Uwięziona – część 3

La Feurte – Willa Michela

Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. To już ponad 3 miesiące, jak jej nie ma. Gdzie jest? Z kim? Czy poszła na Policję? Odkąd mu zwiała, cierpiał na bezsenność.

– Cholerna dziwka! – zaklął głośno. – Że też przyszło mi do głowy, żeby ją sobie zostawić! – grzmotnął szklanką o ścianę. Ta rozprysła się na drobne kawałki z łoskotem.

– Michel!

– Co?! Dobrze wiesz, że to wasza wina! I tego cholernego gnoja ogrodnika! – darł się na cały salon. – Zapomniałem jeszcze o ochronie – dodał z przekąsem. – Miałeś jej pilnować i jak jej nie znajdziesz, to chyba cię zabiję!

Steve bez słowa siedział na kanapie w salonie. Nic się nie odzywał. Odkąd Sea uciekła, był stale szykanowany przez Michela. Aż dziwne, że go nie zwolnił albo co gorsza nie strzelił mu od razu w łeb. W głębi duszy był na siebie wściekły, że dał się oszukać jak małe dziecko. Tylko że teraz nic nie mógł zrobić. Nie miał pojęcia, gdzie ona jest, mimo że poruszył wszelkie możliwe kontakty, aby zdobyć jakieś istotne informacje. I tak samo jak Mich, od 3 zasranych miesięcy nie spał normalnie. Pocieszające było to, że ani w La Feurte, ani w Madrycie, Sea nic nie zgłosiła Policji, co nie oznacza, że ta sprawa nie wyjdzie na światło dzienne, a wtedy Michel mógłby mieć poważne kłopoty.

– Zrób z nim porządek! – Michel usiadł w fotelu z kolejną szklanką drinka – Steve!

Steve podniósł się bez słowa i skierował kroki do piwnicy, gdzie kiedyś mieszkała Sea. Wiedział, że tę robotę dostał za karę. Nie miał ochoty tego robić, ale chciał żyć. Otworzył zabezpieczenia i schodkami zsunął się na dół. Wszedł do ciemnego pomieszczenia i zapalił jedyną żarówkę, jaka tam była.

– Jesteś pewien, że nie chcesz z nami rozmawiać? – spytał chłodno.

– Chce mi się pić… – powiedział zachrypnięty głos.

Steve zaśmiał się ironicznie i stanął tuż przed nim. Chwycił butelkę z wodą i polał go nią złośliwie.

Tak. Tuż przed nim, w tym paskudnym i ciemnym miejscu, zwisał Simon. Ten sam uśmiechnięty niegdyś ogrodnik, który pomógł w ucieczce. Michel nie uwierzył w jego pokrętne tłumaczenia. Miał skrępowane ręce, nogi i był przywiązany do sufitu czymś straszliwie grubym. Nie miał nawet sił, by zobaczyć czym.

– A nie chce ci się nam powiedzieć, gdzie jest Sea? – spytał Steve.

– Nic się ode mnie nie dowiesz… – wycharczał Sami.

Był brudny, pobity i było mu wszystko jedno. Od 3 miesięcy go tutaj więzili, licząc, że powie coś na temat dziewczyny, a on milczał jak zaklęty. Absolutnie nie mógł zdradzić, kto jeszcze brał w tym udział. Ałła miałaby kłopoty. Poprzysiągł sobie, że cokolwiek by się nie działo, nigdy nie naprowadzi bandy zbirów na dziewczyny. Steve sprzedał mu ostry policzek.

– Gnoju! Przez ciebie jest tyle problemów. Aż dziwne, że jeszcze żyjesz. Powinieneś być wdzięczny!

– Była zbyt cudowna, by ten drań ją tutaj więził… – wycedził Simon. Nie do wiary, że będąc w tym stanie, miał jeszcze siły na ciętą ripostę. Poczuł lufę pistoletu na skroni.

– No zabij mnie. Tylko to potrafisz? – spytał odważnie. Wtedy padł strzał.

– To muszę zrobić… – tak niewiele zdołał usłyszeć, gdy odpływał.

– W Madrycie… – wyszeptał tylko i głowa opadła mu na ramię.

Steve opuścił broń i odciął liny podtrzymujące ciało. Opadło z łoskotem na ziemię. Chwilę potem wstrząsnęły nim ostatnie konwulsje i pozostało w niemym ruchu. Wtedy na dół zszedł Michel.

Popatrzył na zabitego z obrzydzeniem i powiedział krótko:

– Spal go. Trzeba tu posprzątać, nim zasrane gliny zaczną deptać mi po piętach. Coś powiedział?

Steve tylko pokiwał głową.

– W Madrycie…

– Znajdźcie ją… – Michel poszedł znów na górę.

– Tak jest, szefie… – Steve z chłopakami wzięli się za sprzątanie piwnicy.

W Madrycie – dom Rosy

– Weź moje rzeczy do samochodu! Pospiesz się! – Rosa nie kryła zdenerwowania. Przeczuwała coś złego i nie myliła się. Sami zaginął przed 3 miesiącami. Przez jakiś czas łudziła się jeszcze, że zwyczajnie zniknął z pola widzenia Michela, ale to nie do pomyślenia, aby nie dał choć jednego znaku życia, a potem jeszcze te typy, nie wiadomo skąd znające jej osobę i łażące za nią krok w krok. Coś nie było tak, czuła niepokój i w sumie bała się o swoje życie.

Co by się nie działo, nie mogła zdradzić organizacji.

Obecnie w pośpiechu pakowała wszystko to, co niezbędne, aby jak najszybciej wynieść się w bezpieczne miejsce poza Madrytem. Pomagali jej ludzie z grupy. Bała się, że jej dom już od dawna był pod obserwacją, więc nie miała czasu na sentymenty. Wychodząc zeń, odwróciła się tylko, by po raz ostatni na niego popatrzeć i zerwać kilka kwiatów ze swego ogródka.

– Mój dom… – westchnęła i ruszyła do auta.

– Rosa, musimy wyruszyć, póki jest jeszcze ciemnawo. Nie wiemy, czy nie byłaś obserwowana.

– Co z Simonem? Odzywał się? – zapytała z nadzieją, że usłyszy odpowiedź twierdzącą.

– Nie. Szlag go trafił. Zapadł się pod ziemię. Sprawdzaliśmy wszystko, co można było – mówił człowiek z organizacji.

– Był nieostrożny. Można było załatwić to inaczej! – Rosa była zła na Samiego. Jednocześnie przerażona, że mogło go spotkać coś niedobrego. – A Ałła?

– Jest bezpieczna. Od razu odprawiliśmy ją do mieszkania Grupy.

Ty zostaniesz wysłana gdzie indziej. Nie dotarli do Ałły, tylko do ciebie. Nie możesz ich narażać – powiedział spokojnie. – Zakazałem im się kontaktować z kimkolwiek, by nie było kłopotów.

– Że też nie dał sobie wytłumaczyć, żeby zorganizować tę ucieczkę inaczej. Tak wiele ryzykował! – Rosa uderzyła pięścią o oparcie siedzenia.

– Nic nie możemy zrobić. Zostaje nam tylko czekać. Z tego co mi wiadomo, to znajomi Samiego zgłosili na Policję jego zaginięcie. Niby go szukają, ale to tylko takie gadanie.

– Gówno prawda! – Rosa zaklęła. – Są przekupieni i dobrze wiedzą, gdzie on jest.

– Ty to wiesz i ja to wiem, ale jesteśmy bezradni. Kontaktowałem się z Jean-Paulem. Powiedziałem mu, że mamy kłopoty i żeby powiadomił odpowiednie organy. Mówiłem mu też o Samim.

Zmartwił się. Pytałem go o tę dziewczynę.

– Co mówił? – spytała ciekawa, czy Sea dotarła tam, gdzie trzeba.

– Powiedział, że wszystko poszło zgodnie z prawem. Interpol ma jej zeznania, ale na ich podstawie nic nie mogą zrobić. To proceder na zbyt dużą skalę, a nic na niego nie mają. Została odesłana do nieznanego miejsca, o którym wiedzą tylko oni. Poprosiłem Paula, by dla własnego dobra nieco rozluźnił z nią kontakty na chwilę obecną.

Rosa odetchnęła z ulgą. Choć jedna dobra wiadomość od kilku dni. Oby nic gorszego się nie wydarzyło.

* * *

Od tamtego wieczoru nie sypiam. Całe noce tkwię w odrętwieniu i nasłuchuję. Felernej nocy długo gadałam z Ramosem. Radził mi, abym zdecydowała się na leczenie. Znów odmówiłam i teraz tego żałuje. Chyba zdałam sobie sprawę, że terapia to rzecz nieunikniona. Dużym sukcesem jest moje wyjście na dwór. Postanowiłam się przełamać. Jeśli chcę normalnie żyć, muszę coś zrobić, inaczej oszaleję w czterech ścianach. Muszę też coś jeść. Zapasy kończą się w zastraszającym tempie. Idę z mocnym postanowieniem zachowania spokoju. Mimo tego, bacznie rozglądam się na boki i staram nie przystawać nigdzie na dłuższą chwilę.

Wchodzę do sklepu, z którego kilka dni temu uciekłam w takim popłochu. Obiecałam sobie, że jak tylko spotkam tę sprzedawczynię, to przeproszę ją za moje zachowanie. Na szczęście jest.

– Chciałam przeprosić za ostatni incydent – mówię z trudem. – Przestraszyłam się. Nie lubię, jak ktoś chwyta mnie za rękę.

– Nic nie szkodzi, nic się nie stało– mówi z uśmiechem – mam dla pani te rzeczy, które pani upuściła. Miałam nadzieję, że odbierze je pani.

Robi mi się głupio, że pomimo mojej paniki, ktoś jeszcze miał nadzieję, że przyjdę tutaj znowu. Miła ekspedientka zauważa moje zażenowanie.

– Niech się pani tak nie przejmuje. Tak w ogóle, to jestem Maira.

– Sea – odpowiadam. – Dziękuję – pokazuję na położoną na ladę torebkę z zakupami. – Rozejrzę się, co mi jeszcze potrzeba, a potem zapłacę za wszystko. Maira tylko kiwa głową potakująco i bacznie mi się przygląda. Biorę koszyk i rzucam się w wir zakupów.

30 minut potem, gdy stoję przy kasie gotowa do płacenia, spotyka mnie coś niesamowitego.

– Organizacja? – pada szeptem pytanie, a ja mam przed oczami wpatrującą się we mnie twarz Mairy.

Kiwam tylko głową, choć po dłuższym zastanowieniu, bo w zasadzie nie wiem kim jest.

– Spotkajmy się po pracy tuż naprzeciw sklepu. Kończę o dwudziestej. Zaufaj mi – dodaje szeptem Maira i zaczyna podliczać moje zakupy.

Wychodzę stamtąd jak oszołomiona. Łażę po miasteczku dobrą godzinę i zadaję sobie pytania, kim jest Maira i skąd wie o Organizacji Rosy. Dowiem się potem, bo postanawiam iść na te spotkanie. Do wieczora myślę o tym nieustannie.

Francja – dom Jean-Paula

Nie mogę jej tego powiedzieć! To absolutnie niemożliwe! – krzyczał na całą kuchnię.

– Paul! Obiecałeś być z nią szczery! Co jej powiesz, jeśli zadzwoni, żebyśmy przyjechali? – krzyknęła Elisee.

– Powiem, że to niewykonalne z powodu prowadzonego śledztwa.

– Myślisz, że jest tak głupia i ci uwierzy?

– A co mam zrobić? Powiedzieć jej, że gość, który jej pomógł, zaginął? Oszalałaś? Przestraszy się na dobre!

– Pytała o niego! Martwiła się, że coś mu się mogło stać! Nie jest głupia i dobrze wie, na co stać Michela – Elisee stała nad nim, wymachując ścierką do wycierania talerzy. – Paul – odparła już nieco spokojniej – pokochałam ją, nie chcę jej okłamywać…

Paul westchnął. Też przywykł do niej i tak bardzo chciał ją zobaczyć.

– Polecimy tam, jak tylko Sea da nam znać – powiedział po chwilowym przemyśleniu.

– Paul, Terry nas o coś prosił…

– Nie powiem jej tego przez telefon. Mowy nie ma – żachnął się.

– Naprawdę tam polecimy, Paul? – była taka szczęśliwa, że zobaczy

Seę i przerażona jednocześnie, że łamią zakaz Terry’ego, ale czego się nie robi w dobrej wierze.

– Nikt się nie dowie. Zapowiem jej to. – Oh, Paul! – uściskała go.

* * *

Szłam na te spotkanie z duszą na ramieniu. Ciekawość była jednak silniejsza od zdrowego rozsądku. Zresztą obiecałam sobie przecież, że przestanę się bać. To była dobra okazja do poznania kogoś w Potter’s. Już na mnie czekała. Poznałam ją od razu. Siedziała spokojnie na ławce naprzeciwko sklepu.

– Przyszłaś… – powiedziała wyraźnie zadowolona.

– Przyszłam – odpowiadam.

– Przejdźmy się. Nieopodal jest park – pokazała dłonią i wstała. Wyglądała zupełnie zwyczajnie. Ubrana w dżinsy, bluzę i adidasy, nie wyróżniała się z tłumu mieszkańców. Miała czarne włosy do ramion, które luźno związała w kucyk. Nie wytrzymałam.

– Skąd wiesz, że jestem z organizacji? – spytałam oschle. Nie znałam tej dziewczyny i nie wiedziałam, czego mogę się po niej spodziewać.

– Skąd wiem? – Maira zaśmiała się gorzko. – Sama tak tutaj trafiłam – powiedziała. – Wiem, że mi nie ufasz, Sea. I rozumiem. Skąd ja to znam – znów się zaśmiała.

Zamarłam.

– Ty? Jak to?

– Chodź na spacer, a opowiem ci moją historię. Zaufaj mi, proszę…

Nie mogłam uwierzyć, że Maira trafiła tutaj w taki sam sposób jak ja. Chciałam koniecznie poznać jej historię, mimo że nie ufałam jej do końca i bałam się, że może być podstawiona.

– Trafiłam tutaj rok temu – odezwała się nagle. – Jestem Brytyjką, tak jak ty. Poznałam po akcencie – powiedziała i zaproponowała byśmy usiadły na ławce.

– Przywieziono mnie tutaj, bo byłam sprzedana do burdelu w Hiszpanii. Wyrwano mnie stamtąd po kilkudziesięciu dniach – spuściła głowę.

Nie wiedziałam, co mam jej odpowiedzieć, bo wiem, co czuła. Milczałam więc zaciekle, pozwalając jej kontynuować.

– Pracowałam tam ponad dwa miesiące. Byłam bita za każde nieposłuszeństwo, za każdy kryzys, chwile buntu. Obsługiwałam kilku klientów dziennie – w tym momencie w Mairze coś pękło i wybuchła płaczem.

– Maira, nie musisz mówić nic więcej – przysunęłam się do niej i objęłam ją.

– Jak się wydostałaś? – pytam ją.

– Klient mi pomógł. Przychodził do mnie często. Spodobałam mu się. Potem wszystko potoczyło się lawinowo. Nie pamiętam, nie chcę pamiętać! – wykrzyczała.

– O Jezu… Maira, nie mów nic więcej – powiedziałam i zupełnie mimowolnie zaczęłam mówić o sobie.

– Porwano mnie w Londynie, więziono w piwnicy kupę dni.

Miałam być sprzedana, ale mój porywacz się wycofał. Do dziś nie wiem, dlaczego. Mieszkałam z nim w domu, udając jego kobietę. Znam przemoc jak własną kieszeń – opowiedziałam jej o wszystkim, znów wracając do tych samych strasznych wydarzeń w moim życiu.

Tamtego wieczoru rozmawiałyśmy do późnych godzin nocnych, wymieniając się doświadczeniami z własnych przeżyć. Nie pomijałyśmy żadnego szczegółu. Wróciłam w nocy z ulgą na sercu. Może było mi lżej, bo mogłam się wygadać komuś obcemu, kto mnie zrozumiał? Tego nie wiem. Wiem jednak, że znalazłam w niej bratnią duszę i już nie czułam się tak samotna jak wcześniej. Nie wiedziałam jeszcze, że Maira stanie się moją najlepszą przyjaciółką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *