Wezwanie – część 5

51

Kathy Moranis, energiczna, szczupła, brązowooka rówieśniczka Mary otworzyła drzwi w krótkiej spódniczce i wydekoltowanej, obcisłej, czerwonej bluzce.

– Wybaczcie, że wyglądam trochę… hm…

– Zdzirowato? – pomogła koleżance Mary.

– Właśnie: zdzirowato, ale dopiero wróciłam z pracy i nie miałam czasu się przebrać.

– A na której ulicy pracujesz? – Ally nie mogła się powstrzymać.

– Na Washington Avenue – odpowiedziała Kathy, zanim zorientowała się, co miała na myśli Ally. – O, dobre, dobre, nie najgorsze! My dwoje się chyba dogadamy. Jestem Kathy – wyciągnęła dłoń, którą Ally skwapliwie uścisnęła.

– Ally. A ten przystojniaczek to Colin.

– Jakiś zabłąkany turysta? – spytała Kathy, wskazując na koszulkę Colina, która jeszcze niedawno była śnieżnobiała, ale na której wciąż widniało radosne „I Love New York” okraszone spraną Statuą Wolności.

– Coś w tym rodzaju.

– Wejdźcie, wejdźcie, zaraz coś wam przygotuję do żarcia, tylko zrzucę te… zdzirowate szmaty i przebiorę się w coś wygodniejszego.

Znaleźli się w dużym salonie połączonym z kuchnią i jadalnią. Kuchnię od pokoju oddzielał w zasadzie jedynie długi bar w kształcie litery L, przy którym stały cztery wysokie stołki.

Ally westchnęła z zachwytu.

– Dzięki, skarbie – zawołała Kathy, która z wolna, kołysząc biodrami, szła w kierunku swojej garderoby. – Trochę mnie to kosztowało, ale na co wydawać pieniądze, jeśli nie na własne mieszkanie, nie?

– Zwłaszcza jak się jest dekoratorem wnętrz – zauważyła Mary.

– To nawet dość wygodne. Zamiast pisać CV i rozsyłać listy motywacyjne, wystarczy zaprosić do siebie i pokazać, na co cię stać – powiedziała Ally, pozostająca nie tylko pod wrażeniem wystroju, ale też przestrzeni, której w jej maleńkim domku zawsze brakowało. Tutaj można by grać w pieprzonego golfa, pomyślała. I jeszcze te małe samochodziki by się zmieściły…

– Chodźcie, coś wam pokażę – powiedziała Mary i wzięła niewielki, czarny pilot ze stolika po środku pokoju.

Colin i Ally spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami. Pora na mały show.

Usłyszeli ciche kliknięcie mechanizmu, po którym zabrzmiał dźwięk przypominający odgłosy wydawane przez japońskie roboty usiłujące tańczyć disco. Jednocześnie, płynnie uchyliły się oklejone udającą dąb okładziną drzwiczki zajmującej całą ścianę szafy-regału. Oczom Colina i Ally ukazał się potężny, plazmowy telewizor, odtwarzacz DVD, wzmacniacz i półka wypełniona płytami.

Mary wskazała palcem po kolei we wszystkie kąty pomieszczenia. Znajdowały się w nich, przemyślnie ukryte, głośniki systemu Dolby Digital.

Kolejny klawisz pilota uruchomił mechanizm rolet, które ze stateczną prędkością opuściły się na okna, pogrążając pokój w półmroku.

– I jak? – spytała Mary, dumna z mieszkania koleżanki.

– Niezłe – powiedział Colin.

Mary oczekiwała na bardziej wylewną pochwałę. Tę dostarczyła Ally.

– A niech to mistrz Yoda kopnie! – zawołała. – Prywatne kino! I wcale nie to gówno, które nam wciskają, że jak sobie podłączysz parę głośników, to się poczujesz jak w multipleksie – była lata świetlne od jeszcze świeżej mogiły Sama. Ale następne zdanie, które prawie bez jej udziału wyskoczyło z jej ust, sprowadziło ją na ziemię. – Mojemu Sammiemu by się tu strasznie spodobało…

Colin objął ją ramieniem. Wyrwała się, patrząc na niego jak na zupełnie obcego człowieka, który próbuje wykorzystać chwilę jej słabości.

– Przepraszam – wybąkał Colin.

– Nie, nie trzeba…

– No co z wami? – zdziwiła się Mary, której, pogrążonej w technicznych niuansach, umknęła intymna wymiana między Colinem i Ally.

– Nic, wszystko bomba – rzuciła Ally i błysnęła uśmiechem.

A Colin, ze zdziwieniem, któremu jednak brakowało już blasku nowości, zaskoczyła go tym zbyt wiele razy wcześniej, zauważył, że jej uśmiech był szczery. Znowu leci, byleby nie spadła na coś twardego… Bylebym ja nie musiał na to patrzeć.

Odwrócił się do pokrytej drewnopodobną tapetą ściany. W ogóle całe mieszkanie było stylizowane na traperską chatkę, zagubioną gdzieś w dziewiętnastowiecznej kniei, z kilkoma współczesnymi udogodnieniami, bez których dzisiejsza pani domu nie poradziłaby sobie. Dominowała myśl, że wykończenia mebli z surowego drewna tak, ale rezygnacja z elektrycznego otwieracza do puszek już nie. To był dziewiętnasty wiek ucywilizowany z laserową precyzją, nabijany plastikiem i żaroodpornym szkłem, akcentowany termostatami i czujnikami podczerwieni, nadziewany ukrytymi mechanizmami i opleciony kablami.

– Już jestem, kochani, już jestem – odezwała się Kathy, teraz już w obcisłych, niebieskich dżinsach i luźnej, kremowej bluzce. Guziki przy bluzce były zapięte wszystkie, z wyjątkiem ostatniego. Miniaturowy dekolt odsłaniał jedynie pieprzyk kilka centymetrów pod podstawą jej smukłej szyi. – Mary, pomożesz mi w kuchni?

– Jasne. Co robisz?

– Risotto cielęce w sosie słodko-kwaśnym. O ile zostało mi jeszcze trochę sosu…

Otworzyła pękatą, dwudrzwiową lodówkę i rozejrzała się po niej, przesuwając przeszkadzające jej w poszukiwaniach słoiki, pojemniki, tubki, woreczki i puszki. Nuciła przy tym melodię z reklamy „Mentos”, jakby w ten sposób chcąc pobudzić swoją pamięć, dokładnie jak w reklamie miętowe pastylki robiły to z pomysłowością aktorów. Wreszcie zawołała „Eureka!” i odwróciła się, tryumfalnie pokazując słoik słodko-kwaśnego sosu Uncle Ben’s.

– A oto i sekret kulinarnych sukcesów pani domu – rzuciła Ally, podchodząc do lodówki. – Musisz podać mi przepis!

Kathy zaśmiała się piskliwie, doceniając celność dowcipu.

– Dorzucę ci jeszcze sposób na nie klejący się ryż – powiedziała.

– Będę zobowiązana – odparła Ally, siląc się na powagę. – Zawsze chciałam dowiedzieć się, jak się to robi…

Obie parsknęły śmiechem, zgięte w pół, Ally trzymająca rękę na ramieniu Kathy, Kathy starając się nie upuścić cennego słoika.

– Wreszcie znalazła kogoś, kto naprawdę docenia jej poczucie humoru – mruknęła Mary i dodała głośno: – To co z tym obiadem?

– Pół godziny – odpowiedziała Kathy.

Mary spojrzała na zegarek. Dochodziła piąta. W zaciemnionym pokoju nie było widać zawieszonego jeszcze wysoko słońca ani zbierających się wokół niego chmur, ciemnych, gęstych, burzowych.

52

Risotto okazało się zupełnie przyzwoite, przesiąknięte znajomym smakiem masowo produkowanego sosu, okraszone delikatnym mięsem i podane na drogiej (i tak wyglądającej) zastawie.

Mary, na ustawicznej diecie, próbowała z początku ustalić ilość kalorii, które znalazły się na jej talerzu, doprowadzając Ally na skraj apopleksji spowodowanej rozpaczliwymi próbami zablokowania rodzących się w jej głowie złośliwych żartów. Gdyby chodziło o kogoś innego, nie miałaby oporów. Jednak Mary była teraz jedną z nich, członkinią ich ka-tet (kolejny termin pożyczone przez Colina od Stephena Kinga, rodzaj złączonej wspólnym losem drużyny, grupką straceńców dzielących jedno fatum, karmę, jakkolwiek to nazwać) i nie chciała bić tak nisko, tam, gdzie naprawdę by zabolało. Ale, gdyby Mary – przekonana głodem i apetycznym zapachem dania – nie dała ostatecznie spokoju swoim obliczeniom, cięte komentarze zaczęłyby latać nad stołem, tnąc bezlitośnie i głęboko.

– Uff… więcej już nie zmieszczę – powiedziała Mary, gdy ostatnia porcja znalazła się w jej przełyku. – Całe szczęście, że ryż jest lekkostrawny i ma niski indeks glikemiczny…

Nie kuś losu, mała, nie kuś losu, pomyślała Ally, zagryzając wargi. Wyglądała jak pływak szykujący się do półtoraminutowego zanurzenia.

Colin dolał sobie dobrego, kalifornijskiego czerwonego wina. Nie czuł się tak rozluźniony od… właściwie już nie pamiętał, kiedy. Od czasu pospiesznego wyjazdu, a raczej ucieczki, z Trenton, żył tym, co było przed nim, kolejnymi odcinkami, które miał do pokonania, walcząc z cisnącymi się do świadomości z dziwną zaciekłością wspomnieniami. Raz uległ, opowiadając Ally historię ostatniego dnia jego przyjaźni z Tommym. Czy miało to znaczenie? Być może. Niczego nie mógł być pewien. Nie. Miało. Na pewno. Ally poznała go dużo lepiej, ich ka-tet zacieśnił się, stał się bardziej intymny.

– Mam jeszcze lody pistacjowe, twoje ulubione – Kathy zwróciła się do Mary tonem wytrawnej kusicielki.

– Pistacjowe? – Mary pogładziła zdający się pęcznieć z minuty na minutę brzuch. – Kurde…

Usłyszeli brzęk tłuczonego szkła. Kieliszek Colina roztrzaskał się o lakierowane deski podłogi, czerwień wina utworzyła dużą, nieregularną kałużę.

– Colin! – zawołała przerażona Ally. – Co ci jest?

Nie słyszał. Wylądował w samym środku kałuży, plamiąc swoją podkoszulkę, która chciwie zaczęła spijać rozlane wino.

– On jest na coś chory? Padaczka czy coś w tym rodzaju? – spytała Kathy, jedyna, która nie straciła głowy i ruszyła do telefonu.

– Nie! – wrzasnęła Mary, przejmując słuchawkę z rąk koleżanki. – Nic mu nie będzie…

– Nie wygląda na to, żeby mu nic nie było… Colin? Colin? Słyszysz mnie?

Ale Colin nie odpowiadał. Leżał na wznak, z zamkniętymi oczami, dłońmi zaciśniętymi w pięści, sztywny, półmartwy. Oddychał płytko, ale miarowo, jego pierś podnosiła się i opadała jak u kogoś pogrążonego w głębokim śnie. A pod jego zaciśniętymi powiekami gwałtownie poruszały się gałki oczne, jakby przeżywał koszmar swojego życia.

I, w pewnym sensie, tak było.

53

Stał na środku jasno oświetlonego pomieszczenia, okrągłego, z wielką kopułą zamiast sufitu i gładką, błyszczącą, kamienną podłogą. Ściany były białe i pozbawione jakichkolwiek ozdób, czy choćby zwykłych punktów odniesienia. Kiedy odwrócił się, by przyjrzeć się pozostałej części sali, miał wrażenie, że nie wykonał żadnego ruchu. Przód i tył straciły sens. Równie dobrze mógłby się kręcić w kółko z zamkniętymi oczami i nic nie stracić na poczuciu orientacji.

Po chwili wahania zdecydował się przyjrzeć ścianom, a w zasadzie jednej, ciągnącej się wokół niego, ścianie. Z tego świetlistego więzienia musiało być jakieś wyjście, ukryte drzwi, zapadnia, cokolwiek. Przecież jakoś się tam dostał… jakoś… Jak?

Zatrzymał się. I w tej samej chwili światło zgasło. Instynktownie podniósł ręce do obrony, pochylił się lekko, wpatrując się w ciemność i raptownie obracając. Pustka. Jakby w pomieszczeniu nie tyle zgasło światło, co zniknął cały świat. Zamarł, czekając na cios, który – był tego pewien – musiał w końcu spaść. Ale nie spadł. Zamiast tego pojawiło się w oddali nikłe, czerwone światełko i mrugnęło kilka razy.

– Jeśli to nie jest znak, żebym ruszył dupę, to z „Finnegan’s Wake” można zrobić przebój kinowy – mruknął do siebie i zrobił niepewny krok w kierunku światełka.

Zachwiał się. Podłoga po obu stronach zniknęła, a on szedł tylko po jej pięciocentymetrowym skrawku, przez podeszwy swoich tenisówek czując ostre krawędzie. Zalała go fala gorąca, ale zaraz włączył się ten nieustępliwy, chłodny mechanizm, który szukał rozsądnej drogi wyjścia nawet z najbardziej absurdalnych sytuacji. Miał iść. Miał iść, bo tak łatwiej zachować równowagę i miał iść, bo ktoś (coś?) najwyraźniej chciał, żeby szedł. Po to zapaliło się te pieprzone światełko. Może to przeżyć, inaczej już by go nie było, podzieliłby los sporej części podłogi.

Z wyciągniętymi na boki ramionami przeszedł kilkanaście metrów, powoli, ostrożnie, bokami tenisówek dotykając krawędzi swojej wąskiej ścieżki. Wreszcie w wątłej, czerwonawej poświacie ukazała mu się. Przełknął ślinę. W jego wyobraźni droga wyglądała zdecydowanie lepiej. Była szersza.

– To ja dziękuję za taką pomoc – zawołał, patrząc w mrugające oko światełka.

Rozmowa z samym sobą to jeden z pierwszych objawów szaleństwa.

– Ta, zaraz za słyszeniem głosów i dziwnymi wizjami.

Śmiech. Oj, bracie, bracie… podobasz mi się coraz bardziej.

– Pierdol się! Kimkolwiek jesteś, wsadź se palec w dupę i…

Cisza. Colin zdał sobie sprawę, że nie miał już z kim rozmawiać i zamknął usta. Miał ochotę rzucić jeszcze jedno głośne, nasączone gniewem „Pierdol się!”, ale opanował się. Opuścił głowę i zauważył, że znowu stał na solidnej, kamiennej podłodze. Nie uwierzył jednak własnym oczom i najpierw uderzył czubkiem buta o tę jej część, która znajdowała się tam, gdzie jeszcze kilka sekund wcześniej ziała przepaść. Nie była złudzeniem. Przynajmniej nie bardziej, niż cała reszta tego tajemniczego miejsca.

Rozbłysnęło białe, oślepiające światło. Colin zamrugał, przyzwyczajony do głębokiego mroku. Kiedy mógł już widzieć normalnie, zobaczył przed sobą ubranego na biało mężczyznę, jakby żywcem wyjętego ze starych filmów karate. Mężczyzna był niskim Azjatą z długą, srebrną brodą i takimi włosami. W prawej ręce trzymał długi, wąski nóż ze zdobioną rękojeścią. Jego wieku Colin nie potrafił rozpoznać. Mógł mieć czterdzieści, ale równie dobrze sześćdziesiąt lat. Trzymał się prosto, pewnie, promieniejąc zdrowiem.

Ukłonił się nisko, szeleszcząc swoim luźnym strojem. W głuchej ciszy tej areny Colin słyszał każde włókno z osobna, ocierające się o sąsiednie, tworząc razem dźwięk nieprzyjemnie kojarzący się z nakrochmalonymi kołnierzykami.

Za nim Colin dostrzegł ciemny pas, który po sekundzie rozpoznał jako czerń przepaści. Jakby im, cholera, zabrakło materiału na podłogę, pomyślał ponuro, ale nie bez ironii. Co by się nie działo, nie dać się wciągnąć za bardzo do przodu.

Ale wszelkie myśli przerwał atak mężczyzny. Mocne, szybkie cięcie mierzone w głowę Colina przekonało go, że nie będzie to bynajmniej przyjacielski sparing, po którym obaj udadzą się na pojednawcze piwko do lokalnego pubu. Walczyli do krwi. I to na pewno nie do pierwszej.

– Może by tak, kurwa, wyrównać ten… – zaczął, ale świadomość tego, że trzymał w dłoni taki sam długi nóż, jak jego przeciwnik, kazała mu zamknąć usta i raczej skupić się na obronie.

Uchylił się, wykonał szybki półobrót i podniósł swoją broń na wysokość twarzy. Kątem oka zauważył, że czerń czająca się za… strażnikiem (słowo „strażnik” pojawiło się w umyśle Colina znienacka, lecz tak pasowało do niego, że uznał je za oczywiste i po prostu zaczął się nim posługiwać, myśląc o swoim przeciwniku, tym obcym mężczyźnie sklejonym ze stereotypów i jego własnych wyobrażeń o ludziach Wschodu) miała swój symetryczny odpowiednik i za nim. Gdyby zamiast skierować się w bok, cofnął się o metr, leciałby teraz na spotkanie dna, które – tutaj jego przekonanie graniczyło z pewnością – było skaliste.

Drugie uderzenie udało mu się sparować. Ostrza brzęknęły i zazgrzytały, aż Colin skrzywił się z bólu. Za moment krzywił się jednak jeszcze bardziej: odbity atak był tylko markowany, prawdziwym celem nie była głowa, lecz tors. Colin nie zdążył opuścić swojego noża. Ostrze strażnika przedarło się przez koszulkę i wgryzło w mięśnie.

54

Podłożyły mu pod głowę małą poduszkę. Obszyta była brązową imitacją skóry i stanowiła element kompletu wypoczynkowego, który stał naprzeciwko telewizora. Mary chciała okryć go jeszcze kocem, ale Ally stwierdziła, że z wyziębienia to on na pewno nie umrze. Miało to zabrzmieć dowcipnie. Zabrzmiało gorzko i z cierpką nutą pesymizmu. Od tego nie…

– Słuchajcie… nie podoba mi się to… zadzwonię jednak po to pogotowie – powiedziała Kathy, nachylając się nad Colinem. – Może to wylew…

– Wylew? – powtórzyła Ally, zmieszana. Tak przyzwyczaiła się do nadprzyrodzonych wyjaśnień tego, co się wokół niej działo, że te zwykłe, oczywiste, kompletnie jej umykały. – Tak wygląda wylew?

– W sumie… w sumie to nie widziałam nigdy żadnego wylewu… na żywo znaczy się… Mój wujek Stephen miał wylew, ale on z nami nie mieszkał i zobaczyłam go dopiero po fakcie. Całą lewą połowę miał sparaliżowaną. I nie mógł mówić. Straszne.

Mary nie kupiła wersji z wylewem.

– On zwyczajnie stracił przytomność. Jakby miał wylew czy tam atak serca, to chyba by trochę się… porzucał… A on tylko pyk, jakby ktoś zgasił światło.

– Zdarzyło już się mu to kiedyś?

– Nie mam pojęcia. Znam go parę godzin. Ally?

– Dwa dni. I nic.

– Zaraz-zaraz… – Kathy wstała i podniosła do góry prawą rękę, jak zgłaszająca się do odpowiedzi uczennica. – Znacie go ledwo co i rzucacie wszystko, żeby z nim pojechać na wycieczkę? Co się tu dzieje?

Ally i Mary popatrzały na siebie, próbując wypchnąć siebie nawzajem jako rzecznika ich sprawy. Wygrała Ally, która wykorzystała przewagę kilku lat wychowywania dziecka.

– Wiesz, on słyszy ten głos… – wymamrotała Mary.

Głos? – Kathy nie wierzyła własnym uszom.

– Tak, głos… i on… tego… – już miała dojść do sedna sprawy, wyliczyć zostawione za nimi trupy, kiedy przerwał jej piskliwy krzyk Ally.

Pokazywała trzęsącą się ręką koszulkę Colina, która nagle zaczęła czerwienieć w okolicy serca.

– Jezu – jęknęła Kathy, zakrywając usta dłońmi.

Krew zaszła na plamę zostawioną przez wino. Wino i krew, krew i wino, zmieszane, walczące o każdy skrawek materiału.

Ally kucnęła przy Colinie i podwinęła jego koszulkę. Jej oczom ukazała się podłużna, cięta rana, przebiegająca skośnie od lewego obojczyka do miejsca pod lewym sutkiem.

– Gaza i bandaże! Szybko! – wrzasnęła Ally, zwracając się do Kathy.

Ta wykonała szybki ruch, jakby chciała pójść w trzech kierunkach jednocześnie.

– Łazienka – wybąkała wreszcie, jakby sama sobie musiała dać wskazówkę, gdzie szukać potrzebnych rzeczy.

– I rusz tę zgrabną dupę! – poleciało za nią.

Mary tymczasem przyjrzała się zdjętej już zupełnie koszulce.

– To jest bez sensu – powiedziała sama do siebie.

– Co? – nie odrywając wzroku od rany spytała Ally.

– Nie ma na niej żadnych śladów… żadnego przecięcia… nic…

– A ty myślałaś że co? Że pod naszą nieuwagę ktoś tu wlazł, ciachnął go po klacie i zwiał, zanim zdążyłyśmy się zorientować? Mam dla ciebie skarbie fatalną wiadomość, jego gdzieś wciągnęło i musi dostawać niezłe lanie. I nic na to nie poradzimy… Gdzie te cholerne bandaże?!

– Już! – odezwało się z łazienki. – Szukam odpowiednich…

– Weź wszystko i chodź tutaj! Nie ma czasu!

Pobladła twarz Colina wykrzywiła się w grymasie potwornego bólu, który Ally poczuła jak swój własny. Wróciły wspomnienia czuwania przy umierającym Samie, ciągłego strachu, że każdy następny dzień może być ostatnim, że któryś ostatnim będzie. I tej łamiącej serce świadomości, że on o wszystkim wiedział, rozumiał cienie pod jej oczami, przenikał zaciśnięte niemo usta, odczytywał westchnienia. I tej bezsilności, która zwielokrotniała cierpienie, dodając mu goryczy.

– Coś się stało? Wygląda jakoś… inaczej… – zapytała Kathy, rzucając na podłogę garść opatrunków.

– Nie wiem – odparła Ally, jej głos dochodzący z bardzo daleka, niemal z innego świata. – Wyglądam jak wróżka?

– Nie denerwuj się, wystarczy nam tutaj tych nerwów…

– Powiedziała, co wiedziała – mruknęła Ally i rozpakowała pierwszą gazę. – Lepiej mi pomóż.

– To będzie trzeba zaszyć – wtrąciła Mary. Bała się widoku krwi. Jeszcze w liceum chciała zostać pielęgniarką, ale wypadek jej kolegi, który rozbił swoją głowę o krawężnik, wykonując dość prostą ewolucję na deskorolce, sprawił, że wybrała karierę księgowej. Była dużo spokojniejsza. I nie trafiały się w niej niespodzianki w postaci tryskającej z głowy klienta ciepłej, czerwonej cieczy.

– Nie ma szans – stwierdziła sucho Ally. – Zresztą, on sam się nie zgodzi.

– O ile odzyska przytomność – powiedziała Kathy, a Mary i Ally obrzuciły ją nienawistnym spojrzeniem. To się nie mogło tak skończyć. Nie mogło.

55

Ból. Ostry, otrzeźwiający, przywracający poczucie rzeczywistości.

Jakiej rzeczywistości? Stał naprzeciwko faceta… Strażnika, poprawił się, który wyglądał, jakby go wyciągnięto z filmów z serii „Karate Kid”, dookoła ziały przepaście, migotały światełka, kamienna podłoga pojawiała się i znikała, a w rękach materializowały się noże, które od miana mieczy dzieliło najwyżej piętnaście centymetrów długości i trzy szerokości. Jakiej więc, kurwa, rzeczywistości?

Takiej, w której się krwawi, a pot śmiertelnego strachu spływa po plecach. Właśnie takiej. Innej nie ma. Walcz!

Walcz! Walczysz, bracie, o swoje życie.

A, zapomniał o głosie. Trzeba i jego dodać do listy elementów rzeczywistości: głos tłukący się po czaszce, przeciskający się do jej wnętrza nie jak Pan Bóg przykazał, przez uszy, lecz bez ich udziału, sobie tylko znanym sposobem. Telepatycznie, tele-jakośtam, obojętnie. W każdym razie, skutecznie.

Jeśli dalej uważasz, że to jedna wielka ściema, to na twoim miejscu bym się jeszcze zastanowił. Powodzenia.

– Wal się, frajerze, jak mówią moi uczniowie – zawołał Colin, jednocześnie do Głosu i nacierającego właśnie strażnika.

Coś dziwnego się stało. Strażnik wykonał ruch, jakby chciał trafić go w prawy bok, lecz w ostatniej chwili zmienił zdanie i zaatakował lewy. Colin był na to przygotowany. Sprawnie zablokował uderzenie i jeszcze mocno kopnął Strażnika w udo. Ten zatoczył się, odsunął na kilka kroków i przyjął postawę obronną.

– O, nie stary, tak się nie będziemy bawić. Albo atakujesz, albo biorę zabawki i idę do innej piaskownicy – powiedział Colin i wykonał gest, który podpatrzył w „Matriksie”.

Zanim Strażnik zdążył się ruszyć, Colin już wiedział, gdzie wyląduje cios. Szybko schylił się, a nad jego głową świsnął nóż Strażnika. Machnął swoim i na brzuchu Strażnika pojawiła się krwawa kreska, podobna do tej, którą ozdobił go on.

– Jeden-jeden, frajerze.

Teraz do ataku przeszedł Colin. Zasypał Strażnika całą serią mocnych, mierzonych ciosów, ale każdy z nich został sparowany bez najmniejszego wysiłku. Dźwięczały ostrza, świszczało przecinane powietrze, błyszczał kroplący się czołach pot. Strażnik był szybszy, niż się tego spodziewał Colin. Kilka uników, które zrobił, zachwiały równowagą Colina. Odzyskał ją jednak momentalnie i wrócił do defensywy, widząc w niej jedyną szansę.

Nie musiał długo czekać. Nóż Strażnika śmignął centymetr przed jego twarzą i to tylko dzięki temu, że zdążył zrobić krok wstecz. Na spoconych policzkach niemal poczuł zimną stal. Fala gorąca przetoczyła się przez jego ciało, lecz nie było czasu, by o tym nawet pomyśleć. Kolejny atak. Ostre pchnięcie wycelowane w prawy bok, tuż pod żebro. Zablokował go i spróbował skontrować. Bez skutku. Strażnik z łatwością odbił cios i sam odpowiedział. Czubek noża otarł się o udo Colina, rozdzierając jego szorty i zostawiając na skórze delikatną rysę.

Kurwa, pomyślał Colin. Muszę uważać.

Odskoczył. Pochylony spojrzał w oczy Strażnikowi. Były puste, ciemne, martwe. Nie zdradzały żadnych emocji. Nawet nie odbijały światła, upiornie matowe, ze źrenicą zlewającą się z tęczówką w jedną czarną plamę.

Pierdolony terminator. Trzeba ci zorganizować kąpiel w roztopionym żelazie. Ciekawe, jak to by ci się spodobało.

Teraz uniki wykonywał już automatycznie. Uskakiwał, pochylał się, obracał, blokował, odbijał, starając się odpowiadać własnymi akcjami, które jednak kończyły się zawsze tak samo: skuteczną obroną. Pat.

Jakbyśmy, kurwa, tańczyli w „Jeziorze Łabędzim”. Tylko baletek brakuje.

Nagle potknął się i upadł na plecy. Nie minęła sekunda, a Strażnik już na nim siedział, ostrze noża powoli, lecz nieubłaganie zbliżające się do gardła Colina. Wypuścił z ręki swój i obiema starał się zatrzymać rękę Strażnika. Ale ten okazał się silniejszy i centymetr po centymetrze pokonywał dzielący go od zwycięstwa dystans. Colin, widząc, że sekundy jego życia są policzone, zaczął się wiercić, szukając pozycji dogodnej do ataku. Wykorzystując to, że Strażnik nieco podniósł się, koncentrując swoją uwagę na gardle swojej ofiary, Colin wymierzył mu potężnego kopniaka kolanem w krocze. Żadnej reakcji. Nic.

Pieprzony eunuch czy co?, pomyślał, w rozpaczy odnajdując strzępki ironii. Zarżnięty przez faceta, który nawet nie miał jaj. To mi mogą napisać na nagrobku.

Ale jeszcze się nie poddał. Jeszcze nie stracił nadziei, że na nagrobku po słowie „wiek” będzie znajdowała się dużo wyższa liczba. Znowu podkurczył nogę, lecz tym razem zamiast kopnąć, użył jej jako dźwigni. Oparta między nogami Strażnika stopa wystrzeliła w górę i w bok. Strażnik potoczył się po podłodze i… zniknął.

Colin zerwał się, szukając wzrokiem swojego przeciwnika. Dopiero po chwili zauważył, że mocowali się tuż nad krawędzią. Nad krawędzią, której teraz trzymało się kurczowo dziesięć cienkich palców. To Strażnik, usiłujący podciągnąć się i wrócić na plac boju. Colin przyklęknął przy krawędzi i spojrzał w dół. Postać Strażnika, szara w mroku przepaści, przeraziła go swoją zimną determinacją.

– Pierdolić reguły walki – mruknął. – On pewnie zrobiłby to samo na moim miejscu.

Wstał i nadepnął na pierwszą szukającą oparcia dłoń. Pod podeszwą chrupnęła kość, ale palce dalej trzymały się krawędzi. Więcej: druga dłoń sięgnęła po kostkę Colina, który odskoczył i przeklął swoją nieostrożność. Cofnął się i nastąpił na porzucony wcześniej nóż. Tak. To było jakieś rozwiązanie. Niezbyt eleganckie, ale zawsze…

Podniósł swoją broń i mocno ścisnął jej rękojeść. Nie tracąc czasu na rozmyślania, podszedł do krawędzi. Wycelował w pobielałe kostki palców. Głęboki wdech. I uderzenie. Ostrze przeszło przez kości jakby to były cienkie, suche gałązki. Colin starał się nie widzieć krwi, która trysnęła z odciętych palców. Skoncentrował się na drugiej dłoni. I kilka uderzeń serca później, rozległ się drugi głuchy odgłos siekanego mięsa.

Dla odmiany, ciało Strażnika spadało w przepaść w absolutnej ciszy. Jeśli osiągnęło dno, jeśli jakiekolwiek dno istniało, Colin tego nie dosłyszał. Bokiem swoich tenisówek zrzucił pozostałości walki w ślad za Strażnikiem i odwrócił się w kierunku środka areny.

Rzeźnik z Trenton. Tak powinni mnie nazywać.

Nie będę się kłócić. Masz nerwy, bracie, masz nerwy. Ale to był dopiero pierwszy Strażnik, ten łatwiejszy. Drugi pojawi się niedługo. Na twoim miejscu prowadzenie samochodu zostawiłbym dziewczynom.

– I tak… – zaczął Colin, ale obraz przed jego oczami zafalował i zniknął.

56

– Zostaw w spokoju ten telefon! – wrzasnęła Ally.

– Zwariowałyście. Obie – powiedziała Kathy, odkładając jednak słuchawkę na widełki. – Jak on się wykrwawi, to nie miejcie do mnie pretensji. Ja umywam ręce.

Mary przeczesała czule palcami włosy Colina. Były sztywne, zlepione potem, przetłuszczone. Ona tego nie zauważała. Oddałaby wszystko, by mieć do takich pieszczot jeszcze wiele okazji.

– Kurwa – warknęła Ally. – Ten bandaż jest za krótki. Przydałoby się coś innego.

– Może potniemy jakieś prześcieradło? Widziałam na filmie… – zaproponowała Mary.

– Wiesz co? To nie taki głupi pomysł – powiedziała Ally. – Hej, skarbie, znajdź no jakieś czyste prześcieradło i nożyczki – zawołała do Kathy.

– A jakie? Mam z froty…

– Zwykłe, najzwyklejsze. Jeśli takie masz.

– Mam, nie bój się.

– No to na co czekasz? Przynieś je!

– Ile?

– Jedno powinno wystarczyć. Chyba, że chcesz z niego zrobić mumię…

– Możecie przestać? – Mary jęknęła, ukradkiem ocierając łzę z policzka.

Nie odpowiedziały. Kathy wyszła po prześcieradło, a Ally jeszcze raz poprawiła przesiąknięte krwią kawałki gazy.

– Białe?! – dobiegło z pokoju w głębi korytarza.

– Nie, niebieskie w zielone kwiatki. I koniecznie róże! – odkrzyknęła Ally, po czym dodała, widząc minę Mary: – Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać.

– Popatrz na jego udo!

Ally podwinęła prawą nogawkę szerokich szortów Colina i zobaczyły następną ranę, długą, lecz powierzchowną. W porównaniu z tą na jego piersi, było to właściwie zadrapanie.

– Tego na szczęście chyba nie trzeba opatrywać – powiedziała.

– Czego nie trzeba opatrywać? – w drzwiach pokoju pojawiła się Kathy. – O, kurwa, następna?

Wspólnie pocięły prześcieradło na szerokie pasy i ich grubą warstwą owinęły Colina. Przez jakiś czas podziwiały nieskazitelną biel nowego opatrunku. Ale wkrótce pierwsza czerwona plama pokazała się na powierzchni. A za nią kilka następnych.

– Słuchajcie, nawet jeśli uda nam się zatamować ten krwotok, to on nie będzie się mógł przez parę dni w ogóle ruszać. Na każdym kroku by sobie tą ranę odnawiał – powiedziała Mary, z niepokojem obserwująca przebieg sytuacji.

– Przecież wiesz, że nie może tu zostać. Rano wyjeżdżamy – odparła Ally. – Będzie musiał wytrzymać. Położymy go na tylnym siedzeniu… Jakoś to przeżyje.

Zapadła cisza, w którą wdarł się okrzyk Kathy:

– Budzi się!

Rzeczywiście, Colin otworzył oczy. A zaraz potem gwałtownie nabrał w płuca powietrza, jakby od dobrych kilku minut wstrzymywał oddech. Smakowało jak rozbity na atomy lód. Zakaszlał, przetarł oczy, w których pojawiły się nagle łzy. Rozejrzał się po pokoju. Niemal natychmiast na jego twarz wystąpił dziecinny uśmiech.

Spróbował wstać, ale powstrzymał go ból, który przeszył jego klatkę piersiową. Dotknął jej i zdziwił się, że została ciasno owinięta białym materiałem.

– Co jest? – spytał, opadając z powrotem na poduszkę.

– Zacząłeś krwawić, więc zrobiłyśmy ci opatrunek – odpowiedziała Ally.

Colin przypomniał sobie ranę, którą zadał mu swoim nożem Strażnik. Kurwa, pomyślał, gdyby coś mi obciął tam, to tutaj też byłbym trochę krótszy.

– Leż spokojnie, bo tylko pogorszysz sytuację – powiedziała Kathy. – To było paskudne cięcie.

– Jutro jedziemy, cokolwiek by się działo… Chyba, że chcesz mieć tu trzecią wojnę światową… To chociaż może przeniosę się na jakąś kanapę albo łóżko, co? Twardo trochę na tej podłodze…

– Ale ostrożnie – odparła Ally tonem, który wcześniej rezerwowała dla Sama. Tliła się w nim czułość, choć nie pozbawiona stanowczości. Jej recepta na idealne macierzyństwo: delikatnie, ale twardo. Dziecko musi wiedzieć, że jest kochane, ale też trzeba mu pokazać, kto tu rządzi.

Zgodnie z sugestią, Colin ostrożnie podniósł się do siadu. Spodziewał się tego ukłucia bólu, które rzuciło go ponownie na podłogę, a przynajmniej jego słabszej wersji. Nie poczuł jednak niczego. Bez problemu wstał i podszedł do kanapy.

– Dziwne – mruknął.

– Co? – zapytała Ally.

– Coś nie tak? – wtrąciła się Mary, od przebudzenia się Colina milcząco obgryzająca paznokcie. – Na pewno rana mu się powiększyła! Wiedziałam, że tak będzie!

– Nie – Colin potrząsnął głową.

– Popatrzcie na jego udo! – zawołała Kathy.

Wspomniane udo, częściowo odsłonięte przez podwiniętą nogawkę znalazło się w centrum zainteresowania.

– No i co? Przecież tam nic nie ma – powiedziała Ally, mrużąc oczy. – No, oprócz pieprzyka po lewej stronie. O to ci chodziło?

– Chodziło mi właśnie o to, że tam nic nie ma. A przecież przed chwilą miał tam zadrapanie!

Teraz Ally i Mary przypomniały sobie długą, cienką kreskę, która pojawiła się po głębokim cięciu na piersi Colina. Colin z kolei wspomniał czubek noża, który otarł się o niego, rozrywając jego szorty i zostawiając krwawy ślad pod nimi.

Teraz nic tam nie było.

– To niemożliwe – szepnęła Mary, dotykając mocno owłosionego uda Colina.

– Co robisz?! – krzyknęła do Colina Kathy.

Colin zabrał się do odwijania swojego opatrunku. Wkrótce poplamione pasy białego prześcieradła leżały na podłodze, na nich przesiąknięte krwią kawałki gazy. Dłonie Colina za to wędrowały po odsłoniętej skórze, na której nie było nawet śladu rany, przez którą cała ta krew wypłynęła.

– To niemożliwe – powtórzyła Mary.

– Cholerna racja – zgodziła się Kathy. – Niezła blizna – dodała, wskazując na jego lewy bok. Wcześniej jej nie zauważyła, bardziej zajęta tym, co domagało się jej uwagi.

– Dzięki.

57

– Kurwa, on może być teraz wszędzie – mruknął Rick i nalał sobie kawy z dzbanka.

Była szósta. Kathrine jeszcze spała, śmiertelnie zmęczona po kolejnej trudnej, poświęconej próbom odganiania niechcianych, okropnych obrazów. W swoim życiu widziała wiele różnych koszmarów, telewizyjne wiadomości dostarczały ich na bieżąco z godną lepszej sprawy determinacją. Ranni, poturbowani, poparzeni, pozbawieni członków… Mogła to znieść i znosiła bez większego wysiłku, uodporniona, znieczulona, obrosła ochronną skorupą, którą zaczyna się hodować na sobie od wczesnego dzieciństwa. Na widok oczu Marka jednak nic nie było ją w stanie przygotować. Malowało się w nich zeszklone na zawsze cierpienie, bezgraniczna, podążająca za nim w zaświaty rozpacz.

Za każdym razem, kiedy zamykała w ciemnym pokoju własne, widziała tamte. Nieruchome, nienaturalnie powiększone, wpatrzone w przestrzeń. W nią.

– Zjedz coś – powiedział Dustin, gryzący bez specjalnego smaku swoją kanapkę z szynką. – Bo się przewrócisz w nieodpowiednim momencie i znowu będę cię musiał wyciągać z kłopotów.

– Nie jestem głodny – odparł sucho Rick.

– Jak mama?

– A jak myślisz?

Dustin nie odpowiedział. Skoncentrował się na kanapce, którą zapijał sokiem pomarańczowym. Nawet jeśli mu nie smakowała, to chociaż pozwalała oderwać się od przygnębiających rozważań.

– Skurwiel nawet teraz niszczy naszą rodzinę – warknął Rick, patrząc w okno.

Wziął łyk czarnej, gorzkiej kawy. Jej ciepło rozlało się po całym ciele. Uwielbiał wczesne poranki, kiedy większość ludzi jeszcze spała, było cicho, a on mógł usiąść przy kuchennym stole z ulubionym kubkiem w dłoni i spokojnie ułożyć sobie resztę dnia. Bezimienny skurwiel, morderca bez twarzy i sumienia, zniszczył mu i to. Gdyby stanął teraz przed nim, zabiłby go gołymi rękami, wyrzucając przez okno wszelkie regulaminy, przepisy, kodeksy… Wyrzucając przez okno swoją przyszłość.

Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu. Szybko podniósł słuchawkę, bojąc się, że obudzi Kathrine.

– Travis, słucham.

– Panie poruczniku, chyba znaleźliśmy jego samochód.

Nie było potrzeby dodawania czyj konkretnie był ten samochód.

– Gdzie?

– W lesie na północ od Davie, przy drodze dojazdowej do FL-91. Brązowy Dodge, tak jak w opisie świadków…

– Już jadę.

Odłożył słuchawkę i wydał z siebie głośne westchnienie ulgi. Wreszcie coś się ruszyło! Wreszcie jakiś postęp!

– Co jest?

– Zbieraj się. Chyba znaleźli jego auto.

58

Colin nastawił budzik na szóstą trzydzieści. Obudził się jednak piętnaście minut wcześniej w ataku paniki, spotęgowanej jeszcze przez przebudzenie w obcym miejscu. Atak minął po niecałej minucie, kiedy przypomniał sobie, gdzie jest i co tu robi. Chowa się przed ostatnim etapem podróży.

Ubrał się w swoje – domagające się już prania – szorty i nową koszulkę, sprezentowaną mu przez Kathy. Zostawił ją jeden z jej byłych, najwyraźniej bardzo wysoki facet, bezgranicznie oddany black metalowi. Czerń sięgającej Colinowi do kolan koszulki zdobiło logo zespołu Cradle of Filth.

W kuchni włączył radio, nastawiając na wiadomości. Nic ciekawego. Karambol, napad na sklep monopolowy, przepychanki wokół kolejnej reformy systemu podatkowego. Jego uszy nauczyły się takie informacje traktować jako szum tła. Pojawiały się tak często, różniąc jedynie drobnymi szczegółami, że nie wzbudzały w nim żadnych emocji. Były częścią krajobrazu, jak graffiti na murach albo bezdomni w okolicy stacji Greyhounda. Mogły się nie podobać, ale dawno przestały mieć dla niego znaczenie. Jego skorupa była wyjątkowo gruba.

Po kilku minutach, zwabiona zapachem świeżej kawy, w kuchni pojawiła się Ally. W białym szlafroku wyglądała bardziej jak zjawa, niż człowiek z krwi i kości.

– Cześć – przywitała się. – Dobrze spałeś?

– Nie, a ty?

– Też nie. Ale chyba zdążyłam się już przyzwyczaić. Prawdę mówiąc, od czasu, kiedy dowiedziałam się, że Sam jest… był chory, nie udało mi się dobrze przespać nocy.

– Wiesz, co powiedziałby Tommy?

– Że przydałoby mi się porządne dymanko?

– Eee… nie… – Colin był zaskoczony jej bezpośredniością. Choć nie powinien. Bombardowała go nią już od samego początku ich znajomości.

– No to co?

– Że… eee… cholera, wyleciało mi. W każdym razie, twój tekst jest dużo lepszy. Tylko nie rzuć go czasami w barze pełnym facetów.

– Czemu?

– Bo jeszcze wzięliby go na serio.

– Czy to źle?

Na to Colin nie znalazł już odpowiedzi. Postanowił więc zmienić temat.

– Kawy?

– Pewnie. Czarna i gorzka. Jak moja przyszłość.

– A słyszałaś dowcip o trzech skinach i punku?

– Jak znam życie, to punk ma przejebane – rzuciła Ally. Uśmiechała się.

– Pewnie tak – powiedział Colin.

– No przecież miałeś opowiedzieć…

– Ja? Ja tylko spytałem, czy znasz…

– Fatalnie… Rozbudziłeś mój apetyt i co teraz?

– Wiesz, co by ci pomogło?

– Małe dymanko?

Roześmiali się oboje jednocześnie. Kuchnia nagle wydała się dużo jaśniejszym miejscem, mimo burzowych chmur tłoczących się za oknem i przysłaniających słońce.

Colin sięgnął po dzbanek i nalał do zdjętego z półki kubka. Podał go Ally, a ona natychmiast zanurzyła nos w oparach i zaciągnęła się nimi, jakby wąchała drogie, markowe wino. Co w jej przypadku było raczej porównaniem czysto teoretycznym, jako że najdroższe wino, jakie kiedykolwiek piła, kosztowało dziesięć dolarów za butelkę i przeciętny kiper nawet by na nie nie spojrzał.

– Wy to macie zdrowie – odezwała się Kathy, drepcząc ku nim i jednocześnie ziewając. Miała na sobie czarny, jedwabny szlafrok z rdzawymi, chińskimi symbolami nadrukowanymi bez widocznego porządku. Prawdopodobnie miał udawać kimono, ale Colin nie mógł mieć pewności. Z kimonami miał tyle do czynienia, co z Mercedesami.

– Ze śmietanką i cukrem? – zapytał Colin, sięgając po następny kubek.

– Ze śmietanką, bez cukru. Muszę trzymać linię.

– Jasne.

Otworzył lodówkę i znalazł w niej kartonik dietetycznej, odtłuszczonej śmietanki do kawy. Spojrzał na to pseudokimono opinające jej gibkie ciało i zastanowił się, na jaką to linię musiała uważać. Linię partii? Na jego męskie oko była jeszcze dziesięć funtów przed granicą ostrzegawczą, mogła sobie pobłażać dowoli, zwłaszcza przy takich drobiazgach jak doprawianie porannej kawy.

Podał jej gotowy napój z uprzejmością zawodowego barmana.

– Dla pani ze śmietanką i bez cukru. Smacznego.

– Och, co za obsługa. Muszę częściej wpadać do tej kawiarenki.

– Proszę o tym nie zapomnieć przy napiwkach – rzucił wesoło Colin.

Jako ostatnia przybłąkała się Mary, po koszmarnej nocy wypełnionej koszmarami wyglądała… tak… koszmarnie.

– Czarna i gorzka? – spytał Colin.

– Czytasz w moich myślach.

Nie minęło dwadzieścia sekund, a Mary już obejmowała palcami kubek gorącej kawy.

– Chcesz nam o tym opowiedzieć? – zapytała Ally, przybierając ton gospodyni telewizyjnego talk show.

– Śniło mi się, że dojechaliśmy do tego Wisconsin Dells, a tam czekała na nas banda wampirów, wilkołaków i innych takich…

– To chyba ten sen wyreżyserował ci Wes Craven – powiedziała Ally. – Uwielbiam go.

Zapadła cisza, przerywana jedynie odgłosami dmuchania, przełykania i stawiania kubków na blacie baru. No i kolejnymi przebojami granymi przez przykręcone radio.

– I co… wy tak jeździcie po tym kraju, bo jakiś głos pewnego pięknego dnia ci kazał? – ciszę przerwała Kathy, nienawykła do spędzania czasu w milczącym towarzystwie.

– Dokładnie. Sytuacja prawie jak z Kafki…

– Z Kafki? – zainteresowała się Ally. – A co to za ustrojostwo?

– Pisarz. Czeski. Właściwie to czeski Żyd, który pisał po niemiecku. Nieważne.

– No i co on takiego napisał?

– „Proces” na przykład.

– Chyba widziałam film… Faceta powołują do ławy przysięgłych, a on próbuje na tym zarobić i żąda od obu adwokatów po parę milionów dolarów za zmianę werdyktu… Całkiem niezły…

– To było na podstawie Grishama – sprostował Colin. – Kafka żył przed wojną.

– Aha… No to opowiesz, o co chodzi?

– Okej. Facet budzi się pewnego razu, a tu przychodzą jacyś kolesie i mówią mu że jest aresztowany. On się pyta, za co, a oni mu na to, że nie mogą mu tego powiedzieć. No i zaczyna się cała afera. Facet, nazywa się Józef K, łazi i usiłuje się czegoś dowiedzieć, próbuje jakoś oczyścić, ale wszyscy traktują go gorzej niż śmiecia.

– I jak to się kończy?

– Przychodzi do niego dwóch kolesi, wyprowadzają go na odludzie do jakiegoś kamieniołomu i zarzynają jak psa. Właśnie tego słowa użył, „jak pies”. A proces nawet nie zdążył się zacząć…

Colin napisał o Kafce pracę semestralną na drugim roku. Jako jeden z nadobowiązkowych przedmiotów wybrał literaturę europejską dwudziestego wieku. Wielu jego kolegów pukało się w głowę, ale on się tym nie przejmował, zaczytany Gombrowiczem, Camusem, Sartrem i Kafką właśnie. Praca przyniosła mu gromkie pochwały i została nawet opublikowana w jednym z numerów uczelnianych zeszytów naukowych.

– Fatalnie – powiedziała Ally. – Ale to jakiś chory smutas musiał być.

– Żebyś wiedziała. Nawet nie udało mu się żadnej powieści tak naprawdę skończyć. Wpadał w depresję i koniec. Po zawodach. Za życia opublikował tylko parę opowiadań. I umarł na gruźlicę w wieku czterdziestu jeden lat. Najzabawniejsze jest to, że ten cały jego pesymizm się sprawdził… w pewnym sensie… Cała jego rodzina i miłość jego życia zginęli w obozie koncentracyjnym podczas wojny…

– A znasz jakieś smutne historie? – spytała Kathy. – Tak w sam raz na tę porę dnia.

– Niestety. Same wesołe.

– To podgłoś chociaż radio.

Colin spełnił prośbę Kathy i przekręcił potencjometr w prawo. Kuchnię zalał rytm ostrego, rockowego numeru.

– To Green Day na przebudzenie – zawołał prezenter. – Mam nadzieję, że wszystkie śpiochy już wstały z łóżek. Poranek może nie zachęca do podskoków, ale my zaraz temu zaradzimy. Ale najpierw najnowszy komunikat policji. Pamiętacie jeszcze masakrę z Trenton, Floryda?

Colin, Ally, Mary i Kathy jak na komendę wstrzymali oddech.

– Coś się chyba ruszyło w śledztwie, bo policja poszukuje gościa o nazwisku Colin Mathers, lat trzydzieści, ciemne włosy, niebieskie oczy. Znak szczególny: blizna na wewnętrznej części dłoni. Uzbrojony i niebezpieczny, więc uważajcie, gdybyście go przez przypadek gdzieś zobaczyli. Nie zbliżać się, tylko łapać za telefon i dzwonić na najbliższy komisariat. Niech się nim zajmą profesjonaliści.

– O, kurwa – rzuciła Kathy.

– Fatalnie – zgodziła się Ally.

– Spadamy – podsumował Colin.

Mary tylko westchnęła. Spodziewała się tego. Takie koszmary, jak ten z ostatniej nocy, nie zjawiają się bez powodu. To są ostrzeżenia.

59

Rick zaparkował i wyskoczył z samochodu. Za nim podążył Dustin, podniecony niespodziewanym uśmiechem szczęścia. Przedarli się przez zarośla do wbitego w nie starego Dodge’a. Stało przy nim dwóch młodych mundurowych, niepewnych, jak się zachować.

– Porucznik Travis – Rick machnął odznaką. – Niczego nie dotykajcie. Ekipa techniczna jest już w drodze.

Mundurowi, nazwijmy ich Policjant Numer Jeden i Policjant Numer Dwa, posłusznie odsunęli się od wozu.

– Jak go znaleźliście? – zapytał Dustin.

– Zadzwonił jakiś turysta. Poszedł w krzaki się odlać i zobaczył samochód. Skojarzył go z naszym komunikatem i zadzwonił – odpowiedział Policjant Numer Jeden, wciskając kciuki za pasek spodni. To było najważniejsze wydarzenie jego krótkiej kariery. I był z niego dumny.

– Możecie już jechać. My się wszystkim zajmiemy – powiedział Rick, gasząc dumę Policjanta Numer Jeden. Kciuki za jego paskiem zwiędły jak długo nie podlewane kwiaty.

– Okej, chodź, Eddie, skoczymy do Dunkin’ Donuts i zawieziemy trochę chłopakom – odparł Policjant Numer Dwa, który znał swoje nieszczególne miejsce w szeregu.

Rick jednak nawet nie usłyszał tej spolegliwej odpowiedzi. Zajmowało go coś innego: pistolet leżący na podłodze samochodu.

– Dustin – syknął. – Wyciągaj aparat.

Tak! To było to! Ten wielki przełom w ich (choć oficjalnie nie ich – kapitan przydzielił kogoś innego, nie związanego ze sprawą) śledztwie. Na to właśnie czekał. Niepotrzebne mu były analizy balistyczne, wnioski wydawały się oczywiste: samochód, który widzieli świadkowie, porzucony, z bronią… Tylko dlaczego ją zostawił?

Jeśli długie lata w służbie czegokolwiek go nauczyły, to było to stawianie tego najgorszego z pytań: dlaczego? Kwestionował wszystko, nawet najlepiej pasujące do siebie fragmenty układanki. Zwłaszcza te, które pasowały do siebie aż za dobrze. Zawsze śmierdziało mu to manipulacją. Wolał pomęczyć się dłużej nad rozwiązywaniem łamigłówki, niż zadowolić się łatwym zakończeniem. Wychodził z założenia, że ludzie nie popełniają zbyt dużej ilości błędów. Chyba że ktoś im w tym pomaga… Ktoś zainteresowany rozwojem śledztwa w bardzo konkretnym kierunku…

Dlaczego więc zostawił broń w miejscu, w którym ktoś musiał ją w końcu znaleźć? Rick przyjrzał się samochodowi, obchodząc go powoli dookoła. I odpowiedź nasunęła się sama. Wgnieciony solidnie prawy bok. Wypadek. Bez słowa wyskoczył na ulicę i znalazł to, czego szukał: drzewo ze zdartą niedawno korą. Wypadek. Walnął w drzewo. Spanikował, zepchnął auto z drogi, złapał okazję i odjechał. I zapomniał o pistolecie.

Zastanowił się chwilę. Tak. Miał prawo zapomnieć. Może jest ranny?

– Tato – Dustin szarpnął go za rękaw.

– Co?

– Nie ma rejestracji.

– Co?

– Ktoś odkręcił tablice.

– Muszą tu gdzieś być – powiedział Rick. – Hej, wy dwaj! – zawołał do szykujących się do odjazdu mundurowych. – Chodźcie no tu!

Policjanci Numer Jeden i Dwa z wyraźną niechęcią wysiedli z radiowozu. Numer Jeden wręcz demonstracyjnie się ociągał, udając, że sprawdza coś w samochodzie. Gdy wreszcie dotarli do Ricka, ten już znajdował się na krawędzi swojej wytrzymałości nerwowej.

– Coś się stało, panie poruczniku – bezczelnie zapytał Numer Jeden, kąciki ust lekko uniesione. – Bo my na posterunek…

– Zamknij się. Ktoś odkręcił tablice rejestracyjne z podejrzanego auta – wyrażenia takie jak „podejrzane auto” wychodziły z ust Ricka bez zgrzytów, których przysporzyłyby one przeciętnemu lingwiście czy choćby miłośnikowi poprawnej angielszczyzny. Policyjny żargon tak mocno wgryzł się w jego język, że niemal już go nie zauważał. – Rozejrzyjcie się. Zwłaszcza w tych krzakach.

Numer Dwa chciał zaprotestować, ale mina Ricka sprawiła, że się rozmyślił. Nie chciał do końca życia być prostym krawężnikiem. A coś mówiło mu, że Rick mógł tak właśnie zakręcić jego ścieżką awansu, że jedyną promocją, na jaką mógłby liczyć, byłaby promocja na starszego krawężnika. Numer Jeden, dla odmiany, od początku nie miał zamiaru przeciwstawić się rozkazowi. Za to, gdy tylko Rick się odwrócił, wystawił swój środkowy palec. Nie dało mu takiej satysfakcji, jaką dałoby pokazanie palucha prosto w twarz, ale przynajmniej rozładowało część złości, która gromadziła się od dobrych kilku minut.

Rozdzielili się. Numer Jeden zajął się zaroślami po lewej stronie, Numer Dwa – po prawej. Rick z niesmakiem przyglądał się, z jak małym zaangażowaniem to robili. Właśnie dlatego, myślał, zrezygnowali z usług niewolników. Zero motywacji. Zamiast ruszyć dupy i coś porządnie zrobić, będą łazić, jakby nasrali w gacie i narzekać.

Zdecydował się sam zabrać za poszukiwania. Wybrał krzaki rosnące tuż przed rozbitym Dodgem i z zaciśniętymi zębami przedarł się przez nie na drugą stronę, by pracę zacząć stamtąd.

Tymczasem Dustin, w gumowych rękawiczkach, wrócił z aparatem. Starannie go nastawił, włączył lampę błyskową, zdjął pokrywę obiektywu i wykadrował pierwsze zdjęcie. Błysk flesza, dźwięk otwierającej i zamykającej się w ciągu jednej setnej sekundy migawki. Pierwsza klatka naświetlona, obraz niewielkiego pistoletu na negatywie. Po godzinach Dustin lubił wyjechać poza miasto ze swoim Rebelem 2000 i długim teleobiektywem Tamrona. Polował na ptaki, których w bagnistych okolicach Florydy nigdy nie brakowało. To był jego sposób na odizolowanie się od świata zdeformowanych zwłok, pastwiących się nad nimi szaleńców, kipiących nienawiścią dobrych chrześcijan i stałego poczucia zagrożenia. Polował. Ale podczas jego polowań nie lała się krew, nie rozchodziła się wkoło fala ogłuszającego hałasu, nie rozprzestrzeniał się pierwotny strach o życie. Nie zostawały po nich martwe ciała, tylko żywe obrazy, które umieszczał w albumach i okazjonalnie wysyłał na lokalne konkursy dla fotoamatorów. Raz nawet wygrał, a jego zdjęcie – zadowolony z siebie pelikan unoszący dziób ku słońcu – zostało zamieszczone w „Florida Foto Monthly”. Pstryk. Drugie, przy nieco krótszej ogniskowej, za to z kierownicą w kadrze. Dobrze. Będzie łatwiej rozpoznać, że to właśnie ten samochód…

Jakiś cierń otarł się o policzek Ricka i zostawił po sobie ślad w postać jasnoczerwonej kreski. Rick, pochłonięty swoim celem, nawet tego nie zauważył. Odgarniał gałęzie, zaglądał między nie, przedzierał się przez najgęstsze miejsca, zęby zaciskające się coraz mocniej. Gdyby świadkiem całej akcji był jego dentysta, dr Lambroggia, nie uniknąłby wykładu na temat kruchości szkliwa i wypełnień. Ale Rick – w stanie, w jakim się znajdował – prawdopodobnie nawet by go nie usłyszał. Przed oczami miał jeden przedmiot i wszystko inne ignorował. Tropił te tablice, jakby wyłącznie od nich zależał wynik śledztwa. Zapamiętał się w tym, dał się temu pochłonąć. Duszone przez ostatnie dni emocje w tym zahaczającym o szaleństwo poszukiwaniu znalazły swoje ujście. Znieczulały go na ból, dodawały energii, izolowały od reszty świata.

Po kilku minutach miotania się po zaroślach, jego wysiłek został wynagrodzony. Znalazł je, jedna obok drugiej, zawieszone tuż nad ziemią. Podniósł je bez słowa radości czy chociaż zwykłej satysfakcji. Wydostał się z gęstwiny i stanął przy Dustinie, który zdążył skończyć zdjęcia.

– Masz je? – zapytał Dustin, ale od razu stwierdził, że jego pytanie nie należało do najmądrzejszych. – Super – dodał pospiesznie, starając się ukryć zawstydzenie.

Jedno, co musi umieć każdy detektyw, uczył go ojciec, to wiedzieć, jak nie zadawać głupich pytań. Bo wbrew temu, co niektórzy sądzą, głupie pytania istnieją.

– Zawołaj młodych. Ja do nich nie mam siły.

– Hej! – krzyknął Dustin, usiłując przypomnieć sobie, jak ci dwaj się nazywali. Policjanci w mundurach zlewali mu się zawsze w jedną, przeciętnych rozmiarów i urody postać. No, powiedzmy, dwie. Dopuszczał też możliwość występowania odmiany żeńskiej, choć nieco rzadszej niż ta brzydsza. – Już je mamy!

Numer Jeden i Numer Dwa, mrucząc coś pod nosem, podeszli do nich.

– I co my mamy z nimi zrobić? – spytał Numer Dwa.

Dustin spojrzał na ojca. Ten kiwnął głową.

– Sprawdźcie w komputerze numery.

Numer Jeden wyciągnął ręce po tablice.

– A na wała ci całe tablice? – warknął Rick. – Nie zapamiętasz numerów?

Numer Jeden zrobił minę, która w jego mniemaniu miała odpowiadać wystawieniu środkowego palca i prowokacyjnym kiwnięciu nim. Dla Ricka wyglądała jednak efekt próby zrozumienia rachunku różniczkowego przez średnio rozwiniętego szympansa. Niezbyt inteligentnie.

– Jasne, że zapamiętam, co mam nie zapamiętać? Tak chciałem tylko obejrzeć z bliska…

– Dowód rzeczowy – padło w odpowiedzi. – Pospieszcie się. Zaraz tu będzie ekipa.

– Pójdę z nimi – zaproponował Dustin.

– Okej. Dobry pomysł.

Jeśli w ogóle to możliwe, Numer Jeden obraził się jeszcze bardziej. Poruszył nerwowo rzadkimi wąsikami i odwrócił się na pięcie. W myślach powtarzał numer rejestracyjny samochodu, bojąc się kompromitacji. Miał cichą nadzieję, że jego partner robił to samo. W końcu co dwie głowy, to nie jedna…

W radiowozie wszedł do systemu rejestracji pojazdów, wpisał w odpowiedni formularz numer z tablic (zastanawiając się mocno przy drugiej cyfrze) i dotarł do danych właściciela: Colin Mathers, zamieszkały w Trenton, Floryda…

– Zobacz, czy nie zgłosił kradzieży – polecił Dustin.

– Nic o tym nie ma – kilka sekund później odparł Numer Jeden.

– Dobrze. Bardzo dobrze. Mamy skurwiela.

60

– Pamiętaj, żadnych szaleństw na drodze. Jeśli będziemy jechać spokojnie, nie ma szans, żeby nas zatrzymali. Jedziemy w jednym z tysięcy samochodów, zwyczajnym Focusem zmierzającym na północ.

Mary przytaknęła, ale nie czuła się zbyt pewnie. Słowa Colina były rozsądne, logiczne, sensowne. Brakowało im jednak siły przekonywania.

– I nie świruj, jak zobaczysz gliniarzy – dodała Ally, której zdarzyło się za czasów szalonej młodości przewozić przez granicę stanu Georgia paczuszkę marihuany. Jeśli nie dasz im powodu do rewizji, to mogą ci naskoczyć, powiedział wtedy Harry. Spokój. Tylko spokój. Tym różnią się zawodowcy od amatorów. To, że ona wcale nie chciała zostać zawodowym szmuglerem narkotyków, nie było już tak istotne. Chodziło o to, żeby nie dać się złapać z towarem. Dotarli bezpiecznie, grając na nosie licznym patrolom i zasadzonym w różnych dziwnych miejscach panom z radarami. Potem popalali skręty przez dwa miesiące, organizując imprezy i bawiąc się na całego.

– Dobra, dobra, wiem. Nie musicie mi mówić.

– Może się zamienimy? – zaproponował Colin.

– Chyba żartujesz – powiedziała Ally. – Przecież ten głos wyraźnie ci powiedział, że niedługo znowu cię trafi i urwie ci się film. Nie wiem, jak ty, Mary, ale ja wolałabym, żeby on wtedy nie był za kółkiem. Zwłaszcza jeśli ja jestem pasażerem.

Jakby dla ilustracji tego, co mogłoby się stać, gdyby Colin prowadził samochód, na poboczu drogi pojawił się spalony wrak Forda Taurusa, jego kolor trudny do rozpoznania pod grubą warstwą sadzy. W przeszłości mógł być czerwony, ale pewności nie było.

– Zgadzam się – powiedziała Mary, wpatrując się we wrak.

– Patrz na drogę! – upomniała ją Ally, gdy niebezpiecznie zbliżyli się do jadącej po lewym pasie ciężarówki.

– Okej, okej, zagapiłam się, przepraszam – wybąkała Mary.

– Ile do tego Dells? – spytała Ally.

– Ponad czterysta mil… prawie siedem godzin – odparł Colin, który poprzedniego popołudnia zaopatrzył się w mapę stanów Missouri, Illinois i Wisconsin.

– Fatalnie… od siedzenia w tej cholernej puszce robią mi się już odciski na dupie.

– Przykleić ci plaster?

– Chciałbyś!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *