Koniec złudzeń

Zdjęcia

PICT0003

PICT0043

PICT0044

PICT0050

PICT0046

Przed Epilogiem.

Czas mijał szybko, zanim Weronika się zreflektowała był już listopad. Wszystko zaczęło się półtora roku temu, ta burza uczuć i niewytłumaczalne zachowanie. Właśnie wracała z centrum handlowego autobusem linii 13. W torebce coś zaczęło wibrować. Szybko znalazła swoją komórkę. Na wyświetlaczu migał napis mama

–    Cześć mamo!
–    Mamusiu to ja Ala – po drugiej stronie linii znajdowała się jej pięcioletnia córka
–    O mój skarb, jak tam u babci?
–    Dobrze. Jem ciasto z owocami – odparł dziecięcy głos
–    Znowu? – zapytała z uśmiechem Weronika
–    Tak. Babcia powiedziała, że owoce są zdrowe.
–    Babcia cię rozpieszcza do granic możliwości. Daj mi ją na chwilę.
–    Wracasz do domu? – zapytała Barbara, matka Weroniki
–    Tak, właśnie byłam w „Karolince”. Kupiłam parę rzeczy dla siebie, mam zegarek dla Adama ze specjalną dedykacją i specjalną bieliznę na dzisiaj.
–    Myślisz, że to wszystko naprawi?
–    Mamo nie wiem, nie jestem wróżką. Rozmawiamy na ten temat codziennie, aż mi się rzygać chce. Ja rozumiem, że nie od razu Kraków zbudowano, ale od czegoś trzeba zacząć. Poza tym dzisiaj nasza rocznica ślubu, więc liczę na dalszy postęp. Zresztą ostatnio jest co raz lepiej – wyrzuciła z siebie Weronika
–    Dobrze dzisiaj nie będę ci prawić kazań – odparła Barbara. Chciałam się tylko dowiedzieć co u ciebie – dodała.
–    Mamo nic się od dwóch godzin nie zmieniło. Dobra zadzwonię do ciebie później. Pa. Aha i nie dawaj Ali za dużo ciasta. – dorzuciła z uśmiechem.
–    Pa córeczko.

Kiedy obie kobiety skończyły rozmowę autobus właśnie mijał Hotel „Wenada”. Na szczęście tego dnia na ulicy 1 Maja nie było korków. Nawet na skrzyżowaniu z Plebiscytową kierowcy udało się przemknąć na żółtym świetle.

Jeszcze kilka przystanków i będę w domu – pomyślała Weronika.

Na chwilę zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i oparła twarz o szybę. Nagle coś zaczęło uderzać o szkło. Leniwie podniosła wzrok, za oknem zerwał się wiatr.
Znowu pada, co za pogoda – powiedział mężczyzna siedzący obok. Na szczęście mijali już przystanek przy Castoramie.
Po drugiej stronie ulicy na przystanku, stała jedna osoba. Na jej nieszczęście nie miała jak się schronić przed deszczem. Przez wybitą szybę wdzierał się wiatr i krople wody spadające z góry. Mężczyzna naciągnął czapkę na uszy, postawił kołnierz i ubrał rękawiczki. Głowę schował w kurtkę. Jedyne co było widoczne, to część czoła i jego oczy. Na ziemie przy nodze, stała niebiesko-czarna torba podróżna i biały „marynarski” plecak.

Zupełnie jak plecak Adama –  pomyślała Weronika

Jednak mężczyzna, który czekał na autobus raczej nie wyglądał znajomo. Był wysoki i barczysty, a przynajmniej się jej tak wydawało.

To na pewno nie on – dodała.

Zresztą latarnia, która znajdowała się za przystankiem dawała zbyt słabe światło, aby szczegółowo opisać mężczyznę. Autobus wykonał nagły skręt w lewo, następnie w prawo. Manewr kierowcy wyrwał kobietę z zamyślenia. Byli już na pętli. Jeszcze pięć minut piechotą i będzie w domu.
Stanęła przed domofonem, nacisnęła piąty od góry przycisk. Maszyna wydała harmonijny dźwięk, lecz po drugiej stronie nikt nie podnosił słuchawki. Weronika spróbowała jeszcze raz, ale znowu nie było efektu. Po dłuższym szukaniu znalazł klucze w torebce. Otworzyła drzwi i weszła po schodach choć torby które niosła ze sobą były dość ciężkie.

Ah przydałaby się pomocna dłoń –  powiedziała do siebie.

Po chwili doszła do mieszkania, włożyła klucz do zamku i przekręciła.
Pchnęła lekko drzwi, lecz te nie zareagowały. Użyła więcej siły. Pierwsze uczucie, które uderzyło ją po wejściu do przedpokoju, to przenikliwy chłód. Przez okno w pokoju gościnnym nieśmiało wdzierało się światło z pobliskiej latarni. Nacisnęła włącznik i dwie żarówki od razu błysnęły.

–    Adam – zawołała. Adam jesteś? Zimno tu, pewnie znów nie odkręcił kaloryferów – powiedziała głośno.

Nikt nie odpowiedział. Weszła do kuchni. Zamknęła okno, przez które wdzierało się zimne
powietrze. Nalała wody do czajnika i postawiała go na kuchence. Zapaliła gaz. Przeszła kilka
kroków i zauważyła coś niezwykłego. W pokoju gościnnym stał stół, nakryty nowym białym
obrusem. Na nim dwie świece, a pośrodku wazon z czerwoną różą. Po dwóch stronach płaskie i
głębokie talerze oraz srebrna zastawa. Weronika nie mogła uwierzyć w to co widzi. Uśmiechnęła
się szeroko. W jej oczach można było zobaczyć iskierki.

Dzisiejsza noc będzie cudowna – pomyślała.

Wróciła do przedpokoju, wzięła torby i zaniosła je do sypialni. Szybko wyjęła z jednej z nich mahoniowe pudełko i położyła na łóżku. Potem zaczęła rozpakowywać kolejne rzeczy. W tym nowo kupioną sukienkę. Była krótka, w czerwonym kolorze z głębokim dekoltem. Chciała podejść do szafy, ale jej uwagę przykuła zielona karteczka leżąca na biurku.

IDŹ DO PIEKARNIKA. SMACZENGO.
A.

Pobiegła do kuchni, akurat gdy minęła próg odezwał się gwizdek w czajniku. Zgasiła gaz. Wyjęła torebkę owocowej herbaty, wsadziła do szklanki po czym nalała gorącej wody.

–    Teraz piekarnik – powiedziała z radością małej dziewczynki.

Kiedy otworzyła drzwi do jej nosa dobiegły niesamowite zapachy. Mieszanka bazylii,  oregano, czosnku, przecieru pomidorowego i żółtego sera. To niewątpliwie była lasanga. Ich ulubione danie. Adam zawsze je przyrządzał na specjalne okazje.

Ale dlaczego napisał „smacznego”, przecież jak uroczysta kolacja to chyba we dwoje? – dziwiła się Weronika.

Następną godzinę spędziła na szykowaniu się do kolacji. Szybko nalała sobie gorącej wody do wanny i wlała trochę kropel olejku migdałowego. Po kąpieli zrobiła starannie makijaż, podkreślając oczy i usta. Ubrała sukienkę. Zegar w sypialni wskazywał 22:15, a Adama wciąż nie było. Wzięła do ręki komórkę i wybrała jego numer. Jednak nikt nie odpowiadał. Za chwilę spróbowała jeszcze raz, lecz tym razem pani uprzejmym głosem poinformowała, że połączenie nie może być zrealizowane. Odczekała pięć minut. Znowu usłyszała tylko sygnał zajętości. Jej palce zaczęły nerwowo błądzić po klawiaturze telefonu. Wybrała kolejny numer

–    Mamo – powiedziała
–    Jak tam kolacja? – zapytała Barbara.
–    Mamo – powiedziała Weronika tym razem zdenerwowanym głosem.
–    Co się dzieje?
–    Adma nie odbiera komórki. Dzwonię do niego i nic.
–    Spokojnie, może już jedzie do domu. Zresztą dzwonił do mnie o osiemnastej
–    I co?
–    No nic. Chciał porozmawiać z Alą.
–    Co jej powiedział
–    Nie wiem nie pytałam. Poza tym teraz nie będę jej budziła. Tak słodko śpi. Nie denerwuj się, pewnie zaraz będzie. Pa.
–    Pa. Mamo.

Weronika poczuła jak przechodzi ją zimny dreszcz. Podeszła do szafy i wyjęła sweter. Narzuciła go na plecy. Ponownie wzięła do ręki telefon i wykręciła numer do teściowej.

–    Halo – odezwał się kobiecy głos.
–    To…., to ja Weronika. Przepraszam, że tak późno, ale nie chciałam przeszkadzać – mówiła ściszonym głosem.
–    Nie przeszkadzasz, jeszcze nie śpimy. Czy coś się stało – zapytała Maria
–    Nie wiem. Adam nie odbiera komórki. Rozmawiał z mamą dzisiaj?
–    Tak, po południu dzwonił, że ma iść od kolegi na siłownię.
–    Jakiego kolegi?
–    Do Norberta.
–    Do Norberta. Przecież nie widzieli się od rozdania dyplomów.
–    Wiem, trochę mnie to zdziwiło. Adam powiedział tylko tyle, że chce z nim porozmawiać i jedzie na trening.
–    A o której miał do niego iść?
–    Nie wiem, chyba o siedemnastej.
–    Ma mama numer do Norberta?
–    Nie.
–    No nic – westchnęła Weronika. Nie przeszkadzam.

Poczuła jak zasycha jej w gardle, więc wstała i poszła do kuchni. Wzięła szklankę i nalała soku pomarańczowego. Podeszła do okna. Pogoda była bez zmian. Nadal wiało i padało. Chodnikami i ulicami płynęły strugi wody. Przez szybę światła latarni stawały się mało wyraziste i trudno było zobaczyć co dzieje się na zewnątrz.

W jej głowie szumiało tylko jedno pytanie. Gdzie jesteś?

Usiadła na stołku, lecz po chwili wstała. Skierowała się w stronę pokoju Adama. Zapaliła światło. Na półkach stały równo ułożone książki, po prawej o tematyce wojennej. Po lewej o zachowaniach człowieka i manipulacji. Na biurku nie było śladów kurzu, nawet laptop był czysty co należało do rzadkości.

Pewnie posprzątał – pomyślała Weronika.

Podeszła do szafy, otworzyła drzwi i na chwilę zamarła.
Pusto.
Jeszcze rano był tam rzeczy Adama. Choć nie musiała otworzyła też drugą szafę. W niej wisiała tylko jedna rzecz. Granatowy polar, który kupiła mu kilka miesięcy temu.
Poczuła jak robi się jej zimno a do oczu napływają łzy. Pokój zaczął wirować, nie mogła złapać tchu. Nogi były jak z ołowiu. Gdyby nagle trzeba było uciekać ona i tak zostałaby w miejscu. Chciała się ruszyć, ale nie potrafiła.

Adam…– wyszeptała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *