Zabawki diabła – Anna Kańtoch

ZabawkiO tym, że polska fantastyka stoi na bardzo wysokim poziomie nie muszę przekonywać żadnego jej fana. Naturalnie – Janusz Zajdel. Pilipiuk, Grzędowicz, Ziemkiewicz, Piekara, Pawlak, Pacyński, Siedlar, Ziemiński, Zimniak. Inglot, Sapkowski, Dukaj, Brzezińska, Dębski, Huberath, Białołęcka, Oramus, Kres, Jabłoński, Żerdziński, Kołodziejczak, Lewandowski, Wolski. Te nazwiska są niczym zaklęcia otwierające drzwi do innych światów.

Do tego parnasu dołączyła niedawno Anna Kańtoch, publikująca także pod pseudonimem: Anneke. Autorka debiutująca w 2004 roku opowiadaniem Diabeł na Wieży tam właśnie powołała do życia Domenica Jordana. W 2009 roku Kańtoch otrzymała nagrodę im. Janusza A. Zajdla za opowiadanie Światy Dantego.

Zabawki Diabła odsłaniają kotary tajemnic, którymi szczelnie zakryte było całe dzieciństwo Domenica w Diable na Wieży. To zbiór opowiadań przenoszący nas w momencie zwrócenia oczu na karty książki do Mandracourt w Okcytanii (mocno przypominającej XVII-wieczną Francję), roztapiając we mgłę świat, który jeszcze przed chwilą był naszym realem. Dowiadujemy się skąd ten, tu najważniejszy, młodszy z braci Jordanów (tak, bo ich jest dwóch) nosi na plecach wielkie blizny, i dlaczego to on zabił swego szalonego ojca, Alberta.

Ale za to do końca nie wiemy, co stało się z Ptasznikiem, pozornie tylko być może upośledzonym ulubieńcem Alberta, ani ze Strażnikiem Nocy, przerażającym, silnym patronem o niezwykłych mocach. Kim u licha jest teraz Linus Jordan, co dalej pocznie Veronica i co teraz będzie z piękną Alais, opętaną przez Boga i naznaczoną bezwarunkowym dobrem, jak inni opętani przez demony?

A Domenic? Domenic, Domenic. Wiele opowiadań, w każdym jest głównym bohaterem, i wciąż jest go mało. Domenic Jordan. Postać o tyleż fikcyjna, co realna. Znakomicie nakreślony portret psychologiczny, rozwijający się z każdą stroną, z każdym opowiadaniem. Domenic to chodząca sprzeczność, będąca jednocześnie świetnie przekładanym warstwami cech tortem, z których żadna nie miesza się z inną. Choć jego przeczucia nigdy go nie mylą, uważa je zbyt słabymi i ufa intelektowi. A przy tym Domenic to empir. Co jeszcze niezwyklejsze – empir, który nie odżegnuje się od filozoficznego racjonalizmu, i korzysta z idei oraz teorii jako wzmacniaczy. Lekarz, który z osobistych przyczyn zaczął zgłębiać i parać się demonologią. Istota mająca na co dzień do czynienia z magią, pozostaje bezpośrednio poza jej wpływem. Całości dopełnia jego zawsze zgodny z najnowszą modą czarny strój budzi powszechną dezaprobatę – ktoś noszący się nieprzerwanie na czarno jest przecież ekscentrykiem. Domenic, co częściowo można złożyć na karb jego złych stosunków z ojcem i traumatycznych przeżyć z wczesnej młodości, wydaje się być zimny i wyzbyty większości ciepłych emocji oraz miękkich uczuć. Przy niezłej znajomości psychologii jemu samemu brak empatii, a za czym jego relacje z kobietami są powierzchowne i krótkotrwałe. Sporo? A to zaledwie ułamek charakterystyki młodszego z braci Jordanów.

Na pewno znajdą się tacy, którzy będą usiłować osadzić Domenica w jakimś detektywistycznym schemacie. To się jednak nie uda. Błędne i niepotrzebne jest już samo założenie. Autorka tak lekko i płynnie nakreśla kreska po kresce tę tak bardzo złożoną postać, jakby był rysunkiem – jedynym i niepowtarzalnym – wynikłym ze szkicowania samej nieświadomości posługującej się palcami Pani Anny. Domenic ma swój modus operandi, ale z drugiej strony zaskakuje nie tylko nas, zaskakuje także autorkę, ale i sam siebie.

Zabawki… Ci, pozornie okaleczeni przez los, często pozostający narzędziem sił nadprzyrodzonych – zostali zatem w jakiś sposób wyróżnieni, jednak sami o tym nie wiedzą.  Im głębiej w książkę, z czytelnikiem także zaczyna dziać się coś dziwnego. Gdy już wydaje się nam, że możemy się uśmiechnąć wcześniej niż Domenic rozwikłując zagadkę składając w jedno wcześniejsze poszlaki, okazuje się coś dokładnie odwrotnego. Manipulacja idealna, na którą czytelnik godzi się z nie tylko chęcią, ale i radością, bo pozwala wniknąć bardzo głęboko.

Mechanizm fabuły jest jak doskonale nasmarowany gigantyczny szwajcarski zegar, nic nie umyka, a jakiekolwiek pozorne braki są zabiegami celowymi. Czytając czujemy jak napięcie narasta i napina się jak cięciwa znakomitego łuku. Bo Anna Kańtoch jest bez dwóch zdań wyśmienitą łuczniczką. Wypuszcza strzałę i trafia bezbłędnie w tę część tarczy naszych emocji, w którą ma trafić.

Język książki, to ona sama. Opowieści snute obrazami tworzonymi błyskawicznie przez nasze umysły w trakcie lektury. Sześć opowiadań, które czytając nie sposób oprzeć się przekonaniu, że duch Edgara Allana Poego unosi się nad kartami. Płynność i obrazowość sprawia, że książkę się odbiera, odczuwa, jak ponadczasowy, świetny cykl Poe według Cormana, sfilmowane nowele grozy.

U Kańtoch czerń jest jak aksamit w palcach, ciepła i miękka; stal zimna i brzęcząca, a z każdej karty wieje inaczej pachnący prąd powietrza. Anna Grzechnik stworzyła idealnie pasujące szkice do książki, dyskretne, ale bardzo szczegółowe, zaś okładka to dzieło Doroty Bylicy (podobnie jak okładka Diabła na Wieży), której ciemne kolory i sposób przedstawiania przypominają nieco malujących Flamandczyków, a w twarzach postaci odnajdujemy to, co potem odkrywamy w miarę lektury.

Gdy dotarłam do ostatniej strony wielokrotnie kartkowałam książkę od tyłu potrząsając nią jak uwielbiające słodycze dziecko potrząsa pustą torebką po karmelkach w nadziei, że wypadnie z niego jeszcze jeden smakołyk. Krzywiłam usta w podkówkę z niedowierzaniem, że to już, że niemożliwe, że się skończyło, i to w TAKIM momencie.

Ta książka jest wielogatunkowa. Wielowymiarowa, wielopłaszczyznowa. Na pewno nie jest jedynie dla fanów fantastyki. Wszelkie szufladkowanie robi jej wielką krzywdę. Jest dla ludzi pragnących wiedzieć i umieć odbierać więcej, uczyć się nowych pojęć, nowego spojrzenia na   nienazwane często własne emocje, które czytając – odkrywamy w sobie. To przede wszystkim świetnie skonstruowana i mądra książka, która posiada doskonałą cechę – jest bardzo ambitna choć czyta się ją lekko, wręcz czasem pochłania. I pozostawia nie tylko niedosyt, ale chce się ją czytać znowu i raz jeszcze… Ciekawe, dlaczego…

Izabella Karter

Autor: Anna Kańtoch

Tytuł: „Zabawki diabła”

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 472

Data wydania: 2009

0 thoughts on “Zabawki diabła – Anna Kańtoch

  1. …i co ja bym bez Pana zrobiła? (uśmiecha się) Już mi do tej wyliczanki zabrakło tchu, a i tak widać, nie udało się nie pominąć. A całkiem przemilczeć także nie można. Ot, Złoty Środek ma ze Złotym Graalem więcej wspólnego niż kolor i metafizykę:) Ciężko je znaleźć:))) Dzięki:)

  2. Ehh.. Isabelle. It’s been a long time :). Mam nadzieje, ze u Ciebie wszystko w porządku. Pewnie tego nawet nie przeczytasz, ale… zostawię ślad. Byś wiedziała, że ja pamiętam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *