Przeczucie

przeczucie

wiesz
wczoraj pod gilotynę poszły ostatnie jabłonie dziadka

od tego momentu coraz bliżej
do skoku w przepaść
zjeżdżania po śliskiej poręczy
lub wspinaczki na szczyty innych kolan
z których obcy rozciąga się widok

mimo zapewnień o tym że urośliśmy silni
o kilka rozmów i spotkań
postanowień w równoległych światach
których istnienia już domyślił się einstein

pewnego ranka
jedno z nas dłużej zostanie w łóżku

kawa identycznie jak teraz liźnie brzegi kubka
a przebudzony powyrywa z wierszy dedykacje

Hawdala

z lotu ptaka
samosiejki brodatych starców i dzieci
kobiety na drutach dziergają ciepłe ciała
za chwile wybuchnie pełne ładunków powietrze

nadajesz szeptem każdy stos ma czyjeś spopielone stopy
ołtarz kielich lepką krew
w pociągi wsiąka coraz więcej potu
ciasno układają się słowa modlitw

ostatnie ramię menory przetopione na broszki
teraz bóg nie będzie miał nas czym objąć

z ziemi
miasto gorączkuje od rana trzydzieści osiem
konwulsje tramwajów wstrząsają placem
obok uszczelniają oczy i uszy

wysiedleni z domów przymierzamy nowe miejsce
mówimy jednym głosem wielu ciał

poukładanych ciasno między ziarnami piachu
nie przesieją cierpliwe palce

w powietrzu tylko dym z włosów kadzidlany

Lou

zostawiamy spokojne kołyski domów
dzielimy jeden oddech jeden ruch dłoni
kiedy unosi zasłony i rozpędza cienie przedmiotów
sny obleka w ciała

lęgną się w niej jaszczurki wygrzane słońcem
śliskie języki wymarłych plemion
rzeki co mozolnie rzeźbią koryta

nawet kamienie ulegają namowom
tracąc ostrość krawędzi
kulą się w sobie bezbronne

odgrodzeni od niej nie znajdujemy powrotu
ze skalistych ścieżek
milczących spacerów między ścianami

znikamy jak kostki cukru zanurzane w herbacie

spotkanie

schodzę się z wami moi nieobecni
w migotaniach po zmierzchu
kiedy cienie wdrapują się na drzewa

żałuję że nie przynoszę nowoorleańskiej trąbki
co się wlecze smutno za trumną
ani słodkich kukurydzianych placków
by mrówki drążyły w nich korytarze

moje kroki tłumi ziemia
gdy wiatr rozwiewa was jak nasiona
każdego w inną aleję

pamięć wyznacza kolejne punkty
w których splatają się nici
lecz teraz

rozchodzę się z wami moi nieobecni
na czas jednego parzenia herbaty


poczekalnia dla ptaków

po martwym korytarzu dryfują łóżka
potrącane ciałami zaspanych salowych
ślady starych robinsonów znikają pod ścierką
w powietrzu lęgnie się mdły zapach mydła

nad ranem nadaliśmy ostatnich najsłabszych
zostały po nich tobołki z chlebem zwitki gazet
sterty niewypełnionych druków

miejsca co zabliźniają się szybko
galeriami głosów i obrazów
kopczykami złożonych w kostkę piżam

bywa że udaje się ich jeszcze przywołać
wskrzesić pod zimnymi słońcami lamp
lub uchwycić za cienkie przeguby nadgarstków
wcześniej czy później jednak odchodzą

podrywają się do lotu jak wypłoszone z parapetu

gniazdo ptasznika

pod powiekami drgają niecierpliwe oczy
czekają aż reszta karnie zbierze się do marszu
język przestanie zalegać na bezrobotnym
mięśnie wrócą z urlopu

aż jakiś od biedy gabriel ześlizgnie się po słomce
na sztywną od krochmalu pościel
zacznie łaskotać po nosie i trzeba będzie kichnąć
nawymyślać mu od łajdaków

żona wstanie z fotela by poprawić poduszkę
pod ciałem lekkim jak pusta papierośnica
nic nie drgnie
nie otworzy się z trzaskiem

w szyby okien znów zaczną uderzać skrzydła ptaków


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *