Wezwanie – część 8

101

Widział niewiele, tylko rozmazaną sylwetkę Ally, niebieskawo-szarą, siną. Mimo oporu wody tonęli z zaskakującą szybkością, jak dwa człekokształtne kamienie.

Znowu był przerażony, sparaliżowany strachem, niezdolny zrobić nic poza kurczowym ściskaniem ręki Ally. Ally, która – przekonana, że to wszystko wyłącznie jej wina, że ściągała go w dół – usiłowała się wyrwać. Bez efektu. Colin włożył w ten uchwyt całą swoją siłę, dla odmiany przekonany, że w ten sposób – jakoś, jakoś! – ją uratuje.

Tak siłowali się, aż Ally przestała. Jej głowa oparła się na ramieniu Colina, pęcherzyki powietrza poczęły wypływać przez rozchylone usta. Widząc to, Colin wykonał kilka nerwowych, nieskoordynowanych ruchów i zatrzymał się. Opadali w tym samym, przygnębiającym tempie.

Wreszcie jego stopy dotknęły dna, twardego i porowatego jak skała. Spróbował się od niego odbić, unosząc się na krótką chwilę i znowu uderzył w dno. Przerażony i wściekły wrzasnął ze wszystkich sił gulgoczącym, podwodnym głosem, zyskując tyle, że ilość powietrza w jego płucach zmniejszyła się o ponad połowę.

Nagle po prawej stronie zauważył rytmicznie połyskujące światło. Złapał Ally w pasie i poszedł, walcząc z wodą i uciekającą z niego energią, w jego kierunku. Modlił się, Boże, jeśli tam jesteś, nie pozwól, by umarła mi na rękach, pomóż mi tam dojść, pomóż, pomóż, pomóż! Dawniej potrafił myśleć, że Bóg nie tyle nie istniał, co był człowiekowi niepotrzebny. Bo i po co? Cuda się nie zdarzały (poza umysłami imbecyli kupujących nagrania i książki telewizyjnych kaznodziei), medycyna robiła kosmiczne postępy, nauka rozpracowywała ostatnie tajemnice wszechświata. Religia, strasząca piekłem i nęcąca niebem, nie interesowała go. Swoje problemy rozwiązywał sam, bez odwoływania się do Boskiej interwencji.

Bóg nie przywrócił życia Tommy’emu, nie wybudził go ze śpiączki, nie zmienił toru lotu kamienia, który go zabił.

Nigdy przedtem jednak nie miał takiej świadomości istnienia rzeczy, które wymykały się racjonalnej analizie. Nigdy przedtem istnienie istoty wyższej nie wydawało się konieczne.

Parł do przodu, odganiając od siebie czarne myśli, nie zważając na mroczki coraz bardziej przesłaniające jego pole widzenia, odpędzając powracające natrętnie oznaki zbliżającego się omdlenia. Przebijał się przez wodę, która zdawała się gęstnieć, zmieniać w żelatynę, złośliwie próbując go zatrzymać, zanim dotrze do światła. Szedł, mimo że nadzieja dawno się z niego ulotniła, nie pozostawiając po sobie nawet nędznych okruchów, którymi mógłby wykarmić wolę, by po prostu nie zatrzymać się i umrzeć. Napędzała go płonąca w nim złość. Każdy krok był jak kopnięcie, każdy ruch rąk jak uderzenie pięścią. Bił się ze swoim bratem, z losem, siłami, które umieściły go w tej absurdalnej sytuacji. I brnął dalej.

102

Dustin odwrócił zwrok od Ally, by uważniej przyjrzeć się Slierowi.

– Ty, on miał takie dziury na gębie? – zwrócił się do swojego ojca.

– Jakie znowu dziury?

– Jakby zamiast wody po goleniu użył kwasu siarkowego.

– Co? – Rick zmarszczył brwi i uklęknął przed Nickiem, żeby przekonać się samemu, co ten jego bełkoczący syn miał na myśli.

Widząc ślady na twarzy i szyi Sliera, westchnął i podrapał się po skroni lufą pistoletu. Był prawie pewny, że ta twarz i ta szyja jeszcze kilkanaście minut wcześniej były gładkie jak tyłek niemowlaka. Ale to „prawie” rozszerzało się z każdą minutą, pożerając wielkimi kęsami to „pewny”. W tym tempie w ciągu godziny nie byłby pewny, że ziemia pod jego stopami nie zamieni się w budyń truskawkowy, a kamienne nagrobki w tabliczki czekolady.

– No i? – Dustin rozpaczliwie potrzebował potwierdzenia, że nie zwariował.

– Nie wiem. Nie pamiętam. Słońce mi w oczy świeciło. Nie masz większych problemów?

Dustin przemyślał to i stwierdził, wzruszając ramionami:

– Nie.

Opanowując emocje, Mary obrzuciła stróżów ładu i porządku zdziwionym spojrzeniem. Nigdy nie uważała policjantów za profesję przyciągającą specjalnie inteligentne jednostki, ale ci dwaj w jej mniemaniu powoli zamieniali się w stereotyp.

– Hej, brudny Harry, pomożesz mi wstać? – zapytała i wytarła nos w rękaw zrujnowanej garsonki.

– A co, masz problem? – odparł Rick, który sądził, że pytanie adresowane było do niego.

– Mówiłam do tego drugiego – wyjaśniła nieporozumienie Mary.

– Dobra – zgodził się Dustin i złapał Mary pod lewą pachą.

Ta odwinęła się, kopnęła go między nogi i zwinnym ruchem wyciągnęła z kabury zamaskowanej pod jego marynarką pistolet.

– Jezu Chryste! – jęknął Dustin składając się wpół. Los jego służbowej broni obchodził go w tej chwili mniej niż awangardowa powieść francuska.

– Nie rób niczego, czego później będziesz żałować – powiedział Rick, otulając każde słowo grubą pauzą. Wycelował między jej słusznych rozmiarów piersi. – Rzuć go, zanim zrobisz sobie krzywdę.

– Jak powiedziałby Tommy, pocałuj mnie w… lewy półdupek!

– Co? – Rick nie wierzył swoim uszom.

– Jaki Tommy? – zapytał Dustin, ciągle masujący brutalnie potraktowane krocze.

– Nieważne – zawołał Rick. – Ostrzegam cię ostatni raz. Rzuć ten pieprzony pistolet, albo…

– Albo co? Ładnie by to wyglądało w waszym raporcie: zastrzeliłem kobietę, która mierzyła do mnie z broni służbowej mojego partnera, który dał się rozbroić jak pijany przedszkolak. Wasz kapitan będzie wniebowzięty.

– Ona ma trochę… racji – odezwał się Dustin.

– Głos rozsądku z trawnika – rzuciła Mary. – Lepiej go posłuchaj.

– Nie, to ty, kurwa, posłuchaj. Mam kurewsko kiepski tydzień. I coś mi się zdaje, że odstrzelenie ci czegoś poprawiłoby mi humor.

Dustin, ciągle obolały, ale już dochodzący do siebie, postanowił przerwać impas w negocjacjach. Przewrócił się na drugi bok i szybkim kopnięciem podciął wpatrzoną w Ricka Mary. Padając, mimowolnie podkurczyła palce i nacisnęła spust. Momentalnie przekonała się, że lekcja, której dużo wcześniej nauczyła się Ally, była niezwykle wartościowa.

– Co ty, kurwa, wyprawiasz?

– Trzy – pogodnie powiedział Dustin, wyrywając pistolet z dłoni zrezygnowanej Mary.

– Co trzy?

– Powiedziałeś trzy razy „kurwa” w ciągu ostatniej minuty.

– A co cię to, kurwa, obchodzi?

– Ja muszę tego słuchać, nie?

– Zawsze możesz zatkać uszy.

– A ty zawsze…

Przysłuchująca się tej błyskotliwej wymianie Mary zwietrzyła kolejną szansę. Podpełznęła pod nogi Dustina, delikatnie złapała go za buty i raptownie pociągnęła. Biedak runął na ziemię twarzą w dół, z niedokończonym zdaniem na ustach.

– Koniec! – warknął Rick. Mary łowiła pod marynarką oszołomionego Dustina w poszukiwaniu pistoletu. – Jeszcze jeden taki numer a przywiążę cię do tego pieprzonego nagrobka – wskazał najbliższy, z przyklejonym zdjęciem radosnego brodacza z wyraźną nadwagą.

Bardziej niż groźba werbalna, na Mary podziałał widok odbezpieczonej i lekko drżącej w rękach policjanta broni.

– Okej, okej – szepnęła i odsunęła się od Dustina.

– W porządku? – Rick zwrócił się do syna.

– W porządku – burknął Dustin, zły i zawstydzony.

– A teraz pani…

– Mary.

– …Mary spocznie pod tamtym drzewem i nie będzie się ruszać, chyba że ją o to poprosimy. W porządku?

– W porządku – zgodziła się Mary, równie niechętnie, co Dustin.

Usiadła pod wskazanym drzewem i wpatrzyła się w leżące nieopodal ciała przyjaciół.

103

On, on i on, dookoła, z przodu, z tyłu, nad i pod. Rozmnożony, zwielokrotniony, zmultiplikowany. Połamany i sklejony na powrót, niedokładnie, z masą powtórzeń i pęknięć. On, on i on. Oczy, usta, nosy, szyje, torsy, nogi. Palce, tysiące palców, trzęsące się, pozaginane pod dziwnymi kątami, bezradnie kulące się w niepełne, załamane pięści. On, on i on. Wszędzie, nieskończony, pierwszy i ostatni.

Ukląkł na wklęsłej, szklanej powierzchni, starając się nie patrzeć na swoje zniekształcone odbicie w podłodze. Głosy-wspomnienia nie zamierzały odpuścić wściekłych ataków na jego głowę. Ojciec, matka, Edith, nauczyciele z podstawówki, koledzy, koleżanki, przyjaciele i wrogowie domagali się jego uwagi w kolejności, w której nie potrafił odnaleźć najmniejszego sensu. Rządził nią przypadek. Albo zamysł przekraczający możliwości jego rozumowania.

Zerwał się i zachwiał. W tej błyszczącej kuli kierunki nie miały znaczenia, ale i tak wykonał kilka pełnych obrotów. Za każdym razem widział to samo: siebie. I wydawał się sobie brzydki, wręcz obrzydliwy, jakby to, co zrobił przez ostatnie dwa lata wychodziło na wierzch i szpeciło go. Teraz pojawiły się głosy jego ofiar: John Fowles, z garścią uwag na temat moralności, pani burmistrz i jej nieświadomy kochanek, obca rodzina z dalekiej Florydy…

Z pochyloną głową rzucił się na ścianę. Usłyszał brzęk tłuczonego szkła i świst uciekającego powietrza. Poczuł strużkę krwi spływającą z jego czoła, zatrzymującą się na barierze brwi i przedzierającą się przez nią. Zobaczył pustkę znajdującą się po drugiej stronie.

104

Światło rosło i otaczało go. Coraz trudniej przychodziło mu podnoszenie nóg, ale czuł się lekki, wręcz gotowy do uniesienia się ponad skaliste dno. Powtarzał sobie, że to tylko efekt niedotlenienia, oznaka zbliżającego się końca, euforia nadchodzącej śmierci, zastrzyk hormonu szczęścia, naturalnej heroiny. I zmuszał się do kontynuacji marszu.

A światło rosło dalej, ciepłe, kojące, delikatnie zmysłowe. Przesłaniało drogę Colina, aż zupełnie zapomniał, że brnął przez zimną, mętną wodę; jej miejsce zajęła wizja złotego obłoku, która przypomniała mu się z jakiejś bajki, którą dawno temu czytała mu na dobranoc matka. Tytuł gdzieś zaginął, lecz obraz tej uroczej chmurki pozostał ukryty w bezpiecznym miejscu.

Przepraszam, pomyślał, zbliżając usta do skroni Ally. Nie widział jej już, światło przesłaniało wszystko, zalewało go, tuliło jak on ją.

Pochylił się do przodu, poddając się, uznając swoją porażkę. I wtedy złapał go prąd, i pociągnął, jego i Ally, w centrum jasności. Przyspieszali z każdą sekundą, wirując i unosząc się ku powierzchni, którą osiągnęli, zanim Colin zdążył przyzwyczaić się do myśli o ratunku.

Stanął na pewnym gruncie, pełny ciężar ciała Ally – choć niewielki – przygiął go do ziemi i sprawił, że musiał ją na niej położyć. W dalszym ciągu nie dawała oznaków życia.

Godziny spędzone na kursach pierwszej pomocy, które każdy nauczyciel w jego szkole musiał przejść przed rozpoczęciem każdego roku szkolnego wskazały mu drogę. Nachylił się nad nią i sprawdził puls: ledwo wyczuwalny, ale wciąż dający nadzieję. Ułożył ją na brzuchu, kładąc na swoich kolanach tak, że jej głowa znalazła się niżej. Delikatnie nacisnął jej plecy na wysokości płuc. Wypłynęła z nich niewielka ilość wody zmieszanej ze śliną i flegmą. Zadowolony z tego – wszystko szło, jak zapowiadał szkolący go podstarzały ratownik – Colin przekręcił ją na plecy, otworzył jej usta, odchylił głowę, upewniając się, że język nie zapychał dróg oddechowych. Wziął głęboki wdech i, zatykając jej nos, przywarł do jej warg. Jej pierś się podniosła i opadła. Operację powtórzył raz, drugi, trzeci, za każdym razem czekając, aż następny wdech weźmie sama.

– Dalej! Obudź się! – wrzeszczał nad nią i wracał do sztucznego oddychania.

Dopiero dwudzieste powtórzenie przyniosło zmianę. Już rozważał kapitulacją, gdy Ally otworzyła oczy i zakasłała. Oniemiał. Wzruszenie odebrało mu resztkę sił. Usiadł na ziemi i tępo patrzył na podnoszącą się z trudem Ally.

– Ale ostry ten drink – wydusiła z siebie Ally, w dalszym ciągu kaszląc. – Przy nim tequila to letnie mleko. Co tak się gapisz? Baby w mokrym podkoszulku nie widziałeś? Mam dla ciebie zatańczyć?

– To by było… – powiedział słabym głosem Colin.

– …interesujące – dokończył za niego wysoki, czysty głos. Niewątpliwie należał on do kobiety, lecz żadnej – nie licząc Ally – w pobliżu nie było.

– Słucham? – odezwał się Colin, rozglądając się podejrzliwie.

– Och, przepraszam – odpowiedział głos.

Rozległo się ciche pstryknięcie i głos zyskał fizyczną obudowę, okrytą długą, błękitną suknią.

– Eee… cześć – przywitała się Ally.

– Cześć – odparła kobieta i roześmiała się beztrosko. – Pewnie spodziewacie się teraz odpowiedzi na wszystkie pytania…

– Może nie na wszystkie, ale na parę by się przydało – powiedziała Ally.

Colin siedział i wpatrywał się w zjawę. Kogoś mu ona przypominała.

– Powiem wam tylko tyle, że Nicka macie już z głowy.

– Co to znaczy?

– Dojdziecie do tego szybciej, niż się wam wydaje. Dojdziecie do wszystkiego, nie bójcie się.

105

Mary podkurczyła nogi pod siebie i pozwoliła powiekom opaść. Nic się nie działo, nic się nie zmieniało. Colin, Ally i ten obcy leżeli bez ruchu, gliniarze przechadzali się dookoła, deliberując nad tym, co robić dalej, kłócąc się komicznie i wymachując nabitymi pistoletami, jakby prosili się o jakiś przykry w skutkach wypadek.

Wszystko nie tak, wszystko popieprzone. Ale czego miała oczekiwać? To musiało się tak…

Nagle usłyszała miękki, dziwnie znajomy, nieprzyjemny dźwięk. Jakaś ciepła, wilgotna substancja wylądowała na jej całym ciele. Wzdrygnęła się, otworzyła oczy i wrzasnęła:

– Hej, co wy wyprawiacie?!

Ale nie doczekała się odpowiedzi. Ojciec i syn stali nieruchomo, nie wiedząc, jak zareagować. Oblepiała ich ta sama obrzydliwa maź. Z przerażeniem Mary zdała sobie sprawę, że była ciemnoczerwona i w temperaturze ludzkiego ciała.

Przy nagrobku państwa Banksów leżały już tylko dwie osoby.

106

Świst uciekającego powietrza nasilił się. Wyrwa, którą zrobił uderzając głową w lustrzaną ścianę, powiększyła. Ciąg wepchnął go w nią i wyrzucił po drugiej stronie. Ogarnęła go ciemność.

Każdy jego mięsień, każda żyła, każdy centymetr kwadratowy jego skóry wybrzuszył się, jakby przestrzeń próbowała go wyssać i nakarmić się jego szczątkami. Ból stracił wszelkie znajome cechy; przenikał go zupełnie, jedna wielka, nieregularna bryła bez konkretnego miejsca.

Rozległ się dźwięk rozrywanego mięsa. Ułamek sekundy później już go nie było. Tylko rozrzucone we wszystkich kierunkach drobiny, rozdzierane na jeszcze mniejsze, w nieskończoność.

107

Pierwszy mowę odzyskał Rick.

– No, to zdecydowanie upraszcza sprawę – powiedział, ocierając usta i plując z niesmakiem.

Mary zbierało się na krzyk, ale jej struny głosowe były sparaliżowane. Wydała z siebie tylko długie, przeciągłe westchnienie.

– Dustin… Dustin! – Rick próbował zwrócić na siebie uwagę syna. Bez większego sukcesu. Dustin, wyrazem zdziwionego przerażenia na twarzy, zemdlał i upadł na wznak. – …spokojnie – dokończył, bardziej do siebie, niż do niego.

Podniósł jego broń i umieścił ją za paskiem swoich spodni. Ta pulchna panna była na tyle nieprzewidywalna, że mogła się na nią rzucić i znowu mieliby problem.

– Możesz mi wierzyć, lub nie, ale w jeszcze w zeszłym tygodniu byłam zwykłą księgową. I żadne zwłoki nie eksplodowały mi prosto w gębę.

– Możesz mi wierzyć, lub nie, ale w pracy policjanta na Florydzie to też za często się nie zdarza – mruknął Rick, przyjmujący fakty tak, jak mu się prezentowały, nie zadając zbędnych i niebezpiecznych pytań w rodzaju „jak?” albo „dlaczego?”. – A on jeszcze na służbie nie zemdlał.

– Mój kolega wsadził kiedyś psu zapaloną petardę w dupę. Nie był to miły widok… Ale to bije tamto na głowę.

Rick kiwnął ze zrozumieniem w głowę. Też miał w swoim czasie pomysłowych kolegów.

108

– Zaraz! – zawołał Colin. – Ty jesteś…

– Tak.

– Chciałem…

– Wiem.

– Mam tyle pytań…

– Wiesz już wszystko. Musisz to tylko rozpracować… Boże, jak dobrze było cię znowu zobaczyć… Jego też.

Kobieta, Ellen Banks, uśmiechnęła się promiennie i pomachała na pożegnanie.

– Czekaj!

– Trzymaj się. Jesteśmy z ciebie dumni.

– Nie odchodź!

– Uważaj na siebie – szepnęła i zniknęła.

– Ale… – głos Colina utonął w zalewie emocji.

– Nie pękaj – odezwała się Ally.

– Świetna rada. Masz może więcej takich?

– Tysiące. Na każdą sytuację.

– Jakby powiedział Tommy, nie ma jak…

Zachwiał się, tak jak obraz przed jego oczami. Po raz trzeci w swoim życiu zdarzyło mu się to dziwne uczucie, które ogarnia człowieka, gdy w jednej chwili stoi wyprostowany w jednym miejscu, a w drugiej leży w zupełnie innym.

– Nie ma jak co? – zainteresowała się Ally.

Byli na cmentarzu, oblepieni czerwoną, krzepnąca mazią.

– Co to jest? – zapytał Colin, ocierając czoło i twarz.

– Eee… on – odpowiedziała Mary.

Oczywiście. W jednym momencie wiedział wszystko, co wydarzyło się, gdy był nieprzytomny. Ta wielka, mityczna Moc, Moc, za którą jego brat oddał życie, a wcześniej swoją duszę, dawała mu dostęp do myśli innych jak do swoich własnych.

– Kto on? – domagała się Ally. Rozejrzała się dookoła, zauważyła brak Sliera i dodała dwa do dwóch. – Fuj! Jezu, ma ktoś chusteczkę?! Ble! Weźcie to ze mnie!

Wtedy Rick Travis postanowił zaznaczyć swoją obecność.

– Colin Mathers? Jesteś aresztowany pod zarzutem…

Colin popatrzył na celującego w niego policjanta i wzruszył ramionami.

– Nie jestem Colin Mathers, jestem Nick Slier. Colin Mathers nie żyje.

Rick zamrugał. Informacja, której absolutnie nie akceptował, wbiła się w jego umysł i tam zagnieździła. Nie miał wyboru. To był Nick Slier, a Colin Mathers nie żył. Takie były fakty. Wypadało tylko przeprosić za kłopot i się oddalić.

– Dustin! Wstawaj!

Słowa uzupełnił dwoma siarczystymi policzkami, które omdlałego natychmiast postawiły na nogi.

– Co? Co?!

– Gówno. Idziemy.

– A…? – zaprotestował Dustin.

– To nie ten. Idziemy.

I poszli.

– Co teraz? – zapytała Mary.

– Mam tutaj dom. Od dzisiaj jestem Nick Slier, nikt nie będzie ode mnie nic chciał. Od was też nie… Możecie się zatrzymać u mnie. Miejsca spokojnie starczy dla wszystkich.

– Chodźmy. Muszę wziąć prysznic – powiedziała Ally.

109

Siedzieli w salonie, przy dużym, okrągłym stole. Paliła się lampa zawieszona na ścianie, rzucając długie cienie.

– Jestem głodna – powiedziała Ally.

– W lodówce jest kawałek szynki – rzuciła Mary. – Niespecjalna, ale może być.

Colin uśmiechnął się pod nosem. Koszmar ostatnich dni zdawał się z niego ulatniać.

– No co? Spróbowałam tylko. Nie patrzcie tak na mnie! – zaprotestowała Mary.

– Spokojnie, nikt nic nie mówi – odezwała się Ally. – A musztarda jest?

– Pewnie.

– Dobrze. Zaraz wracam.

Zrobiła, jak obiecała, zjawiając się po minucie z talerzykiem szynki bolońskiej, trzema widelczykami i pojemnikiem musztardy.

– Kolacja – zaanonsowała.

Zabrali się za jedzenie, nie rozmawiając, dając uczuciom czas na uspokojenie i poskładanie w jakąś logiczną całość. Gdy po kilku minutach talerzyk był pusty, Mary zapowiedziała:

– Jutro skoczę na zakupy. Śniadanie będzie… królewskie.

– Już nie mogę się doczekać.

– Ja też.

Nastąpiło kilka minut ciszy. Mary, której na trasie ich szalonej ucieczki najbardziej brakowało regularnych posiłków, rozmarzyła się na myśl o wycieczce do supermarketu. Ally natomiast próbowała znaleźć sposób na rozpoczęcie rozmowy na temat przyszłości. Wreszcie zdecydowała się zacząć najprościej, jak to możliwe.

– A co później?

– Poszukam pracy. Mają tu chyba jakąś szkołę…

– Jesteś teraz Nick Slier, nie zapominaj. On raczej nikogo niczego nie uczył.

– Prawda… No to… zawsze mogę zacząć pisać. Na początek może opowieść paranormalna o facecie, którego brat-bliźniak posiadł tajne moce i zmusił go do przejechania całej Ameryki. Sądzicie, że ktoś by to kupił?

– Skoro kupili historyjkę o nawiedzonym samochodzie, to czemu nie?

– Wy też możecie tu znaleźć pracę. Księgowa zawsze się gdzieś zaczepi.

– A kelnerka z fast foodu?

– Tym bardziej. Widziałaś, ile tu takich knajp?

– Taa…

– Chyba, że wolicie wracać do siebie – Colin patrzył w okno.

Ally pomyślała o swoim pustym domu w Davie, Floryda. Nie, nie pustym. Zaludnionym przez duchy Sama i Harry’ego.

– Jak powiedziałby Tommy, już wolałabym zamieszkać w dupie dinozaura.

– Dobre – pochwaliła Mary.

– Dzięki.

110

Rick rzucił swoją marynarkę na krzesło i spojrzał na śpiącą Kathrine. Koniec, pomyślał, wreszcie koniec. Wreszcie będzie mógł spokojnie zasnąć, tak jak ona. Ten skurwiel, morderca Jake’a, Janine i Marka nie żył. Nic takiego więcej się nie powtórzy. Nigdy.

Rozebrał się i położył obok swojej żony. Nie minęła minuta, a i on spał twardym, pozbawionym marzeń snem.

111

Rok i trzy miesiące później Colin wyciągnął ze swojej skrzynki plik listów, głównie rachunków i ogłoszeń. Przejrzał je i zatrzymał się przy podłużnej, białej kopercie, na której jako adres zwrotny widniało Star Books Ltd, New York. Niecierpliwie rozerwał ją i wyciągnął pojedynczą kartkę papieru. Drogi panie… bla, bla, bla… z uwagą przeczytaliśmy… bla, bla, bla… choć pana powieść jest napisana bardzo dobrze… bla, bla, bla… niestety, nie będziemy mogli jej wydać.

– Coś ciekawego? – Ally wyszła na ganek.

– Z wydawnictwa. Odrzucili.

– Przykro mi.

– To już siódme – Colin podszedł do Ally, głowa opuszczona, ramiona zwieszone. – Chyba sobie już daruję. Nikt tej historii nie kupi.

– Zabawne, nie?

– Jak stado pijanych szympansów na deskorolkach.

– Gdzie twoje poczucie humoru? To się wręcz nadaje do piosenki Alanis Morissette.

Weszli do domu.

– Okej. Poddaję się. Zajebista ironia.

– Co, znowu mu odrzucili? – zapytała Mary i ziewnęła, opadając na krzesło w kuchni.

– Jakbyś zgadła.

– A wiesz czemu? – Mary zwróciła się do Colina.

– Oświeć mnie.

– Bo nie ma tam żadnego seksu. Sama przemoc. Nie wiesz, że przemoc najlepiej sprzedaje się ze szczyptą seksu do smaku.

Colin głośno westchnął.

– Mam dopisać jakąś scenę orgii na koniec?

– Nie – wtrąciła Ally. – Ja myślę, że ty za bardzo się trzymasz realizmu.

– I pewnie dlatego mi ją odrzucają, bo jest niewiarygodna.

– Ale pomyśl o tym: to jest taki niby horror…

– Bardziej thriller paranormalny…

– Niech będzie, thriller paranormanly, powinieneś zrobić z tego taką bajkę, to ludzie każdą głupotę zeżrą.

– W sensie znaczka: UWAGA! Ciekawe bzdury!?

– No.

– Hm…

– Nie hmm, tylko zabieraj się do roboty – rozkazała Ally.

– I nie zapomnij dorzucić trochę seksu – dorzuciła Mary.

– Zastanowię się.

I z głową pełną nieprawdopodobnych pomysłów, niewiarygodnych zwrotów akcji oraz szczyptą seksu do smaku, poszedł przerobić swoje wspomnienia na pełnokrwisty thriller paranormalny.

-KONIEC-

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *