczucha, to jeszcze naiwna.

Dalej na tym spotkaniu nie działo się nic, to znaczy nic specjalnego. Ona opowiadała o swoim nowym facecie i zapewniała, że w końcu ułożyła sobie życie.

Etap II – Gibon i reszta

Gdy wróciłem do domu, zapomniałem o pamiętnikach. Przyniosłem ze sklepu pół litra dobrego humoru i położyłem się do łóżka w glanach.

Rano przyszedł Gibon. Gibon pewnego zielonego wieczoru postanowił rozkminić swoją ksywę. Najpierw był zadowolony, pieprząc coś o swych warunkach fizycznych i opowiadając o ogonach gibonów. Był z tego niezły ubaw. A później, gdy wykoncypował, że gibon to chyba małpa, zrobiło mu się nagle smutno i wpadł w jakiś przepastny dół. Mnie tam nie wciągnął. Mnie było wesoło, ale mu nie powiedziałem, dlaczego nazywają go Gibon. Teraz, jak się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że ludzie są tacy bezkrytyczni w stosunku do siebie. Jak można codziennie widzieć się w lustrze i nie zauważyć, że dłonie sięgają ci do kolan? A swoją drogą, to dziwne, że ktoś ma ksywę, i nie wie, skąd się wzięła. Ciekawe, czy Długi zastanawia się, dlaczego mówią na niego Długi, skoro ma metr sześćdziesiąt wzrostu.

I przypomniałem sobie potem, że kiedyś poznałem pewnego gościa, którego przezywali Siuras. I podobno nie zdawał sobie sprawy, że po pijaku sika w spodnie. Nie mam pojęcia, jak można tego nie wiedzieć! Może pił tylko w lecie? W lecie spodnie szybko schną.

Takie historie opowiadaliśmy sobie następnego dnia z Maćkiem (którego kiedyś przezywali Kudło, gdy jeszcze był metalem, ale to stare czasy; teraz ma łysą pałę, bo chodzi na siłownię, na solarkę i buja się z kiziorami z osia, więc mówią na niego Łysa Pała; ale ja się w te klimaty nie bawię ‒ nie chce mi się – a używanie tej ksywy trochę utożsamia mnie z tymi kiziorami z osia, więc nazywam go po prostu Maciek).

Maciek, mimo swoich wad, jest spoko gościem. Przychodzi czasem, jak nie ma z kim się piwa napić, i gadamy o pierdołach, ale o poważnych sprawach raczej się z Maćkiem nie porozmawia. Maciek był wstawiony i przyniósł pół litra dobrego humoru. Wieczór zaliczyłem do udanych.

A potem było parę takich wieczorów, aż trzy miesiące później zadzwonił telefon. To była Anka.

Etap III – Rozwożę towar

– Cześć Grzesiu!

Od razu ją poznałem. Miała uśmiechnięty nieszczerze głos.

– Cześć. – Czekałem, co będzie dalej. Czułem podstęp.

– Chciałam ci podziękować za tę śliczną koszulkę.

No i proszę, nie myliłem się – klasyczna zagrywka: wywołać zazdrość i poczekać na reakcję… „może się złamie”. Myślałem raczej, że wyskoczy z tekstem o „wczorajszej upojnej nocy”, ale trzeba jej przyznać, że to też było dobre ‒ subtelne i oryginalne (powiedzmy).

– Nie ma za co – wypaliłem. Nie chciałem psuć zabawy.

Nastało krótkie milczenie. Pewnie wymyślała to z Aśką przez cały tydzień, a tu plan nie wypalił – nie dałem się wciągnąć w infantylną grę. Miałem ubaw. W końcu przemówiła:

– Krzysiek?

Od razu chciałem odpowiedzieć, że nie, bo powoli zapominałem, jak mam na imię – tylko ona mnie tak nazywała.

– Tak – odpowiedziałem oschle. – A kto mówi?

To ją naprawdę zabolało.

– Cześć Braku. Anka.

– A, Anka?! – i cisza. Wziąłem ją na przeczekanie. To ją zupełnie wybiło z rytmu.

– Braku, sorry. Pomyliłam się. Musiałam źle przycisnąć.

– Musiałaś – wypaliłem zadowolony z siebie. – Źle przycisnęłaś.

– Co u ciebie?

– Zajebiście – przypomniałem sobie, że kłamię. Nie chciałem być taki, jak ona – wtedy nie mógłbym się na niej wyżywać, obgadywać ją, złorzeczyć, śmiać się z niej, wyklinać, przeklinać, iść na dziwki. – Zajebiście – powtórzyłem wbrew swojej woli.

– Masz pracę? – zapytała jakoś tak dziwnie, metalicznie.

– Mam – wymsknęło mi się całkiem bezwiednie.

– A gdzie pracujesz?

„Co to, kurwa, teleturniej?” – pomyślałem zdenerwowany. Popatrzyłem na zegarek – było siedemnaście po drugiej. „A jaki jest, kurwa, dzień tygodnia? Może sobota albo niedziela” – wolałem nie ryzykować i postawić na nienormowany czas pracy:

– Rozwożę towar. – Żeby uniknąć dalszych pytań, dodałem: – Słuchaj, mam gościa, nie mogę teraz rozmawiać, odezwę się.

Ależ mi było źle. Potrzebowałem pół litra dobrego humoru, a potem chciałem tylko utonąć w zieleni. Udało się.

Etap IV – Wielki gostek i długie ręce Gibona

Potem, po dwóch miesiącach, spotkałem ją na imprezie na mieście. Nie chodzę na imprezy, ale Gibon mnie wyciągnął i jakoś tak się złożyło.

– Cześć Anka – trąciłem ją łokciem. Była zdziwiona. – Sama jesteś?

– Nie, ale właśnie wychodzimy. Znajomi czekają na zewnątrz.

„Jasne, jasne” – pomyślałem.

– A ty? – zapytała.

– Z Gibonem, na razie. Potem idziemy po dziewczyny.

– Acha – odparła niby obojętnie. Wiedziałem, że mam ją w garści. Przetrzymałem ją – minęło sporo czasu odkąd się rozstaliśmy. Na pewno zrozumiała wszystko. Teraz można zacząć na nowo:

– Siadaj, pogadamy.

– Ale tylko na chwilkę.

A jednak! kłamała! Czy siedziałaby ze mną, gdyby znajomi czekali na zewnątrz? Znów kłamała! Bezwstydnie, tylko po to, by wzbudzić moją zazdrość. No dobra, dostała nauczkę, możemy już przestać grać.

– Co tam, Anka? Co porabiasz?

– Słuchaj, przepraszam za ten telefon. Jakoś głupio wyszło – ona też miękła.

– Jaki telefon? – ja byłem twardy. – A, do Grzesia?! – wyrwało mi się. Teraz popłynąłem: niby nie pamiętałem rozmowy, a pamiętałem po trzech miesiącach imię gościa?! – Czy piesia – dodałem, by przyprawić wypowiedź lekkością, ale już brnąłem po pachy.

Na szczęście ona zachowywała się tak, jakby tego nie dostrzegała. By jednak się oflankować i zatrzeć hipotetyczne złe wrażenie, stwierdziłem, że najlepszą obroną jest atak. Ja się troszkę odsłoniłem, co prawda niechcący, ale cóż – kolej na ciebie, skarbie.

– A gdzie ci twoi znajomi? Nie szukają cię?

– Nie – powiedziała bez wahania. Widać doszła w kłamstwie do perfekcji. – Poszli na kebaba.

Jasne, a ona jest na diecie! Oj, myszko, myszko! Czas skończyć tę nierówną walkę! Stwierdziłem, że ją obnażę, ale nie dane mi było zachłysnąć się tą błogą myślą, bo zobaczyłem, jak podnosi wzrok, i moim oczom ukazał się wielki gostek, a Anka wstała i powiedziała:

– Poznajcie się, to jest Grzesiu.

Moją głupią minę musiałem rozprostować setką dobrego humoru, którego okazało się za mało, więc poprawiłem jeszcze setką, potem jeszcze jedną setką, i jeszcze… a potem pozostał mi tylko wierny palimpsest. Tego wieczoru długie ręce Gibona bardzo się przydały.

Etap V – Pieprzona różowa kurtka

Potem myślałem, że istnienie Grześka nie wyklucza jej kłamstw całkowicie. Musiała kłamać, bo jej na mnie zależało. A potem znalazłem tę kurtkę, tę pieprzoną różową kurtkę, którą sam jej kupiłem; kiedyś, gdy jeszcze miałem dla kogo pracować – co za bzdura! I tej pieprzonej kurtki nie mogła mieć na sobie wtedy, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz po rozstaniu. Matko! szlag! kurwa, ja pierdolę! Od tych fiołków wszystko się zaczęło. I teraz, gdy patrzyłem na tę kurtkę, uświadomiłem sobie, że za cholerę nie mogłaby się zmieścić w torebce. I te pieprzone fiołki, i pół litry dobrego humoru przed spotkaniem, i ten ból głowy wtedy, trochę, tak, i kurwa, ta laska, która wtedy przemknęła w różowej kurtce (całkiem innej, ale z daleka mogła wyglądać podobnie), i jak to mogło się dopiero teraz tak złożyć w logiczną całość. A wtedy nie? A wtedy jakieś, kurwa, zamroczenie czy co? I ona o tym kluczu nawijała.

Sklep całodobowo sprzedawał dobry humor, ale trzeba było się ubrać, nacisnąć klamkę, wyjść z mieszkania, zatrzasnąć drzwi, grzebać pod drzwiami po kieszeniach, wejść z powrotem do mieszkania, znaleźć klucze, wyjść, zamknąć, nacisnąć przycisk od windy. Tyle trzeba było zrobić skomplikowanych czynności. Zadzwoniłem po Gibona.

I po jakimś miesiącu, albo pięciu, w każdym bądź razie chyba w środku marca, kiedy już było trochę cieplej, zadzwonił dzwonek do drzwi. Włożyłem brudne gacie i otworzyłem bez patrzenia w wizjerek. To była ona. Trochę zmieniona, przygaszona, ale udawała, że jest szczęśliwa. A może po prostu, niestety, była. I wtedy miałem ochotę zamknąć te drzwi jej przed nosem, albo cofnąć czas, albo nie otwierać, albo… kurwa, nie tak to sobie planowałem. Rozmawiałem z Gibonem i razem postanowiliśmy, że ją odzyskam. Tylko muszę wyjść na prostą, umyć się, ogolić, i przede wszystkim znaleźć pracę. Ale jakoś mi schodziło.

Etap VI – Symbolika kluczy według Freuda-Gibona

A Gibon miał dobry argument… na to, że z Anką się uda, bo mówi:

– Stary, dont łory, ona sama wróci, klucze ci oddała?

– Nie – mówię.

– No, nie! A co to znaczy?

– Nie wiem, kurwa, stary. Co to znaczy?

– Że wróci, sama wróci. To taki podświadomy mechanizm, stary. Kluczy nie oddaje, bo chce wrócić, tylko jeszcze o tym nie wie.

– Jak, kurwa, nie wie, stary? Co ty pierdolisz? Chce, ale nie wie, że chce?

– No, to ci mówię. Tak, kurwa, jest, stary! Dokładnie jak mówisz!

– Jak to podświadomy mechanizm, kurwa? Wytłumacz mi to proszę, bo nie jarzę.

– No, kurwa, stary, nie jarzysz? To ty Freuda nie czytałeś?

– Ja pierdolę, stary, możesz mi to prosto wytłumaczyć, jak cię, kurwa, proszę?

– No, prosto: człowiek, kurwa, jest tak skomplikowany, że wydaje mu się, że pewnych rzeczy nie wie albo nie chce, albo nie umie, a, kurwa, okazuje się, że to jest głęboko ukryte w podświadomości, kurwa, człowieka, i on wie, chce czy tam umie, tylko jeszcze nie wie, a to przechodzi do świadomości przez takie właśnie symbole, jak to, że ci kluczy nie oddaje.

– Skąd ty to, kurwa, wiesz, co to jest za symbol, jak ktoś ci klucza nie oddaje? – powiedziałem zdziwiony. – Nie oddaje, bo może zapomniała.

– A! kurwa! I tu masz rację. Mogła była zapomnieć, ale to nie zmienia faktu, że nie chciała oddać, specjalnie świadomie zapomniała, żeby nieświadomie pragnąć być z tobą.

Patrząc na minę Gibona, miałem niejasne wrażenie, że jest jednak świadomy tego, że traci spójność wypowiedzi i nie za bardzo już wie, o czym mówi. Ale ja chciałem wierzyć, że ma rację – nieświadomie, drążyłem więc temat:

– To jak to, kurwa? Powiesz mi, że człowiek zapomina świadomie? No, kurwa, co ty mi tu pierdolisz? To ja se mówię: zapomnę teraz, kurwa, iść do pracy i nie pójdę? Czy: zapomnę, kurwa, się obudzić i nie pójdę do pracy?

– Kurwa, dajże mi już spokój, nie wiem, co mówię, ale to wszystko prawda. To powinno ci wystarczyć. W każdym razie klucza ci nie oddała.

No, i powiedział, co wiedział. Taka była pointa rozmowy – pieprzone deja vu sprzed godziny.

Finał – Powrót do orgazmów?

No i wtedy, w połowie marca, zadzwoniła, a ja w tych brudnych gaciach. Nie mogłem sobie wybaczyć, że w brudnych gaciach. Nawet zębów nie umyłem… od paru miesięcy.

Teraz wiedziałem – rzeczywiście była szczęśliwa… zanim tu weszła. Mój widok tak ją przygnębił. Przyszła tylko po różową kurtkę i… oddać klucz. I wtedy, zanim jeszcze wyszła, przypomniałem sobie o pamiętnikach. To była ostatnia szansa. Nic jej nie powiedziałem, ale humor znacznie mi się poprawił. Nie było już jej kłamliwej, nie było już jej mojej, nie było już jej, ale pozostawała nadzieja, że będzie pretekst do spotkania. Wtedy powiem Ance z bardzo podniosłą miną, zgodnie z prawdą, że nie czytałem, nie tknąłem. Teraz wiedziałem, że nie była kłamczuchą. Była znów moim ideałem, kochała mnie prawdziwie, nigdy mnie nie okłamała, a co najważniejsze ‒ nie mogła udawać żadnych orgazmów! Może nawet jeszcze mnie kocha, tylko muszę się zmienić. Dla niej!

Po pół godzinie siedzenia na łóżku i zastanawiania się, snucia planów, podbiegłem do szuflady, wyciągnąłem pamiętniki i szukałem, szukałem. Były… reportaże z naszych nocy, czerwonych nocy. Jakże pięknie o mnie pisała. Jakże dobrze jej było w moich ramionach (musi do mnie wrócić!), jakże mnie pragnęła… na początku. A potem szkic orgazmów – jednego, drugiego, trzeciego, i wszystkie nie jej. Jednak była kłamczuchą! A ja byłem Brakiem.

0 thoughts on “Kłamliwa bestia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *