Monopol na zbawienie – Szymon Hołownia

Holownia_monopolnazbawienie_500pcxDo czytania „Monopolu na zbawienie” Szymona Hołowni zabrałem się z wielkim zapałem i pewnie z jeszcze większymi nadziejami na ciekawą i wartościową lekturę. Autora znałem z ponadprzeciętnych felietonów, a także jako laureata nagród, którym wszystkie Wiktory i Telekamery do pięt nie sięgają. Nawet jego udział w „Mam Talent” jest przemyślany i wcale nie głupkowaty.

Ale do rzeczy. Mając więc jak najlepsze zdanie o autorze zabrałem się za lekturę. I pierwsza uwaga – największą zaletą gry dołączonej do książki wydaje się być pudełko. Grube, kartonowe, świetnie nadaje się na różnego rodzaju bibeloty. Sama gra natomiast powinna zostać umieszczona w encyklopedii jako definicja hasła „przerost formy nad treścią”. A już bez pastwienia się – jest ona po prostu niepotrzebna. Chyba, że wydawcy – do zarobienia paru złotych więcej na każdym egzemplarzu.

Sama książka zaś – dość pokaźna, prawie 500-stronicowa – dosłownie czyta się sama. Świetny język, nie uciekający od młodzieżowych wtrąceń, jest niewątpliwą zaletą tytułu. Tematyka również ciekawa (choć tutaj rodzą się wątpliwości, o których dalej), a autor stara się maksymalnie przybliżyć nam ten niełatwy kawałek intelektualnego poletka – nie zubażając jednak treści. Dowiadujemy się ciekawych rzeczy, poznajemy ich historię – tutaj należą się Hołowni brawa, bo dużo bardziej skupił się na kwestiach „dlaczego?” niż „czy?”.

Co natomiast sprawia, że pomimo wielu zalet i niewątpliwie wartościowej treści nie mogę zupełnie rozpłynąć się w zachwytach? Otóż jest to poczucie niedosytu po lekturze – i to niestety dosyć intensywne. Autor stara się uchylić nam kawałek kurtyny, ale gdy już widać co ciekawsze fragmenty przedstawienia, a gdzieniegdzie przebija się interesujący widok zza kulis – przerwa. Dalej nie będzie. Tak jak Szymon Hołownia wyjaśnia nam podejście kościoła do kwestii palenia marihuany, celibatu czy fenomenu ojca Rydzyka, tak samo zdaje się urywać te rozważania w momentach, kiedy tuż-tuż mamy zaskakujący finał. Być może czyni to z szacunku do opisywanej materii oraz intelektu czytelnika, ale najwyraźniej niezbyt zgrabnie mu to wyszło. Poniekąd wiąże się to z układem książki – podzielonej na kilka części, z których najciekawszą wydaje się część poruszająca w formie krótkich wykładów te palące problemy. Reszta – objętościowo ponad połowa książki – to dywagacje na tematy może i ważne, ale najzwyczajniej nudne, tudzież przedstawione w nudny sposób. Czasami odnosi się wrażenie, że część książki była przeznaczona dla czytelników, a część dla autora – żeby mógł się popisać swoją erudycją.

Dlatego całościowa ocena książki jest niełatwa. Dołączony gadżet-gra, nierówność samej lektury oraz olbrzymie zróżnicowanie treści w tejże są dużym problemem. Najwyraźniej sam rdzeń rozważań Hołowni został rozmyty przez te wszystkie dodatki. A szkoda, bo mogłaby być to książka skormniejsza, może mniej efektowna, ale za to mocna i skondensowana w treści. A tak wyszło to samo, nad czym autor pastwi się w jednym z rozdziałów, kiedy opisuje wielkanocne dekoracje w kościołach, gdzie sedno i piękno święta – pomimo, że obecne – ginie pod nawałem tandety.

Rafał Natzke-Kruszyński

Autor: Szymon Hołownia

Tytuł: Monopol na zbawienie

Wydawnictwo: Znak

Data wydania: 2009

Liczba stron: 479 + gra planszowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *