Bądź zawsze piękna

(felieton nie tylko dla Pań)

„Bądź zawsze piękna” – powinnysmy mantrować co dzień do lustra. Taki również tytuł nosi książka autorstwa Lilo Aureden („Schon sein schon bleiben”) z 1959 roku. Sięgałam po nią często, odkąd będąc dzieckiem znalazłam ją w starej domowej biblioteczce.

Czym jest piękno? Jak bardzo jest ważne? Zastawiają się nad tym od zawsze filozofowie, psychologowie i esteci. Wizażyści i kreatorzy mody prześcigają się w pomysłach, jak je podkreślić. Fotografowie uwieczniają na twarzach modelek i modeli, malarze wyczarowują pędzlem, muzycy ubierają w dźwięki. Poeci wznosząc się na wyżyny elokwencji, wysławiają je w kwiecistych opisach. Uwodziciele zabiegają o nie, kokietując komplementami, narcyzi umieszczają na ołtarzu jestestwa. Lustereczko, powiedz przecie…

Piękno. Wydawaloby się, że na jego temat napisano wszystko. Kolorowe magazyny w salonikach prasowych w nieprzebranej liczbie przyciągają nasz wzrok. Ładne buzie, zgrabne ciała kobiet i umięsnione torsy mężczyzn zdają się krzyczeć: kup mnie! I my kupujemy –świadomie czy nie – skuszeni obietnicą cudownej receptury na zmarszczki czy też „bicepsy Pudziana w trzy tygodnie”. Racjonalne argumenty spychane są przez atrakcyjną cenę magazynu, przekonujące artykuły, retuszowane do nierealnej perfekcji zdjęcia.

Jak nie wierzyć w jego siłę, gdy w ogłoszeniach o pracę wymagania: „wiek do 25 lat, atrakcyjna, przebojowa, dziesięć lat praktyki” są przyjętą normą a umiejętności często są sprawą drugorzędną? Godzimy się na to, bo rynek jest wymagający i zamiast przeciwstawić się bzdurnym kanonom, które ustalają styliści z Bożej łaski, łykamy jak młoda gęś kluski każde ich słowo, analizując ile nam do tego „kanonu” brakuje. Chociaż walka z wiatrakami przypisana jest Don Kichote’owi, warto ją czasem podjąć. A o co? O piękno. Własne.

Może te retoryczne pytania przypominają utyskiwanie starej ciotki, ale zastanówmy się, gdzie piękno się kończy, a gdzie zaczyna. Jeśli w ogóle można to zmierzyć. I czy istnieje jedna miara, według której ustala się kąt odstawania uszu, rozstaw oczu, wzrost czy długość nóg? Już sam pomysł wydaje się niedorzeczny i zabawny, a podobne rozważania – błahe. Niejednokrotnie wyśmiewane przez rówieśników dzieci wyrastają na niezwykłych ludzi, przywykłych do walki o swoje, silnych i często także urodziwych. Nasuwa się prosty wniosek, że piękno rodzi się z wnętrza, z charakteru, duszy i tej nie do końca możliwej do zdefiniowania iskierki, na którą mówimy: „to coś”. U jednej istoty jest to seksapil, u innej ponadprzeciętna inteligencja czy tajemniczość, jeszcze u innej – charyzma. Jedno także jest pewne: „to coś” – to iskierka magii.

Piękno jest w każdym, jest jedyne w swoim rodzaju i niewiele ma wspólnego z perfekcyjnością. Jest z nim trochę jak z prawdą – każdy ma swoje. Zamiast powielać schematy, godzić się na urabianie w nas poglądu, że najpiękniejszą kobietą jest Angelina Jolie, a najbardziej męski – Orlando Bloom, wyróbmy sobie znak firmowy ukuty z własnych, niepowtarzalnych cech.

Poradnik Aureden, choć prezentuje urodowe przepisy dla niektórych brzmiące jak wyjęte żywcem ze średniowiecznej grimoiry (księgi czarów), zawiera także wiele rad nigdy nie tracących na aktualności. Na pewno nie zdewaluują sie nigdy dobre maniery, będące składową uroku osobistego, polecany taniec czy gimnastyka – wyrabiające wdzięk oraz – najważniejszy – uśmiech. Szczery i uroczy ma wielką moc. Nie można go kupić na receptę, a udawany – wyczuwa się na kilometr. Jest najpiękniejszą biżuterią i bronią kobiety, posłany mężczyźnie może być zaproszeniem. Jest mową duszy, gdy słowa stają są bezradne. Uśmiech dziecka do matki, uśmiech mężczyzny wyrażający triumf i dumę… bezlik uśmiechów. Prosty grymas mięśni twarzy mogący przekazać tyle emocji. Piękno natury, która nas jako jedyne ssaki wyposażyła w tę zdolność.

Gdy boimy się, że patrząc w lustro, nie odkryjemy w nim kopalni diamentów, zamiast je zakrywać lub przeciwnie, doszukiwać się często wyolbrzymianych niedoskonałości, przejrzyjmy się w obrazach. Piękne są przecież Madonny Raffaela i „Judyta” Caravaggia. Spojrzmy w inne lustra oczami królewskiej pary z obrazu „Panny Dworskie” czy „Venus” Velázqueza i „Tancerki na Tle Okna” Degasa. Zachwyćmy się! Niech porwie nas zaklęty w portretach, muzyce i rzeźbach mistrzów duch minionych czasów.

Każdy z nas także postrzega piękno inaczej. Jakże różne są Baudelaire’owskie „Kwiaty Zła”, gdzie poeta upatruje go w kobiecych zwłokach i rozpływa się nad nim w szokująco ohydnych opisach od łagodnych wierszy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. To jest właśnie kwestia percepcji. I to nie tylko percepcji poetów, a naszej. W oryginalnych erotykach „Pierwszej Damy Skamandra” kryje się lęk przed niespełnieniem, samotnością i moralnym upadkiem. A Baudelaire to nie jedynie turpista-nekrofil, a wygnaniec proszący o zbawienie. Co z jednego punktu widzenia jest odstręczające, przepuszczone przez kilka soczewek umysłu – staje się piękne.

Jesli od jednego kilograma zależy rola znanej aktorki w filmie – jak wielka jest jego potęga. Piękno może niszczyć. Zniewalać. Onieśmielać. Piękno może być przeszkodą i przepustką. Może budować i może być ideą samą w sobie. Fizyczne – nie może nas zbawić, a piękno duszy – jest jej dobrem. Jest w nutach, liczbach i literach. W żywiołach i w ruchu. W najdrobniejszych, pozornie nic nie znaczących gestach. To dzielenie i poświęcenie. Czasem jest jego tylko połowa, która potrzebuje uzupełnienia, by istnieć. Jest w uczuciach i w cieple dłoni drugiej istoty, która trzyma naszą, gdy tego najbardziej potrzebujemy.

Dlaczego nie pomyślimy o tym choćby przez chwilę, gdy spoglądamy w lustro? Pozwólmy, by pokazało czasem coś innego niż tylko twarz. Stanie się wtedy naszym przyjacielem. Może z czasem ujrzymy w nim cos więcej niż jedynie nasze odbicie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *