Wezwanie – część 6

61

Po pięciu godzinach jazdy przekroczyli granice zielonego stanu Wisconsin, gdzie krów więcej niż ludzi, a liczba młodych ludzi emigrujących do sąsiednich stanów przypomina tą z czasów wielkiego kryzysu. Zaczęły otaczać ich pola dojrzewającej kukurydzy, bezkresne łąki z pasącym się leniwie bydłem, senne miasteczka marzące o jakiejś spektakularnej katastrofie, która umieściłaby je na mapie. Z bezchmurnego nieba lał się żar, bez florydzkiej wilgotności powietrza, za to z wiejską bezpośredniością i nieustępliwością.

Pierwsza radiowóz wypatrzyła Ally. Stał częściowo zamaskowany przydrożnymi krzakami. Obok niego policjant z wycelowanym w przejeżdżające samochody pistoletem radaru.

– Jaki tu jest limit? – spytała Mary, zdejmując nogę z gazu.

– A skąd, cholera, ja mam wiedzieć? To ty prowadzisz! – odparła Ally.

– Ale ty jesteś pilotem, nie?

– Jak nas zatrzymają, to ja ci dam pilota!

– Spokój! – syknął Colin. – Nie ma co się szarpać. Po prostu jedziemy i czekamy, co się stanie.

– Jakby co, to się nie zatrzymujemy – powiedziała Ally. – Zwiejemy im bez problemu. Ta maszynka ma całkiem niezły silnik…

– Żadnego uciekania! – zawołał Colin. – Dells to małe miasteczko, nawet jeśli udałoby nam się uciec tutaj, to w mieście od razu by nas znaleźli.

– No to co? Mamy się zatrzymać i dać cię aresztować?

– Tego nie powiedziałem. Jakby był mandat, to zapłacisz, przeprosisz i jedziemy dalej. On może wcale mnie nie skojarzyć. Jesteśmy cholernie daleko od Florydy, praktycznie po drugiej stronie kraju… Myślisz, że każdy gliniarz w Ameryce ma w pamięci wyrytą moją facjatę?

– No, ci co oglądają telewizję, to mogą – mruknęła Ally. – Kurwa! Machnął, żebyśmy się zatrzymali.

Machnięciu towarzyszyło krótkie szczeknięcie syreny.

– Hamuj – powiedział Colin.

Mary z ociąganiem przeniosła stopę z pedału gazu na pedał hamulca. Zdążył jej się zamarzyć prawdziwy pościg, jak z telewizyjnych relacji na żywo, które czasem oglądała: szeroka, wcinająca się w piękny krajobraz autostrada, usuwające się z drogi auta, biało-czarne radiowozy z zapalonymi migaczami śmigające na złamanie karku za uciekającymi, krążące nad sceną helikoptery, niektóre policyjne, reszta należąca do przekazujących obraz sieci telewizyjnych, zawrotna prędkość rozwoju sytuacji. Tylko zwyczajowe zakończenie jej się nie podobało: śmierć uciekających – albo w wyniku wypadku, albo z rąk policjantów strzelających jak do dzikiej kaczki.

Stanęli na poboczu sto metrów za radarową zasadzką. Niedługo później podjechał do nich radiowóz, z którego wysiadł jeden z policjantów.

– Dokumenty proszę. Wie pani, z jaką pani jechała szybkością?

– Osiemdziesiąt? – odpowiedziała nieśmiało Mary, podając mu prawo jazdy i kartę wozu.

To wywołało na twarzy policjanta wątły uśmieszek.

– Osiemdziesiąt trzy – wycedził przez zęby. – A wie pani, jakie tu jest ograniczenie?

– Dziewięćdziesiąt?

– Ha… no cóż… – uśmieszek rozszerzył się nieco. – Tutaj akurat pierwsza pani odpowiedź pasowała. Osiemdziesiąt. Będzie mandat.

Schylił się i przyjrzał pozostałym pasażerom. Komicznie chuda kobieta na siedzeniu pasażera patrzyła na niego z nieskrywaną nienawiścią. W porządku. Do tego był już przyzwyczajony. Za to mężczyzna na tylnym siedzeniu nie patrzył na niego w ogóle. Ciekawe.

– Państwo przyjechali do Wisconsin w interesach czy dla przyjemności?

– Dla przyjemności – odparła Mary drżącym głosem.

– Z Georgii to szmat drogi… szmat drogi…

– Taka… wycieczka – odezwała się Ally. – Krajoznawcza.

– Mamy tu piękne krajobrazy – zgodził się policjant, wbijają wzrok w ciągle w unikającego go Colina. – A pana chyba skądś znam.

Temperatura krwi Colina zbliżyła się do zera.

– On wystąpił niedawno w „Milionerach” – powiedziała szybko Ally.

– Nie oglądam „Milionerów” – odparł policjant.

– Szkoda – Ally postanowiła pociągnąć wątek. – Co… Kevin doszedł aż do trzydziestu dwóch tysięcy i dopiero wtedy go skosili…

– Serio?

Policjant wręcz zmusił Colina, by spojrzał mu w twarz. Nie było wyjścia. Colin powoli odwrócił głowę do niego, pozwalając mu dokładnie przyjrzeć się jego czołu, nosowi, ustom, oczom.

Oczom.

Przybrały barwę głębokiego granatu, połyskując metalicznie jak dwie starannie wypolerowane kulki. Mary i Ally już znały ten kolor, wiedziały, co się działo, kiedy się pojawiał. Czekały.

– Jestem Kevin Morton z Atlanty. Jadę z przyjaciółmi do Madison na kilka dni na urlop. A ty stwierdziłeś, że takie lekkie przekroczenie prędkości obejdzie się bez mandatu…

– …obejdzie się bez mandatu…

– …i puścisz nas wolno z ostrzeżeniem. W porządku?

– W porządku…

Policjant wyprostował się, poprawił koszulę, wyprostował lekko przekrzywioną odznakę i poszedł do radiowozu.

– Puściłem ich z ostrzeżeniem – powiedział do drugiego policjanta. Jego głos brzmiał, jakby dochodził z drugiego pokoju.

– No dobra, skoro tak uważasz… Ale następni zapłacą, okej?

Brak odpowiedzi.

– Co ci jest? Jakoś dziwnie wyglądasz…

– Nic.

W Fordzie Focusie zapanowała atmosfera zmieszanej radości. Mary ciągle nie mogła uwierzyć, że udało im się wywinąć. Ally z kolei wręcz piała z zachwytu.

– Z takimi zdolnościami to moglibyśmy zrobić lepszą karierę niż Bonnie i Clyde.

– Coś się ze mną dzieje. Nie podoba mi się to – wyszeptał Colin.

– Co? Uratowałeś nam wszystkim tyłki i jeszcze narzekasz?

– To nie byłem ja… to znaczy… to byłem ja niby, ale… niby to było jak wtedy, kiedy opowiedziałem o wszystkim Mary, ale nie do końca… teraz przejąłem kontrolę nad tym facetem i nie wiem, jak… Inaczej… wiedziałem, jak to zrobić, ale nie wiedziałem, skąd… To trochę popieprzone. Poszedłem za instynktem.

– Może po prostu odkrywasz swoje wrodzone umiejętności? – rzuciła Mary i zapaliła silnik. Nie zamierzała czekać, aż tamci dwaj zmienią zdanie i jednak zdecydują się ich aresztować.

– Może. Niedługo wszystko się wyjaśni…

– Jasne. Już jesteśmy niedaleko.

– Słuchajcie… Najlepiej by było, żebyśmy się na miejscu rozdzielili. Wolałbym to załatwić sam…

– Przecież ten twój głos powiedział ci, że Mary ma być z tobą do końca – zauważyła Ally.

– Ale chyba miał na myśli miasto…

– A skąd ty nagle wiesz, co on miał na myśli? – zaprotestowała Mary.

– Właśnie – poparła ją Ally. – Zresztą, jesteśmy ka-tet, co nie? Znaczy siedzimy po uszy w tym samym gównie i ja nie zamierzam się zrywać w ostatnim momencie.

Bo i gdzie miałabym się zerwać?, pomyślała.

– Ja też – dodała Mary.

Colin spuścił głowę, przez którą przebiegały obrazki z jego dzieciństwa: jego poprzedni, jedyny ka-tet… jego znaczony krwią koniec… bieganina po przeznaczonych do wyburzenia budynkach… fałszywe poczucie bezpieczeństwa… kamienie świszczące koło uszu… mała trumna Tommy’ego… zniekształcona z rozpaczy twarz jego matki… skromny nagrobek na miejskim cmentarzu… oczy Amy, w których odbijała się jego wina…

– Wiecie, co się stało poprzednim razem…

– Tak – odpowiedziała Ally.

Mary tylko skinęła głową. Ona nie dostała tak szczegółowego opisu wydarzeń tamtego pamiętnego dnia, ale i streszczenie wywarło na niej ogromne wrażenie.

– I dalej chcecie…

– Pierdolenie w bambus – rzuciła Ally. – Pewnie, że chcemy. A ty myślisz, że po co tłuczemy się z tobą ponad tysiąc mil?

Nie odpowiedział. Za to podniósł głowę i Ally mogła zobaczyć jego policzki, po których spłynęło kilka łez.

– Oj, nie maż się, bo cię trzasnę. Nie ma nic gorszego niż beczący facet.

Colin wymusił na swoich ustach coś na kształt uśmiechu. Jego humor rzeczywiście się nieco poprawił. Znalazł się pod panowaniem królowej jego zmian.

– Trochę wrażliwości może – powiedziała Mary, biorąc w obronę Colina.

– Jemu to nie wrażliwość tylko porządne lanie jest potrzebne – odparła Ally. – Co nie, tygrysie?

– Byleby moja oprawczyni była odpowiednio apetyczna – ku zdziwieniu Mary odpowiedział Colin.

Zapanowała cisza. Mary skoncentrowała się na prowadzeniu, Ally wpatrzyła się w swojski krajobraz, Colin zaczął opracowywać plan działania. Wisconsin Dells zbliżało się coraz szybciej.

62

Policjant, który rozmawiał z Colinem (jeśli można to nazwać rozmową) gapił się bezmyślnie na przejeżdżające samochody, słuchając monotonnego buczenia klimatyzacji, które z trudnością rozróżniał od monotonnego buczenia swojego partnera. Nazywał się Martin Berserker i miał 28 lat, które przeżył bez jednej nagrody, wyróżnienia czy choćby pochwały. Był uosobieniem przeciętniactwa, ze średnim wzrostem, pospolitą twarzą, zwyczajną rodziną ze standardową dwójką dzieci i żoną, która nie wygrałaby konkursu piękności, ale i nie uchodziła za brzydulę. Świetnie wtapiał się w tłum, co uczyniłoby z niego całkiem niezłego detektywa, gdyby inne cechy, jak nie wykraczająca poza normę inteligencja, tego nie wykluczały.

Gapił się, auta przejeżdżały, partner buczał do wtóru z klimatyzacją. I – ni stąd, ni zowąd – poczuł, że coś mu się wymyka. Poprawił się na siedzeniu, rozejrzał dookoła, ale dziwne uczucie nie znikło. Jego partner, John Stamos, przerwał na moment swój monolog.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – spytał.

– Jasne, jasne, Anita ma okres i robi ci z dupy worek treningowy – powiedział Berserker. Wcale nie musiał słuchać. Tekst, który właśnie z siebie wyrzucił, streszczał dziewięćdziesiąt procent tego, z czego zwierzał się Stamos. Jeśliby zrekonstruować cykl menstruacyjny jego żony z jego opowieści o nim, pani Stamos znalazłaby się niechybnie w jakimś medycznym periodyku jako jedyne w swoim rodzaju kuriozum.

– Gadasz, jakby chodziło o zakupy w supermarkecie. A tu moje małżeństwo jest zagrożone!

– Twoje małżeństwo jest zagrożone mniej więcej od nocy poślubnej.

– A to moja wina, że jej stary po pijaku władował nam się do sypialni?

– Twoja, że dałeś mu po gębie…

Stamos podrapał się po głowie, co robił zawsze, gdy nie potrafił znaleźć odpowiedzi na czyjś argument.

– W każdym razie… nie jest dobrze…

– Na świecie ogólnie nie jest dobrze. I nigdy nie było. Po prostu trzeba się przyzwyczaić. I tyle.

– Taką masz dla mnie radę? Przyzwyczaić się?

– Słuchaj… – Berserker był zmęczony tą głupią rozmową, która w dodatku odciągała go od domagającego się rozwiązania problemu. Jego uczucie przybierało na sile i wymagało jego uwagi.

– Co?

– Czekaj… Nie odzywaj się przez chwilę… Coś mi się przypomina…

– Co ci się przypomina?

– Miałeś się nie odzywać!

– Przepraszam.

Berserker potrząsnął z rezygnacją głową i wysiadł z samochodu. Kojąca cisza pobocza ruchliwej autostrady. I eksplozja w jego głowie… ten facet… ten facet z Forda Focusa…

– Johnny! – wrzasnął przez otwarte do połowy okno w drzwiach radiowozu. – Ten koleś, którego niedawno zatrzymaliśmy! On jest poszukiwany! Właśnie sobie przypomniałem! Rzeźnik z Trenton!

Na dźwięk słynnego już w całych stanach pseudonimu, ukutego przez dziennikarzy brukowego „National Tattler” Stamos zamarł.

– Pierdolisz. Zatrzymałeś „Rzeźnika” i pozwoliłeś mu odjechać? Coś ci się zwidziało i tyle.

– Nie. To był on. Daj znać do centrali. To był on. Na pewno.

Martin Berserker stanął przed życiową szansą wyróżnienia się, wychylenia się z duszącego go cienia. I najzwyczajniej w świecie ją spieprzył. „Rzeźnik z Trenton” jechał spokojnie w towarzystwie dwóch kobiet w głąb stanu Wisconsin, gdzie zniknąć bez śladu bardzo łatwo, a policja, przyzwyczajona do sennej, niezbyt obfitującej w spektakularne przestępstwa rzeczywistości, niemrawa i obrosła tłuszczem.

63

Pierwsza znak witający przybyszów w Wisconsin Dells dojrzała Ally. „Wisconsin Dells, Population 2476”, mówił zielony znak.

– Jesteśmy! – zawołała radośnie. – Cześć, wieśniaki, miastowi przyjechali!

– Urocze – stwierdziła Mary. – Uważaj, bo jeszcze wyskoczą na nas z widłami.

Wbrew temu, co sądziła Ally, Dells było nowoczesnym, turystycznym miasteczkiem, które było w stanie przyjąć w ciągu sezonu do trzech milionów turystów, zabawić ich, przenocować i sprawić, że wcale nie tęsknili za urokami Chicago czy Milwaukie. Było tu wszystko, czego turysta mógł sobie zamarzyć: luksusowe apartamenty, ekskluzywne restauracje, salony gier, parki wodne, tory gokartowe, multipleks, kręgielnia, pola golfowe, przystań na rzece Wisconsin, muzeum figur woskowych, pokazy akrobatycznej jazdy na nartach wodnych, teatr i sala koncertowa. A dla mniej wymagających pozostawały jeszcze liczne fast foody, sklepy z tandetnymi pamiątkami i słodyczami. Nikt nie wyjeżdżał stamtąd niezadowolony czy choćby z uczuciem lekkiego niedosytu.

Szykuj się, bracie, zaraz się zacznie.

Colin nerwowo rozejrzał się na boki, jakby spodziewał się wreszcie zobaczyć właściciela nękającego go głosu. Zamiast tego poczuł ciężkość niemożliwą do pokonania powiek i zapadł się w ten inny, nieprawdziwy świat, świat w którym jego życie – a raczej życie jako takie – nie było więcej warte niż sterta liści późną jesienią.

– O, nie, nie znowu! – zawołała Mary, patrząc w lusterko wsteczne.

– Co? – Ally odwróciła się i zacisnęła usta. – Zjedź gdzieś na pobocze.

Zatrzymali się niecałe dwieście metrów za znakiem oznaczającym granicę miasta. Ally natychmiast przeskoczyła na tylne siedzenie i odpięła Colina z pasów. Następnie ułożyła go na plecach, podkładając mu pod głowę kocyk, który złożony w kostkę leżał pod tylną szybą.

– Co robimy? – spytała Mary, bardziej by nie dać się opanować lękowi, niż z przekonania, że Ally będzie miała jakiś świetny sposób na rozwiązanie problemu.

– To, co ostatnio. Siedzimy i czekamy, aż mu przejdzie.

Mary pochyliła się nad stężałą twarzą Colina i próbowała wyczytać z nich jakieś emocje. Wyglądał na spokojnego, śniącego o czymś rozkosznie obojętnym, jak stada owiec pasące się na zielonym stoku przy pięknej, słonecznej pogodzie.

– Zamknij drzwi. To pikanie doprowadza mnie do szału – powiedziała Ally.

Klęczała na podłodze, podobnie jak Mary, wpatrując się w Colina. Po chwili już siedziała na tylnym siedzeniu, z jego głową na swoich kolanach, jej dłoń czesząca delikatnie jego włosy, gładząca policzki.

Spryciara, pomyślała Mary, usiłując ułożyć się wygodniej. Przesunęła przedni fotel i oparła się o niego. Ręce zaplotła wokół podkurczonych nóg. Westchnęła. Nie było nawet pod ręką żadnych cukierków, żadnych batoników, żadnych ciastek, żeby osłodzić nieco to czekanie na nie wiadomo co.

– Mój kolega miał kiedyś wypadek – powiedziała cicho. – Jechaliśmy na koncert Pearl Jam do Orlando, bo bilety na ten w Atlancie były nie do zdobycia. No i na środku autostrady jakiś dupek zajechał nam drogę. Jeremy ostro skręcił, wpadł na barierkę, odbił się i zderzył z nadjeżdżającym na szybkim pasie czerwonym Cadillakiem. Jezu, ale ten facet był wściekły! Zatrzymał się na poboczu, wyskoczył z samochodu i już się szykował do walki, kiedy zobaczył, że Jeremy miał rozbitą głowę i był cały zalany krwią. To właściwie ja wykierowałam nas na pobocze… On stracił przytomność, ja złapałam za kierownicę i wdepnęłam w hamulec. Od razu zadzwoniliśmy po pogotowie, ale czekaliśmy w cholerę czasu. Mało tam nie umarłam ze strachu. To wyglądało jak teraz… Nic do roboty, tylko czekać i czekać… I czekać.

– A myślisz, że ja się w życiu nie naczekałam? – odparła Ally. – W poczekalniach w szpitalach. Przed badaniami, w trakcie badań, jak nie chcieli mnie wpuścić z Samem, po badaniach… wyniki były nieraz po paru godzinach… A w sumie to całe czekanie było czekaniem, aż Sam w końcu umrze i te dupki będą miały z nim spokój…

– Nie wiem, co ja zrobiłabym na twoim miejscu… To zbyt straszne, żeby w ogóle o tym mówić.

Ally uśmiechnęła się krzywo.

– Pieprzyć to. Przeszłość to przeszłość… Kurwa, ale to było głębokie – zaśmiała się. – Jeszcze zostanie ze mnie na starość jakiś filozof. Ally Plate, filozof. Nieźle brzmi, jak sądzisz?

– Super – Mary udało się wykrzesać z siebie resztki entuzjazmu. – Będziesz sobie musiała zrobić zdjęcie do encyklopedii.

– Dam im jakieś stare. Możesz mi wierzyć lub nie, ale kiedyś, jeszcze nie tak dawno, była ze mnie niezła dupa. Czekaj… mam tu nawet jakieś stare zdjęcie. Weź moją torebkę i wyciągnij portfel, co? Ja jestem unieruchomiona.

Mary spełniła jej prośbę. Niewielki, czarny, skórzany portfel trafił w kościste dłonie Ally. Ta otworzyła go i wyciągnęła z niego podniszczone, zagięte w kilku miejscach zdjęcie.

– Ten przystojniak obok mnie to Harry. Nasze pierwsze wakacje razem.

– Hej, wyglądałaś jak cheerleaderka! – zawołała zaskoczona Mary. Dziewczyna ze zdjęcia była śliczna, seksownie zaokrąglona w odpowiednich miejscach, bez śladu wyrytych zmartwieniami bruzd na czole i permanentnych cieni pod oczami. Tryskała życiem, zdrowiem, optymizmem.

– Byłam cheerleaderką. Całe dwa lata. Potem mi się znudziło. Wiesz, ciągle te… – urwała, bo coś stało się z Colinem.

Jego ciało zaczęło drżeć jak przy ataku padaczki. Otworzył oczy, intensywnie granatowe, niewidzące. Jego oddech stał się gwałtowny, łykał powietrze z łapczywością topielca, jednocześnie siniejąc. Żyły na jego czole i skroni powiększyły, wściekle pulsując.

– Co teraz? – jęknęła Mary.

– Nie mam pierdolonego pojęcia – mruknęła w odpowiedzi Ally. – Wierzysz w Boga?

– Tak jakby…

– To się módl.

64

Znajome, białe pomieszczenie. W zasadzie arena, brak tylko wiwatującej publiczności. Choć jakaś publiczność była, Colin czuł jej obecność, niewidzialne oczy wbite w niego, śledzące każdy jego ruch. Niech patrzą, na zdrowie. Byleby wyszedł z tego kompletny.

To chyba jakaś pieprzona poczekalnia, pomyślał. Jak w szpitalu. Tak samo czysto. Klinicznie czysto.

Masz rację. To jest poczekalnia. W pewnym sensie. Ale najważniejsze, co po niej.

Znowu on… Jezu, jak ja tęsknię za czasami, kiedy byłem w tym łbie jedynym mieszkańcem.

Słyszałem to.

I miałeś to usłyszeć.

Śmiech. Lubię cię coraz bardziej.

Chyba nie oczekujesz wzajemności?

Nie. Jeszcze nie. Nie interesuje cię, gdzie trafisz za chwilę? Nie pytasz…

Wychodzę z założenia, że i tak mi powiesz. Przecież po to się odezwałeś.

A może odezwałem się, żeby trochę cię podrażnić?

A jestem podrażniony?

Oj, bracie, bracie… Masz szczęście, że trafiłeś właśnie na mnie. Ktoś inny mógłby stracić cierpliwość i zrobiłby ci kuku.

Przynajmniej miałbym spokój.

Chyba nie o taki rodzaj spokoju ci chodzi?

Teraz jest mi już wszystko jedno.

Mam nadzieję, że tylko tak mówisz. Bo za chwilę trafisz w rączki Strażnika Numer Dwa. A on nie ma poczucia humoru i będziesz się musiał mocno wysilić, żeby wyjść z tego… kompletnym.

Przejdziesz do rzeczy? Bo robi się trochę nudno.

Au! To zabolało! Dobra. Nie chcesz sobie miło pokonwersować ze swoim niewidzialnym przyjacielem, to do konkretów. Następne pomieszczenie to taka… studnia życzeń. Tylko że na odwrót… Spełnia twoje najgorsze lęki… Wszystkie twoje najstraszniejsze koszmary staną się rzeczywistością… Będziesz wył ze strachu…

Pieprzony Pokój 101, co?

Nazwij to sobie, jak chcesz, mnie tam wszystko jedno. Okej, czas na mnie. Powodzenia, bracie. Jak to koleś wrzeszczał do swoich wojsk w „Aleksandrze”? Podbij swój strach, a podbijesz śmierć. Ładne. Bardzo ładne. I bardzo na miejscu. Ciao!

Pokój 101… Dystopie to był na studiach jego ulubiony temat. A Orwell – ulubiony autor. Na ironię zakrawał fakt, że w swojej krótkiej karierze nauczyciela w liceum zdążył już trzy razy zadać swoim uczniom esej pod tytułem „Mój prywatny Pokój 101”. Teraz miał się znaleźć w swoim… Jaki esej napisałby sam? Zaraz się przekona.

Zgasło światło, co specjalnie go nie zdziwiło. Ten efekt Strażnik wykorzystał już ostatnim razem. Za moment zapali się ponownie i wtedy…

– Kurwa mać! – wrzasnął.

W półmroku, który zastąpił całkowitą ciemność, zauważył tłoczące się wokół niego tysiące, dziesiątki, może nawet setki tysięcy pająków. Z przodu, ku niemu maszerowały domowe długonogi; grube, o krótkich, kosmatych odnóżach; osobniki wyglądające na krzyżówki dwóch pierwszych rodzajów. Z tyłu, jak generałowie, czaiły się kolosy: tarantule, ptaszniki, czarne wdowy. Colin miał wrażenie, że cała podłoga zaczęła chodzić, czołgać się, falować. Czarny dywan pokrywał coraz większą jej część, zostawiając Colinowi skromne koło, systematycznie pomniejszane.

Zrobiło mu się słabo. Zachwiał się, ale nie upadł. Jego usta wyschły, a twarz pokryły drobne kropelki potu. Pająki pokonały kolejne centymetry dzielącego je od niego dystansu. Znowu się zachwiał. Tym razem uniknął upadku w ostatniej chwili, ciężko stawiając lewą stopę tuż przed linią nacierających stawonogów. Linia załamała się, wycofując na odcinku odpowiadającym długości tenisówki Colina.

Postanowił przeprowadzić mały eksperyment. Niewiele miał do stracenia, zbliżające się do niego z tyłu pająki już prawie następowały mu na pięty.

Podniósł wysoko prawą nogę i z całej siły nią tupnął. Efekt był natychmiastowy: kilkucentymetrowy odwrót. Zacisnął zęby i powtórzył manewr, z podobnym skutkiem. Nadzieja na nowo wkroczyła w jego umysł.

– Wypierdalać, skurwiele. Ale już! Do budy! – wrzeszczał i tupiąc, przesuwał się w kierunku ściany, sądząc, że na tym właśnie polegała próba.

To było dobre. Naprawdę. Sam wymyślasz te teksty? „Do budy!” Ech, szkoda, że ja nie mam takich zdolności.

Ciebie to też dotyczy, skurwielu. Nie widzisz, że jestem zajęty?

No, no, no! Tylko bez wyzwisk! Zawsze możemy dogadać się kulturalnie, jak dwóch cywilizowanych facetów.

Spierdalaj!

Lepiej patrz, gdzie idziesz. Twoi najwięksi przyjaciele jakoś nie chcą się ruszyć.

Nie musiał wcale tego Colinowi mówić. Mur tarantul, ptaszników i innych dużych pająków nie reagował na coraz rozpaczliwsze tupnięcia. Wyglądało, jakby tylko przyglądały się całej akcji z lekko rozbawioną ciekawością, prawdziwi twardziele, których byle co nie przestraszy i którzy tylko czekają na szansę, by włączyć się do akcji.

– Kurwa!

Dobrze powiedziane. Tylko czy to przybliżyło cię choć trochę do rozwiązania problemu?

– Zamknij się!

Mogę się zamknąć, ale co by to zmieniło?

– Miałbym chwilę spokoju.

Colin dotarł do pierwszego szeregu kosmatych generałów. Zrezygnował z tupania, to było zbyt idiotyczne. Jeśli miał umrzeć, to przynajmniej zachowując resztki godności, nie wyglądając jak rozkapryszony szczeniak w trakcie typowego dla tego gatunku ataku szału, najczęściej spotykanego w supermarketach przy stoiskach z zabawkami i słodyczami. Przełknął ślinę, której w suchych ustach było zaskakująco dużo. Taki mały paradoks, w jakie życie Colina zdawało się ostatnio obfitować.

Cofając się, poczuł na pięcie dotyk zimnego odnóża. Coś w nim pękło. Na jego twarzy zarysowała się wściekłość, która zepchnęła strach tak głęboko, że nie wydawało się dziwne, że kiedykolwiek mógł nim kierować. Strząsnął intruza wspinającego się po jego łydce i potężnym kopnięciem zmiótł pierwszy szereg pająków. Efekt był natychmiastowy. Otworzyło się wąskie przejście między kolumnami ośmionogów. Co drugi krok musiał powtarzać operację, ale już raczej rutynowo, bez furii towarzyszącej pierwszemu razowi. Choć ta furia wciąż w nim drzemała, każąc mu przydeptywać maruderów, robiąc z nich lepkie, ciemne plamy na bieli podłogi.

Wreszcie ściana. I nic. Gładki, błyszczący kamień, ciągnący się w nieskończoność idealnego koła. Colin uderzył pięścią w tę litą skałę, nie wywołując jednak żadnego dźwięku. Zrezygnowany, oparł na niej głowę i zamknął oczy. Musiał pomyśleć.

Tak, musisz pomyśleć. Pomyśl.

Zamknij się.

Okej, już mnie nie ma.

Skoro… skoro pojawił się tutaj, przeszedł przez tę pierdoloną próbę, coś powinno się stać. Samo. Nie musiał chyba samemu znaleźć wyjścia? Walnąć łbem w ścianę i przebić się na drugą stronę? Ostatnio wszystko działo się samo. Jak w kolejce strachu, wyskakiwały kolejne koszmary, aż się dojechało do ostatniego i koniec wycieczki.

Odwrócił się i zobaczył, że pająki zniknęły, co do jednego. Zostały po nich tylko plamy na posadzce, obrzydliwe dowody ich istnienia. Colin pobiegł z powrotem na środek pomieszczenia. I, znajdując się w punkcie wyjścia, spojrzał w górę, na oślepiająco jasną kopułę.

– I co?! – wrzasnął. – I co dalej?!

Echo odbiło jego słowa, wyprane z emocji, suche, szkielety znaczeń, rozbite na pozbawione sensu głoski.

Przez głowę przeszła mu straszna myśl, że to właśnie ten koniec, tym razem został uwięziony, nie będzie następnej próby, tylko ta okrągła, kamienna sala, aż zdechnie z głodu, a jego ścierwo rozłoży się… gdziekolwiek będzie.

– No?! Tak się chcesz bawić?! Wyczekać mnie?!

Mam wrażenie, że mnie z kimś mylisz. To nie ja jestem reżyserem tego przedstawienia. Ja tylko patrzę. Jestem zwyczajnym widzem. Rozumiesz, popcorn, chipsy i cola.

– Jasne – odparł bezbarwnym głosem Colin.

Dlaczego mam wrażenie, że mi nie wierzysz?

Może masz paranoję? Colin zrezygnował z otwierania ust. Głos słyszał równie dobrze jego myśli, a dodatkowo w ten sposób pozbywał się tego upiornego echa.

Jak na człowieka w wyjątkowo gównianym położeniu, zachowujesz się jak chojrak.

Colin nie znalazł na to żadnej odpowiedzi. Rozejrzał się jeszcze raz po sali i usiadł na posadzce. Bijący od niej chłód pomagał mu zachować kontakt z rzeczywistością, nie odlecieć w jakieś dzikie fantazje, w których taplał się w nieprzyzwoitej szczęśliwości, trzymał w ramionach śmiejącą się dźwięcznie Eileen… Nie. To tylko marzenia. Nie da się w nie wciągnąć, choćby prawda była taka, że skończyć w tym obcym, martwym miejscu, w absolutnej samotności, z dala od przyjaciół, kolegów, znajomych…

A może to jest właśnie ta następna próba? Mój kolejny fragment Pokoju 101?

Kiedy był małym chłopcem, zobaczył na ilustracji w jednej z historycznych książek zawieszoną na drzewie klatkę, w której uwięziony był skazany na śmierć głodową człowiek. W błagalnym geście wyciągał on między prętami klatki kościstą rękę, jego zapadłe policzki i wystające oczy wyrażające trudne do wyobrażenia cierpienie. Seria koszmarów, która prześladowała go przez kilka następnych tygodni, sprawiła, że dostał szlaban na książki z drastycznymi rycinami. Do których zresztą wrócił, jako zainteresowany historią średniowieczną nastolatek.

Oj, coś mi się wydaje, że to nie to.

Jak nie to, to co? Colin zerwał się z posadzki i rozejrzał dookoła. Sytuacja bez zmian. Pustka. Zewsząd gładkie krawędzie, ani szczeliny w zasięgu wzroku. Jakby sala była wycięta z jednego skalnego bloku, narzędziem o przerażającej precyzji i ostrości, przez kogoś (coś?) z obsesją na punkcie geometrii. Może to był jakiś oszalały matematyk? Colin serdecznie nienawidził matematyków, choć sam przedmiot – przy swoim pracującym w niezwykle logiczny sposób umyśle – nigdy nie sprawiał mu trudności. Co innego nauczyciele parający się tą dziedziną. Z nimi darł koty odkąd skończył dziesięć lat. Ich skrzętność, ścisłość, uwielbienie dla porządku irytowało go, działało jak płachta na byka. Miał ochotę połamać im wszystkim te ich wypielęgnowane linijki, ekierki i cyrkle, kazać rysować od ręki, łapać kąty proste na oko, mierzyć odcinki z marginesem błędów magicznego „około”, korzystać z ich zaszczutego wyczucia. Chciał wprowadzać w ich równania niewiadome nie dające się wyprowadzić, skrócić ani wyciągnąć poza nawias; niewiadome niepewności, chaos skoncentrowany w pojedynczych literkach, zatruwający sterylność układu, zakażający go wirusem życia. Marzył o utopieniu ich w sosie literatury.

Bo tym właśnie była dla niego literatura: skondensowanym życiem, ze wszystkimi jego brudami, przypadkowością, bezsensem, nielogicznością. I ucieczką, życiem zastępczym, kiedy to pierwsze stawało się nie do zniesienia, kiedy Eileen wracała i przesłaniała sobą całą, w jej obecności nieważną, resztę. Ten grząski grunt dawał mu oparcie, kiedy ten solidny, rzeczywisty okazywał się śmiertelną pułapką.

Ale też sama Eileen nie zepchnęła go w tę stronę, nie zmusiła do chwytania się akurat tego koła ratunkowego. Łapał je już ledwie umiejąc czytać, uciekając w towarzystwo Kubusia Puchatka, Prosiaczka, Królika i bandy. Później zmienił się tylko poziom wyrafinowania lektur. Horrory, fantasy, realizm, naturalizm, symbolizm, dystopie, postmodernistyczne eksperymenty. Jedną z najdłuższych ucieczek przeżył po wypadku Tommiego. Wtedy otworzył się przed nim okrutny świat Stephena Kinga, z jego ociekającymi krwią historiami, mrocznymi bohaterami i często dwuznacznymi zakończeniami. Właściwie z fascynacji Kingiem nigdy nie wyrósł, ku dezaprobacie wykładowców na uczelni i znaczących uśmieszków kolegów z roku. Mógł wgryzać się w Faulknera, Melville’a albo Joyce’a, ale w pobliżu zawsze leżał jakiś tom „Mrocznej Wieży” albo ulubiona „Zielona Mila”.

– Jest tu kto? Jest tu, kurwa, kto?! – zawołał, a echo, ścinając jego pytanie do krótkiego „kto”, zaatakowało go ze wszystkich stron naraz.

No przecież jestem, nigdzie się nie ruszam.

– Nie ty!

W bezsilnej złości Colin machnął z całej siły ręką, aż powietrze świsnęło między jego palcami. Stracił równowagę. Runął na prawy bok.

Nie poczuł jednak zetknięcia z twardą posadzką. Zanim zdążył do niej dolecieć, zmieniła się w powierzchnię wody. Słonej, co Colina uderzyło od razu, wybijając go we wspomnienie pewnego letniego popołudnia, które raz na zawsze zmieniło jego stosunek do kąpieli w morzu.

65

Upał, trzydzieści dziewięć stopni w cieniu, nie przynoszący ulgi, gorący wiatr, piaszczysta, zapełniona ludźmi plaża. Jedenastoletni Colin przygląda się opalającym na różowy brąz turystom, chłonącym promienie słoneczne bez obawy o stan przypiekanej systematycznie skóry. Dziura ozonowa nie jest jeszcze traktowana jako realne zagrożenie, a czerniak – jako świetny straszak na dzieci. Można w błogiej nieświadomości rozłożyć się wygodnie i pozwolić naturalnym pigmentom wykonać swoją robotę.

Colin prześlizguje się oczami po ledwie przykrytych odważnymi bikini młodych, kobiecych ciałach. Z jakiegoś, skrywającego się w odmętach jego nieświadomości, powodu, sprawia mu to przyjemność. Wystające biusty, płaskie brzuchy, zaokrąglone i podkreślone wcięciem talii pośladki. To nowy teren, całkiem nowe doznania. Przeczucie dorosłości. Każdy fragment, nieopatrznie wyeksponowany przy przewracaniu się z placów na brzuch i z powrotem, posyła wzdłuż jego kręgosłupa miły dreszcz, zarumienia policzki, rozgrzewa martwą do tej pory maszynerię zasłoniętą skromnie czarnymi kąpielówkami. I dobrze, że czarnymi, bo opinają go coraz ciaśniej. A nie powinny, nie przy ludziach, tyle podpowiada mu intuicja.

– Colin!

Mama. Mama widzi wszystko.

– Co?

Uwaga odwrócona od ponętnych plażowiczek, natychmiastowa ulga.

– Idź trochę popływać, nie siedź tyle na słońcu, to niezdrowe.

Pływać. Łatwo jej powiedzieć. Przecież on nie umie pływać. I już się nie nauczy, nie po ostatnim razie z wujkiem Haroldem na basenie w Miami. Jedni to mają, inni – nie, powiedział, gdy udało mu się wydostać na brzeg. Wierzył w to wtedy i wierzy w to teraz. Woda to nie jego żywioł.

Wchodzi po pas w ciepłe, morskie fale. Dalej nie pójdzie, choćby dawali mu za to połowę zapasu lodów stanu Floryda. No, wtedy może by się zastanowił. Ale tylko zastanowił. Nikt jeszcze nie widział, żeby topielcowi smakowały lody.

Odwraca się przodem do plaży. Teraz nikt nie zabroni mu patrzeć. Patrzeć i podziwiać. I być wdzięcznym modzie, która nakazywała zakładanie tych seksownych, skąpych kostiumów kąpielowych i zachęcała do noszenia się w kolorze mlecznej czekolady. Piękna moda, piękne czasy i piękne dziewczyny z czekającymi na nie za rogiem kłopotami dermatologicznymi.

Cofa się nieco, a woda sięga mu do piersi. Dno jest w tym miejscu bardziej strome, ale on zapatrzony w opalające się zjawiska tego nie dostrzega. Kolejna stopa w tył. Morze jest wyjątkowo ciepłe, przy powierzchni zbliża się do temperatury ciała, staje wręcz trudne do odróżnienia od powietrza. I podstępnie wspina się wyżej i wyżej, aż po szyję zafascynowanego kobiecymi wdziękami jedenastolatka.

Kamień pod lewą stopą wyrywa go z otępienia. Ale jest już za późno. Traci kontrolę nad swoimi ruchami, fale kołyszą nim w przód i w tył, według własnego upodobania. I spychają w kierunku głębi. Jeszcze chwila i woda zalewa jego usta, jej słony smak rozlewa się w jego świadomości, opanowuje ją całkowicie. Jest tylko on. Wszędzie. Colin odbija się od dna, wypręża i wydaje z siebie okrzyk, jedno rozpaczliwe, zrozumiałe na wszystkich kontynentach słowo:

– Mamo!

I znika pod powierzchnią. Słyszy tylko ciągły, niski szum, piekące oczy pokazują zamazany, przytłumiony obraz, w którym promienie słońca wyglądają, jakby gniły w obrzydliwym sosie, w którym on miał zakończyć swoje życie. Miota się, bije rękami, dopóki starcza mu sił. Ale one szybko umykają, a światło gaśnie. Morska zieleń zmienia się w głęboki granat, potem w czerń. Z nią przychodzi spokój.

Aż światło pojawia się znowu, agresywne, boleśnie kąśliwe, wszechogarniające. Colin kaszle, wypluwa to, co dostało się do jego płuc, ale nie potrafi pozbyć się tego obrzydliwego smaku, który kojarzy mu się tylko ze śmiercią. Zaczyna widzieć normalnie. Otaczają go zatroskane twarze dorosłych, najbliżej znajdują się twarze rodziców i ratownika w jaskrawych kąpielówkach.

– Będzie żył – mówi ratownik, uśmiechając się mlecznobiałymi zębami i szaroniebieskimi oczami.

Na twarz Colina kapią łzy. To mama, w kleszczach ulgi i poczucia winy. Z całej siły chce objąć wymykającego się jej w dorosłość syna. Dotyka jednak tylko jego ramienia i pomaga mu się podnieść. Miękkie nogi Colina z trudem pozwalają mu dojść do ich leżaka, gdzie kładzie się i przymyka oczy. Ogarnia go czerwień prześwietlonych słońcem powiek. Odpływa w tę czerwień, coraz cieplejszą i przyjemniejszą.

Niedaleko szumi morze, miarowo głaszcząc piasek plaży, wołają mewy, hałasują zaabsorbowani swoimi sprawami turyści. Życie, w porę wyciągnięte z objęć słonej wody, toczy się dalej.

66

Miotał się, szarpiąc, machając bezładnie rękami i nogami. I tym samym zanurzając głębiej i głębiej. Jedna myśl, nie umiem pływać, nie umiem pływać, nie umiem pływać, powtarzana w nieskończoność tłukła się po jego głowie. Nie umiem pływać. Światło powoli oddalało się gdzieś w górze. Być może znowu więdło, słuchając tajemniczego Strażnika, być może działały zwykłe prawa fizyki, każące tracić mu na sile wprost proporcjonalnie do kwadratu odległości od źródła… Nie. Pierdolić powody. Było coraz ciemniej. I koniec. Ważne…

Ważne było, jak wydostać się na powierzchnie. Colin zmusił się do zatrzymania pracujących wściekle rąk. Lepiej. Dużo lepiej. Buty. Trzeba pozbyć się butów. Zsunął swoje tenisówki, które natychmiast popłynęły, kołysząc się lekko na boki w kierunku dna. Przestał opadać. Ale i nie znalazł się ani centymetr bliżej powierzchni. Myśl, durniu, myśl! Tlen zaraz się skończy i napijesz się za wszystkie czasy. Aż pękniesz.

Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Znaczy się, topielca, który pękł od wypitej wody.

Colin odruchowo machnął ręką na te nieproszone, cudze myśli. Nie potrzebował tego, teraz bardziej niż kiedykolwiek. Ruch przesunął go dalsze kilkanaście centymetrów, jednocześnie w bok i w dół. Znieruchomiał jednak znowu i zatrzymał się, zawieszony gdzieś pomiędzy dnem a powierzchnią, w bardzo niewygodnym położeniu, przynajmniej dla kogoś nie posiadającego skrzeli. Czas… Ważny był czas. Ile mogło upłynąć od ostatniego oddechu? Pół minuty? Co najmniej. Ból w płucach, powoli dający o sobie znać, z doskonałym skutkiem zastępował czasomierz.

Nagle przyszedł mu do głowy pomysł tak zwariowany, że z miejsca stwierdził, że w tym szalonym miejscu musi zadziałać.

Zamknął oczy. Wyobraził sobie, że jest bańką powietrza, zamkniętą na dnie oceanu. Bańka przez chwilę siłowała się z trzymającym ją kawałkiem plastikowej folii. Wreszcie znalazła słaby punkt, przy zgrzewce dwóch fragmentów i wydostała się na zewnątrz. Siła ciśnienia zaczęła ją wypychać coraz wyżej i wyżej, z prędkością, która rosła z każdą sekundą. Ryby, kałamarnice, jeżowce i inne morskie stworzenia rozmazały się w jedną niebiesko-zieloną plamę. A ona wciąż przyspieszała, pędząc ku światłu królującemu na powietrzu. Bliżej i bliżej. Aż w wielkim wybuchu złączyła się z powietrzem ponad falami oceanu i w nim rozpłynęła.

Colin poczuł wokół siebie ruch, zrazu delikatny, potem wyraźniejszy. Unosił się. Tak! Unosił się! Płuca zmienione w dwa pęcherze sprężonego bólu, ale gotowe eksplodować w okrzyku radości. Byle tego nie spieprzyć, jeszcze trochę, żadnych machnięć, żadnego wierzgania, był bańką powietrza zmierzającą w kierunku wolności. I koniec.

Ale wcale nie. Niespodziewanie otarła się o niego duża, przypominająca delfina, ryba. I cała koncetracja ulotniła się bez śladu. Dwa metry pod powierzchnią mętnej, zielonkawej, słonej wody znowu zmienił się w miotający się bezmyślnie worek mięśni.

67

Wujek Harold patrzy, nie przejawiając najmniejszej odrobiny zrozumienia.

– Jak to: nie umiesz pływać? – pyta, podnosząc brwi tak wysoko, że jego i normalnie niskie czoło prawie znika.

Colin wbija wzrok w wyłożoną kolorowymi kamieniami ścieżkę w ogrodzie wujka. Nie ma odwagi spojrzeć mu w oczy. Wstyd rozkwita na jego dziecinnych, pucułowatych policzkach. Ma na sobie błękitne kąpielówki, które na tę okazję kupiła mama, wbrew jego stanowczym protestom. Bardziej podobały mu się czarne.

– No… nie umiem… – bąka, bliski łez.

– Zaraz coś na to poradzimy. Weź to – rzuca Colinowi dziecinne, plastikowe koło ratunkowe. – I wskakuj. Zaraz cię nauczę.

Z ociąganiem, Colin schodzi po schodkach do wypełnionego śmierdzącą chlorem wodą basenu. Ostrożnie kładzie na jej powierzchni swoje koło i spogląda błagalnie na wujka Harolda. Nie odnajduje jednak w nim nawet śladu wahania. Chwyta więc koło i zanurza się.

– Dobrze – komentuje wujek. – Nogi swobodnie, nikt nie próbuje cię zabić! I pracuj nimi! Tak, dobrze. Równo, miarowo, lewa, prawa… Nie trzymaj tego koła tak kurczowo, bo jeszcze pęknie! Teraz na drugi koniec. O, widzisz, jakie to łatwe. I było czego się bać?

Colin chce krzyczeć, że z kołem, to on się nigdy nie bał pływać, to potrafi każdy głupi. Ale intensywne spojrzenie wujka Harolda powstrzymuje go. Te krzaczaste brwi i niemal czarne oczy zawsze działały na niego onieśmielająco.

– Coś taki cichy? Jeszcze ze dwie rundki i spróbujemy czegoś innego.

Wzdychając tak, żeby wujek tego nie usłyszał, Colin odbija się od ścianki basenu i dopływa do przeciwległej, by po chwili zrobić to samo po drugiej stronie. Zatrzymuje się przy tej, nad którą stoi zwalista postać wujka Harolda. Pomalowane na niebiesko dno jest jakieś dwa metry pod nim, faluje delikatnie. Colin ma już dość tej obrzydliwej wody, która drażni jego oczy i nos, jest zmęczony bezsensownym machaniem nogami. Przede wszystkim jednak dołuje go głęboka niewiara w jakiekolwiek powodzenie lekcji. Czeka na jej koniec, modli się o niego, ściskając jedyną rzecz, która utrzymuje go na powierzchni, chroni przed utonięciem.

Rzecz, którą pochylony nad Colinem wujek Harold mocnym szarpnięciem wyrywa mu z rąk.

– Jesteś już gotowy, dopłyń do brzegu bez tego dziadostwa! Spokojnie! – wujek Harold się śmieje! – Nie bij piany! Nie robisz bezów!

Colin nie słucha. Uderza rękoma w powierzchnię wody najmocniej, jak potrafi. Zachłystuje się nią. Nie słyszy dobrych rad wujka, wypełnia go jeden, oczywisty cel: dostać się do przymocowanej do ściany basenu chromowanej drabinki.

I udaje mu się to. Wychodzi po niej na zewnątrz i rzuca się na ziemię, dysząc ciężko, próbując uspokoić rozszalałe serce.

– Całkiem nieźle, całkiem nieźle. Jak na pierwszą lekcję. Ale zapomniałeś o nogach. I za gwałtownie to wszystko, ruchy muszą być płynne. Przypatrz się rybom, jak one to robią… Koordynacja ruchów to jest klucz do sukcesu. Nogi, ręce, wszystko razem, jak w maszynie… – wujek wpada w trenerski monolog. Nigdy nie miał dzieci, mimo usilnych prób. I dziesiątki lat skumulowanych pouczeń znajdują swoje ujście.

Bez słowa Colin podnosi się i odchodzi. Pierwsza lekcja będzie ostatnią.

68

Spokojnie! Płynnie! Nie rzucaj się tak!

Znieruchomiał na sekundę, po czym powoli, ostrożnie, trzymając je przy ciele, podniósł ręce na wysokość głowy. Palce sklejone w dwie imitacje płetw, z całych sił machnął obiema rękami w kierunku bioder, jednocześnie pracując nogami.

Dobra rada. Najlepsza, jakiej sobie udzieliłeś od bardzo dawna.

Zignorował złośliwy ton Głosu. Koncentrował się na powtórzeniu udanej operacji: ręce, palce, nogi. Płuca zdawały się mieć ochotę rozerwać jego klatkę piersiową i rozprysnąć dookoła, w oczach ciemniało. Colin trzymał się tylko jednej rzeczy, jednego celu, zawieszonego na pojedynczej, wątłej nitce nadziei. Powierzchnia była tak blisko i tak daleko zarazem, światło bardzo wyraźne, obiecujące całe mnóstwo powietrza na wyciągnięcie ręki.

Ręce, palce, nogi.

I ciągle woda, nad nim, pod nim, wokoło. Już nie pamiętał smaku tlenu zmieszanego w idealnych proporcjach z azotem, wzbogaconego zapachem kwiatów, drzew i samochodowych spalin. Pozostawała tylko ta obrzydliwa sól. Wszędzie. W ustach, nozdrzach, uszach. Drażniąca oczy, wgryzająca się w każdą najdrobniejszą rankę na skórze.

Ręce, palce, nogi.

I pustka, w którą trafiła wystrzelona w górę pięść. Powierzchnia! Colin wziął głęboki, bolesny oddech i znowu się zanurzył. By po sekundzie na powrót wychylić się z wody. Nie mógł w to uwierzyć. Wrażenie było niemal surrealistyczne. Szarpiąc się tam, jeszcze dwa metry niżej, w zasadzie nie wierzył w sukces. A jednak. A jednak.

Dobra

Kolejne zanurzenie. I wynurzenie.

…robota.

Colin otrzepał się, jego wymagające strzyżenia włosy rozsiały tysiące kropelek, które z cichym pluskiem wróciły na swoje miejsce.

Żeby tak jakieś oparcie, choćby kawałek deski… albo jebane dmuchane koło ratunkowe, pomyślał Colin, wykonując następną rundkę na trasie góra-dół. Długo to tak chyba nie wytrzymam.

Nie musiał. Wkrótce jego bose stopy trafiły na twardy grunt, który szybko się podnosił i niedługo później zupełnie zastąpił znienawidzoną wodę. Która wyparowała nawet z ubrania i włosów Colina, zostawiając go zupełnie suchego, jakby cała przygoda była tylko wytworem jego wybujałej wyobraźni.

Kilka metrów od siebie znalazł swoje stare tenisówki. Założył je, stwierdzając – już bez specjalnego zdziwienia – że były równie suche, co reszta jego stroju. Siedząc i odpoczywając po końskiej dawce emocji, zastanawiał się nad następnym etapem próby. Bo że taki nastąpi, nie miał wątpliwości. Inaczej nie siedziałby na tej zimnej posadzce i się nad tym nie zastanawiał.

Jakby w odpowiedzi na jego rozważania, światło w sali przygasło i zmieniło kolor. Stało się wściekle czerwone. Białe do tej pory ściany i podłoga teraz wydały się wykute z gigantycznego rubinu. Colin ostrożnie podniósł się i rozejrzał. Coś… tak, pomieszczenie znowu uległo przeobrażeniu. Ściany za nim i przed nim zeszły się, zwężając salę do kilku metrów. Podłoga wygięła się, przybierając kształt spłaszczonej litery „U”. A z góry zaczął dobiegać cichy, lecz mocno niepokojący świst.

Colin zadarł głowę do góry i zobaczył coś, co przeraziło go bardziej niż pająki i ocean słonej wody razem wzięte.

„Studnia i wahadło” było tematem jednego z jego esejów na trzecim roku studiów. Edgar Allan Poe imponował mu od czasów liceum, ale dopiero na uniwersytecie dotarła do niego pełnia grozy jego niesamowitych opowieści. Dopiero wtedy potrafił postawić się na miejscu jego bohaterów, z kolei postawionych w sytuacjach niespecjalnie godnych pozazdroszczenia. A uczynił to, dokonując zasugerowanego mu przez dr Adamsa eksperymentu. Wejdź w skórę dziewiętnastowiecznego czytelnika, otwórz książkę w środku nocy i przeczytaj ją przy blasku świecy. Efekt gwarantowany, powiedział z lekkim uśmieszkiem. Efekt gwarantowany.

I uzyskany. Świece płonące po obu stronach podniszczonego zbioru opowiadań, absolutna cisza i mrok zalegający w kątach pokoju. W kątach, z których wychodziły fantastyczne wizje, karmione słowami martwego geniusza. Colin przewracał kartki w tempie, na które gęsty, najeżony wielosylabowymi słowami styl Poe’a wcale nie wskazywał. Nie potrafił przestać. Świece nikły, karlały, języki płomieni obniżały się i obniżały, a on siedział przy swoim czarnym biurku, zgarbiony, ze przymrużonymi z wysiłku oczami, pochłonięty, nieobecny. Przerwało mu dopiero zgaśnięcie pierwszej świecy. W połowie „Studni i wahadła”.

Pogoń za nową i dokonanie żywota przez drugi rozlewający po blacie kikut. Ciemność. I atak paniki, jakiego Colin nie poznał jeszcze w swoim życiu. Pokój zaroił się od przepaści i śmigających nad jego głową śmiertelnie ostrych narzędzi. Padł na podłogę i z największym trudem doczołgał się do biurka, na którym stała lampa. Z głową przy ziemi, wymacał włącznik i nacisnął go. Atak minął. Ale resztę opowiadania przeczytał przy świetle elektrycznym, jak bóg cywilizacji przykazał. A kiedy przyszło do wyboru tematu pracy semestralnej, nie miał żadnych wątpliwości.

Teraz wpatrywał się w mrok ponad sobą, świszczący regularnie, z konsekwencją zegarowego wahadła. Powoli zaczynał rozróżniać kształty. Nie dlatego, że pomieszczenie nagle stało się jaśniejsze, lecz z powodu o wiele bardziej niepokojącego: świszczący instrument z każdym zakończonym cyklem zbliżał się do niego.

Zatoczył się z wrażenia. Łapiąc równowagę, kopnął ciężki przedmiot leżący pod jego nogami. Zgrzyt metalu przesuwającego się po kamieniu, przenikliwy, w tym zimnym miejscu wywołujący nieprzyjemne dreszcze. Colin schylił głowę i stwierdził, że był to topór o szerokim i starannie wyszlifowanym ostrzu, które wyglądało – powtarzał sobie, że to złudzenie, złudzenie, złudzenie wywołane królującą wokół czerwienią – na poplamione krwią. Podniósł go. Drewniany trzonek okazał się wygodny, jakby wykonany z myślą o nim. Bo jest zrobiony specjalnie dla ciebie, baranie, skarcił się i spojrzał na przeciwległą ścianę.

Topór wypadł mu z rąk i tępą stroną głowicy uderzył w palce jego prawej stopy. On tego jednak nawet nie poczuł. Gapił się na ścianę, w której wyrosły wąskie, drewniane drzwi. Do których framugi, łańcuchami przykuta była Eileen.

Miała na sobie długą białą suknię z głębokim dekoltem, który zdobił złoty łańcuszek z zawieszonym na nim pierścionkiem. Długie czarne włosy zaczesane były na bok, przykrywając znaczną część prawego policzka i obejmując prawą pierś. Usta, starannie wymalowane karminową szminką, rozchylały się w lekkim, zapraszającym uśmiechu. Eileen…

Eileen!

Colin natychmiast rozpoznał pierścionek. Sam go wybrał i kupił. Kiedy to było? Dwa lata temu? Prawie niemożliwe. Dwa lata, trzy tygodnie i cztery dni. Porażający upał i trzęsące się jak przy czerdziestostopniowym mrozie ręce. Ciekawe połączenie, naprawdę ciekawe…

Jego rozważania przerwało głośne skrzypnięcie. Spojrzał w górę. Wahadło, a raczej kilkanaście połączonych ze sobą wahadeł, każde zakończone robiącym wrażenie ostrzem, szalało jakieś trzy metry nad jego głową. Ocenił wielkość pomieszczenia i doszedł do niewesołego wniosku, że nie będzie miał gdzie się ukryć.

Jak nie znajdę stąd jakiegoś wyjścia, skończę w plasterkach, pomyślał ponuro. Jego wzrok padł z powrotem na ukochaną twarz. I na to, co znajdowało się za nią. Rzut oka na walającą się pod nogami siekierę. I znowu na drzwi. O, nie, nie ma mowy!

Kolejne skrzypnięcie, jak ostrzeżenie, że czas ucieka.

69

– Puk-puk!

Mary i Ally odwróciły się w kierunku okna. Przez zabrudzoną szybę zobaczyły dwóch młodych mężczyzn w czapkach baseballowych i z przyklejonymi do ust sztucznymi uśmiechami. Ally opuściła szybę.

– Czego? – spytała, nie siląc się na uprzejmości.

– Cześć. Coś kolega nie za dobrze się czuje? Zabalował troszeczkę? – zagadnął pierwszy z mężczyzn, brodaty, o twarzy wciąż trapionej paskudną odmianą trądzika.

– Coś w tym rodzaju – cierpko odparła Ally. – Czegoś potrzebujecie?

Uśmiech brodacza uległ znaczącemu rozszerzeniu. Pokazały się rzędy nierównych, pożółklych od tytoniu zębów. Drugi, dla odmiany gładko ogolony, poszedł w jego ślady.

– Tak. Waszego samochodu.

– Co? – odezwała się Mary, nie rozumiejąc, o co chodzi.

Ally tymczasem – rozumiejąc doskonale – rzuciła się do leżącej na przednim siedzeniu torebki. Jej zawartość zdawała się ich jedyną nadzieją.

Brodacz jednak wyczuł zamiary Ally i szarpnął za klamkę drzwi. Po chwili torebka znajdowała się już w jego rękach.

– Co my tu mamy? Nie wiecie, że to niebezpieczne bawić się takimi pukawkami? – powiedział, wyciągając rewolwer. – Nie za duży, jak na ciebie, laleczko?

Laleczko… Mimowolnie uśmiechnęła się, co brodacza wprawiło w osłupienie. Nie powinna była tego robić, powinna trząść się ze strachu i błagać o litość, tak jak inne.

– Dobra. Teraz na zewnątrz. Powoli. I nie zapomnijcie zabrać ze sobą kolegi. Mogłoby przytrafić mu się coś nieprzyjemnego.

Uśmiech zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jego miejsce zajęła nieskrywana nienawiść. Ally kipiała nią, a oczywista bezradność tylko podkręcała temperaturę jej emocji.

– On jest nieprzytomny! – wrzasnęła.

– Czyli jest mu wszystko jedno – rzucił ten gładko ogolony, kierując na siebie furię Ally.

– Jak ci przypierdolę, to tobie będzie wszystko jedno. Na zawsze!

– Spokojnie, spokojnie. Nie zapominajmy, kto tu trzyma kogo na muszce – powiedział brodacz. – Szybciej, ruszcie się, nie mamy całego dnia.

Obok przejeżdżały dziesiątki samochodów, w jedną i drugą stronę. Nikogo nie interesowała scenka rodzajowa dziejąca się na poboczu, zwłaszcza, że bandyci chowali się za Focusem Mary i z drogi byli prawie niewidoczni.

Ally westchnęła i zacisnęła zęby. Złapała Colina za ramiona i gestem rozkazała Mary, by ta zrobiła podobnie z jego nogami. Po chwili wygramoliły się z auta i ostrożnie ułożyły Colina na ziemi, podkładając mu pod głowę złożony w kostkę kocyk.

– Co się tak gapisz? Zwariowałeś? Tutaj? Nie mamy czasu! – powiedział brodacz, widząc, jak ten gładko ogolony oblizał wargi na widok figury Mary.

– Z zewnątrz nic nie widać… a tylne siedzenie wygląda na wygodne…

– Ty i te twoje grube dupy… dobra… ale pospiesz się.

– To będzie moment.

– Nie chwal się.

Gładki wepchnął niczego nie spodziewającą się Mary do samochodu. Jednocześnie, brodaty przystawił lufę rewolweru do brzucha Ally.

– Ani słowa. Zaraz będzie po wszystkim. On jest troszkę wygłodzony, rozumiesz…

Ally przełknęła ślinę. Z auta dobiegł zduszony krzyk Mary.

70

Przemógł paraliż i ruszył w jej kierunku. Była tak… idealna… jak nigdy. Jej twarz nie nosiła śladu zmęczenia, skóry nie psuła najdrobniejsza skaza. Taką ją widział w swoich snach, gdy nawiedzała go bez ostrzeżenia i zostawiała bez litości. Idealna. Czas, który upłynął od jej odejścia, rozmazał w jego pamięci te wszystkie niedoskonałości, które składają się na prawdziwego człowieka. Zostawiły go z nią, gładką, wypolerowaną, jakby z okładki magazynu dla mężczyzn.

Dotknął jej policzka. Ku jego zaskoczeniu – oczekiwał, że dotknie twarzy posągu – okazał się ciepły i miękki. Jego dłoń, sama, bez jego zgody, przylgnęła do jej skóry, zaczęła ją głaskać, pocierać szczypać. Zjechał w dół, pieszcząc szyję i prawe ramię. Przesunął się wzdłuż niego, aż dotarł do nadgarstka, który otaczała ciasna, stalowa obręcz, do której przymocowany był gruby łańcuch. Koniec marzeń…

Ale jeszcze choćby jeden pocałunek. Ostatni… ostatni…

Zbliżył się do jej wilgotnych ust i rozchylił swoje. Poszła za jego przykładem. Przekrzywił głowę. Ona zrobiła to samo. Ze skrzypem nieubłaganie obniżającego się wahadła w tle, ich wargi się złączyły.

71

– …jednak przyznać, że Arystotelesowska koncepcja literatury ma charakter pragmatyczny. Ważne jest przy tym to, że ten wielki filozof, przekonany o oddziaływaniu literatury na uczucia, sam traktuje ją nieemocjonalnie, podporządkowując ją greckiemu ujęciu sztuki jako działania opartego na znajomości reguł, czyli słynnego techne… – profesor Higgins buczy swoim niskim, gardłowym głosem, z którego mimo wielu lat spędzonych na południu USA nie zniknął wyraźny, kanadyjski akcent.

Sala wykładowa jest w połowie pusta, w pierwszych rzędach siedzą pojedynczy, wpatrzeni w profesora studenci. A właściwie studentki, bo przewaga płci pięknej z przodu auli jest wyraźna. Tyły starają się nie zasnąć, skrycie czytając gazety, przeglądając kolorowe magazyny (nierzadko bogato ilustrowane zdjęciami modelkami w pozach, które nawet Kinsey uznałby za wyuzdane).

Colin podpiera opadający podbródek i stara się skoncentrować na wykładzie. Zapisał się na kurs „Teorie badań literackich”, żeby czegoś się dowiedzieć o tym, jak odróżnić dobrą książkę od sterty pijackich popłuczyn, jakie próbowano nieraz sprzedać jako wysoką literaturę. Niestety, szybko zorientował się, że nazwę przedmiotu powinien był potraktować dosłownie. I zmiatać, gdzie pieprz rośnie.

Trudno. Jakoś to przecierpi. Przecierpiał przecież filozofię u profesora Clarka, któremu podobno udało się w swoim czasie zanudzić kilku swoich studentów do nieprzytomności. Podkreśla jeszcze raz słowo „techne” (widnieją już pod nim cztery nierówne kreski) i spogląda w bok. I nie może wrócić do swoich marnych notatek.

Profesor Higgins ze swoimi wynurzeniami na temat Arystotelesa, ziewająca sala, ławki, siedzenia, upstrzony jarzeniówkami sufit, przyozdobione wizerunkami noblistów ściany, wszystko to znika w jednym, oślepiającym błysku. Pocą mu się plecy, choć klimatyzowane pomieszczenie u innych wywołuje chęć zapięcia guzików i znalezienia czegoś, czym można by się okryć. Jego żuchwa powoli osuwa się w dół, zatrzymując dopiero po osiągnięciu maksymalnego rozwarcia. Długopis wyślizguje się spomiędzy zesztywniałych palców i stacza po blacie ławki na podłogę. Czar pryska.

Jak mógł ją przeoczyć przy wejściu? Prawda, spóźnił się i wszedł w pośpiechu, nie patrząc, gdzie siada, ale… Skąd ona się wzięła? Jaki ma główny przedmiot? Niemożliwe, że literaturę, jak on, spotkałby ją dużo wcześniej, zauważył… Takiej dziewczyny nie da się nie zauważyć…

Opanowuje się, podnosi długopis, zamyka usta. Teraz wygląda na prawie wyluzowanego, na człowieka bez specjalnego zainteresowania tym, co się wokół niego dzieje. Dla postronnego oka jest cool. Tylko czy ona nie spojrzy głębiej? Przysuwa się do niej, przeskakując z siedzenia na siedzenia, najciszej, jak potrafi. Zwraca na siebie uwagę znudzonych kolegów, którzy uśmiechają się drwiąco i pokazują go innym końcami nie bardzo zaostrzonych ołówków.

Pachnie… Colin nie potrafi zlokalizować nazwy dla tego zapachu… to jakiś kwiat, najpewniej egzotyczny (później dowie się, że to tylko tanie perfumy z supermarketu, nic szczególnego, żaden Chanel; ale wtedy nie będzie to miało absolutnie żadnego znaczenia). Zaciąga się tym aromatem i… z przerażeniem stwierdza, że ona się do niego odwraca.

– Coś się stało? – pyta, widząc minę Colina, studium cool-u w trakcie rozkładu. – Nie wyglądasz za dobrze…

„Nie wyglądasz za dobrze”. Pięknie. Naprawdę rewelacyjne pierwsze wrażenie.

– Eee – udaje mu się wydusić z siebie pojedynczą samogłoskę i nieco ją przedłużyć. Rzeczywiście nie wygląda najlepiej, blady, z wargami drżącymi i potem występującym na czoło.

– Może wyjdziemy na zewnątrz? Odetchniesz trochę.

Colin kiwa głową, zadowolony z obrotu sytuacji. Właśnie został pacjentem tej nieznajomej siostry miłosierdzia i wykorzysta swoją szansę. Pospiesznie, niezdarnie zbiera swoje rzeczy. Wychodzą razem, jej ręka na jego ramieniu, zazdrosne spojrzenia kolegów na ich plecach.

Na zewnątrz siadają na długiej ławce, tuż obok siebie. Colin bierze kilka głębokich wdechów, raz, bo tego wymaga od niego rola, a dwa, żeby zrzucić z siebie tę paraliżującą nerwowość.

– Jestem Eileen – przedstawia się, a to imię wypala się w pamięci Colina raz na zawsze.

– Colin – wyciąga rękę, która, wilgotna i zimna, musi w dotyku przypominać małżę.

– Lepiej ci?

– Troszkę. Przy tobie od razu lepiej.

Nie kłamie. Dotyk jej przykrytego tylko cienką spódnicą uda działa na niego jak balsam.

– Hej, nie tak ostro, bo mi pęknie gumka od majtek.

– Dobra – twarz Colina nabiera koloru. – Zmieńmy temat. Jakoś cię tu jeszcze nie widziałem.

– Jestem nowa. Przeniosłam się z UCLA.

– Z UCLA tutaj? To mniej więcej tak, jakby zamienić Corvette na wysłużone Volvo.

– Typowo męskie porównanie. Czemu wam nigdy nie przychodzi do głowy, że liczą się nie tylko osiągi?

– A jest coś jeszcze poza osiągami? – mówi, uśmiechając się. – Żartowałem. Okej, to powiedz, dlaczego się tu przeniosłaś?

– Ja w ogóle jestem stąd. A konkretnie, z Trenton.

– Jaja sobie robisz.

– Czemu?

– Też jestem z Trenton.

– West Trenton High?

– East Trenton High.

– Ha, to w ogóle nie powinnam z tobą rozmawiać.

– Czemu?

– To już nie pamiętasz, co wasi zrobili przed meczem o mistrzostwo ligi?

– Coś… jakby… – Colin mruży oczy i krzywi się z wysiłku. Wreszcie daje za wygraną. – Nie mam pojęcia.

– Ukradliście naszą maskotkę!

– A, to… Ja nie miałem z tym nic wspólnego. Działałem w kółku teatralnym. No i w klubie dyskusyjnym.

– Młody intelektualista, co?

– Można tak powiedzieć.

Śmieją się, Colin już zupełnie rozluźniony, wręcz szczęśliwy. Jest całe wieki od tego chłopaka uciekającego w książki przed czyhającym na niego życiem.

– Dobra. Jesteś z Trenton. Ale to jeszcze nie wyjaśnia, dlaczego wróciłaś zaraz po pierwszym roku. Co się stało? – pyta.

– Moja mama zachorowała. Rak. Złośliwy, z przerzutami…

Gratulacje. Ślicznie wdepnąłeś. Teraz to tylko sznurek i na górę…

– Przepraszam – szepcze. – Ja to zawsze coś palnę. Jestem z tego znany. Zapytaj, kogo chcesz. Jednego łysego zapytałem, czy zna dobry szampon przeciwłupieżowy…

Eileen się uśmiecha. Dobrze. Dobrze. Jaka ulga!

– Nie szkodzi. Ale też nie zaszkodzi, jak zmienimy temat.

– Zdecydowanie nie zaszkodzi. A nawet może pomóc…

– A w czym ma pomóc?

– No… choćby w pogłębianiu tej dobrze rozpoczętej znajomości…

– Masz jakiś pomysł na dalsze jej pogłębianie?

– Jest taka knajpka niedaleko stąd. „Giovanni’s Place” się nazywa. Dobre żarcie, dobre wino i do tego wszystko tanie.

– I jeszcze romantyczna atmosfera?

– Bardzo romantyczna. W tle przygrywają włoskie szlagiery z lat trzydziestych, całują się zakochane pary i tak dalej.

– Na co ty liczysz? Że będziemy jedną z tych par?

– Nie liczę. Ja wiem. Może nie od razu, ale…

– Ale co?

– Zobaczysz.

72

Oderwał się od niej z najwyższym trudem. Jego kolana były miękkie, ledwo utrzymywały ciężar jego ciała. Chwiał się, odganiając myśli natrętnie pchające się do jego świadomości. Pomagał w tym skrzyp obniżającego się stale wahadła. Jeszcze metr i będzie się musiał schylać.

Zbadał łańcuchy i wkrótce stwierdził, że nawet solidnie wyglądający, leżący na posadzce topór nie poradziłaby sobie z nimi. Zresztą, nie po to mu ją ten pierdolony Strażnik zostawił. I było to coraz jaśniejsze, choć Colin jeszcze nie dopuszczał do siebie myśli, że miałby podporządkować się temu nieludzkiemu nakazowi.

Objął Eileen, zaplatając ręce na jej plecach i przyciskając twarz do jej szyi. Żyła. Czuł jej puls, równy, miarowy oddech, ciepło jej skóry. Jak mógłby…?

73

Pukanie do drzwi.

– Kto tam?

– Zgadnij!

– Ani mi się waż wchodzić! Wiesz, że to przynosi pecha!

– Co przynosi pecha?

– No, jak pan młody zobaczy pannę młodą w sukni ślubnej zanim dojadą do kościoła.

– To lepiej ją ściągaj, bo wchodzę!

– Och…

Gałka klamki się przekręca, a drzwi powoli uchylają.

– Wariat! – woła Eileen, ale jej oczy się śmieją.

Ma na sobie piękną, tradycyjną, białą suknię z długim welonem. Okręca się dookoła, jak modelka na wybiegu i dyga z gracją.

– I jak? – pyta niepewnie.

Colin, ubrany w świetnie na nim leżący, czarny smoking, chwyta się za głowę.

– Dobrze, że ja za to nie płaciłem!

– Chcesz w papę?

– Okej, okej! Rewelacja! Aż mam ochotę olać tę całą imprezę i odpakować cię na miejscu.

– Tylko byś spróbował! Wiesz, ile czasu zajęło samo ułożenie fryzury? Helen by cię zabiła na miejscu, poćwiartowała, a szczątkami nakarmiła rybki. Sama to powiedziała.

– Więc lepiej się będę zbierał.

– Zbieraj się. Zanim zobaczy cię tata.

– Najpierw dasz mi porządnego buziaka.

Eileen wzdycha teatralnie, rozkłada ręce i całuje Colina w policzek.

– Tyle. Będzie musiało wystarczyć aż do czasu, kiedy powiesz „tak”. Zaliczki już wyczerpałeś.

– Dobra taktyka – śmieje się Colin i wycofuje do drzwi.

Stara się zapamiętać tę scenę jak najdokładniej. Ona, przy oknie, oblana promieniami przedpoludniowego słońca, uśmiechnięta, z lekko zadartym nosem i figlarnymi iskierkami w oczach. Pokój, przytulny, nieco zabałaganiony, z różnymi częściami garderoby porozrzucanymi bezładnie to tu, to tam. Staroświecki zegar z kukułką pokazujący jedenastą trzy, pięćdziesiąt siedem minut do godziny zero…

74

Delikatny powiew powietrza tuż nad jego głową sprawił, że wspomnienia znowu wzleciały gdzieś w górę, zostawiając go samego przed nieludzkim wyborem. Coraz pilniejszym.

Spojrzał w górę i instynktownie przykucnął. Teraz każdy cykl ruchu wahadła mógł pozbawić go fryzury razem ze sklepieniem czaszki. Pomagając sobie utrzymać równowagę, dotknął rękami posadzki. I natrafił na trzonek narzędzia, którego nieskutecznie usiłował wymazać z pamięci, wyprzeć ze świadomości, pozbyć się z oczu.

Jego dłoń sama zacisnęła się na gładko wyszlifowanym drewnie. Jego usta zmieniły się w cienką, siną linię. Jego umysł wypełniła wola przetrwania.

Skupił się na obręczy, do której przymocowany był łańcuch. I na nadgarstku, który był w niej uwięziony. Korzystając z tego, że wahadło znajdowało się w swoim najwyższym punkcie, skoczył i uderzył. Ciepła, lepka, czerwona ciecz trysnęła na jego twarz. Otarł ją grzbietem dłoni i nie tracąc czasu, zaatakował uwięzioną po tej samej – prawej – stronie kostkę. Tutaj musiał wymóc na sobie trzy uderzenia, patrzeć na miażdżone tkanki, pękającą, przecinaną kość, krew zalewającą stopę i podłogę wokół niej.

Zdziwiło go jedno: cisza. Spodziewał się krzyku, wrzasku, czegokolwiek poza tą odmóżdżającą ciszą. Ale też ta cisza pomogła mu wykonać zadanie. Ze słodkim głosem Eileen w uszach, nie byłby w stanie podnieść ręki na jej tak doskonałą kopię. Koncentrował się na częściach, jakby nie należały do niej. I ciął, jak rzeźnik, na którego stół trafiła świeża ćwiartka ubitego przed momentem prosiaka.

Nie patrząc na dyndający kikut ręki, sięgnął do mosiężnej klamki. Nacisnął ją i mocno szarpnął. Drzwi otworzyły się lekko, a zza nich rozlał się zimny mrok.

Przez chwilę, klęcząc, z zakrwawioną siekierą ciągle w dłoni, Colin próbował wypatrzeć w ciemności jakiegoś znaku, jakiejś nadziei, że za progiem koszmar się skończy. Czerń następnego pomieszczenia nie obiecywała jednak niczego. Poza schronieniem przed oskarżającym wzrokiem okaleczonej, niemej kopii Eileen. Niewiele, lecz jak dużo! Zaczął się czołgać, ze wstrętem odrzuciwszy narzędzie zbrodni, która zbrodnią była tylko w jego umyśle, na jego pamięci ukochanej Ei…

Ogłuszający trzask rozbijanego w drzazgi drewna zatrzymał go w połowie drogi na drugą stronę. To wahadło zdążyło dosięgnąć drzwi i zmieść je ze swojej drogi. Colin skulił się, osłaniając głowę. Drżał, rozbity jak te pierdolone drzwi, przemieniony w siedemdziesiąt kilka kilogramów śmierdzącej potem galarety. Nic nie miało już znaczena, ani resztki godności, które właśnie odrzucał, ani Eileen, czy jej kopia, miażdżona i siekana ostrzami wahadła. Na czworakach, z twarzą przy podłodze, znalazł się w tajemniczym pokoju.

Tam – ku swojemu zaskoczeniu – poczuł się dużo lepiej. Oczyszczony. Usprawiedliwiony. Silny. Wstał i wysoko podniósł brodę. Powietrze pachniało wilgotnym igliwiem i żywicą, w tle słyszał niewyraźne brzęczenie komarów i nawoływania ptaków. Te wrażenia powoli jednak mijały, ustępując miejsca obrazowi, który wynurzał się z mroku.

75

– Zejdź ze mnie! – Mary chciała krzyczeć, ale z jej gardła wyszło coś na kształt słabej prośby. Miała problemy ze złapaniem oddechu, przygnieciona ciałem napastnika i obezwładniona strachem. Dwie gorące łzy potoczyły się po jej skroniach i wsiąkły we włosy.

Gładki przełknął ślinę.

– Kiedy to ostatni raz robiłaś, co? Dawno, co? Straszne teraz bezguście, wszyscy wolą te suche jak patyk… jak ta twoja przyjaciółka… Leż spokojnie, to tak ci zrobię, że jeszcze mi podziękujesz.

Drżącymi z podniecenia palcami rozpiął jej bluzkę.

– Takie cycuszki nie mogą się marnować – szepnął, wsuwając dłoń pod materiał jej stanika. – Nie bój się, ja wiem, co robię. Będzie ci ze mną dobrze jak z nikim.

– Pierdol się! – warknęła Mary, wyrzucając z siebie całą złość w dwóch krótkich słowach.

W odpowiedzi gładki wyszczerzył się głupio i przycisnął swoje usta do jej, wciskając w nią swój język. Wolną ręką starał się dotrzeć do krocza, czego Mary – wyrywając się i wierzgając – mu nie ułatwiała. W końcu jednak, wytężając się jak przy wyciskaniu na ławeczce, do czego zresztą nie miał cierpliwości, dotarł do celu. I nie żałował sobie tej prostej przyjemności.

Na zewnątrz Ally patrzyła w lufę własnego pistoletu. Z tej perspektywy wyglądała na jeszcze większą, a czarne kółko w samym środku – jeszcze bardziej złowieszczo. Broń była odbezpieczona, brodacz nie popełnił jej błędu. Na co wcale nie liczyła.

– Nie chcesz, żeby koleżanka miała chwilę przyjemności? – zarechotał brodacz, przestępując z nogi na nogę. – Nieładnie.

Ally milczała, ręce zaplecione na piersi, zęby zaciśnięte. Ten bydlak nie porozmawia sobie z nią. Nie będzie miał tej satysfakcji. Skurwiel. Zadowolony z siebie, złodziejski, przemądrzały skurwiel.

Nagle poczuła przyjemne mrowienie w lewej łydce, szybko rozprzestrzeniające się po całym ciele. Jej mięśnie rozluźniły się same z siebie przynosząc jej wielką, niespodziewaną ulgę, jakby jednocześnie pozbyła się wszystkich swoich trosk. Albo wypaliła dobrego skręta.

Brodacz musiał zauważyć zmianę w jej wyrazie twarzy, bo zaczął przyglądać się jej uważnie. I wkrótce znalazł przyczynę jej dziwnego zachowania: dłoń nieprzytomnego do tej pory faceta obejmująca jej nogę tuż nad kostką.

– Nie ruszaj się – rozkazał brodacz, celując w Colina. – To nic ci się nie stanie.

Ale Colin nie zamierzał słuchać niczyich poleceń. Jak w transie, podniósł się do siadu i odwrócił głowę w kierunku brodacza.

– Powiedziałem, dupku, żebyś się nie ruszał. Głuchy jesteś? Mam ci podkręcić aparat słuchowy? – powiedział brodacz, wymachując pistoletem.

W odpowiedzi Colin zrobił tylko jedną rzecz: mrugnął. A brodacz momentalnie zwalił się na ziemię jak kawałek martwego drewna.

– Szybko – Ally zdecydowała, że czas na zdziwienie przyjdzie później, kiedy będą już bezpieczni. – Tam jest Mary z tym drugim! On ją…

Nie dokończyła. Z samochodu wygramoliła się porozpinana Mary.

– Jezu… nic nie rozumiem… – wydusiła z siebie. – Rzucił się na mnie jak zwierzak, a tu nagle nic… jakby dostał zawału albo co…

Jej uwagę przykuło rozłożone przy jezdni ciało brodacza.

– Ten też? Co tu się dzieje?

– Nie pytaj mnie. Ja tu tylko świadkuję. To on – powiedziała Ally, palcem wskazując Colina.

Ten tylko wzruszył ramionami.

– Załatwiłeś spojrzeniem dwóch dorosłych facetów i tyle masz do powiedzenia? – spytała Ally.

– Oni tylko śpią – powiedział cicho Colin. – Nie wiem, jak to zrobiłem… to było…

Teraz to Ally wzruszyła ramionami.

– Jakie by to nie było, uratowało nam wszystkim dupy. A przy okazji też jej dziewictwo.

– Hej, ja nie… – energicznie zaprotestowała Mary.

– Dobra, wiem, tak sobie zażartowałam…

– Ciekawe poczucie humoru… zwłaszcza w takiej chwili…

– Słyszałaś o dowcipie sytuacyjnym?

– Słyszałaś o wielokrotnych złamaniach szczęki?

Colin nie słuchał tej komicznej sprzeczki. Masował swoje skronie, które zdawały się próbować zmiażdżyć jego mózg. Ból był ogromny, ale wkrótce ustąpił, zostawiając po sobie czytelne instrukcje.

– Uciszcie się – powiedział. – Musimy iść.

– Gdzie? – zapytała zdziwiona Ally.

– Zobaczycie. Teraz ja poprowadzę.

Usadowił się za kierownicą Focusa i uruchomił silnik. Nie wiedział jeszcze, gdzie dokładnie zmierzał, ale miał pewność, że kiedy będzie trzeba, skręci w odpowiednią ulicę. A potem w następną. I następną. Jak wtedy, gdy Głos kazał mu skierować się na dworzec Amtraka w Orlando.

Dziewczyny nie kłopotały się zadawaniem zbędnych pytań. Zwłaszcza, że nie spodziewały się żadnej jasnej odpowiedzi. Wiadomo: Głos, czary-mary i po-prostu-wiedziałem-gdzie-szukać. Czyli gówno, którego nie kupiłyby od nikogo innego.

76

Minęli kilka lokalnych atrakcji, których szyldy przyprawiłyby wrażliwego estetycznie człowieka o konwulsje. Strumień samochodów należących do urlopowiczów z Wisconsin i Illinois płynął leniwie w obie strony, wpadając w odnogi przepastnych parkingów pod Marley’s, Big Chief, Noah’s Ark. Colin sam miał ochotę zjechać na jeden z nich, zgasić silnik i wyskoczyć na kilka naleśników w Pancakes Paradise. Płynął jednak dalej z głównym nurtem, czekając na kolejne ukłucie w boku mówiące mu, że trzeba skręcić.

Poczuł je w chwilę później, przed mostem nad jakimś potokiem. Impuls kazał mu zaparkować i wyjść z samochodu. Co też, nie tracąc czasu, zrobił.

– Gdzie… – zaczęła pytanie Ally, ale rozmyśliła się. Po co niepotrzebnie strzępić sobie język? – Jesteśmy zaraz za tobą – powiedziała zamiast tego i posłała kuksańca Mary.

– Jasne! – zawołała Mary, wysiadając.

Nie doczekały się odpowiedzi. Colin szedł, milczący, ze spuszczoną głową, zatopiony w rozmyślaniach.

– Widziałaś jego oczy? – Mary szepnęła do Ally.

– Nie. Co z nimi?

– Są już, wiesz… takie dziwne… cały czas…

– Takie, jak wtedy…?

– Tak.

– Kurwa, musimy uważać…

– Sądzisz, że mógłby nam coś zrobić?

Był nieco dziesięć kroków przed nimi, poruszając się równym, nieco sztywnym krokiem. Mogły rozmawiać swobodnie.

– Nie wiem… – Ally zmarszczyła brwi. Colin w tym momencie stanowił dla niej jedyne oparcie. Tylko on nigdy jej nie zawiódł, tylko on nie próbował jej wykorzystać do własnych celów. Na dodatek zawdzięczała mu wyplątanie się z tego głupiego pomysłu wzięcia Barry’ego na zakładnika. – Niedługo się przekonamy. Nic się nie da zrobić. Nie po to przejechaliśmy pół kraju, żeby teraz się odwrócić i spierdolić jak dwie wystraszone suki.

– Ładnie to ujęłaś – mruknęła Mary, przyznając jej jednak rację. Westchnęła i dodała: – Mało mnie przed chwilą nie zgwałcili, więc wiele gorzej być nie może.

– Przynajmniej nie byłaś tą, której nawet nie chcieli zgwałcić…

Mary wcześniej nie patrzyła na swoją ostatnią przygodę w ten sposób. Jakkolwiek obrzydliwe nie byłoby wspomnienie łap napalonego złodziejaszka, podniosło ją trochę na duchu. Nie wszystko stracony. Są jeszcze faceci, którym podobają się kobiety w rozmiarze XL.

– Możesz mi wierzyć, następnym razem wybiorą ciebie – rzuciła pogodnie.

– Serio tak sądzisz?

– Jasne.

– Dzięki.

Weszli do rzadkiego, mieszanego lasu. Colin co jakiś czas pocierał dłońmi swoje skronie, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie i mamrocząc coś pod nosem. Prowadził jednak pewnie, bez wahania skręcając w kolejne zarośnięte ścieżki, jakby przemierzał je niejeden raz. Jakby był tam wcześniej.

Był tam wcześniej. Nie, nigdy go tam nie było. Był. Nie. Tak.

Sprzeczności krążyły nad nim, w nim, brzęcząc i nie dając mu jasno myśleć. Jego ruchy stały się mechaniczne, pozbawione typowej dla niego płynności i gracji. Szedł jak automat sterowany poleceniami przesyłanymi drogą radiową, nieświadomy ani celu swojej wędrówki, ani jej kresu.

Wspomnienia. Wspomnienia budziły się z każdym krokiem, męcząc go, jak ciekawość niedokończonej opowieści. Przenosił się w dawno nie odwiedzane obszary swojej pamięci. Nie odwiedzanie nie bez powodu.

77

Przed dom zajeżdża biała limuzyna. Z tych, które za kilkadziesiąt dolarów na godzinę wypożyczają amerykańscy licealiści, by z klasą zawieść swoją wybrankę na bal maturalny. Szofer, wyraźnie znudzony, źle czujący się w zwyczajowym szoferskim uniformie i ogólnie prezentujący postawę pierwszego w kolejce do zwolnienia przy następnej redukcji personelu, wysiada z samochodu. Niedbałym gestem wskazuje tylne drzwi i otwiera je, zmuszając pannę młodą do desperackiego uniku. Unik się udaje znakomicie, a sama panna młoda nawet nie spogląda krzywo na sprawcę zamieszania. Bardziej zajmuje ją suknia i znalezienie sposobu na dowiezienie jej w takim stanie, jaki umożliwi jej wprawienie wszystkich zebranych w kościele w nagły atak ochów i achów.

Całą scenę z okna na pierwszym piętrze ogląda Colin, bezpiecznie schowany za barierą żaluzji. Jego matka – właśnie zajmująca miejsce obok Eileen – jest bardzo przesądna. Przy kolacji nieźle dostałoby mu się za choćby jedno ukradkowe spojrzenie na Eileen w sukni ślubnej. A on nie chce nawet najmniejszego zgrzytu tego wieczoru. Ten wieczór musi być absolutnie idealny. Perfekcyjny. Dopięty na ostatni guzik. Tak, by Eileen wspominała go za trzydzieści lat jako zbiór najpiękniejszych momentów jej życia. W każdym razie do tamtej pory.

Pukanie. Głośne, natarczywe, domagające się nie tyle pozwolenia na wejście, co wyjścia tego marudera, który – jeśli mu życie miłe – za pięć sekund wyskoczy ubrany i gotowy do przypieczętowania swojego związku przed całą rodziną i wszystkimi znajomymi.

– Już idę! – Colin krzyczy przez drzwi i przezornie oddala się od okna. Ojciec może i nie jest specjalnie podatny na wiarę w gusła i zabobony, ale zdecydowanie za często i zbyt szczerze rozmawia ze swoją żoną.

– No, ja myślę! – odzywa się tubalny głos, głos z wystającym brzuchem, brodą i wąsami.

Colin naciska klamkę i niepewnie przestępuje przez próg. Tam czeka na niego właściciel tubalnego głosu, zupełnie do niego nieprzystający – niski, chudy, gładko ogolony mężczyzna podchodzący pod pięćdziesiątkę.

– I jak? – pyta Colin, obracając się, by pokazać frak w całej okazałości.

– Wolno – odpowiada ojciec. – Rusz tyłek, bo dojadą tam przed nami.

Colin rusza więc tyłek i obaj zbiegają do starannie wyczyszczonego i pokrytego woskiem Buicka ojca. Są sami, wszyscy goście weselni czekają na nich na miejscu. A spóźnialscy właśnie dojeżdżają, nerwowo rozglądając się za państwem młodym.

W aucie – to już prawie dzieje się samo – odzywa się ulubiona stacja ojca, Sweet Seventies FM, grająca na okrągło przeboje Kiss, Boba Dylana i Led Zeppelin. Łagodne dźwięki gitarowej ballady jednak nie uspokajają ani rodziciela, ani mającej się zaraz ożenić latorośli. Mijają cenne sekundy, a oni grzęzną w korku na wysokości Ash Street, jak uwięzieni w stalowej klatce. I z bombą zegarową u szyi.

– No żesz kurwa mać! – warczy ojciec, aż Colin ze zdziwienia podnosi brwi tak wysoko, że jego czoło prawie znika. W normalnych warunkach ojciec praktycznie nie przeklinał, nawet gdy jego ulubieni Heat przegrywali mecz za meczem, a końca ich koszykarskiej męki nie było widać. (Kres jej przyniósł dopiero wyczekiwany z utęsknieniem w Miami koniec sezonu zasadniczego i dość udany draft.) – Czemu nie skręciłem jak zwykle w Adams Street? Przejechalibyśmy trzy razy szybciej, chociaż to dalej…

Tylko nie trąb, tylko nie trąb, błagam…

Ale ojciec nie słucha błagalnych myśli Colina i nie czyta jego – dość czytelnej w tej chwili – mowy ciała. Jego wątła pięść z impetem spada na przycisk klaksonu i rozlega się jego ryk. Odpowiadają mu inni, równie poirytowani ślamazarnym tempem, z jakim zmuszeni są się poruszać. Centrum Trenton rozbrzmiewa kocią muzyką drogowej furii.

Wściekły – ale z nieco innego powodu – policjant wyskakuje z kawiarenki na rogu i zaczyna wymachiwać pałką. Podąża za nim drugi, taszczący sporą torbę papierową wypełnioną słodkimi sprawunkami dla kolegów z komisariatu. Hałas ucicha równie nagle, jak się pojawił. I tylko Colin nie potrafi się powstrzymać przed wybuchem głośnego śmiechu.

– A ty z czego rżysz? – pyta ojciec, którego ciśnienie przekracza już wszelkie normy i wykazuje tendencje do dalszego wzrostu. – Na własny ślub się spóźnisz i to cię tak bawi?

Przez głośniki sączy się bujane „D’yer Mak’er”, w którym Robert Plant zapewnia swoją miłą, że tak naprawdę to tylko ona i żadna inna. W tle falują palmy kokosowe i powiewa przyjemna, lekka bryza od morza.

– Nic, nic, coś mi się przypomniało – zapewnia Colin i dodaje: – Nie spóźnimy się. Przecież oni też musieli przejechać przez centrum, a na Adams Street jest remont, więc tamtędy też nie pojechali.

– Nie cwaniakuj – odpowiada ojciec, ale na jego twarzy widać wyraźną ulgę.

Wreszcie przeciskają się przez wąskie gardło i dostają do wjazdu na autostradę. Tutaj ojciec pozwala sobie na niemą pretensję do przyszłej synowej, która wybrała na miejsce ceremonii kaplicę za miastem, jakby w mieście brakowało kościołów. Ale takiej to nie przetłumaczysz, o nie, nie ma szans, uprze się i po sprawie. To jej wielki dzień, bla-bla-bla, jedyna taka okazja w życiu, ma być tak, jak sobie wymarzyła, bla-bla-bla, tamta kapliczka ma taką uroczą atmosferę i jest taka śliczna, a w dodatku w sam raz dla tej liczby gości, bla-bla-bla…

Mocniej naciska pedał gazu i stara się nie widzieć wskazówki prędkościomierza, która wspina się mozolnie, mijając kolejne bariery: osiemdziesiąt, osiemdziesiąt pięć, dziewięćdziesiąt, dziewięćdziesiąt pięć.

– Aż tak to nam się chyba nie spieszy – mówi Colin, zerkając na zbliżający się szybko i równie szybko znikający za nimi znak ograniczenia prędkości: siedemdziesiąt. – O, widzę ich!

Przed nimi jedzie znajoma biała limuzyna. Colin ocenia jej szybkość na osiemdziesiąt-osiemdziesiąt pięć na godzinę. Im też się spieszy. W tym tempie do kościoła dojadą za niecałe pięć minut, myśli Colin i postanawia zmusić ojca do przystopowania.

– Najlepszy moment, żeby ich w końcu wyprzedzić – woła ojciec, ignorując energicznie potrząsającego głową Colina.

– Zabijesz nas wszystkich.

– Ponad trzydzieści lat mam prawo jazdy i ani jednej stłuczki. Znajdź mi lepszego kierowcę, a postawię ci skrzynkę Buda i jeszcze wyczyszczę ci buty. Na wysoki połysk.

Zrównują się z limuzyną. Ojciec wykorzystuje ten moment, by pomachać schowanej za przyciemnianymi szybami żonie i przyszłej synowej. Nie może być pewny, czy odmachały, ale wyobraża sobie, że tak. Czemu nie miały tego zrobić?

I zaraz Buick znowu przyspiesza, pokazując całą moc swojego pięciolitrowego silnika. Który ogłuszająco ryczy, niemal wyrywając się spod maski.

Colin patrzy w lustrzane szyby okien limuzyny i zdaje mu się, że widzi twarz Eileen, wykrzywioną w szyderczym grymasie. Nie, to nie grymas, to przebijające przez skórę i mięśnie kości. Szczerzy się do niego naga czaszka, twarz śmierci, której nie zapomni do końca życia.

78

Przeszli przez niewielką, dziką plażę nad Lake Delton. Na jej środku leżała olbrzymia, butwiejąca kłoda, a wokoło walały się zużyte prezerwatywy. Ally kopnęła jedną ze świeżo wyglądających i zachichotała cicho. W lasku pod jej rodzinnym Davie znała bardzo podobną polankę. Nazywali ją – w starych, dobrych, licealnych czasach – polaną gumowych grzybków i skwapliwie korzystali z jej schronienia.

– Coś mnie użądliło – poskarżyła się Mary. – Sądzisz, że to jeszcze daleko?

– A skąd mam wiedzieć? To on jest tu pieprzonym… tele… – Ally zacięła się, szukając końcówki słowa.

– …patą – pomogła jej Mary.

– Tele-patą? To niemożliwe. “Pata” to taki, co ma z czymś problem, jak psycho-pata. „Tele-pata” to byłby taki, co ma problem z telewizorem. Albo telefonem.

Mary nie była przekonana, ale uznała, że dla dobra sprawy lepiej zgodzić się na oczywiste przekręcenie wyrazu, niż ryzykować sprzeczkę w takiej chwili.

– Może kinestetą? Tele-kinestetą…

– To już brzmi rozsądniej. Znaczy, jak gówno warte dwa miliony dolców.

– Szybciej, bo go jeszcze zgubimy.

Colin pędził przez zarośla nie oglądając się za siebie. Wąska ścieżka wiła się niemiłosiernie, prowadząc w coraz gęstsze i rzadziej uczęszczane obszary lasu. Ale on nie zwracał uwagi ani na gałęzie, które zostawiały na jego łydkach, ramionach i twarzy czerwonawe ślady, ani na gryzące wściekle komary. Koncentrował się na zablokowaniu wymykających się spod kontroli wspomnień. Czuł, jakby ktoś grzebał w jego umyśle, wypychając na zewnątrz, wprost w jego świadomość, najgorsze jego części, te trzymane za wysokim murem, zamknięte za stalowymi, opatrzonymi potężną kłódką drzwiami.

Witaj w domu.

Nie. Nie!

Zgaduj jeszcze raz.

Nie wierzę. Nie wierzę.

Dobra. Dam ci jeszcze trochę czas. W końcu masz jeszcze kawałek do przejścia. Ale kiedy już dojdziesz, koniec gry, bracie. Koniec gry.

I cisza. I uczucie kojącej samotności we własnej głowie. Chociaż…

Coś się z nim działo od wjazdu do Wisconsin Dells. A w zasadzie od momentu przebudzenia na poboczu drogi. Miał wrażenie, że może zrobić absolutnie wszystko. Że nikt i nic nie stanęłoby mu na przeszkodzie, gdyby zapragnął wznieść się ponad to zatłoczone turystami miasteczko i wykonać kilka beztroskich, upokarzających prawo ciążenia kółek. Był Supermanem, Batmanem i Spidermanem w jednym, tylko bez głupawych, obcisłych wdzianek i kompleksu superherosa. Pozostawał ciągle sobą, Colinem Mathersem z Trenton, Floryda, nauczycielem angielskiego, odpowiedzialnym za śmierć kilkorga ludzi i pędzącym na spotkanie swojego bezcielesnego prześladowcy. A jednak… ta moc, której był coraz pewniejszy – choć co do jej właściwości miał wątpliwości – działała jak alkohol.

Kiedy jednym spojrzeniem pozbawił przytomności tamtych gamoniowatych opryszków, w zasadzie nawet o tym nie pomyślał. Stało się i tyle. Był zresztą zbyt oszołomiony przeskokiem ze świata do świata i krwią Eileen, która – tak mu się zdawało – ciągle plamiła jego dłonie. Przypomniała mu się Lady Makbet i jej higieniczne przygody. Zaśmiałby się głośno, gdyby tylko ta krew nie była tak realna, a jego sytuacja tak podobna. Ciekawe, czy Shakespeare właśnie to miał na myśli… W każdym razie, mimo krwi i trudnego przejścia w rzeczywistość, czuł się świetnie. Rewelacyjnie. Tak właśnie musieli – stwierdził – czuć się ludzie u władzy. W przeciągu sekundy zrozumiał, dlaczego tak trudno było im oderwać się od tych cholernych stołków.

– Hej, panie przewodniku, bo mi nogi w dupę wejdą. Dojdziemy w końcu?

To Ally. Rozpoznał jej głos, choć zdawał się dochodzić zza grubej ściany.

– Zaraz – mruknął, nawet nie zaszczycając jej spojrzeniem.

– Super – odparła Ally, udawany entuzjazm w jej głosie. – Mary też się cieszy. Pamiętasz ją jeszcze? Taka niska, przy kości, duże cycki.

Ale Colin już nie słuchał. Rozchylił zwisające z rosnącego przy ścieżce drzewa gałęzie i głośno westchnął. Znalazł się na skraju porosłej trawą polany, szczelnie otoczonej kordonem krzaków i drzew. Wyglądała na dzieło od początku do końca zaprojektowane przez człowieka, który pragnął kontaktu z naturą, a przy tym bardzo dbał o swoją prywatność.

Na niskim pieńku kilkanaście metrów od Colina, grzebiąc patykiem w płonącym wolno ognisku siedział mężczyzna. Był odwrócony tyłem i nie przejmował się hałasem, który przynieśli ze sobą w to spokojne do tej pory miejsce.

– To tu? – spytała Ally, nieco rozczarowana. Spodziewała się czegoś bardziej… okultystycznego. Wystarczyłyby nawet jakieś tajemnicze znaki wyryte na pniach drzew. – Hej, ty, coś ty za jeden?

Tajemniczy mężczyzna znieruchomiał. Usłyszeli głęboki wdech, a zaraz po nim – wydech.

– Cii… – syknęła Mary, wystraszona całą sceną. Miała ochotę wziąć nogi za pas i schować się w jakiejś ciemnej dziurze, byle dalej od tego dziwnego faceta.

Dziwny facet nie dał jej jednak tej szansy. Po kolejnej parze wdech-wydech, wstał i pokazał im swoją twarz.

– Tak. Dokładnie tak – powiedział powoli, z teatralną intonacją.

Colin zasłonił oczy dłońmi i wydał z siebie zduszony okrzyk. Już nie potrafił dłużej powstrzymywać zakończenia starej opowieści, która była z niego po kawałku wyrywana. Poddał się, przygotowując na przeżycie tego koszmaru jeszcze raz.

79

Następna sekunda rozciąga się w nieskończoność. Obraz i dźwięk zlewają się w jedno, by momentalnie zmienić się w ciemność i ciszę. Jego żołądek kurczy się i wypycha swoją na poły strawioną zawartość w górę. Wymiociny plamią frak i koszulę, uderzają w nozdrza ostrym, kwaśnym, oprzytomniającym zapachem. Świat – szkło i stal – kręci się wokoło, wygina i pęka, boleśnie wyjąc.

Znowu cisza i ciemność, bez żadnej podpowiedzi, jak długo trwają. Minuta? Rok?

Przecinają ją obce, zatroskane twarze. Widzi proste, białe uniformy, zaplamione na czerwono. Wyrywa się z rąk, które starają się go ułożyć na noszach. Udaje mu się to i przez krótką chwilę biega bez celu, od wraku do wraku. Jeden jest biały, drugi czarny, oba równie zniekształcone, równie pachnące śmiercią. Wreszcie decyduje się i dopada do pozostałości po limuzynie. Widzi dwóch sanitariuszy zapinających plastikowy worek. Odpycha ich i rozsuwa zamek, tylko po to, by za moment upaść na kolana bez sił, by patrzeć choćby sekundę dłużej.

Nie zamknęli nawet jej oczu, które teraz gapią się na niego tępo, wybałuszone, ścięte jak żelatyna, pozbawione tego blasku, który tyle razy wyciągał go z krainy cienia. Obrzydliwa rana na szyi, ciągnąca się od prawego ucha aż po tchawicę, rozwarta, nie dająca żadnych nadziei od samego początku. Przypadek prosto do wora, jak zgrabnie ujął to jeden z zajmujących się nią sanitariuszy kilka minut wcześniej.

Cud, że przeżył, dobiega do niego gdzieś z boku, z zebranego z magiczną prędkością tłumu. Cud, szczęściarz, reszta do piachu, prosto do piachu, taka tragedia, ale szczęście w nieszczęściu, on szczęściarz, ledwie parę zadrapań, gdy reszta do piachu, do piachu, szczęściarz, szczęściarz, cud, do piachu. Do piachu!

Szczęściarz podnosi się gwałtownie, omiata rozgadany tłum nienawistnym spojrzeniem.

(miał się żenić dzisiaj, taka tragedia, cud, tylko kilka zadrapań, popatrzcie na niego, chodzi o własnych siłach)

Jego dłonie zwijają się w pięści. Tylko nie potrafi odnaleźć wroga, kogoś odpowiedzialnego, na kim mógłby wyładować swój słuszny gniew.

(nie wiem, co ja bym zrobiła na jego miejscu, patrzcie, chyba mu odbija, może zawołać tego policjanta, niech lepiej ktoś go uspokoi, ale kto, to jego rodzice byli i narzeczona)

Niebo wydaje się odpowiednim adresatem. Ale ono jest wysoko, ukryte, niematerialne, a jego gospodarz niewidzialny, niedostępny, nie…

(psycholog by się przydał, jest tu jakiś psycholog, dajcie mu coś na uspokojenie, biedak, szczęściarz, cud, cztery trupy, a on tylko trochę posiniaczony)

Jest coś, jest obiekt, jest boski przedstawiciel na ziemi. On niech zaniesie swojemu panu wiadomość od Colina Mathersa! Zataczając się, podchodzi do metodystycznego pastora, który stoi przy samej, utworzonej przez policję linii bezpieczeństwa.

– Spokój synu, niezbadane są wyroki boskie… – odzywa się stary kaznodzieja.

– Nie jestem twoim synem – odpowiada Colin, opierając się na ramieniu pastora. Coraz trudniej przychodzi mu utrzymywanie równowagi, zawroty głowy, na początku możliwe do opanowania przybierają na sile.

– Dobrze już, dobrze, przeżyłeś wielką tragedię…

– Nie mów! – Colin unosi brwi, dodając sarkazmowi mocy. – A tutaj wszyscy gadają, że ze mnie szczęściarz.

– Przepełnia cię złość, to normalne… Musisz pozwolić jej odejść… Pamiętaj, Bóg cię kocha…

Na te słowa Colin uruchamia swoje niecierpliwiące się już pięści.

– Przekaż mu to ode mnie – mówi do leżącego i ocierającego rozbitą wargę pastora.

Z tyłu chwyta go dwóch policjantów i wykręca mu ręce. W samą porę, bo on nie potrafi już utrzymać się na nogach i powoli osuwa na ziemię.

80

– Wisconsin Dells? Jesteście pewni? To jest… – Rick Travis chciał rzucić jakąś liczbą, ale geografia nigdy nie była jego najmocniejszą stroną. Zdecydował się poprzestać na uniwersalnym: – Po drugiej stronie kraju!

– Tak, wyobraź sobie, że wiem, gdzie leży Wisconsin.

Rick przeczesał palcami swoje włosy i westchnął.

– Dobra, przepraszam stary. I dzięki za info.

– Jeszcze nie skończyłem. Zarezerwowałem dla was lot z Miami do Madison, przesiadka w Chicago. Dla ciebie i Dustina. W Madison wynajmiecie sobie samochód. W sumie z Miami do Dells powinno wam zająć, wliczając przesiadkę, niecałe pięć godzin. Odlot za czterdzieści pięć minut, więc się lepiej ruszcie.

– Ja…

– Nie dziękuj. Dorwij skurwiela i będziemy kwita. Nikt nie będzie cię winił, jeśli będzie stawiał opór przy zatrzymaniu i sytuacja wymknie się spod kontroli. Wiesz, co mam na myśli.

Rick wiedział.

– Dzięki. Pogadamy, jak wrócę.

– Jasne. Powodzenia.

Odłożył słuchawkę. Nie potrafił jednak jej puścić. Siedział tak, z ręką kurczowo ściskającą tę nieszczęsną słuchawkę, aż usłyszał zza pleców głos Dustina:

– Wszystko w porządku?

– Jasne. Zbieraj się. Jedziemy.

– Gdzie?

– Wisconsin Dells.

– Wisconsin Dells?

– Głuchy jesteś?

– A co będziemy robić w Wisconsin Dells?

– Widzieli go tam.

Nie musiał dodawać, kim był ten „go”. Wyraz twarzy ojca dopowiedział wszystko. Także to, że każde pięć minut zwłoki – w przypadku ewentualnego spóźnienia – będzie mu wypominane do końca życia, przy każdej okazji. Wziął ze swojego biurka kluczyki i komórkę.

– Jak chcesz się tam dostać? To przecież…

– Po drugiej stronie kraju, wiem. Kapitan załatwił nam bilety na samolot z Miami.

Rozmowa przeniosła się do korytarza, przez który przeciskało się jednocześnie kilkanaście równie naciskanych przez czas osób. Rick nie dał się zepchnąć na bok. Mrucząc zdawkowe przeprosiny, sam zmuszając kilku zbyt wolnych jego zdaniem uczestników korytarzowego ruchu do przytulenia beżowej ściany.

– Tak bez niczego? – zdziwił się Dustin.

– Gdybyś go znał tyle, co ja, nie zadawałbyś głupich pytań.

– Ile mamy czasu?

– Mało.

Znaleźli się na zewnątrz. Była dopiero dziewiąta, ale powietrze już zdążyło się nagrzać do temperatury, która utrudniała oddychanie i sprawiała, że człowiek miał ochotę wskoczyć do basenu, zanurzyć się po szyję i nie wychylać stamtąd aż do zachodu słońca.

– Ciekawe, jaką mają pogodę w Wisconsin.

– Dziewięćdziesiąt pięć w cieniu. Wsiadaj, nie gadaj bez sensu.

Ruszył z piskiem opon, zwracając na siebie uwagę przechodniów i kolegów. Takie popisy zdarzały mu się wyjątkowo rzadko, więc kilka minut później komisariat pogrążył się w domysłach i spekulacjach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *