Highway to hell

Trafne spostrzeżenie

Ograniczenia prędkości są od tego żeby je przestrzegać i słusznie zauważył mój instruktor jazdy że „Lepiej o 15 minut za późno niż o 40 lat za wcześnie…”. Trudno się nie zgodzić z takim twierdzeniem. Kierować nie wystarczy rękoma i nogami. Głowa też musi pracować. Szkoda w takim razie, że na polskich drogach tylu ludzi prowadzi pojazdy jak skończeni idioci. Można by wręcz powiedzieć, że mamy do czynienia ze zmotoryzowanym psychiatrykiem.


Życie zaczyna się po 2000cm3

Magiczna granica – silnik 2.0. Każdy o nim marzy i każdy go pożąda, prawie jak kobiety, Georga Clooneya. Czasami odnoszę wrażenie, że ludzie daliby się pozabijać dla większego silnika no bo przecież prestiż, no bo przecież ładnie wygląda i jest pretekst żeby wydać trochę, zbędnych przecież, pieniędzy. Problem jednak pojawia się dopiero wtedy gdy przychodzi czas na eksploatację.
Nawet zupełny laik wie, że Polska krajem przyjaznym dla kierowców nie jest. Miasta bez obwodnic, duże ograniczenia prędkości (nawet na autostradach!) i wyboje na drodze. Tragedia. Jaki jest więc sens w posiadaniu silnika 3.5, skoro nawet nie ma legalnej, powtarzam, legalnej możliwości wykorzystania tego silnika do granic jego możliwości? Tego typu samochody są jak najbardziej wskazane w takim kraju jak Niemcy, gdzie nie istnieje prawie możliwość przejechania z jednego miasta do drugiego bez wjeżdżania na autostradę, a na tychże autostradach nie istnieją ograniczenia prędkości. Jednak nie jest tak w Polsce, w której zamiast naprawy dziur w drogach stosuje się znaki ostrzegawcze i wmawia ludziom że „stan dróg nie ma wpływu na bezpieczeństwo jazdy”. Nie wspominam już nawet o tym, że przysłowiowa „krew z nosa” jest szybsza, niż budowa dróg w naszym Kraju.
Istnieje jeszcze drugi minus silnika wielkiego jak krowa – spalanie benzyny. Kierowcy którzy zdecydowali się na samochód dużego kalibru, muszą się liczyć z tym, że wolna, przerywana jazda (na powolnych polskich drogach, w gąszczu sygnalizatorów świetlnych) z pojemnym silnikiem konsumuje znaczne ilości benzyny. Z kolei nasz Opelek Astra o pojemności 1.4 radzi sobie w mieście doskonale w takich sytuacjach i jest ekonomicznym dziełem sztuki.
Tak czy inaczej, ktoś może powiedzieć że się czepiam. W końcu jeśli kogoś było stać na wyłożenie grubych tysięcy na szpanerski model o pojemności 3.5, to na pewno jest przygotowany by wyłożyć pieniądze na stół za zwiększone spalanie benzyny.

„Jezdnia to nie pastwisko sieroto z Grójca”

Niby nie, a jednak baranów nie brakuje. Nie chodzi mi wcale o kierowców, którzy poruszają się trochę mniej sprawnie po drodze od innych (nawiasem mówiąc, tacy są nawet mniej szkodliwi od pozostałych). Mam raczej na myśli tych „speców”, którzy uważają że ograniczenia prędkości, podwójne ciągłe linie i „teren zabudowany” to jedynie przyjacielskie sugestie a nie obowiązujące przepisy.
Tak, to prawda. Stawianie coraz to nowszych ograniczeń nie rozwiązuje problemu bezpieczeństwa, ale jeśli ograniczenie istnieje, to znaczy że po coś ono jednak stoi! „Kierownicy” są jednak przekonani, że ograniczenie jest albo ustawione bez sensu, albo jest to czysta złośliwość. Co drugi kierowca nie przestrzega zakazów z innego powodu – przez sklerozę. Wielu prowadzących, zdaje się zapominać o ograniczeniu prędkości w mieście do 50km/h albo uważa że jazda z taką szybkością po mieście to jakieś rzadkie kuriozum, nietypowa przypadłość która nikomu normalnemu nie powinna się przytrafić. No bo przecież wlec się 50km/h zgodnie z przepisami to objaw słabego charakteru, głupoty, no albo w najlepszym wypadku roztrzepania. Ale dla kierowników nawet jazda poza obszarem zabudowanym po drogach krajowych z dopuszczalną prędkością 90km/h jest objawem poważnego urazu głowy, lub upośledzenia umysłowego. Takiego pana, lub panią, jadących przepisowo należy najlepiej sprzątnąć z drogi, albo klaksonem, albo natarczywie (idiotycznie) mrugając światłami, albo wyprzedzając go na podwójnej ciągłej, by pokazać kto jest tak naprawdę „gościu”.
I teraz słowo do kierowników: Wstyd, hańba i bezczelność!! Proszę zmienić sobie szkła kontaktowe lub okulary, bo nie dostrzegacie belki we własnym oku. Po co warczeć na innych, de facto lepszych od siebie i skracać sobie życie nerwami? Jak mówi przysłowie: „Kto się smuci, ten jest smutas, kto się kłóci, ten jest…” kłótliwy…

Egzamin, egzaminowi nierówny

Mówi się, że egzamin na prawo jazdy to taka mała matura – jest jednym z najważniejszych w życiu i towarzyszą mu niezłe nerwy. W zasadzie tak, ale czemu się denerwować? Przecież samochód to w końcu kawałek blachy, od której nie zależy Wasze całe życie. Zgadzam się, że ten „kawałek blachy” się często przydaje i jest nawet wygodny, ale przecież tragedia się nie dzieje, jeśli podróżuje się innymi środkami transportu.
Znajdą się jednak i tacy, którzy uważają samochód za furtkę do lepszego świata, hołubią się tym, że zdali praktyczny za pierwszym razem i rozbijają się (w przenośni i dosłownie) po polskich drogach.
Prawda jest jednak taka, że większość takich „mądrali”, albo zdawała w maleńkich miasteczkach gdzie ruch drogowy jest minimalny, albo po prostu… dobrze wykonała manewr zwany kopertą (hie, hie, rozumiemy się?). Pal sześć, jeśli to pierwsze, ale jeśli idzie o kopertę, to sprawa robi się poważniejsza. Fakty mówią same za siebie – wystarczy popatrzeć na drogi. Ile takich ekspertów zginęło już na jakimś drzewie, zarysowało komuś wóz, albo (o zgrozo) po kilku latach jazdy samochodem nie umie wciąż obsługiwać dystrybutora na stacji benzynowej, nie wie jak otworzyć maskę samochodu? Jeśli chodzi o mnie, to wolę zdawać nawet i sześć razy w najtrudniejszym mieście, (Warszawa) w najtrudniejszym ośrodku egzaminacyjnym (Okęcie), ale po to, by później dumnie wyjechać na ulicę, będąc już nauczonym pewnych trików i zachowań.

No to jedziem z tym śledziem!

Apeluję do wszystkich – ogarnijcie się, kiedy wsiadacie za kierownik. Jeśli macie ochotę świrować pawiana, to róbcie to wśród przyjaciół, rodziny, kiedy nie macie nic ciekawego do roboty w domu, ale za kierownicą bądźcie poważni, wyrozumiali i spokojni. Ach, no a co do promili… jeśli najdzie was ochota zakrzyknąć „Hop, szklankę piwa!” to zróbcie to po dojechaniu do celu, a nie przed jazdą…

0 thoughts on “Highway to hell

  1. Tak się zastanawiam, o co Szanownemu Autorowi biega…

    – że ludzie są nieodpowiedzialni na drogach? Nie od dziś i nie tylko na drogach 😉
    – że egzaminy są zbyt łatwe? Czy może zbyt trudne?
    – że mamy dziury w jezdniach? (cóż za truizm…)

    Czytałem, czytałem, no i się nie doczytałem. Bo pochwały dla Kodeksu Drogowego ani nie potrzeba (wszak to paragrafy tylko), ani rozsądne toto nie jest – dlaczego wolność REGLAMENTOWAĆ, zamiast za nią ODPOWIADAĆ?

    No i nieśmiertelna interpunkcja… 😉

  2. Autorowi „biega” o to, że pomimo względnej oczywistości opisywanych zjawisk, zaskakująco mało osób w ogóle się nad nimi zastanawia.

    Kierowcy i piesi właściwie nie zwracają uwagi na dziwactwa i bandytyzm na drogach, kwitując piratów drogowych krótkim „Wariat”. Czy to wystarcza? To na pewno nie jest ODPOWIEDZIALNOŚĆ o jaką nam chodzi. O tym trzeba pisać, a nie udawać że wszystko jest „okay”. Kodeks jako taki jest neutralny. To ludzi oceniamy. Poza tym, gdyby rzeczy oczywiste nie były warte opisania, 60% felietonów nie miałoby sensu.

    Przyznaję że jestem zaskoczony komentarzem, bo przesłanie tekstu jest aż nadto wyraziste. Tak samo wyraziste jak to, że wiele osób może ten felieton uznać za atak, ale o to też w nim chodzi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *