Wezwanie – część 7

81

Chicago O’Hare International Airport jak zwykle pulsowało nerwową aktywnością. Podróżni biegali we wszystkich kierunkach, jak zdezorientowane nagłym atakiem wroga mrówki, starające się za wszelką cenę ochronić mrowisko i królową, lecz nie potrafiące przy tym wykorzystać swojego największego atutu – zaskakującej zdolności do organizacji.

Rick Travis próbował wytłumaczyć rosłemu ochroniarzowi, że jest policjantem na służbie i że broń jest mu absolutnie niezbędna.

– Przykro mi, panie poruczniku, ale nie mogę wpuścić pana na pokład z bronią. Tylko agenci federalni i policjanci ze stanu Illinois mogą…

– Nie rozumiesz, człowieku? Nie mogę, nawet gdybym chciał, zostawić służbowej broni – powiedział Rick, starając się nie zaciskać pięści. Ze złośliwym uśmieszkiem dodał: – Przepisy.

– A może by tak… – wtrącił się Dustin, stojący za Rickiem.

– Daj mi to załatwić, co?

– Ale posłuchaj. Gdybyśmy tak oddali nasze pistolety na przechowanie kapitanowi samolotu… Odzyskalibyśmy je zaraz po wylądowaniu i wszyscy byliby szczęśliwi – powiedział Dustin i zwrócił się do zniecierpliwionego ochroniarza. – Jak pan sądzi?

– Muszę zapytać przełożonego. Poczekajcie chwilę.

Wyciągnął swoją krótkofalówkę i w krótkich, żołnierskich słowach opisał całą sytuację.

– Puść ich – zabrzmiało z głośniczka krótkofalówki. – Zostaw im tę pieprzoną broń, zabierz amunicję i puść. Nie chcę mieć tu znowu jojczących kolesi z CPD, że ich koledzy są gorzej traktowani, niż federalni.

Dustin i Rick skwapliwie zabrali się do wyciągania magazynków, które szybko znalazły się na tacce obok wykrywacza metalu.

– Możemy już iść? – spytał Dustin.

Do odlotu samolotu do Madison pozostawało niecałe piętnaście minut.

– Idźcie, idźcie, zanim szef się rozmyśli.

Rick chciał jeszcze rzucić kilka uwag na temat pracy ochrony lotniska, ale Dustin złapał go za łokieć i pociągnął. Nie mieli czasu do stracenia.

82

– Wolniej się nie da?

Pracownik wypożyczalni samochodów „Rent a Bit of Freedom”, Dave, jak mówił jego powyginany na wszystkie strony identyfikator, rzucił Rickowi ostre spojrzenie z ukosa. Zanim jednak odpowiedział, starannie wepchnął kosmyk długich, przetłuszczonych włosów za lewe ucho i podrapał się w niedogoloną brodę.

– Gadasz, jak mój stary. Wyluzuj, chłopie, bo ci miażdżyca rozwali pukawkę.

Dave spędził semestr na medycynie, po czym stwierdził, że palenie trawki w środku tygodnia i zabawy z przyjaznymi dziewczynami bardziej go interesowały, niż studiowanie ludzkiej anatomii na nieboszczykach z miejskiej kostnicy. Jeśli już miał zajmować się anatomią, to anatomią kobiecego ciała. I do tego ciepłego, im cieplejszego, tym lepiej.

– A jak ty się nie pospieszysz, to ja ci rozwalę ten krzywy uśmiech.

– Spokojnie, spokojnie, już znalazłem te kluczyki.

Wspomniane kluczyki znalazły się na ladzie, razem z breloczkiem informującym, że pasowały do „Pojazdu nr 4”.

– Dzięki.

– To ten Mustang w pierwszym rzędzie.

– Niech zgadnę: ten z numerem cztery na masce?

– Hej, niezłe. Jak to zrobiłeś? Wszyscy gliniarze z Florydy tak potrafią?

– Dalej jesteś za legalizacją marihuany? – Rick zwrócił się do Dustina, który nie miał zamiaru odpowiedzieć na tak postawione pytanie. W końcu jeden zakręcony półgłówek, który palił więcej niż hipisi na Woodstock, nie nie mógł stanowić argumentu w poważnej dyskusji.

– Hej, to byłby dobry pomysł – ożywił się Dave. – Jak… jak ten kraj się nazywał? Wiecie, ten w Europie… Tam se wchodzisz normalnie do apteki i kupujesz, ile chcesz. Jak zwykłe fajki.

– Dzięki za to… spostrzeżenie – rzucił Rick, puszczając oko do Dustina. – Ale nam się spieszy.

– Okej, nie ma sprawy – odparł Dave, kiwając ze zrozumieniem głową. – Eee… bezpiecznej drogi.

Na zewnątrz Dustin otworzył wreszcie usta.

– Mogłeś sobie darować. Przecież się spieszymy, zapomniałeś?

– Mogłem – powiedział Rick i wsiadł do samochodu. – Ale poprawiło mi to trochę humor.

Rozpoczęli czterdziestopięciominutowy rajd z urzędowej stolicy stanu do jego wypoczynkowego serca. Mustang, choć wyglądał na przechodzonego, sprawował się nad wyraz dobrze, gładko przyspieszając i bez trudu utrzymując daleko wykraczającą poza ograniczenie prędkość. Gdy mijali zieloną tablicę z napisem „Wisconsin Dells, Population 2476”, Rick był już na poły zakochany w wozie z wielką czwórką na masce.

– Patrz – Dustin pokazał palcem na dwóch mężczyzn leżących tuż za poboczem drogi.

– Zupełnie jak w domu – mruknął Rick. – Napiją się i walną byle gdzie.

– Może… – Dustin chciał zaproponować zatrzymanie się i przyjrzenie się im z bliska. Ale z góry znał odpowiedź: nie ma czasu, niech zajmą się tym miejscowi, to ich teren, ich problem. Urwał więc i zapatrzył się na mijane przez nich ośrodki wypoczynkowe, motele, restauracje.

Znaleźli się w Downtown, skromnym, jak przystało na rozmiary miasteczka i zatłoczonym jak ulice Nowego Jorku w godzinach szczytu. Rick zobaczył samochód policyjny zaparkowany przy krawężniku i spokojnie go minął. To nie był dobry czas na spotkania z kolegami po fachu, którzy potrafili zrobić się bardzo nieprzyjemni na widok kogoś spoza rewiru myszkującego po ich terenie. Zwłaszcza tak bardzo spoza rewiru. Gdyby znali całą historię, pewnie skłonni byliby nawet im pomóc, lecz Rick nie miał w tej chwili siły na opowieści z morałem. Ani żadne inne.

– Nie zatrzymamy się? – spytał cicho Dustin.

– Nie – padła stanowcza odpowiedź, która wykluczała szersze wyjaśnienia.

Rick skręcił w Oak Street i stanął przy sklepie żelaznym. Tutaj na pewno nie spotkają żadnego turysty, nikogo przypadkowego. Tylko stałych mieszkańców. Chyba, że trafi się jakiś wyjątkowo zagubiony przyjezdny. Albo taki, który nagle zapragnął sprawdzić, jaki to wybór śrubokrętów mają w Wisconsin Dells.

– Dzień dobry – przywitał się Rick.

W sklepie były tylko dwie osoby: wąsaty sprzedawca w koszuli w kratę i starszy jegomość w podkoszulce i krótkich, beżowych spodenkach. Dustin nie mógł oderwać oczu od jego wątłych, ale za to zdrowo opalonych łydek.

– Dobry – odpowiedzieli sprzedawca i klient jednocześnie.

– Piękny dzień, prawda?

– Ano piękny – potwierdził sprzedawca, podejrzliwie przyglądając się obcym.

– Ale nie taki piękny, jak się tu zdarzały ze trzydzieści lat temu. To dopiero były popołudnia… – rozmarzył się stary. – Człowiek sobie siadał na ganku, wyciągał nogi i zaciągał powietrzem. Jak w raju, panie, było, co tu dużo gadać. I święty spokój. A teraz to nawet wyjść z domu się nie da, bo najechało tylu baranów (bez obrazy), że niedługo całkiem rozdepczą to nasze miasteczko…

Zapadła nabrzmiała powagą problemu cisza.

– A was co tu sprowadza? – wykorzystał swoją szansę sprzedawca.

– Szukamy kolegi – odparł Rick i szybko wyciągnął zdjęcie Colina.

– Toż to Nick Slier – powiedział sprzedawca. – Popatrz, Al, i sam powiedz.

– On – zgodził się Al.

– Coś go dzisiaj wszyscy szukają. Nagle się zrobił sławny…

– Bo podobny do tego świrusa z Florydy, jak mu tam było, nie pamiętam. A nasi chłopcy oczywiście nie przejmują się, że nazwisko się nie zgadza i robią mu w domu nalot.

– Aresztowali go? – wtrącił się Dustin.

– Gdzie tam. Nie było go w domu. Ale za to wywrócili wszystko do góry nogami. I znaleźli parę ciekawych rzeczy…

– Możecie pokazać nam drogę? Trochę się tu pogubiliśmy i już sami nie wiemy, gdzie skręcić.

– A pewnie, czemu nie?

Al i właściciel sklepu podeszli do przeszklonych drzwi. Obaj zachowywali się, jakby to właśnie do nich skierowana była prośba, wyciągając ręce w dal i wskazując nimi kierunek.

– O, tam – powiedzial Al.

– W tamtą stronę dwie przecznice – uzupełnił sprzedawca.

– Beżowy dom z brązowym płotem.

– I małym drzewkiem przy wejściu.

– I z czarnymi drzwiami do garażu.

– …otwieranymi do góry…

– …taką staroświecką latarnią zawieszoną nad gankiem…

Rick i Dustin wymienili rozbawione spojrzenia.

– Okej, dzięki. Na pewno trafimy – przerwał w końcu tę licytację Rick.

– …i z całą masą żółtej policyjnej taśmy dookoła – zakończył Al.

– …co zdaje się znaczy, że nie można tam wchodzić – dodał sprzedawca.

– Ale bez sensu – zastanowił się Al. – Przecież taką taśmę przylepiają normalnie na miejscu przestępstwa, nawet jest na niej napisane, sam widziałem, „Miejsce przestępstwa, nie wchodzić”.

– No, może i tak – podjął dyskusję sprzedawca – ale z drugiej strony, oni chyba nie mają osobnej taśmy na miejsce, gdzie mogą się znajdować jakieś dowody, a przecież trzeba je chronić, żeby ktoś niepowołany nie wlazł i nie spieprzył im dochodzenia, co nie?

– Racja, Tony, racja – zgodził się Al.

– Będziemy pamiętać – rzucił Dustin i nacisnął klamkę. – Naprawdę jesteśmy panom bardzo zobowiązani.

I tym nad wyraz uprzejmym zwrotem zamknął usta gadatliwym tubylcom. Mogli spokojnie kontynuować poszukiwania, bez żadnej asysty.

Po kilku krokach po świetnie utrzymanym i pedantycznie zamiecionym chodniku Rick stracił nad sobą panowanie i głośno się zaśmiał. Komediantom ze sklepu żelaznego udało się coś, nad czym bezskutecznie od kilku dni pracowała cała jego rodzina i wszyscy przyjaciele. Ale nie stałoby się tu, gdyby pętla na gardle mordercy Jake’a i Janine nie zaciskała się z każdą minutą coraz mocniej. Jeszcze trochę i zmiażdży jego tchawicę, odbierze mu to, co on odebrał im, wydusi z niego ostateczną pokutę. Skończy ten wielki koszmar.

– Co? – spytał Dustin, nieco zaskoczony zachowaniem ojca.

– Nic… te barany… ciężko się powstrzymać…

Dustin widział jednak poważną stronę zagadnienia.

– Gdyby u nas każdy był taki pomocny, to…

– Sprawy zamykalibyśmy trzy razy szybciej, jasne, jasne, nie musisz mi tego mówić. Tylko pamiętaj, że nie przedstawiliśmy się jako gliniarze. Jakbyśmy to zrobili, to jeden z drugim pewnie zapomnieliby, że taki facet jak Colin Mathers, czy jak go tu nazywają, Nick Slier, w ogóle istnieje.

– Nie powiedziałbym.

– No to nie mów.

– Dobre rady zawsze w cenie.

– Zaczynasz gadać jak twoja matka – burknął Rick, zapominając dodać, że gdy Kathrine już rzucała podobną uwagę, ostatecznie zawsze się z nią zgadzał.

– Ciekawe, dlaczego.

– Stawiałbym na dziurę ozonową.

Przewracając oczami, Dustin natknął się na widok, który zmusił go do zatrzymania się i klasycznego rozdziawienia. Przed mijanym przed nich właśnie domkiem, za niskim, białym płotem leżał dobrze wypasiony, łaciaty dachowiec. Nie byłoby w tym nic dziwnego, koty wylegujące się na trawnikach w ciepłe, letnie popołudnia to zjawisko równie niezwykłe, co lód na Antarktydzie czy jazz w nocnym klubie w Chicago. Albo kolejne objawienie się Elvisa, szczegółowo opisane na pierwszej stronie ogólnokrajowej bulwarówki. Co przykuło jednak uwagę Dustina to fakt, że…

– Te, patrz, kot na łańcuchu!

– Co takiego? – Rick miał wrażenie, że się przesłyszał.

Mimo to przystanął i powiódł wzrokiem za palcem swojego syna. I rzeczywiście, do obroży nieszczęśnika przymocowany był, co prawda raczej lekki, łańcuch.

– Ale numer! Szkoda, że zostawiłem aparat w samochodzie.

– To miasto jest bardziej popieprzone, niż wyglądało na pierwszy rzut oka – stwierdził Rick.

Dachowiec, widząc zainteresowanie przechodniów, przetoczył się powoli z boku na bok, zapraszając ich do zabawy.

– Pewnie mu się nudzi, biedakowi – powiedział Dustin. – Jest na takie traktowanie zwierząt jakiś paragraf?

– Jest. Paragraf dwadzieścia trzy. Jak zobaczysz kota na łańcuchu, spieprzaj tak szybko jak się da, bo jego właściciel na pewno ma coś z głową.

– Bardzo zabawne.

– Ja tu nie przyjechałem nikogo rozśmieszać – mruknął Rick. – Idziemy?

Dustin kiwnął głową. Znowu ruszyli ku domowi Nicka Sliera. A gdy po – niespełna trzech minutach – tam dotarli, stanęli przed pomalowaną na czarno furtką i jednocześnie wzięli głęboki oddech.

Pierwszą rzeczą, jaka odróżniała posesję Sliera od sąsiadujących z nim, był zaniedbany ogród. Trawnik domagał się skoszenia, żywopłot przycięcia, farba na płocie – zeszlifowania i położenia następnej warstwy.

– Ogrodnikiem roku to on nie zostanie – rzucił Rick i pchnął bramkę, która z głośnym jękiem ustąpiła.

– Ma za to jeszcze szansę na psychola roku.

Rick zignorował komentarz syna. Zajęło go co innego.

– Ani jednego. Uwierzysz w to? Kurwa mać, ani jednego! Robią nalot na dom podejrzanego o potrójne morderstwo i jak kończą? Zalepiają ganek tą pieprzoną taśmą, pieczętują drzwi i biorą swoje otłuszczone tyłki w troki, i spadają na pączki!

– Może obserwują z ukrycia? – nieśmiało zasugerował Dustin.

– A może Busha przyjmą do Mensy? – odpalił Rick.

– Nie musisz być sarkastyczny.

– To przestań się zachowywać jak dziewica.

– Ja tylko…

– Starczy – uciął krótko Rick. – Wchodzimy.

– Którędy?

– Nie zapieczętowali okien, banda opasłych amatorów.

Trzy minuty później Dustin zbierał się z dywanu w sypialni Nicka Sliera, starając się nie patrzeć na zlokalizowane niebezpiecznie blisko jego twarzy buty ojca. W tle cicho szumiały klimatyzatory, dając chwilę ulgi ich rozgrzanym, spoconym ciałom. Do wystroju wnętrza pasowałby jednak zupełnie inny soundtrack, najlepiej taki, w którym istotną rolę odgrywałyby diaboliczne porykiwania i dziwne, tajemnicze odgłosy, które natychmiast wywołują przed oczy obraz kamiennych kręgów ze Stonehenge i mrukliwych, zakapturzonych postaci celtyckich druidów. Gdyby za zwiedzanie pokoju Sliera zabrali się Colin i Ally, od razu skojarzyliby go z mieszkaniem (świętej pamięci) Donalda Bustera. Brakowało jedynie afrykańskich masek i amuletów.

– O, kurwa – szepnął Dustin, gdy już ogarnął te wszystkie niezwykłości.

– Wypada mi się tylko z tobą zgodzić – odparł Rick.

– Satanista?

– A widzisz tu jakieś odwrócone krzyże albo pentagramy?

– Nie.

– I sam odpowiedziałeś sobie na własne pytanie.

– Przestaniesz to w końcu robić?

– Robić co?

– Traktować mnie jak pięciolatka!

– Mam niejasne wrażenie, że już o tym dyskutowaliśmy.

– Tym bardziej.

– Powiem ci tak: ty przestaniesz się zachowywać jak pięciolatek, a ja przestanę cię traktować jak pięciolatka. Jak ci się podoba taki plan?

– Spierdalaj.

– O, właśnie zarobiłeś dwutygodniowy szlaban z zakazem oglądania telewizji.

– Zajmij się lepiej robotą. W każdej chwili ktoś tutaj może przyjść.

– A myślisz, że co ja cały czas robię? Ty sobie może i pytlujesz, ale ja non stop szukam dowodów…

Rick czuł się jak wciągnięty w potężny wir, popychany i szarpany jednocześnie, niezdolny do zmiany kierunku, w którym się poruszał. Chciał przestać drażnić Dustina i kpić z niego, chciał okazać mu wreszcie szacunek, na jaki swoją pracą zasługiwał. Ale coś – pełzający w jego umyśle niepokój, ciągle obecne poczucie wielkiej straty i pospolita złość nie pozwalały dotrzeć do pokładów szczerości, do których tak łatwy dostęp miała Kathrine, umiejąca wyciągać z niego to, co najlepsze, nawet jeśli on sam się przed tym bronił. Ona brała, bo wiedziała, gdzie i jak szukać, Dustin żądał, tym samym utrudniając Rickowi zadanie.

Bliskość człowieka – potwora – który zabrał jego najlepszego przyjaciela i jego rodzinę, działała na niego w sposób, jakiego nie przewidział. Zwykle po prostu uciekał w skupienie, wchodził w detale sprawy, żył nimi, myślał w kategoriach śledztwa, zamieniał w maszynę zbudowaną do jego rozwikłania. Teraz usiłował połączyć ogień z wodą, trzymać się jak najdalej od sprawy i zarazem poświęcić się jej bezgranicznie. Dystansował się od niej czarnym, sarkastycznym humorem, na każdym kroku drwiąc i wyśmiewając, wszystko i wszystkich, jakby cała sytuacja była jednym wielkim żartem, absurdem, który należało solidnie okpić. Tylko jak z tym wszystkim dotrzeć do Dustina?

– Co mieli znaleźć, to już znaleźli – odezwał się Dustin, spoglądając na podniszczoną komodą, której wszystkie szuflady były niedosunięte.

– Akurat – powiedział Rick. – Te barany nie znalazłyby porządnego dowodu nawet gdyby wyskoczył na nich z wielkim krzykiem i nakopał do dupy.

Odwrócił się i zabrał za studiowanie ściany po lewej stronie okna. Pokrywały ją chaotycznie poprzyklejane wycinki z gazet, magazynów, książek, zdjęcia, odręczne notatki. Jak z podręcznika małego szajbusa, pomyślał Rick. Mógłby być trochę oryginalniejszy.

Motywem przewodnim kolekcji Sliera były wydarzenia, którymi w telewizyjnym serialu zajmowali się agenci Mulder i Scully. Z wyjątkiem UFO. UFO było najwyraźniej dyskryminowane. Ani jedna rozmazana fotka latającego spodka nie znalazła swojej drogi na tę paranormalną wystawę, ani jeden wizerunek małego, szarego ludzika nie trafił pomiędzy pieczołowicie zgromadzone wycinki. Królowały za to przypadki spontanicznych zapłonów, telekinezy, telepatii, wyginania łyżek siłą woli. Z jednego ze zdjęć gapił się na nich wąsaty człowiek-magnes, z wielkim żelazkiem przytwierdzonym do włochatej, obwisłej klatki piersiowej. Obok niego, jakby dla kontrastu, prezentowała swoje wdzięki młoda, atrakcyjna kobieta, ubrana jedynie w skąpy kostium kąpielowy. Nagłówek towarzyszącego zdjęciu artykułu głosił: Amanda bohaterem Saskapika, Indiana. Dustin poczuł nagłą ochotę dowiedzenia się szczegółów historii i zbliżył, by przeczytać notatkę. Rick jednak złapał go za ramię i wskazał inne zdjęcie, którego modele niestety powabem wyraźnie ustępowali Amandzie z Saskapika, Indiana.

– Co? – spytał Dustin, nie bardzo rozumiejąc intencje ojca.

– Nie widzisz? Ten musi być najważniejszy.

– A jak doszedłeś do tego wiekopomnego wniosku?

– Proste – Rick wszedł w rolę nauczyciela, którym dla Dustina już chyba nigdy nie miał przestać być. – Jest w samym środku. A poza tym, jest inne niż cała reszta.

– W jakim sensie inne?

– Cała reszta to jakieś gówno z „Archiwum X”. A ten… to zwykły raport z kroniki policyjnej.

Zerwał wycinek ze ściany i zaczął czytać na głos.

83

– O, kurwa – rzuciła Ally, blednąc. Jej usta jednak wykrzywiły się w słabym uśmiechu. – Wybaczycie francusczyznę, ale nie co dzień widzi się takie dziwy.

Mary zrobiła krok wstecz, chowając się za Colinem. Nie miała siły nawet na wydobycie z siebie odrobiny francusczyzny.

– Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie, który jest który? – zaśmiała się Ally, przerzucając wzrok z Colina na obcego i z powrotem.

– Wystarczy – powiedział obcy. – Nie będziecie nam na razie potrzebne.

Pstryknął palcami. Ally i Mary osunęły się na ziemię, zupełnie jak złodzieje, których napotkali na obrzeżach miasta. Nie wzbudziły tym niczyjego zainteresowania. I obcy, i Colin wiedzieli dokładnie, co się z nimi stało. Chwila głębokiego snu jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

– No co jest, bracie? Nie wyglądasz na uszczęśliwionego naszym spotkaniem.

Cisza. Colin oddychał powoli, miarowo, starając się ze wszystkich sił uspokoić. Ale gniew przemógł go i popchnął do przodu.

– Oj, powoli, na serdeczności przyjdzie jeszcze czas – zawołał beztrosko obcy, jednocześnie podnosząc prawą rękę.

Colin zatrzymał się z pięścią na wysokości nosa, komicznie zamrożoną w gorącym powietrzu upalnego lata. Przeżuwając swoją bezsilność, rozluźnił mięśnie. I znów mógł poruszać się bez ograniczeń. Slier udowodnił mu kilka rzeczy naraz. Zwłaszcza to, że to on kontrolował sytuację.

Pytania, bezładnie, w chaotycznej kolejności cisnęły się na usta Colina. Zaczynały się słowami skąd, dlaczego, jak, kiedy, po co i zawierały taką dawkę emocji, że aż drżał na całym ciele.

Z krzywym uśmieszkiem, który bardziej szpecił niż zdobił jego twarz, Slier szerokim gestem zaprosił na przygotowane dla niego miejsce przy ognisku.

– Coś czuję, że chciałbyś się dowiedzieć paru rzeczy – powiedział Slier.

Colin usiadł przed nim i spuścił głowę. Nie mógł patrzyć na tę twarz, jego własną, jej lustrzane odbicie. Słuchanie swojego własnego głosu wydobywającego się z zewnątrz było wystarczająco upiornie dziwaczne. A do rozmowy z własnym głosem jako interlokutorem miał szansę już się przyzwyczaić.

– Jak… – zaczął, ale nim udało mu się dojść do drugiego wyrazu, w jego umyśle pojawiła się odpowiedź. I to nie zwyczajny ciąg posklejanych w syntaktyczne ciągi morfemów, lecz gotowe obrazy, dźwięki, wrażenia, uczucia. Miał bezpośredni dostęp do wspomnień Sliera, jak do swoich własnych. Pozostawało tylko zdecydować się na konkretne i wyciągnąć je z półki.

Przeniósł się do Kaliforni, w słoneczne przedpołudnie dwa lata wcześniej. Do dnia, w którym musiał na zawsze pożegnać się z Eileen. Widział wyraźnie, jak…

84

…przejeżdża przed nim ciężarówka z wielkim logo Coca Coli na boku. Za nią podąża błękitny mini van, którego kierowca, najwyraźniej dokądś się spieszący, trąbi bez opamiętania i klnie w przednią szybę. Biznes wymaga jego obecności, jego czujnego oka, jego decyzyjnego geniuszu…

Smog unosi się nad zatłoczoną ulicą. Nic dziwnego, że mówi się, że przez Los Angeles nie da się przejść pieszo, bo nikt nie potrafi wstrzymać oddechu na tak długi czas. A każdy następny samochód dodaje swoją dawkę.

Wreszcie nadjeżdżają oni. Colin nigdy wcześniej ich nie widział, lecz wydaje mu się, że zna ich od urodzenia. Kobieta w wieku jego matki otwiera okno i uśmiecha się do niego.

– Wskakuj, nie ma czasu do stracenia.

A Colin już wie, że to jest jej ulubione powiedzenie, że karmi nim wszystkich dookoła, czy jest ono adekwatne do sytuacji, czy nie. Zresztą, nikt nigdy nie ma czasu do stracenia, nie w tym biegnącym na złamanie karku mieście.

Wsiada, nie okazując wahania. Jest tylko obserwatorem, choć wydaje mu się, że jakiś wpływ na wydarzenia jednak ma. To złudzenie mija niedługo później. Nick Slier sięga do kieszeni swojej koszuli i wyciąga z niej paczkę czerwonych Marlboro. Zapach i smak tytoniu wypełnia go, przesłania na moment cały świat. Zaciąga się, choć nigdy nie miał na to ochoty i uważa to za jedną z największych głupot, jakie może zrobić człowiek.

– Jak ci minął dzień? – pyta mężczyzna za kierownicą, jego ojciec, przynajmniej w tym wspomnieniu.

– Spoko. Niewiele się działo.

– Rozmawiałeś z Theresą?

– Mamo…

Piekące, czerwieniejące policzki. Zawstydzenie rozlewające się po całym ciele.

– Jeśli ty tego nie zrobisz, to ja się za to wezmę.

– Słuchaj matki, Nick, ona jest do tego zdolna.

– Tego się właśnie boję.

– Czemu się w ogóle z tym ociągasz? Theresa to śliczna, miła dziewczyna, kochacie się. A jej rodzice to dobra, katolicka rodzina. Jak ty się jej nie oświadczysz, to zrobi to ktoś inny, zobaczysz.

– Najważniejsze, że katolicka – w głosie Nicka pobrzmiewa ironia.

– W naszej rodzinie od czterech pokoleń nie było żadnego nie-katolika – matka mówi, patrząc we lusterko wsteczne.

– W mojej się zdarzali – rzuca ojciec, puszczając do Nicka oko. On niespecjalnie interesuje się wyznaniem swojej przyszłej synowej. Ważniejsze dla niego jest to, że młodzi świetnie do siebie pasują, dogadują się bez słów, kochają…

– Edwardzie Slier, to jest poważna sprawa – matka bardziej przemawia niż mówi. Ten ton i ten oficjalny sposób zwracania się do swojego męża rezerwowała na okazje najwyższej rangi, kiedy to traktuje go z góry i przyciska tak długo, aż on wywiesza białą flagę.

– A czy ja mówię, że nie?

– Ale dzisiaj tłok na tych ulicach – wtrąca Nick, obawiając się nadciągającej kłótni. Niepotrzebnie. Chmury szybko znikają i w ich Cadillacu znowu świeci słońce.

– Już wyjeżdżam na autostradę, trochę przyspieszymy – mówi ojciec.

– Wybrałeś już kolor? – pyta matka.

A Colin już wie, że chodzi o auto, które jadą dla niego kupić, przedwczesny prezent ślubny.

– Srebrny – odpowiada szybko. – Przecież wiesz, że podobają mi się tylko srebrne.

Wreszcie dostają się na autostradę, gdzie potok aut jest bardziej wartki. Sedany, pikapy, vany, limuzyny, kabriolety śmigają w sobie tylko znanym celu. Nikt na nikogo nie zwraca uwagi, pracują telefony komórkowe, wiatr rozwiewa włosy tym, którzy zdecydowali się opuścić dach.

Nick, a ukryty w nim Colin razem z nim, pochyla się i upewnia, że pas bezpieczeństwa jest zapięty. Samochód – jak przystało na pojazd należący do właściciela salonu – jest wręcz nadziewany poduszkami powietrznymi, wzmocnieniami konstrukcji nadwozia i wszelkimi innymi dostępnymi na rynku środkami chroniącymi pasażerów przed nagłą śmiercią w objęciach tony wysokiej jakości stali. Pas oczywiście jest zapięty. To, że pompuje regularnie w swoje płuca paręset rakotwórczych związków nie znaczy jeszcze, że zapomina o takich drobnostkach.

– Patrz na tego debila – złości się ojciec, pokazując na czerwonego Chevroleta po wariacku zmieniającego pasy z jednego na drugi i z powrotem. – Takiemu to cep do ręki, nie kierownica.

– Ty byś mu auta nie sprzedał, co? – woła wesoło Nick.

– A pewnie, że bym mu sprzedał. Ale zaraz potem zabrałbym gówniarzowi prawo jazdy.

Uśmiech, mrugnięcie i bolesne wykrzywienie twarzy, które Nick widzi jak przez mgłę. Dużo wyraźniej czuje jednak ból, który odmalowuje się na jego obliczu. Ułamek sekundy przed tym, jak obraz straci barwy i zmieni się w jednolitą, ciemną maź, nawiedza go świadomość, że to on jest źródłem tego bólu, przez niego on wypływa i rozchodzi się, przenikając ciała najbliższych mu osób.

Ciemność i wiedza. To już Colin, zajmujący tylne siedzenie, patrzący, analizujący, porównujący. I odnajdujący kawałki własnego życia we wspomnianiach Nicka Sliera.

85

Cmentarz komunalny w zachodnim Los Angeles. Równe rzędy podobnych do siebie nagrobków, kamiennych tablic z wyrytymi na nich imionami, nazwiskami, datami, zdawkowymi pożegnaniami, wezwaniami do Boga i wszystkich świętych. Szczere, nieszczere, trudne do rozróżnienia w swoim banalnym patosie.

Jego interesuje tylko jeden, ten, na którym widnieją imiona jego rodziców Alice i Gordon Slier. Nie może przy nim uklęknąć, jego kolano jest jeszcze usztywnione po operacji. Która zresztą, według jego lekarzy, udała się znakomicie. Będzie jeszcze biegał, skakał, jeździł na nartach i cokolwiek mu się zamarzy.

Gdzieś z boku stoi Theresa, trzymając jego kule i wstrzymując – a raczej próbując wstrzymać, bo jej się to nie udaje – łzy. Trzyma jego dłoń, ściska ją, ale on nie odwzajemnia uścisku. Jego ręka wydaje się równie martwa, co lokatorzy okolicznych, podziemnych kwater.

– Chodźmy już stąd – szepcze. – Nie wytrzymam dłużej…

Ty nie wytrzymasz? – Nick odwraca się do niej, jego twarz przemieniona w szarą, kamienną maskę.

Chwila ciszy i:

– Przepraszam – ciche, mokre, żałosne.

Teraz dłoń ściska dłoń, mocno, z zapewnieniem, że to nie ostatni raz, że zawsze tak będzie, ona i on.

86

Colin skrzywił się i zajrzał w oczy Sliera, granatowe jak jego własne, gdy opanowywała go ta obca energia. Energia, której źródło właśnie widział.

– Mogłeś mi oszczędzić melodramatu – powiedział twardo.

– Jeszcze do tego nie doszedłeś? 15 czerwca 2003. Nic ci ta data nie mówi?

Ze wszystkich dat, jakie Colin pamiętał, ta mówiła najwięcej.

– Co ty o mnie w ogóle wiesz?

– Więcej, niż ty o mnie.

– Tyle to zdążyłem się domyślić.

– Słuchaj, nie mówię ci, co masz myśleć. Wyciągaj wnioski.

– Chcesz mi sprzedać jakieś badziewne teksty o przeznaczeniu? Wielkim kosmicznym planie? Sorry, ale nie ma żadnego planu, ludzie rozbijają się i zdychają w bezsensownych wypadkach… Światem rządzi chaos…

Pełnym złości ruchem, Slier wrzucił do ognia krótką, grubą gałąź. Tuman iskier wzniósł się w niebo, dym zafalował i wrócił do normy.

– To nie były wypadki. Wiesz to.

– Udowodnisz mi to jakoś?

Pewnie, że tak.

Usta Sliera nie poruszyły się nawet odrobinę. Znowu się bawi w czarodzieja, pomyślał Colin.

Masz dostęp do mojej pamięci jak do swojego fiuta. Korzystaj. Możesz dowiedzieć się wszystkiego po kolei, od samego początku, krok po kroku.

Colin uśmiechnął się nieznacznie.

A ty pewnie masz dostęp do moich.

Jakbyś zgadł.

Coś ciekawego znalazłeś?

Wasza pierwsza noc była całkiem interesująca…

Pierdol się.

Wiesz, miałem wrażenie, jakbym to sam z nią robił…

Mimo natrętnego wrażenia, że był manipulowany, Colin ze wściekłością wniknął w pamięć Sliera i odnalazł w niej dalszy ciąg wspomnienia z dnia, w którym pierwszy raz odwiedził on grób swoich rodziców.

Zobaczył sypialnię jego mieszkania, urządzoną bezładnie, bez myśli przewodniej, w dodatku domagającą się posprzątania. Zobaczył Theresę zdejmującą swoją bluzkę i nachylającą się nad nim, nad Slierem. Zobaczył błękitną pościel z drobnymi, białymi wzorkami. Zobaczył…

I co? Niezła laska z niej była, nie?

Przedstawienie nabrało tempa. Przemknęło przed nim świadectwo urodzenia, na którym po raz pierwszy zauważył nazwisko Ellen i Stephena Banks, przemknęło przez niego ukłucie gniewu, krótkotrwałe, ścigane przez żal i wyrzuty sumienia. Przebił się przez kłótnię z Theresą, zakończoną samotnym wyjazdem z Los Angeles, wyjazdem byle przed siebie, ale jednak w z góry upatrzonym celu. Przeżył razem ze Slierem pierwszego Strażnika, poczuł zadane przez niego rany i ulgę, gdy było już po wszystkim. I bez większych komplikacji dotarł do drugiego.

Przy drugim Strażniku miałeś dużo więcej szczęścia niż ja, bracie.

Czemu?

Twoja kobieta nie żyła od dwóch lat…

Bez różnicy.

Bez różnicy? Ciekawe, czy powiedziałbyś to samo, gdyby twoją Eileen odnaleźli niedługo później w zamkniętym od wewnątrz mieszkaniu posiekaną na kawałki siekierą, której nigdy nie znaleźli…

Chyba nie…

Oj, chyba tak. Możesz sprawdzić. Nie kłamię.

Krótka wizyta w banku pamięci Nicka Sliera i brutalna prawda… tragedia, która natychmiast stała się i jego tragedią.

Zaczynał patrzeć na świat jego oczami. Bronił się przed tym, starał się wmówić sobie, że to wszystko jest mu obce, że to nie jego przeżycia, uczucia, dramaty. Ale sposób, w jaki się o nich dowiadywał, tak bezpośredni, że właściwie wszelki dystans pomiędzy nim, a tym, co się działo, zanikał zupełnie, brał górę nad jego wolą. Współczuł. Więcej: współodczuwał. Wrogość ustępowała miejsca sympatii. Byli tacy sami, przeszli przez to samo gówno, niezasłużenie. Zostali skrzywdzeni, należała się im jakaś rekompensata.

Prześlizgnął się na drugą stronę. Wisconsin Dells powitało go upajającym uczuciem mocy. Znał już je, zachłystywał się nim od ponad godziny. I rozumiał podejście Sliera, który taplał się w niej kilkanaście miesięcy. Kilkanaście miesięcy na nieustannym haju! Władza korumpuje, władza absolutna korumpuje absolutnie…

Intensywne studia nad tym, jak efektywnie wykorzystać zesłaną z nieba siłę… Tony bezwartościowego materiału, urywki prawdziwej wiedzy, porozrzucane, poukrywane pomiędzy górnolotnie sformułowanymi bzdurami… Ciągłe próby i ciągłe doskonalenie… Pierwsze sukcesy… Pierwsze sztuczki i pierwsze profity… Marsz w górę… I granica, do której przekroczenia potrzebował swojego brata bliźniaka, drugiej połowy… Poszukiwania, odnalezienie i sprowadzenie go na miejsce…

Ale dlaczego w ten sposób? Mogłeś, jak normalny człowiek, zadzwonić do mnie i o wszystkim opowiedzieć!

Musiałeś to wszystko przeżyć, żeby zrozumieć.

Zginęli ludzie!

Ludzie… A od kiedy to na tej planecie brakuje ludzi? Zresztą, to była taka przyspieszona ewolucja, możemy potraktować to w ten sposób. Przeżyli najsilniejsi. Darwin byłby z nas dumny. Poza tym – i na to nie miałem już wpływu – taka jest twoja moc. Ja tylko ją włączyłem. Gdyby było na odwrót i to ty usiłowałbyś mnie ściągnąć tutaj, ludzie dookoła nie zabijaliby się, tylko pieprzyli, ile wlezie. To byłby taki objazdowy, uliczny burdel. Śmiech.

Colinowi przez myśl przebiegły zajęcia z filozofii. Wraz z nimi pojawiła się ochota na krótki wykład. Ale to nie była szkolna klasa. I nie miałby jak zdyscyplinować ucznia.

Ciebie to śmieszy… Ale tam zginęło dziecko!

Daj spokój, nie jestem sentymentalny.

Dobrze, niech mu będzie. Tylko…

Po co ta cała szopka? Nie mogłeś się przedstawić?

Byłem ciekawy, czy się domyślisz. A ty zacząłeś podejrzewać u siebie schizofrenię! Śmiech, głośniejszy, bliższy szaleństwu niż cokolwiek Colin słyszał w swoim życiu.

A w ogóle po co mnie tutaj ściągnąłeś? Pytanie, na które odpowiedź częściowo już znalazł bezpośrednio w pamięci Sliera. Ale tam czekała na niego blokada, pewnych rzeczy ujawnić od razu jego braciszek nie chciał.

Jak to po co? Jesteśmy braćmi, to chyba oczywiste…

Przecież nie jesteś sentymentalny.

Prawda… Zmiana tonu. Teraz brzmiał – wciąż bez pośrednictwa tych jakże zawodnych organów, jakimi są struny głosowe i uszy – poważnie, jakby rozpoczął własnie negocjacje w sprawie budowy nowego centrum handlowego. Potrzebuję cię… musimy…

Musimy?

Tak, musimy. Musimy znaleźć tych, którzy zmusili naszych rodziców do oddania nas, a potem ich zabili…

Zabili?

Zabili! Nie widzisz powiązania? Twoi przybrani rodzice, Eileen, moi rodzice, jednego dnia… To nie był przypadek. Nie ma przypadków. Wszystko jest powiązane…

O czym ty mówisz?

Taa, to twoje KA, ale takie KA, któremu pomagają ludzie. Zawsze się jacyś znajdą do pomocy. KA nie może być przecież ślepe, nie?

Nagle coś się stało. Pamięć Colina zaczęła działać w sposób niezwykły, mógł cofać się w przeszłość, jakby przewijał taśmę w magnetowidzie, obrazy były równie wyraźne bez względu na czas, który upłynął od jego powstania. Widział najdrobniejszy szczegół. To było jak oglądanie filmu z własnych narodzin, jakkolwiek obrzydliwy taki pomysł by się nie wydawał.

I nie była to kolejna wędrówka po zwichrowanym umyśle jego brata. Eksplorował swój własny. A towarzyszyło mu przekonanie, że dociera do prawdy, prawdy takiej, jaką powinien widzieć ją też Nick. Tylko dlaczego tak się nie działo? Dlaczego oszukiwał sam siebie? Nieważne. Ważne, żeby samemu się przekonać, samemu uchronić się przed zanurkowaniem w obłęd.

87

– Prześpij się trochę. Ja będę czuwał.

Ellen Banks uśmiecha się słabo. Jej zmęczona twarz na moment się rozjaśnia i znowu gaśnie. Sen ogarnia ją szybciej, niżby mogła sobie tego życzyć.

Jej mąż, Stephen, ociera chusteczką pot z czoła i karku. Wzdycha. Usiłuje usadowić się wygodnie na chwiejnym krześle. Ziewa. Szczypie się w udo. Idzie do automatu z kawą, pochłania kubek dużej czarnej bez cukru. Siada na to samo krzesło. Odchyla głowę do tyłu.

W łóżeczku po drugiej stronie przestronnej sali leżą nowo narodzone bliźnięta, jeszcze bez imion. Są zrośnięte ze sobą bokami, kawałkiem skóry i mięśni. Rokowania są korzystne, bracia nie dzielą żadnych wewnętrznych organów, operacja rozdzielenia będzie prosta, a rehabilitacja – bardzo krótka. Wszyscy dookoła powtarzają, że mogło być gorzej, dużo gorzej, były przypadki…

Chłopcami interesują się dziennikarze, na razie skutecznie odpędzani przez personel szpitala świętej Łucji. Choć jedno, zrobione potajemnie zdjęcie już znajduje się w drodze w ręce redaktora lokalnej gazety. Wkrótce trafi na okładkę.

Głowa Stephena opada na jego pierś. Jego podkrążone oczy są zamknięte, zachłystują się od dawna oczekiwanym odpoczynkiem.

Z łóżeczka bracia przyglądają mu się z uwagą i zaciekawieniem nienaturalnym u kilkudniowych noworodków. Gaworzą, przebierając drobnymi, pulchnymi nóżkami.

Tymczasem zza ściany i z korytarza zaczynają dobiegać niepokojące odgłosy. Ktoś krzyczy, ktoś się głośno śmieje, coś uderza o metalową ramę łóżka. Jęczą sprężyny materaca, jęczy dwoje ludzi. Nagle wszystko przerywa dźwięk rozbijanej szyby i kobiecy pisk.

Stephen Banks budzi się ze snu. Budzi się i jego żona. Oboje koncentrują swój wzrok na łóżeczku i wszelka aktywność w najbliższej okolicy ich sali wraca do normy.

Po policzkach Ellen płyną łzy nieuniknionego.

– Nie możemy tak długo – szepcze, nienawidząc każdego wypowiedzianego słowa.

– Wiem – odpowiada krótko Stephen, kiwając głową. – Wiem.

Decyzja zapada gdzieś między nimi, w powietrzu, które ich otacza, w imię przyszłości, której nie są w stanie ogarnąć.

– Jak tylko oddzielą ich od siebie, znajdziemy dla nich dobre rodziny. Będą szczęśliwi… – ostatnie zdanie brzmi jak pytanie, domaga się potwierdzenia. I Stephen pospiesznie je daje.

– Będą szczęśliwi.

– Zostawisz strażników.

– Tak. Dwóch.

– Trzech.

W zamyśleniu, Stephen gładzi swoją gęstą, smolisto-czarną brodę.

– Nigdy więcej ich nie zobaczymy – Ellen zmusza się do wypowiedzenia tych słów, jakby chciała przypieczętować ich wybór, odciąć sobie drogę ucieczki, wzmocnić swoje postanowienie, które w każdej chwili mogło zostać pokonane przez zaborczą, macierzyńską miłość.

88

Razem będziemy niepokonani. Poza zasięgiem tych wszystkich dupków. Nie czujesz tego? To płynie z tego miejsca, dlatego wywieźli nas jak najdalej stąd. Ciebie na Florydę, mnie do Kaliforni. Tam byliśmy zwykłymi frajerami, jak każdy pożeracz hamburgerów. Idealne trybiki do tej ich maszyny. Pracuj dla nich aż zedrzesz sobie ręce do kości, a potem kup, co ci każą, przetraw, wysraj i poproś o dokładkę.

Ciągnący się monolog Sliera przyprawiał Colina o zawroty głowy. Przypomniały mu się wywody antyglobalistów z pokazywanych przez CNN manifestacji, regularnie zamieniających się w ataki na restauracje MacDonald’s i wielkie bitwy z policją. Ten sam tok rozumowania, tyle że hasła powszechnego dobrobytu i radykalnej odmiany losu państw trzeciego świata, zastąpił wynurzeniami osobistymi. Colin miał nieodparte wrażenie, że jego gadka brzmiałaby zupełnie inaczej, gdyby zarysowała się szansa przewodzenia jednemu z tych parszywych gigantów. Więcej: zaczynał się przekonywać, że Slier do tego właśnie dążył, idąc swoją pokręconą, usłaną przeszkodami pragnienia zemsty ścieżką.

Ale: we wszystko wpijała się też kłująca realność energii, jaka wydobywała się z niego i łączyła z energią Colina. Od momentu, w którym zajrzał w jego – swoje – oczy, czuł, że mógłby przenosić góry leniwymi gestami i odwracać bieg rzek skinieniami głowy. Tak, razem mogli, mogli stać się niepokonani, sięgnąć po władzę absolutną. Razem, współpracując, odnawiając jedność, jaką tworzyli w dniu swoich urodzin. Naturalną. Pierwotną. Nierozerwalną.

Próbowali nam wmówić, że oni sami odebrali sobie życie. Że opuścili nas tak po prostu, bez słowa… Nie zrobiliby tego. Nigdy. Kłamstwo na kłamstwie, wszędzie kłamstwa. Pierdolone oszustwa gdzie tylko się odwrócisz.

Samobójstwo… W umyśle Colina uformował się wycinek z gazety, przyczepiony do pokrytej odlepiającą się tapetą ściany w domu Sliera. Zaczął czytać.

…wczoraj wieczorem zaniepokojeni sąsiedzi… wezwana policja odkryła ciała Stephena i Ellen Banksów… przy zwłokach znaleziono puste flakoniki po silnych środkach nasennych i notkę pożegnalną… „Dłużej już tak nie możemy. Wybaczcie.” …naczelnik policji stwierdził, że nie ma podstaw podejrzewać udział osób trzecich… uroczystości pogrzebowe prawdopodobnie odbędą się w przyszłym tygodniu…

Slier zatrzymał się w pół kroku. Jego twarz – do której Colin ciągle nie potrafił się przyzwyczaić – stężała.

– Kłamstwa – powiedział cicho, po raz pierwszy od dawna otwierając usta. – Wiesz o tym. Musisz o tym wiedzieć.

– Jasne – pospiesznie zapewnił Colin.

– Nie wierzysz mi – stwierdził Slier, ruszając. – Ale jeszcze się przekonasz. Jeszcze się przekonasz.

Nawyk powtarzania słów i całych fraz drażnił Colina już od dobrych kilkunastu minut. Głęboko, poza zasięgiem stale grzebiących w jego świadomości macek Sliera, uformowało się przekonanie, że zachowywał się śmiesznie, manierycznie, jak kiepsko zagrany szwarc charakter z filmu klasy B.

Ścieżka, którą szli, była wąska i kręta. Co jakiś czas przecinały ją pnie powalonych drzew, jakby las naumyślnie starał się ich zawrócić z drogi, odwieść od dalszego brnięcia nią. Tak się przynajmniej wydawało Colinowi, który przez cały czas szukał szansy ucieczki. Ze Slierem jednak, pilnującym go jak klejnotów królewskich, nadzieja powoli słabła.

89

Ally Plate otworzyła jedno oko. Po czym je zamknęła, przetarła i otworzyła jeszcze raz. Z jej ust wydobył się cichy jęk, osobliwe połączenie bólu, zaskoczenia, złości i niedowierzania. Całość przykryła warstwa ironii.

Obok niej poruszyło się obszerne ciało Mary Jones, ofiary niezliczonych cudownych diet i przemysłu cukierniczego. Ona podniosła obie powieki naraz i przyjęła do wiadomości swoją aktualną, horyzontalną pozycję. Nie potrafiła się jednak pogodzić z mrówkami spacerującymi po jej rękach, nogach, szyi, twarzy i ubraniu. Z dzikim wrzaskiem zerwała się z ziemi i jęła strzepywać intruzów gwałtownymi, nieskoordynowanymi ruchami.

– Ale kac… – mruknęła Ally, podnosząc się ospale i równie ospale pozbawiając się swoich własnych nieproszonych gości. – A wczoraj żadnej, kurwa, imprezy. Jest na tym świecie sprawiedliwość?

Mary zupełnie nie zwracała na nią uwagi, podskakując i podrygując komicznie.

– Niech zgadnę: w wolnych chwilach chodzisz na lekcje stepowania – rzuciła Ally.

Zdziwiona, Mary przystanęła, przy okazji przekonując się, że wszystkie mrówki, jakie ją dręczyły, ewakuowały się z niegościnnego terenu.

– Skąd wiesz? – spytała i poprawiła swoją bluzkę.

– Intuicja – odparła Ally, jej brwi niemal stykające się z linią włosów, uśmiech drgający w kącikach ust.

– Hm – Mary wzruszyła ramionami.

– Gotowa?

– Do czego?

– Do ruszenia się z tej dziury.

Dopiero teraz Mary zorientowała się, że były na polanie same.

– Gdzie oni są?

– To, kochana, jest pytanie za sześćdziesiąt cztery tysiące baksów. Czy czym tam się płaci w Wisconsin.

Ognisko, zostawione same sobie, powoli dogasało. Dym snuł się nad nim we wszystkich kierunkach, jakby niezdecydowany, który wybrać.

– To co robimy? – spytała niepewnie Mary.

– Jak to co? Zrywamy się stąd. Nie zamierzam tu spędzić nocy. To miejsce…

– Wiem, co masz na myśli. To miejsce… jest nawiedzone. Może kiedyś palili tu czarownice albo co…

– Chciałam powiedzieć, że to miejsce śmierdzi – Ally głośno pociągnęła nosem – ale skoro wolisz takie meta…psychiczne wyjaśnienie, to proszę bardzo.

Po chwili milczenia Mary otworzyła usta.

– Tutaj rzeczywiście czymś śmierdzi. I to…

– Jakiś jeleń albo inny łoś musiał paść w okolicy. Chodźmy.

– Poczekaj… zobaczmy… Nie jesteś ciekawa?

– Jestem bardzo ciekawa, ale tego, jak się stąd wydostaniemy, jak się ściemni.

– Moment. To gdzieś tam…

Mary wskazała palcem krzaki po drugiej stronie polany i poszła za własnymi wskazówkami. A Ally, demonstracyjnie zatykając nos, za nią.

Smród przybierał na sile z każdym krokiem, informując dobitnie, że zbliżały się do jego źródła.

– Zaraz rzygnę. Nie żartuję – ostrzegła Ally.

– Cii – syknęła w odpowiedzi Mary.

– Co? Spodziewasz się śpiącego niedźwiedzia?

Nie znajdując wystarczająco ciętej riposty, Mary milczała. Ostrożnie odchyliła przeszkadzające gałęzie malinowych krzewów, zajrzała między nie i cofnęła się z przerażeniem. Sekundę później, na kolanach, wymiotowała zawartość pustawego żołądka, trzymając się za brzuch i jednocześnie łkając.

– No co? Znalazłaś zwłoki Kubusia Puchatka? – rzuciła Ally i sama ruszyła między krzaki. – O, kurwa! – zawołała, zakrywając usta i nos dłonią. – Temu panu golenie już nie będzie potrzebne – dodała po chwili, stojąc już w bezpiecznej odległości od na poły rozłożonego ciała.

– Chodźmy stąd – wydusiła z siebie Mary.

– Czekaj… musimy…

– Nic nie musimy. Ja idę, z tobą czy bez ciebie.

– Mówię ci, zaczekaj, musimy zobaczyć, kto to jest.

– Ciekawe, jak chcesz się dowiedzieć. Myślisz, że ma w kieszeni portfel z dokumentami?

– Nie zaszkodzi sprawdzić…

– Chyba żartujesz!

Ale tym razem Ally nie żartowała. Z palcami zaciśniętymi na nozdrzach i miną świadczącą o bezgranicznym cierpieniu, zanurzyła się w krzaki. Prawą rękę wsunęła pod marynarkę mężczyzny i przesunęła nią w poszukiwaniu wewnętrznej kieszeni. Ta okazała się pusta, więc, cokolwiek intensyfikując wyraz męki na swojej twarzy, przeszła do przeszukiwania spodni nieboszczyka. Wyobraziła sobie jego rozpływające się w powodzi robaków genitalia i z trudem powstrzymała się przed zwymiotowanie. Jej trudy zostały jednak wynagrodzone. W lewej przedniej kieszeni odnalazła brązowy, skórzany portfel.

– I co powiesz teraz? – zawołała tryumfalnie, odwracając się i wymachując swoją zdobyczą.

– Żebyś najpierw zajrzała do środka, zanim zaczniesz nad nim tańczyć.

– Dobra-dobra. Już zaglądam, nie gorączkuj się tak… Kurwa, ale śmierdzi… Chyba przez materiał przeniknęły resztki jego jaj…

Rozłożyła portfel i podniosła brwi, nie otwierając jednak ust.

– No?

– Co?

– Jak to co?! Jest coś w środku czy nie?!

– Włala! – Ally przytknęła portfel do oczu Mary, pokazując wystające z przegródki prawo jazdy.

Mary natychmiast je wyciągnęła i rzuciła okiem na zdjęcie, kolorowy prostokącik ze szczerzącym się głupkowato młodym mężczyzną.

– To on – stwierdziła. – John Fowles. Tylko… to nam nic nie mówi.

– A czego się spodziewałaś? Skróconej autobiografii ze szczegółami dotyczącymi jego przedwczesnego zejścia?

Najwyraźniej tak, pomyślała Mary, wzruszając ramionami. Zżerała ją ciekawość, czysta, pozbawiona współczucia, litości, tych wszystkich emocji, które powinna odczuwać myśląc o człowieku, który został brutalnie zamordowany (to w jej mniemaniu nie ulegało wątpliwości) i porzucony w lesie jak martwy pies. Fala poczucia winy pojawiła się i zniknęła, nie zostawiając po sobie nic. Ciekawość wciąż była osamotniona.

90

Ciekawość przywiodła Johna Fowlesa do Wisconsin Dells. Obudził się pewnego dnia w swoim łóżku z bólem głowy. Nie żeby było to coś wyjątkowego po nocy spędzonej w towarzystwie butelki rosyjskiej wódki i kubka do kawy, który zastępował w jego bezalkoholowym domu kieliszek. Ten ból głowy jednak miał podszewkę. Nie była to jednak przysłowiowa – w angielskim przysłowiu – srebrna podszewka deszczowej chmury, lecz kolejne piętro piramidalnego kaca. Piętro metafizyczne.

Piętro metafizyczne jego zmysłów od zawsze działało z upiorną czułością. Nie widział, jak chłopak z jego ulubionego filmu, martwych ludzi, ale to, co widział, wydawało mu się wystarczająco makabryczne. Pod powieki pchały mu się powykrzywiane cierpieniem twarze, błagające o litość, posiniaczone, podrapane, zakrwawione. I anonimowe. Jako nastolatek próbował coś z tym zrobić; poszedł nawet na policję i opowiedział o sprawie oficerowi dyżurnemu, który najpierw się uśmiechnął z politowaniem, a potem powiedział, że jeśli jeszcze raz przyjdzie zawracać mu głowę takimi pierdołami, to sam dołączy do tych pokiereszowanych facjat. Omijał więc od tej pory posterunki i sam starał się pomóc ofiarom, po prostu włócząc się po ulicach Madison i nadstawiając pozazmysłowych uszu. Do czasu.

Do czasu, gdy udało mu się wreszcie wytropić maltretowaną żonę i jej oprawcę. Zapukał do drzwi mieszkania w zachodniej części miasta i aż przystanął, gdy otworzyła mu postać z jego wizji. Zaczął pospiesznie tłumaczyć powód swojej wizyty. Został zwyzywany, spoliczkowany i wypchnięty za próg przez samą ofiarę, która nie życzyła sobie, żeby ktoś wtykał nos w sprawy jej i jej Joe’ego, który ją kocha, opiekuje się nią, utrzymuje i wybacza wszystkie jej głupie błędy.

Z tym przydługim zdaniem w głowie, John Fowles nauczył się ignorować desperackie wołania o pomoc, które zresztą z biegiem czasu przycichły do poziomu umożliwiającego prawie normalne życie. Tylko sny pozostały okropnie realistyczne.

Teraz odnajdywał nową jakość w przekazie swojego wątpliwego daru. Ktoś cierpiał, to nie ulegało wątpliwości, to zawsze było czyjeś cierpienie, nie potrafił odbierać niczego innego. Ale tym razem kryła się za nim energia, której nie potrafił wytłumaczyć. Wcześniej mógł tylko odebrać sygnały z miasta i jego najbliższych okolic, Wisconsin Dells pozostawało daleko poza jego zasięgiem. W biegu połknął dwie aspiryny i zapił je mlekiem. Po piętnastu minutach jechał już autostradą do turystycznej stolicy stanu.

Wiedziony czymś więcej niż tylko przeczucia, bez problemu dotarł do domu Nicka Sliera.

Nie miał pojęcia, że wykrzywione usta i obnażone w skowycie zęby, które ciągle miał przed oczami, należały do niego samego. To on był ofiarą, ofiarą pchającą się w ręce kata.

Zapukał. Drzwi uchyliły się po kilkunastu sekundach.

– Czego? – zapytał zniecierpliwiony głos.

– Ja…

– Ty… – Slier domyślił się wszystkiego, przejrzał Fowlesa na wylot. – Wchodź.

W środku, w niedużym, zagraconym niemiłosiernie salonie, padło:

– Nie możesz tego dłużej robić.

Śmiech, oderwany od rzeczywistości, moralności, dobra i zła.

– Robić czego? Pani burmistrz sama się o to prosiła. I niech mnie rozjedzie kombajn do zbierania kukurydzy, jeśli nie sprawiło jej to przyjemności.

– Pani burmistrz? – Fowles wymówił te słowa jak we śnie. W jednej chwili wszystko stało się jasne.

Widział całą scenę: Sliera tańczącego po gabinecie burmistrza Wisconsin Dells, wielki, obity skórą fotel, w którym siedział, a w zasadzie półleżał jego zastępca, Marcus Weary, i samą panią burmistrz, klęczącą przed fotelem. Oboje byli nadzy, ich obwisłe, starzejące się, blade ciała sprawiały, że wyglądało to jak plan wyjątkowo perwersyjnego filmu pornograficznego. Weary jęczał, okazując przyjemność, którą ustami i językiem sprawiała mu jego surowa zazwyczaj szefowa. A Slier ryczał ze śmiechu, robił zbliżenia, zmieniał kąty, kręcił się, podrygiwał z radości. Wreszcie wielki finał: Weary doszedł, wydając z siebie nieludzki okrzyk i przyciskając do siebie głowę pracującej nad nim pani burmistrz.

Widział kasetę znikającą w odtwarzaczu, nieprzyzwoity, kompromitujący filmik wyskakujący na ekran telewizora. Słyszał żądania i pospieszne, popędzane wstydem zapewnienia o ich realizacji.

– Mogłem to zrobić inaczej, prawda, ale nie mogłem sobie odmówić odrobiny zabawy. Wiesz, jak to jest…

Fowles starał się uspokoić oddech, ale bez większego sukcesu.

– Nie, nie wiem – powiedział z wysiłkiem.

– To zaraz się dowiesz – usłyszał.

Para głęboko granatowych oczu wdarła się w jego umysł, przebiegła się po nim, zajrzała w każdy kąt. Slier zyskał informacje, wiedzę, lecz musiał się zadowolić rolą obserwatora, od której zdążył się odzwyczaić.

– Już?

– Już – odparł Slier i odwrócił się ku stojącemu za jego plecami stolikowi. Leżał na nim ostry, kuchenny nóż. – Już po wszystkim.

Złapał nóż, zacisnął palce na jego uchwycie i jednym płynnym ruchem wbił go w brzuch już kulącego się w oczekiwaniu ciosu Johna Fowlesa.

Usta i zęby, i krew, i strumień krwi. I zbliżająca się podłoga. I przechylające się do poziomu ściany. I czarna, plastikowa torba. I ciemny bagażnik jego samochodu. I leśna ścieżka, pełna nocnych duchów. I malinowe krzaki na skraju odległej polany. I twarze dwójki zszokowanych, ale i zaciekawionych kobiet.

91

Klimatyzacja w samochodzie ustawiona była na maksimum. Szum wiatraków wypełniał uszy Ricka Travisa i – szczerze mówiąc – drażnił go.

– Coś to tak rozkręcił? Chcesz się przeziębić?

– Taki był plan, a co?

– Nic. Tak pytam, bo mi jaja zmarzły.

Zapadła cisza, podczas której Rick usiłował wydobyć z siebie jakiś dźwięk, który zarazem poprawiłby atmosferę w aucie, pchnąłby ich do przodu w ich poszukiwaniach i na dodatek przyniósł mu trochę rodzicielskiej satysfakcji. Sprzeczności w tych pragnieniach nie widział. Ale nie widział też możliwości ich zaspokojenia.

– To co robimy?

– Czekamy.

– Na co?

– Aż coś się zmieni. A jak myślisz?

– Myślę, że tracimy czas. Przecież on tutaj na pewno nie wróci. Nie jest głupi.

– Masz lepszy pomysł?

Doświadczenie Ricka mówiło mu, że jeśli poczeka się w odpowiednim miejscu wystarczająco długo, to zdobycz sama wpadnie w ręce. Przestępcy – w jego opinii – byli mimo wszystko głupi.

– Pewnie. Pojeździjmy po mieście i się rozejrzyjmy.

– A on tu przylezie jak tylko odjedziemy.

– Jasne. Teraz siedzi w krzakach po drugiej stronie ulicy i tylko czeka, aż ruszymy.

– Możesz się śmiać, ale tak mi się już raz zdarzyło. To było w osiemdziesiątym piątym, pracowałem z Ramosem nad sprawą gwałciciela z…

– Staaaaaare – przeciągle zawołał Dustin, udając przy tym ziewnięcie.

– Dobra. Taki jesteś mądry, to zrobimy, jak chcesz.

– Wreszcie!

Dustin wrzucił bieg i nadepnął na pedał gazu. Silnik warknął i pociągnął samochód na prawy pas ulicy. Obłoczek spalin wzniósł się za nimi i rozpłynął w powietrzu.

92

– Auć!

– Nie jęcz, tylko idź – odezwała się Ally Plate, krocząca zaraz za nią. – Myślisz, że mnie nie kolą?

– Co za współ-czucie – ironicznie powiedziała Mary i zacisnęła zęby.

– Prowadź, bo nas tutaj noc zastanie i dopiero podrapiesz sobie te nieogolone nóżęta.

– A może dla odmiany ty poprowadzisz?

– Ciekawe, jak miałabym odczytać te twoje znaczki? Tutaj ułamana gałązka, tutaj papierek, tam krecha na ścieżce. Mam się zamienić w pieprzone dziecko dżungli?

Mary westchnęła i przyspieszyła. Bała się wędrówki po lesie w nocy, bała się powtórki z wydarzeń pewnego lata dwadzieścia lat temu. Drzewa, zarośla, leśna dróżka wyglądały tak samo. Tak samo wyglądały jej poranione nogi. Z tym wyjątkiem, że wtedy nie musiała ich jeszcze golić i nie pokrywały ich czarne kępki odrastających włosów.

„Znaczki”, jak określiła je Ally, odnajdywała bez trudu, doświadczenie wielu obozów skautowskich teraz procentowało. Inni wakacje spędzali w miasteczkach takich jak Wisconsin Dells, zatrzymując się w luksusowych ośrodkach, kąpiąc w olbrzymich basenach, korzystając z tandetnych atrakcji turystycznych, upijając się po kątach i zdobywając pierwsze doświadczenia erotyczne. Ona uczyła się rozróżniać gatunki drzew, zbierać leśne owoce i milionów niezwykle przydatnych w życiu rzeczy, jak na przykład to, że mech obrasta kamienie zawsze po północnej stronie. Albo jak oznaczyć drogę, żeby bezpiecznie wrócić do obozu po dłuższej samotnej przechadzce.

Wpatrzona w plecy koleżanki, Ally nuciła jedną ze swoich ulubionych piosenek U2, „I Still Haven’t Found What I’m Looking for”. Wspiąłem się na najwyższą górę, biegłem przez pola, czołgałem się, przekroczyłem mury miast, ale wciąż nie znalazłem tego, czego szukam… Bardzo, cholera, na miejscu, pomyślała. Jej kościste palce odgarnęły z czoła włosy i otarły je z potu. Droga zdawała się nie mieć końca, wijąca się i otoczona ze wszystkich stron uniemożliwiającymi ocenę odległości drzewami.

Żebym chociaż widziała, gdzie idę… Ale nie, muszę się gapić na pannę traperkę i leźć, gdzie mnie ona zaprowadzi.

– Hej, daleko jeszcze?

– Pięćdziesiąt metrów bliżej niż ostatnio.

– Bardzo zabawne.

Nagle usłyszały znajomy hałas.

– Czy to jest to, co mi się wydaje? – rzuciła Ally. – Wracamy do cywilizacji! Nie sądziłam, że będę kiedyś kwiczeć na dźwięk pieprzonego samochodu.

Po kilkunastu krokach doszły do rozwidlenia, z którego miały widok ruchliwą Wisconsin Dells Parkway. I Forda Mary.

Wsiadły, zatrzasnęły za sobą drzwi i jednocześnie odetchnęły z ulgą.

– I co teraz? – zapytała Mary, przekręcając klucz w stacyjce.

– Jedź powoli, rozejrzymy się. Nie mogli odejść daleko.

– W którą stronę?

– Tak, jak jechaliśmy wcześniej. Potem zawrócimy.

Mary kiwnęła głową.

– No dobra. W sumie bez różnicy.

Ruszyła, agresywnie włączając się do ruchu. Kierowca czarnego PT Cruisera zatrąbił wściekle i wystawił za okno rękę z wyprostowanym środkowym palcem, na co natychmiast odpowiedziała Ally, dwoma środkowymi palcami.

– Zwolnij – powiedziała, nie kryjąc zadowolenia. Wściekłość bogatego dupka z drogiego samochodu była dla niej jak porcja bitej śmietany posypanej wiórkami czekoladowymi nałożona na powierzchnię jej ulubionego cappuccino. – Lepiej, żebyśmy ich nie przegapiły.

93

Sznurówki, dzięki Bogu za sznurówki!

Colin kucnął i zabrał się za wiązanie. Nie spieszył się. Każda kolejna minuta zbliżała go do znalezienia rozwiązania problemu. Był tego pewien, jak smrodu jego (choć nie do końca jego…) przesiąkniętej potem podkoszulki. Rozwiązania zawsze w końcu przychodzą, wystarczy tylko odpowiednio długo poczekać…

Chcesz czekać?, odezwał się jego głos, lustrzane odbicie o chropawych krawędziach, zbyt podobne, by mógł się z nim oswoić i zbyt różne, by uznał go za swój własny. Na co, braciszku, chcesz czekać? Czas nic tu nie zmieni. Czas jest tylko okładką tej kretyńskiej książki. A nas przecież interesuje tylko jej treść…

O czym on teraz, do cholery, gada?

Och, a myślałem, że ktoś z twoim wykształceniem rozpoznałby taki prosty symbol…

Mniejsza o moje wykształcenie. Gdzie idziemy?

Przecież wiesz.

– Wiem… – mruknął Colin i zdał sobie sprawę z tego, że była to prawda. A oni byli już blisko.

Niewysokie ogrodzenie miało za zadanie bardziej chronić teren przed puszczanymi samopas kundlami, niż ukrywać to, co znajdowało się po drugiej stronie. Kilka rosnących w nierównych odstępach drzew nadawały (albo miały nadawać, jeśli patrzeć oczami Colina, dla którego sztuczność dekoracji była oczywista) miejscu atmosferę zadumy i refleksji nad sprawami ostatecznymi. Każdy przybysz miał w założeniu pochylić głowę i wypełnić ją rozważaniami o swoim dotychczasowym życiu i dokąd ono zmierzało, na łono Stwórcy, czy w otchłanie piekieł. Krzyczące zewsząd bogobojne i przepełnione nadzieją oraz nostalgią i miłością napisy zdawały się być poddanymi panującej konwencji, płaskie, puste, wpadające w żenujący komunał.

– Witamy na cmentarzu miejskim Wisconsin Dells. Czuj się jak u siebie w domu – zawołał Slier, odrobinę zbyt radośnie jak na klimat posesji.

– Co my tu robimy?

Tylko uśmiech i skrzypnięcie bramy wejściowej. Przecież wiesz

Rzędy podobnych do siebie nagrobków, zielona, równo przystrzyżona trawa, którą niezmordowanie nawadniały zainstalowane gęsto zraszacze. Garstka zadumanych ludzi, szepczących do kamiennych tablic i usiłujący przełamać wrażenie jałowości swoich wysiłków.

I te dwa obok siebie, z jednym nazwiskiem i jedną datą śmierci. Ellen Banks, 12/23/1956 – 6/15/2003; Stephen Banks, 5/17/1954 – 6/15/2003. Niech odpoczywa w pokoju. Niech odpoczywa w pokoju. Bezduszny banał sprzedany dwa razy, gryzący w oczy, zniechęcający do najkrótszego nawet pochylenia się nad grobami złożonych w ziemi nieszczęśników.

– Tutaj. Czujesz to?

Colin czuł. I bał się przyjemności, którą sprawiało mu przebywanie ze swoim bratem nad szczątkami swoich rodziców. Przyjemności, która rodziła się z energii promieniującej z tego dziwacznego czworokąta. Był jego częścią, nie mógł temu zaprzeczyć. Ale momentalnie nazwał się częścią zewnętrzną, dodatkiem, przedmiotem, rekwizytem podrzuconym aktorowi grającemu główną rolę.

– Razem… – zaczął Slier, lecz nie zdołał wypowiedzieć ani słowa więcej.

– Razem? Jakie razem? Mnie w tym wszystkim nie ma.

– Jak to nie ma? Sprowadziłem cię tutaj, bo bez ciebie… bez ciebie się to nie uda. Jesteśmy jednością, ty i ja. Od samego początku. Wcale nie powinni byli nas rozdzielać.

Colin mimowolnie dotknął blizny na swoim boku. I podziękował w duchu lekarzom, który przeprowadzili operację.

– Miałbym tu pewne wątpliwości – rzucił pogodnie. Wracała jego pewność siebie i wiara w nadchodzące rozwiązanie problemu.

Rzeczywiście, Slier potrzebował go, potrzebował żywego i gotowego do współpracy. I chociaż miał nad nim przewagę, lepszą władzę nad kłębiącą się w nich energią, ta przewaga malała, nigdy zresztą nie będąc wystarczającą, by złamać jego wolę. Mógł bez większych problemów zmusić panią burmistrz do seksu oralnego ze swoim, nieprzesadnie atrakcyjnym zastępcą, czy przekonać zdeterminowanych do jego zatrzymania policjantów, że puszczenie go wolno było o wiele lepszym pomysłem. Dokonanie podobnej sztuki z kimś dorównującym mu mocą, czy nawet (jak rozkładający się w ciszy leśnej polany John Fowles) stawiającym świadomy opór prowincjonalnym medium było czymś zupełnie innym. Czymś zwyczajnie niewykonalnym.

– O czym ty mówisz? Jak mógłbyś mieć wątpliwości? Lepiej, że nie wiedzieliśmy o sobie te wszystkie lata, lepiej, że naszych rodziców zamordowali z zimną krwią?

Znowu to morderstwo. Czy on naprawdę może wierzyć w takie brednie? Co się z nim stało? Przecież przeszliśmy przez to samo, gdzie indziej, ale w końcu to samo?

Słyyyyyszę cię! Nie zapominaj o tym!

Obłąkany uśmiech i ręka podniesiona jak do hitlerowskiego pozdrowienia. Fala gorąca rozlewająca się po ciele Colina. Wilgoć niedawno zroszonej trawy na plecach. Błękitnoszare niebo przed oczami, a na jego tle zaciekawiona twarz Sliera.

Mam nadzieję, że nie bolało… za bardzo.

Pomożesz mi wstać?

Pomógłbym ci, ale… nie pomogę. Wiesz, jak to mówią, Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie.

Wierzysz w Boga?

Pewnie. W jedynego, jakiego znam. Siebie.

To by wiele wyjaśniało.

Zapewne.

Nagle Colin uświadomił sobie, że jego (młodszy? starszy?) brat jeszcze go nie dotknął. Więcej: unikał każdej możliwości dotyku, jakby bał się zarażenia jakąś paskudną chorobą. Dystans między nimi nie był wielki, ale nie potrafiłby go sięgnąć wyciągniętą ręką.

– A to, w sumie, co było? Taki klaps w dupę na otrzeźwienie? Bo nie przekonałeś mnie do niczego.

Prosto, w lewo, w prawo, przez wspomnienia z pierwszej randki, balu maturalnego, sylwetki przybranych rodziców, tony nieprzydatnych informacji, o temperaturze topnienia rtęci, stolicy Pakistanu, dacie bitwy pod Hastings, fragment trzynastego sonetu Shakespeare’a, dowcip o blondynce wchodzącej do Internetu, rozkład korytarzy West Central High, kolor oczu Edith Gunther, dwie zwrotki „Gwieździstego Sztandaru”, puste miejsce na okoliczności swojej śmierci. I wreszcie obszerny zbiornik z wiedzą, domysłami, przeczuciami i przesądami dotyczącymi ich dwóch, ich mocy, interakcji. Zapalnika, który wywoła reakcję łańcuchową.

A jednak…

Już wiesz.

Wiem, że musisz być do tego przygotowany. Ryzykujesz wszystko. Mógłbyś…

Mógłbym utracić kontrolę, tak. Ale tak się nie stanie. Wszystko jest…

Gorąco, jakby jego serce zamiast krwi zaczęło pompować wrzątek. Krople potu bezradnie spływające po czole, policzkach, plecach. Ciemność zalewająca pole widzenia. I cofająca jak na komendę.

Pod kontrolą?

Dokładnie.

Ależ on nie cierpiał tego słowa! Ależ on tępił tych ze swoich uczniów, którzy mieli zwyczaj nadużywania go! Dopiero teraz jednak ugodziło go do żywego, rozeźliło, rozwścieczyło. Dokładnie. Usta – a raczej umysł – z którego się wydobyło stały się centrum jego nienawiści. Gdyby nie położenie, w którym się aktualnie znajdował, na pewno doceniłby ironię sytuacji. Na bok zeszli ludzie, bezsensowne ofiary, zastrzelone, zadźgane, zarżnięte jak prosięta, na bok zeszło jego życie, na zawsze wykolejone. Były jak historyjki, o których czyta się w kronice policyjnej. Niewarte uwagi. Jego złość była zdecydowanie bliżej, prawie namacalna.

Prawym kciukiem potarł wewnętrzną część lewej dłoni, odganiając natrętną myśl, by obie dłonie złożyć w pięści i…

Uderz, no uderz!

Colin stanął w bezruchu. Kilkanaście sekund gapił się bezmyślnie na swojego brata, niemy dla niego jak otaczające ich nagrobki. Wreszcie otworzył usta.

– To by rozwiązało twój dylemat, nie?

– Poniekąd. Czasem najlepiej, jak zdecydują o czymś za nas inni…

– Jasne. Ale nie tym razem, bracie.

– Nie jesteś ciekawy?

Para granatowych oczu zajrzała w jego, równie granatowe, z nienaturalnie rozszerzonymi źrenicami, wyglądającymi jak u narkomana po solidnej działce heroiny.

Roześmiał się, rozległ się ten jego obłąkańczy śmiech, który dla Colina sam w sobie stanowił dobry powód, by puścić w ruch pięści. Może taki był jego zamiar?

– Nie ruszać się! Ręce tam, gdzie będzie je widać!

Dochodzący gdzieś z boku głos, krzyk mężczyzny w średnim wieku, mówiącego z mocnym, południowym akcentem, który Colin natychmiast rozpoznał – spółgłoski, samogłoski, dyftongi jakich sam używał – dokonał tego, do czego on chciał doprowadzić przemocą. Śmiech urwał się, a sam Slier przerzucił swoją uwagę na intruza.

Ćwierć sekundy, nie więcej. Ćwierć sekundy na podjęcie decyzji, która mogła na zawsze odmienić bieg nie tylko jego życia. Ćwierć sekundy…

On tego chciał, do tego zmierzał… chciał, żebym to zrobił… Prowokował mnie… Ale wtedy było inaczej, był przygotowany… przytrzymałby mnie, aż wszystko się stanie, cokolwiek to jest. To będzie moment, ogłuszę go. I koniec. Koniec… A jeśli nie?

Ćwierć sekundy. Koniec.

94

– Tam, po prawej, widzisz?

Ally odwróciła głowę, delektując się dźwiękiem klaksonu wściekłego kierowcy czerwonego, sportowego Chevroleta, najwyraźniej dokądś się spieszącego. Ona miała na liczniku dwadzieścia mil na godzinę i nogę przygotowaną do przeskoczenia na pedał hamulca.

– Cmentarz. I co?

– Dalej! To nie oni? – Mary brzmiała tak, że Ally nie pozostało nic innego, jak tylko wjechać na chodnik, spłoszyć zamyślonego joggera i zatrzymać samochód.

– Nie! – krzyknęła słabo Ally, widząc, jak czający się nieopodal dwaj mężczyźni wyciągali spod marynarek pistolety.

Przeskoczyły murek, ignorując tabliczkę proszącą o trzymanie się wyznaczonych ścieżek i o nie deptanie trawy. Mary potknęła się przy tym i upadła, wzbogacając kolorystykę swojej bluzki o śliczne, zielone smugi. Pozbierała się szybko, lecz Ally w tym czasie zdążyła wyprzedzić ją o dziesięć kroków i nie zamierzała dać się dogonić.

95

Przejechali w milczeniu przez cały Broadway, od Vine Street po Wisconsin Dells Parkway, gdzie zawrócili, łamiąc przy okazji kilka przepisów.

– Co ty wyprawiasz? – zdenerwował się Rick. – Mieliśmy tu być… – pauza, by znaleźć odpowiednie słowo – incognito.

– Dla mnie to ty możesz być i instatu nascendi, nie mamy chyba za wiele czasu…

In statu nascendi. Tam jest przerwa… oddzielne wyrazy znaczy się.

– Wszystko jedno. Dla mnie…

– Dobra! Ale prowadź jakoś po ludzku, bo jak nam się ktoś wbije w bok, to ty będziesz spłacał samochód.

– Na pewno jest ubezpieczony.

– Ubezpieczony, czy nie, kiedy się dowiedzą, jak doszło do wypadku, to cię obciążą kosztami.

Dustin nie powiedział nic. Kostki jego palców, pobielałe, przekazały wystarczająco dużo.

– Skręć w prawo na światłach. Tam chyba jeszcze nie patrzeliśmy.

Bez słowa, Dustin wrzucił kierunkowskaz. Zjechali na prawy pas i stanęli za czarnym pick-upem. Żeby przerwać denerwującą ciszę (i odgrodzić się od znaczących westchnień ojca), włączył radio. Z głośników zaczęło lecieć „How You Remind Me” Nickelbacka.

Reakcja Ricka była natychmiastowa.

– Możesz ściszyć to rzępolenie?

– Poczekaj, zaraz będą jakieś wiadomości, dochodzi wpół do. Może coś powiedzą o naszym kolesiu.

– Akurat.

Dustin nerwowo zabębnił w koło kierownicy.

– Jedziemy za miasto, w kierunku tego… jak to się nazywało?

– Lake Delton.

– Właśnie. W centrum go na pewno nie ma.

– Ty tu kierujesz – niespodziewanie powiedział Rick.

– Ja – zgodził się niepewnie Dustin. Doskonale wiedział, co te słowa oznaczały. Ty kierujesz, ty odpowiadasz, jeśli go nie znajdziemy. Gówno. Niech i tak będzie.

Na następnym skrzyżowaniu skręcił w prawo i popędził przez most, za którym wjechał w Wisconsin Dells Parkway. Sznur samochodów był tutaj luźniejszy, ale niewiele. Tak jak i w mieście, dominowały nowe i raczej drogie maszyny, zadbane wozy średniej klasy i błyszczące wózki kierowników. Dustin musiał naprawdę wytężyć swoją siłę woli, by nie splunąć przez okno wprost na maskę wyprzedzającego ich czerwonego Lexusa prowadzonego przez dobrze odżywionego brodacza w średnim wieku w towarzystwie efektownej, dwukrotnie młodszej od niego blondynki. Sposób, w jaki się do niego tuliła wykluczał jakiekolwiek pokrewieństwo między nimi. Chociaż, pomyślał, w tym porąbanym stanie wszystko jest możliwe.

Niecałą milę dalej poczuł gwałtowne szarpnięcie. To Rick usiłował, łapiąc go za rękaw, przyciągnąć jego uwagę.

– Zwolnij – syknął. – Tam, za tym murkiem.

– To oni! – krzyknął Dustin i raptownie nacisnął hamulec.

Mechanizm ABS złagodził efekty kiepskiej decyzji, ale i tak tylko dzięki refleksowi jadącego za nimi kierowcy srebrnego Mercedesa zawdzięczali, że nie doszło do stłuczki.

– Zwariowałeś? Chcesz go spłoszyć? – nagana przyszła automatycznie i równie automatycznie została zignorowana.

– Jego… oni są… dwaj… – wybąkał Dustin, pokazując palcem w kierunku Colina i Nicka, zajętych rozmową nad grobem swoich rodziców.

– Kurwa – mruknął Rick.

– Jak teraz rozpoznamy, który z nich to nasz?

– Nasz pewnie tu nie mieszka. Zresztą, nieważne.

– Czemu?

– Obaj przecież mogą stawiać opór przy aresztowaniu. Wszystko jedno. Są uzbrojeni i niebezpieczni.

Zanim Dustin zdążył odpowiedzieć, Rick wyciągnął z kieszeni niewielki pistolet, w niczym nie przypominający jego służbowej broni.

– Jest czysty – powiedział. – Numery spiłowane, nigdzie nie zarejestrowany.

– Skąd…?

– W tej robocie można się dorobić bardzo ciekawych znajomości.

– Ale jak prelazłeś z nim przez kontrolę w Chicago?

– Tak się kolesie napalili na te, że nie kazali nam przejść przez tę cholerną bramkę drugi raz.

Następne pytanie było zbędne. Plan wydawał się jasny, prosty i śmiertelnie skuteczny.

Przeskoczyli przez murek, Rick pierwszy, Dustin za nim, przeżuwając w biegu to, co miało się za chwilę stać.

Przyklęknęli za jednym z większych nagrobków. Tu leży Albert Samson, ukochany mąż, ojciec i dziadek, informował wyszlifowany na nim napis. Niech odpoczywa w pokoju.

Niech odpoczywa w pokoju.

– Dalej, wyciągaj go.

Z wahaniem, Dustin sięgnął do kabury. Coś krzyczało w nim, że to, co robili było zwyczajnie złe. Że przysięgali robić coś zupełnie innego, stać po drugiej stronie. Służyć i chronić, kurwa mać, służyć i chronić.

Ale on zabił. Oko za oko, ząb za ząb. Jake, Mark, Janine. Na Florydzie i tak dostałby czapę. Zastrzyk albo stare, dobre krzesło elektryczne. Jeszcze…

– Dustin! – przerwało tok jego myśli.

– Co?

– Nie śpij. Potrzebuję twojej pomocy.

– Okej. Jestem.

Pistolet w jego dłoni wydawał się cięższy niż zwykle, ale trzymał go pewnie. Jestem. Uniósł go na wysokość ramion i wycelował. Jestem. Kciukiem przesunął dźwignię bezpiecznika. Jestem.

– Nie ruszać się! Ręce tam, gdzie będzie je widać! – warknął Rick.

96

…a potem już tylko niemal bezmyślne przypatrywanie się sunącej bezgłośnie pięści. Wydawała się poruszać powoli, jakby z ociąganiem.

Zastanawianie się, co będzie potem, straciło sens. Przekona się za ułamek sekundy, niech tylko dotrze na miejsce, pokona te pół metra, trzydzieści centymetrów, dwadzieścia, dziesięć… centymetr…

97

– Co on, do cholery, robi? – wrzasnął Rick, widząc jak Colin składa się do uderzenia i trafia Nicka w podbródek.

– On chyba…

– Cicho! Przecież mi nie będziesz tłumaczył, co sam widzę…

Obaj, jednocześnie, ruchem, który ponad wszelką wątpliwość potwierdzał, że byli blisko spokrewnieni, podnieśli prawe brwi. To, co wydarzyło się przed nimi, usprawiedliwiłoby i o wiele  drastyczniejszą reakcję. Trzymani przez nich na muszce bliźniacy, i uderzający, i uderzony, upadli na ziemię, nie wydając z siebie ani dźwięku.

– Teraz to mi, kurwa, możesz wytłumaczyć, co się stało. Bo nic nie rozumiem – mruknął Rick.

Ostrożnie, bojąc się podstępu, zrobił kilka kroków w kierunku Colina i Nicka. Przez cały czas celował w głowę Colina, mając nadzieję, że drugim opiekował się Dustin. Leżący nie dawali powodu do żadnych podejrzeń, jednak wolał nie ryzykować. Zatrzymał się kilka metrów przed nimi.

– Ja ich zakuję, a ty mnie ubezpieczaj – powiedział zza jego pleców Dustin.

– Nie – potrząsnął głową Rick. – Po kajdankach zostaną ślady. Nasza historyjka poszłaby się jebać.

Prawda, historyjka. Prawda, nie przyszli tu po to, by dokonać aresztowania.

– To co robimy?

Rick spojrzał na swojego syna ze szczerą chęcią odpowiedzi na jego pytanie. Ale po tylu latach służby wydała mu się zbyt fantastyczna. Zabijemy ich jak psów, tak jak leżą, zanim zdążą się obudzić i narobić kłopotów. Później wystrzelimy parę razy z tego gnata w kierunku, z którego przyszliśmy, trafimy w tamten nagrobek, żeby znaleźli ze dwie kule i zadzwonimy po lokalnych, niech sobie to wszystko wykombinują. Proste, łatwe, czekające tylko na wykonanie.

– Zostawcie go! – dobiegło z boku.

Odwrócili głowy, by zobaczyć trzydziestoletnią kobietę, chudą jak z reklamy organizacji charytatywnej zwalczającej głód w trzecim świecie i najwyraźniej znajdującą się na granicy szaleństwa. W przeciągu sekundy Ally Plate stała się celem dla dwóch błyszczących luf.

– Stój! – ostrzegawczo krzyknął Rick.

– Za nią leci druga – zauważył Dustin.

– Co ty nie powiesz – odparł Rick. – Kurwa, co za dzień!

– No i…

– Tylko nie pytaj, co robimy, bo dostaniesz takiego kopniaka, że dołączysz do tych dwóch śpiochów.

Dustin przestąpił z nogi na nogę. Dawno nauczył się przyjmować takie teksty bez urazy czy nawet irytacji.

– Nie… – wydyszała Mary, która wreszcie dogoniła stojącą sztywno Ally. Nie bardzo wiedziała, jak skończyć swoje zdanie. Jedyne, czego była pewna, to to, że powinno być ono przeczące.

– Ani kroku bliżej – rozkazał Rick. – To sprawa policji.

– Ale on nic nie zrobił… – słowa Ally brzmiały jak błaganie.

– O tym zadecyduje sąd – powiedział Rick. Wizja zemsty oddalała się poza zasięg jego możliwości. Oczywiście, jeśli pozbyliby się dwóch dodatkowych świadków… Ale jak mieliby wytłumaczyć ich śmierć? Chyba że… zginęłyby z broni tego skurwiela. Wtedy mogliby dać sobie spokój z ostrzeliwaniem nagrobków i pozwolić lokalnemu koronerowi wyciągnąć kule z ciał tych idiotek.

Wzdrygnął się na samą myśl o poczwórnym morderstwie. Wzdrygnął się na myśl, że potrafił coś takiego zaplanować.

98

Świat rozbłysnął, zgasł i zapalił się ponownie. Colin znowu stał po środku wielkiej, białej sali. Tym razem jednak nie był sam. Obok niego stał oszołomiony Nick, jego krzywe, trójwymiarowe odbicie.

– To jest, kurwa, niemożliwe – wyszeptał Slier, obracając się dookoła.

Zostawisz strażników.

Tak. Dwóch.

Trzech.

Echa rozmowy sprzed ponad dwudziestu pięciu lat zadźwięczały w uszach Colina.

– To jest ten trzeci Strażnik – powiedział sam do siebie.

– Wiedziałeś.

– Ty też wiedziałeś. Ale nie chciałeś uwierzyć.

– A skąd miałem wiedzieć? Dwa lata tu siedzę i nic się nie działo…

– Dwa lata mnie tutaj nie było.

Światło zamigotało wszystkimi barwami tęczy, przez dłuższy czas utrzymując ponury, czerwono-brunatny odcień, kolor zastygającej krwi. Gdy już powróciło normalne, białe światło, zorientowali się, że stali pod ogromnym, strzelistym budynkiem z kamienia. Nie miał on okien, a do środka prowadziła szeroka, czarna brama z kutego żelaza. Colinowi przypomniała bramę wjazdową do obozu w Auschwitz Birkenau. Nickowi – bramę Disneylandu.

– Wiesz, oni zostawili tych strażników nie bez powodu – powiedział Colin, starając się nie patrzyć na budynek, który przyprawiał go o dreszcze.

– Pewnie. Boją się nas. Moc, którą teraz mamy to mały miki w porównaniu z tym, co będzie za chwilę. Zobaczysz.

– Ale… – Colin zaczął i stwierdził, że kontynuacja nie miała najmniejszego sensu. Nick znał te same fakty, tylko że je zwyczajnie zniekształcał, a częściowo w ogóle odrzucał. Strażnicy byli częścią wielkiego spisku przeciwko nim, ich rodzicom i Bóg-wie-czemu-jeszcze. I kropka.

Brama otworzyła się, jakby ktoś za nimi nacisnął przycisk pilota. Slier ruszył pierwszy, szybkim, niecierpliwym krokiem. Za nim podążył Colin, szukając sposobu na zatrzymanie swojego brata i wydostanie się na zewnątrz. Na zewnątrz jednak prowadziła tylko jedna droga, mówiło jego doświadczenie z poprzednich spotkań ze Strażnikami. Trzeba było ich pokonać. Albo zginąć, zawsze pozostawała też i ta możliwość.

W środku panowała ciemność, którą rozpraszała tylko jedna, stojąca na podłodza świeca.

– Pierdolę tę moc. Spadam stąd.

Może jest jeszcze inna droga? Jeśli odmówić uczestniczenia w tej szopce, odrzucić to wszystko… Może wtedy…

Usłyszeli ogłuszający dźwięk zatrzaskującej się bramy.

– Wygląda na to, że ta opcja jest już niedostępna – rzucił Slier, uśmiechając się w półmroku. – Wyluzuj i podziwiaj architekturę wnętrza. Ktoś się nad tym nieźle napracował. Chodź!

Chodź zabrzmiało jak rozkaz. Nogi Colina natychmiast przystąpiły do jego realizacji. Nick w dalszym ciągu miał nad nim władzę, mógł z nim robić, co zechciał.

Podłoga, składająca się z setek niewielkich kafelków, zaczęła się za nimi zapadać.

– Halo?! Jest tu kto?! Puk, puk! – zawołał Nick, rozglądając się wokoło i szukając jakichkolwiek oznak życia w pomieszczeniu. – Elektrownia, przyszliśmy spisać liczniki!

Mrok nieco się przerzedził, mogli już bez problemów dostrzec przeciwległą ścianę i wiszące na niej olbrzymie lustro, w którym odbijały się ich komicznie przykurczone sylwetki i czarna przepaść krocząca w ślad za nimi. I zamknięta… nie, otwierająca się, brama.

Colin odwrócił się na pięcie i zastygł w miejscu.

– A niech mnie, jeśli to nie twoja koścista koleżanka!

– Ally!

Ally stała na pozostałych kilku płytkach, które były pewnie umocowane przy wejściu. Umocowane na pustce, w którą wpadło już tyle innych.

– Ale ona to już chyba nie pozwiedza zamku – powiedział Nick.

Nie mówiąc nic, Colin wyciągnął rękę ku Ally, a ta uniosła się w powietrze i przeleciała lekko nad przepaścią. Wylądowała tuż przy nim, momentalnie przytulając się do niego.

– Jak to zrobiłeś? – spytał Nick, zdziwiony całym zajściem. – Mógłbyś tak sam?

Nie czekając na odpowiedź, spróbował. Ale nie potrafił się oderwać od podłogi ani o milimetr.

– Nie wiem – odparł Colin. – Tak jakoś naturalnie to wyszło… Już dobrze?

– Dobrze – szepnęła Ally i puściła go. – Tam na zewnątrz…

– Wiem. Nie myśl o tym. Ważniejsze dzieje się tutaj.

– Dobra gołąbki. Trzeba iść dalej – przerwał im Slier.

Przeszedł kilka metrów i stanął.

– O, kolejna Alicja w łańcuchach. Komuś się tu chyba wyczerpują pomysły. Kto chce czynić honory?

Na miejscu lustra pojawiły się wąskie, drewniane drzwi. A do ich framugi przykuta grubym łańcuchem była młoda dziewczyna w białej sukni. Patrzyła na nich spokojnymi, czarnymi oczami, nie mrugając i nie oddychając. Obok, pod jej stopami leżała siekiera z szerokim, błyszczącym ostrzem i wygodnym trzonkiem. Zadanie wydawało się obłędnie proste.

– Kto chce czynić honory? – powtórzył Slier. – Nikt? Zostawiacie mi całą zabawę? No dobra, niech wam będzie.

Podszedł do dziewczyny i podniósł siekierę. Zważył ją w rękach, podrzucił i zamachnął się.

Colin, nie mogąc patrzeć na zbliżającą się rzeź, odwrócił wzrok i pozwolił mu błądzić bez jakielkolwiek kontroli. W ten sposób zawędrował w okolice sufitu komnaty, zdobionego dziwacznymi malowidłami przedstawiającymi sceny bitewne pomiędzy ludźmi i zwierzętami maszerującymi na dwóch łapach i odzianymi w kunsztownie wykonane zbroje. Przebiegł wzdłuż jego krawędzi od jednej ściany do drugiej i w kierunku następnej, do której jednak nie dotarł. Zatrzymał się na przymocowanym do sufitu kawałku łańcucha i zwisającym na nim głazie. Jedno z ogniw łańcucha powoli się rozginało, w każdej chwili grożąc całkowitym rozerwaniem.

– Nie! – wrzasnął, dziwiąc się sobie. Gdyby zamknął się, jak nakazywał zdrowy rozsądek, i pozwolił głazowi tak po prostu zmiażdżyć Sliera, większość jego obecnych kłopotów odeszłaby w zapomnienie.

– Wyluzuj, bracie – padła odpowiedź i ostrze siekiery przeszyło powietrze, grzęznąc głęboko w szyi dziewczyny.

W tym samym momencie ogniwo pękło i uwolniło tonę szarego, porowatego kamienia.

Rozległ się wrzask. Colin, zupełnie bezmyślnie, jak niedawno przy przerzuceniu Ally na drugą stronę przepaści, podniósł rękę. I tak jak wtedy, coś się stało. Materia posłuchała jego rozkazu. Głaz, jak uderzony niewidzialnym pociskiem, zmienił tor lotu i z łoskotem rozbił się o ścianę na prawo od wrzeszczącego Sliera.

Slier wrzeszczał nie bez powodu. Zamiast krwi, z rany dziewczyny trysnął gęsty, żółtawy, żrący płyn, który wgryzł się bezlitośnie w skórę na jego ramionach, piersi i brzuchu. Mimo to, nie przestał atakować bezwładnego ciała dziewczyny. Ciął bezlitośnie, nie zważając na wystrzeliwujące w powietrze, śmierdzące krople. Rany znikną jak tylko się przebudzi, ważne by przedrzeć się, ból jest niczym, niską ceną za nieskończoną władzę.

Po chwili trudno było już rozpoznać w stosie bezładnie leżącego mięsa tę piękną dziewczynę, która broniła dostępu do drzwi. Poparzony, krzywiący się Slier nogą odgarnął zwłoki i nacisnął klamkę. Kiedy jednak pchnął drzwi, za progiem zobaczył czerń pustki. Zupełnie jakby otworzył przejście prosto w kosmos, w jakąś wyludnioną, bezgwiezdną jego część.

– Co jest, kurwa? – mruknął rozeźlony.

Ale Colin nie odpowiedział. Szedł w kierunku wyrwy w ścianie, którą zrobił głaz. Za nim, krok w krok, podążała Ally.

– No idę, idę, zaczekajcie – krzyknął Nick i ruszył ku nim.

Następna sala swoim ogromem i fantazją projektu sprawiła, że cała trójka westchnęła. Przez całą długość pomieszczenia prowadziła wąska, kamienna ścieżka, po której zmuszeni byli iść gęsiego. Lewą stronę zajmowało jezioro czerwonej i bulgoczącej wesoło lawy, prawą – rwąca, ciemnogranatowa rzeka, którą mniej więcej w połowie sali przecinał drewniany mostek.

Naprzód wysforował się Slier, poddenerwowany przedłużającą się próbą. Dalej maszerował Colin, ostrożnie, starając się trzymać jak najdalej od lewej, gorącej krawędzi ścieżki. Kolumnę zamykała Ally, z ręką na ramieniu Colina i ustami wymawiającymi bezgłośnie jakąś modlitwę.

– Tego to w tej swojej szkółce byś nie zobaczył – zawołał Slier, śmiejąc się. – Możesz potem wykorzystać w tych swoich tajnych opowiadaniach. Jeszcze przez przypadek skrobniesz jakiś bestseller…

– Piszesz? – odezwała się zza pleców Colina Ally. – Nic nie mówiłeś…

– Bo w zasadzie nie ma o czym. Parę takich bzdur… wiesz… tak dla siebie. Nikomu ich nie pokazywałem, bo są za słabe. Wstydu bym się najadł i tyle. Lepiej, żeby tego żaden profesjonalista nie oglądał.

– Ale – Ally rzuciła okiem na falującą i tryskającą co jakiś czas w górę lawę, i na moment jej głos się zawahał – jak nie pokażesz tego jakimś fachowcom, to się nigdy nie dowiesz, czy to jest coś warte, czy nie.

– Mam magistra literatury, jakby to było coś rewelacyjnego, to bym chyba zauważył…

– Może tak – tu przyszedł czas na zerknięcie w prawo i głośne przełknięcie śliny na widok zimnej toni rzeki – a może nie.

– Rewelacja. Koleżanka powinna założyć grupę wsparcia dla zakompleksionych literatów. AP, anonimowi prozaicy. Albo lepiej: AH, anonimowi historyjkokleci – głos Sliera brzmiał fałszywie, jakby pod płaszczykiem złośliwego humoru próbował ukryć strach.

– Spieeeee… – Ally otworzyła usta, by powiedzieć panu Nickowi Slierowi, co o nim sądzi, ale już pierwsze słowo rozciągnęło się w pisk.

Dłoń na ramieniu Colina gwałtownie się zacisnęła, paznokcie wbiły w skórę i zrywając z niego spory jej płat, zsunęła.

Colin odwrócił się momentalnie, tylko po to, by zobaczyć Ally ginącą pod powierzchnią rzeki.

– No nie, znowu ten stary numer z zapadającą się podłogą – rzucił obojętnie Slier. – Mogliby wymyślić coś oryginalniejszego. Nie bój nic, bejbi – pomachał do tworzącego się nad zanurzającą się Ally wiru. – Zobaczymy się po drugiej stronie.

Chciał jeszcze coś dodać, ale przerwał mu Colin, przepychający się przed niego.

– Spierdalaj! – dokończył kwestię rozpoczętą przez Ally.

– Uważaj, ta strona nie jest zbyt miła – odparł Slier, łapiąc równowagę i zaglądając w dymiące jezioro.

Tymczasem Colin gnał na oślep do drewnianego mostku. Nie miał nadziei na uratowanie przyjaciółki, działał instynktownie. Mostek, sam w sobie nie wzbudzający zaufania, wydawał się jedynym miejscem, które pozwalało zrobić cokolwiek. Położył się na nim, wyciągnął rękę tak daleko jak mógł i czekał.

Nagle, niecałe pięć metrów przed nim, głośno łapiąc powietrze, wynurzyła się Ally. I na powrót zniknęła pod wodą, by wynurzyć się dwa metry bliżej mostku i znowu zatonąć.

– Tutaj! – ryknął Colin, korzystając z tej rozpaczliwej sekundy.

Sekunda minęła, a on przesunął się jeszcze kilka centymetrów do przodu, aż jego palce dotknęły powierzchni rzeki. Woda okazała się zimniejsza, niż się spodziewał. Aż dziwne, pomyślał, że nie pływają po niej kawałki kry z wygłodniałymi pingwinami rzucającymi błagalne spojrzenia.

Wtedy usłyszał plusk i chwycił lodowatą dłoń Ally. Poczuł delikatne łaskotanie radości, od obutych w brudne tenisówki stóp po naciągnięte jak struna ręce. Pod radością jednak pulsował cicho niepokój. Bo w tej pozycji nie miał szans na wciągnięcie jej na mostek. Bo jego oparcie nie było specjalnie pewne. Bo prąd powoli znosił ją pod tę kładkę, a ona ciągnęła go za sobą.

– Nick!

Nick Slier, nie spiesząc się, dreptał w kierunku miejsca akcji ratunkowej. Pogwizdywał.

– Tak, braciszku?

– Pomożesz mi?!

– Właśnie się zastanawiam. Wiesz, rozważam plusy i minusy. Za i przeciw. Pro i kontra. Takie tam…

– Zamknij się i chodź tutaj!

– Spokojnie, przecież się nie pali – rzucił Slier i kontynuował swój leniwy marsz.

Naprawdę rozważał plusy i minusy ewentualnego wyciągnięcia ręki do brata. Przypomniało mu się hasło z filmu „Nieśmiertelny”: może zostać tylko jeden. Prawdziwa brama do pełnej mocy nie leżała w ich ponownym połączeniu się. Potrzebował go tylko po to, by dotrzeć do ostatniego Strażnika. To on dysponował władzą przepuszczenia go na drugą stronę. To on i tylko on mógł go obdarzyć go siłą, której tak pragnął, nie, której potrzebował. A jeśli otrzymaliby ją obaj…

Nie, Colin był jego jedyną rodziną teraz…

Tak, był jedyną przeszkodą na drodze do…

Nie, sam nie potrafiłby…

Jak to nie potrafiłby?

Nie, to byłoby po prostu złe…

Złe? A cóż to, do kurwy nędzy, znaczy?

Nie, bo nie było żadnej pewności…

Ryzyko byłoby większe, jeśli on by przeżył.

Jeszcze będą okazje…

Po co czekać na okazję, skoro jedna już się nadarzyła?

Szedł wolno w kierunku prężącego się w najwyższym wysiłku Colina. Czubki butów ciągnął najpierw po kamiennych płytach, potem po drewnianych dechach. Wolno, coraz wolniej. Aż do całkowitego zatrzymania. Lekko kopnął swojego brata-bliźniaka w bok. Ten coś wrzeszczał, jakieś stłumione, powykręcane zdania dochodziły do jego uszu, jednak nie potrafił ich zrozumieć. Przelatywały przez niego nietknięte, nienaruszone. Kopnął go jeszcze raz, nieco mocniej. Kolejny chybiony okrzyk. Ciało spocone z wysiłku podrygiwało arytmicznie, samymi swoimi żałosnymi ruchami prosząc o pomoc, która nie nadchodziła.

W milczeniu Slier przyjrzał się stopom Colina, zaczepionym o krawędź mostku. Zdawały się mocne jak stalowe haki, niemożliwe do rozgięcia przez zwykłego śmiertelnika. Ale on przecież nie był zwykłym śmiertelnikiem, prawda? Kucnął przy nich, jeszcze jeden niezrozumiały wrzask, chropowata kilka obcych wyrazów rzucona w jego kierunku minęła cel. Pulsujące, napięte łydki, czarne skarpetki i znoszone tenisówki. Dotknął ich, prześlizgując się po owłosionej skórze na szorstki materiał buta. Zacisnął dłoń na gumowej podeszwie. Rozległ się głośny dźwięk – to sznurówki ocierające się o ostrą krawędź deski. Zabrzmiał dziwnie na tle ciągle przytłumionego głosu Colina, tak czysto i wyraźnie…

Pozbawiony części oparcia i stale ciągnięty przez zanurzoną po szyję Ally, Colin przesunął kilka centymetrów w bok. Już tylko dyszał, przyzwyczajając się myślami do rychłego końca walki. Nie puści jej ręki, nie da jej utonąć… samej.

Na zmianę zamazany przez wodę i łzy, obraz przed oczami Ally nie chciał się zmienić. Nie chciał się zmienić na lepsze. Zbliżający się z wolna, ociężale i złowieszczo Slier odebrał jej resztkę nadziei. Zapragnęła jednego: wyrwać się i popłynąć w ciemność, dać Colinowi szansę. Szarpnęła, lecz uchwyt Colina jednocześnie się wzmocnił.

– To była bardzo krótka znajomość – mruknął Slier i złapał za drugą tenisówkę. – Cholera, prawie mi przykro. Tacy byliśmy do siebie podobni. Jak dwie krople pieprzonej wody. No, z tą różnicą, że ty nie wiedziałeś, kiedy odpuścić.

Colin pomyślał o łatwości, z jaką przerzucił Ally przez przepaść, a potem rozbił kilkutonowy głaz o ścianę. Spróbował tak jak wtedy, od niechcenia, ledwie dostrzegalnym gestem wolnej ręki. Wtedy powietrze zadrżało jak to unoszące się nad spieczoną słońcem autostradą i z cicha jęknęło. W tej chwili powietrze przenikał monotonny szum rzeki i jego własny, ciężki oddech. Nic się nie działo, z wyjątkiem tego, że tracił oparcie. Mimo wysiłku mięśni i tłukącego się oszalale serca, tracił oparcie. I zjeżdżał głową do przodu w ślad za ginącą pod wodą Ally.

Z miną brzdąca, który właśnie wykręcił jakiś wyjątkowo złośliwy numer, Slier wyprostował się i oparł na balustradzie mostku. Powierzchnia rzeki wyglądała tak, jakby nic się nie stało, jakby nie połknęła właśnie ciał dwojga dorosłych osób. Dalej obojętnie płynęła donikąd, zimna i ciemna.

99

Scena wydawała się zbyt surrealistyczna, żeby była prawdziwa. Ale prawdziwa była, każdy z jej pięciu zmysłów starał się ją o tym przekonać. Pachniało niedawno skoszoną trawą i czymś, czego Ally nie potrafiła zidentyfikować. Stojącej obok Mary udało się to z łatwością: dla niej wokoło śmierdziało śmiercią. Słyszały nerwowość w głosie dwójki mężczyzn podających się za policjantów; widziały ją też w drżeniu – na razie delikatnym, lecz stale rosnącym – dłoni tego starszego, mierzącego do nich z pistoletu.

Poruszając się z ostrożnością polującego kota, Ally przesuwała się w kierunku Colina. Cal za calem zbliżała się do niego, gotowa w razie zaistnienia takiej konieczności zasłonić go sobą. Do niej chyba by nie strzelił? Na nią nic nie miał, o niej nie mówiły żadne komunikaty, nie była poszukiwana…

– Odsuń się od niego – warknął Rick, kiwając bronią w lewo. – Tak, żebym widział ich obu.

Na te słowa zamarła w miejscu i wyprostowała się, jakby właśnie rzucił komendę baczność! Otwarte szeroko oczy wbiła w niego, szukając śladów słabości. Znalazła starannie ukryte wahanie. Wpatrując się prosto w jego rozszerzone źrenice wznowiła swoją mozolną drogę, cal za calem, nie odrywając stóp od trawnika, przesuwając je niemal bezszelestnie po jego zielonym dywanie. Zdawała sobie sprawę z tego, jak idiotycznie wyglądała, prawie jak ze starej kreskówki, której główny bohater usiłował w komicznie nieudolny sposób wydostać się z tarapatów, w jakie wpadł z własnej głupoty. W kreskówce jednak, koniec końców, ten słabszy wygrywał, wymykał się korzystając z nadmiernej pewności siebie przeciwnika i tolerancji publiczności, która wybaczała twórcom oczywiste nadużycia i recydywę w łamaniu elementarnych praw fizyki.

– Oni są nieprzytomni, nie widzicie? Nic nie zrobią – odezwała się Mary, koncentrując na sobie uwagę ojca i syna.

– Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś stracił przytomność waląc kogoś w szczękę – powiedział Dustin, licząc na rozjaśniający sytuację uśmiech. Nie doczekał się.

I jak ci tu, dupku, to wytłumaczyć? Jakbyś zobaczył to, co my, to byś tak nie pieprzył bez sensu…

– A ty, kurwa, głucha jesteś? Ile razy mam ci powtarzać, żebyś się nie ruszała? – Rick potrząsnął ręką, w której trzymał pistolet. W ten sposób przynajmniej nie było widać, że trzęsła mu się sama z siebie.

– Tak was uczą w tej waszej akademii zwracać się do dam? – pisnęła Ally. Miała wrażenie, pewnie złudne, przyznawała w duchu, że przybierający groźne pozy gliniarze w rzeczywistości byli równie niebezpieczni, co dwa wyleniałe pieski preriowe.

– Damy nie szwendają się w towarzystwie morderców – odparł Rick, dziwiąc się sobie, że był w stanie puścić taki koszmarny tekst. Winę zrzucił na stres, przygnębienie, brak snu i utrapienie w postaci przemądrzałego syna.

Ally wzięła głęboki oddech. Postanowiła skończyć z głupawą gierką. Od Colina dzielił ją mniej niż metr. Jeden pieprzony krok. Z zaciśniętymi w cienką kreskę ustami pokonała go, jednocześnie odwracając się plecami do niepewnych, jak zareagować policjantów. Kucnęła, ciągle trzymając w płucach tę samą porcję powietrza, ciągle bojąc się ją wypuścić z siebie, jakby to właśnie mogło przełamać opór, który powstrzymywał ich przed naciśnięciem spustów.

Odnalazła dłoń Colina i złapała ją. W tym samym momencie otoczyła ją kula światła.

Jej bezwładne ciało przewróciło się na bok, a z płuc wydostało się skompresowane, już nie powstrzymywane niczym powietrze.

– Ally! – wrzasnęła Mary i ruszyła na ratunek przyjaciółce.

Zanim jednak zdążyła jej dopaść, powstrzymało ją silne ramię Dustina.

– Spokojnie – szepnął, choć w jego głosie nie było krztyny spokoju.

– Padają jak pieprzone muchy – mruknął Rick.

Mary wydała z siebie serię nieartykułowanych okrzyków. Łzy zaczęły płynąć z jej oczu bez żadnego skrępowania. Jak opanowane przez atak histerii dziecko, osunęła się na ziemię, by tam kontynuować przedstawienie. Tylko że w jej przypadku nie było to przedstawienie. Spełniły się jej najczarniejsze obawy, zostali złapani, trzymani na muszce przez dwóch podejrzanie zachowujących się policjantów, pewnie mających na koncie nagany za brutalność przy aresztowaniach, a w dodatku i Colin, i Ally przenieśli się nie-wiadomo-gdzie, zostawiając ją samą.

Na ustach Dustina formowało się pytanie, którego obawiał się Rick. Obawiał się bardziej niż nagłego przebudzenia mordercy, czy morderców, walki w osłabieniu, a nawet samej śmierci. Tym niemniej, pytanie się formowało, dojrzewało i wkrótce gotowe było do przyjścia na świat.

– Co robimy?

Adresat skrzywił się, ale przetrzymał falę uderzeniową. Odpowiedź jednak pozostawała poza jego możliwościami.

– No?

– Zobaczymy. Trzymaj ją, żeby nie uciekła I nie spuszczaj oka z reszty.

– Moglibyśmy zadzwonić po miejscowych…

– I co konkretnie chciałbyś im powiedzieć?

– Zwyczajnie, że napotkaliśmy podejrzanych i ich zatrzymaliśmy.

– A co z ich… stanem? Widziałeś, co się stało, jak tylko go dotknęła. To może być… – podrapał się w głowę, szukając racjonalnego wytłumaczenia – jakaś zaraza. Coś jak ten afrykański wirus.

– Nie widziałem jeszcze, żeby jakiś wirus tak działał, że jedno dotknięcie i fajt.

– Tego wirusa jeszcze nie widziałeś, więc… a zresztą… – Rick z rezygnacją zwiesił głowę. Korciło go, żeby na próbę pomacać jedno z leżących ciał. Rozsądek (a może był to strach?) wziął górę. Nieprzytomni co prawda oddychali, ich piersi podnosiły się i opadały regularnie, lecz ciągle nie dawali znaku życia. – A zresztą…

– Co zresztą?

– Szkoda gadać. Nie wiem, co się dzieje. Jak na mój gust to może być jakaś historia z pieprzonego Archiwum X.

– Że niby to kosmici? – szczątki uśmiechu zadrgały na ustach odpowiedzialnych za zadanie pytania.

– Nie. Że niby nie wiadomo, co się dzieje i łeb sobie połamiesz, zanim dojdziesz prawdy.

Nastąpiło kilka minut ciszy, podczas której Dustin trzymał trzęsącą się niemo Mary, a Rick nerwowo przechadzał się w tę i z powrotem. Co chwila zerkał na zegarek, który zdawał się pokazywać stale tę samą godzinę.

– Kurwa! Dłużej tego nie wytrzymam! – krzyknął w końcu. – Dzwonię!

– Czekaj – Dustin podniósł jedną rękę w geście, który miał w zamierzeniu być władczy, ale okazał się żałosny.

– Na co?

– No… nie wiem. Mam wrażenie, że coś się niedługo stanie. Przecież nie będą tak leżeć do usranej śmierci, nie?

– A skąd wiesz, że nie? Może właśnie przenoszą się na łono Abrahama?

– To będziemy ich mieć z głowy. O to chyba w końcu chodziło.

– Nie, chodziło o to, żeby zapłacił za to, co zrobił.

– Na jedno wychodzi.

Rick gwałtownie potrząsnął głową i zbierał się, by energicznie zaprzeczyć, gdy do życia przebudziła się Mary.

– Ally! – zawołała, a dwójka policjantów, jeden wzmacniający uchwyt, który krępował jej ruchy, popatrzyła na leżącą kościstą trzydziestolatkę.

Spomiędzy jej siniejących warg wypłynęła strużka wody. Przestała oddychać.

– Co jej jest? – spytał Dustin, jego ręce zmagające się z coraz trudniejszą do utrzymania Mary.

– Jakby… jakby nie leżała na pieprzonym trawniku, to powiedziałbym, że się topi – odparł Rick, dziwiąc się swoim słowom.

100

Widok nie był specjalnie interesujący, więc odwrócił się i zszedł z mostku przerzuconego przez jednostajnie płynącą rzekę. Znalazł się znowu na kamiennej ścieżce, po lewej jezioro lawy, po prawej rzeka, na wprost wyjście z dziwacznego pomieszczenia.

Wyjście wyrżnięte w bladej ścianie otoczone było czerwoną wstęgą, jakby komuś niezwykle zależało, żeby nie zabłądził po drodze.

– Już idę – szepnął Slier. – Cierpliwości, kochani, cierpliwości.

Rzucił okiem na rzekę, bezskutecznie próbując przebić się przez jej ciemną powierzchnię. Prawie mi szkoda, że nie dojdziemy tam razem. Prawie. Powtórzenie zirytowałoby Colina, ale ten miał w tej chwili poważniejsze problemy na głowie niż pretensjonalna składnia.

Nick Slier ruszył na spotkanie przeznaczenia, tak przynajmniej nazwał to w swojej głowie, wypaczonej tanimi kryminałami i horrorami, które Stephen King wstydziłby się podpisać. Świadomie przedłużając moment niepewności, powłóczył nogami i nucił pierwszą zwrotkę „Stairway to Heaven”.

Kiedy już doszedł do wyrwy w ścianie, za którą miało na niego czekać spełnienie marzeń i tym podobne banały, paranoja wzięła górę. Zatrzymał się i ostrożnie zajrzał do środka. A stamtąd popatrzały na niego tysiące jego własnych oczu, błysnęły tysiące jego własnych nosów…

– Co jest? – powiedział i przestąpił przez ledwo zaznaczony próg.

Ściany kolistego pomieszczenia wyłożone były niewielkimi, lustrzanymi płytkami, z których każda, choć pod różnymi kątami, odbijała jego fizys. W pierwszej chwili poczuł się jak rozbity na drobne kawałeczki, a potem nieudolnie poskładany do kupy. Widział własną twarz w sposób, jakiego jeszcze jej nie doświadczył. Groteskowo rozciągnięta, z masą powtórzeń każdego detalu, minimalnie tylko różniącymi się od siebie. Bo na jednym było jego czoło prawidłowo, na wprost, jakie znał z porannych sesji z maszynką do golenia. Na drugim jednak już było nieco przekrzywione, wywołujące wrażenie patrzenie na samego siebie z boku.

Ale najdziwaczniejsze wydawały mu się obrazki z lusterek odbijających inne lusterka, łączące dwa, trzy, pięć, pięćdziesiąt wizerunków zmniejszających się w nieskończoność aż poza granice postrzegania. Przypomniało mu to jego dziecinne zabawy z dwoma lustrami ustawionymi naprzeciwko siebie i radość, jaką z nich czerpał. Wtedy umieszczał różne przedmioty przed sobą i patrzył, jak uciekają do tajemniczej krainy po drugiej stronie wszechświata, i śmiał się, śmiał, aż mama przychodziła z kuchni, sprawdzić, co tak rozbawiło jej pociechę i czy czasami nie trzeba było interweniować.

To było dawno, całe życie temu. Tak dawno, że zdążył już większość z tych rzeczy zapomnieć. A raczej wyprzeć je ze świadomości, schować, odgrodzić od siebie. Przywalić wielkim kamieniem z cichą nadzieją, że nigdy nie powrócą.

Wróciły.

Spojrzenia rodziców, pełne troski i miłości. Dziesiąte urodziny z olbrzymim tortem i ustawionymi w kółko świeczkami. Edith w centrum handlowym, obładowana zakupami i z rozwiązaną sznurówką, piękna, po prostu piękna. Jej długie, smukłe palce z wiecznie obgryzionymi paznokciami. Piętnasty sierpnia 2002, wieczór, kino samochodowe niedaleko San Diego. I tak dalej.

Wspomnienia wręcz rzuciły się na niego, gryząc i drapiąc. Uklęknął na wklęsłej, niczym nie odróżniającej się od ścian podłodze. Ukrył twarz w dłoniach, wydając z siebie serię głośnych westchnień.

Pojawiły się głosy. Każda z osób, które przewinęły się przez jego głowę nagle zaczęła do niego mówić. Nicky, dobrze się czujesz, kochanie? (mama) Mocniej! Jeszcze raz! Pokaż, na co cię stać! Dokopiemy im jutro, zobaczysz! (tata) O czym myślisz? Powiesz mi? (Edith) Umyj zęby, buzię i rączki, a porozmawiamy o tym samochodziku. (mama) Co powiesz na mecz Lakersów w sobotę wieczorem? (tata) Przestań, bo się udławię! Czemu zawsze opowiadasz kawały, kiedy mam pełne usta? (Edith)…

Wstał, otworzył oczy. Jego kopie dookoła były załzawione.

Żadnych słodyczy przed obiadem! (mama)

Odwrócił się w kierunku wyjścia. Ale wyjście zniknęło, co powinien był zauważyć dużo wcześniej, żadne z odbić go nie pokazywało. Znajdował się wewnątrz obszernej kuli sam ze sobą, rozbitym i zwielokrotnionym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *