Powrót Izmaela

Dochodziła 4.30 rano. Pomimo tak wczesnej pory Marek nie miał problemu z przebudzeniem się. Dwie walizki, które spakował jeszcze poprzedniego wieczoru, stały przy drzwiach gotowe do drogi. Teraz wziął jedynie szybki prysznic, zajrzał pod łóżko, do szafy i do mini biurka – dla pewności, że niczego nie zostawił. Miał w swoim zwyczaju gubienie ładowarek od telefonów komórkowych, czy innych przydatnych drobiazgów. Nic, czysto tym razem. Wyglądało, że wszystko spakowane i w najlepszym porządku. Omiótł jeszcze spojrzeniem cały pokój i poczuł jakąś nostalgię za tym miejscem. Smutek, że musi je opuścić.

Przyzwyczaił się do ciężkich bordowych zasłon, w które ubrane było okno i do tego co za nim – ściany sąsiedniej kamienicy gęsto porośniętej głęboko zielonym bluszczem. Do wielkiego łóżka stojącego na środku pokoju (spokojnie pomieściły by się w nim dwie osoby, ale nie było okazji) też przywykł i do lekko brązowych tapet we wzory z motywami bliżej nieokreślonych roślin również. Nawet do niewielkiej, a przez to i ciasnej łazienki, z mało gustownymi płytkami w kolorze kawy z mlekiem, które szczelnie maskowały jej ściany – od podłogi po sufit. No i jeszcze brązowa deska klozetowa. Najmniejsze nawet elementy dopasowane tak, by gościom hoteliku przy Rue du Faubourg Saint-Denis, całość dawała poczucie kojącej harmonii i idealnego porządku. Tak, człowiek szybko się przyzwyczaja.

Podziękował, kiedy oddawał klucz zaspanemu recepcjoniście i pożegnał się uśmiechem.

Przed hotelem czekała już zamówiona taksówka. Na widok Marka ciemnoskóry kierowca (niewątpliwie imigrant) wyskoczył z samochodu, migiem otworzył jego bagażnik, poczym zbliżył się do klienta, prosząc o bagaże. Choć całkiem sprawnie sobie z nimi poradził, Marek miał chwilę, żeby rozejrzeć się dookoła. Żywa do późnej nocy ulica, przy której mieścił się jego hotel, teraz spała w najlepsze. Gdzieś w oddali przemknął zaspany cień, którego najwyraźniej czekała długa droga do pracy, ale poza tym błogi spokój. Kafejki, zazwyczaj pełne ludzi, spowijał głęboki sen, a kiosk z prasą tulił się do przyklejonej obok kwiaciarni, jakby miało mu to zapewnić odrobinę więcej ciepła. I tylko pobliski Sex-Shop, ten nocny marek, mrugał bez wytchnienia światełkami rozjaśniającymi swą tajemniczą witrynę, za której czerwoną kotarą skrywał wszelkie niegodziwości tutejszych mieszkańców i turystów ze wszystkich stron świata. Migotały radośnie, jak w kabarecie, tuż po przedstawieniu. Przy największych oklaskach. Jak to w Paryżu.

Kiedy siedział w taksówce wiozącej go na lotnisko, odetchnął głęboko. Rozmowy z francuskimi partnerami wypadły nadzwyczaj dobrze. Kosztowało go to niemało pracy i wysiłku, wiele nieprzespanych nocy, ale teraz mógł być z siebie dumny. Z pewnością po powrocie czekała go miła rozmowa z szefem i premia. Tak, niewątpliwie czuł dumę.

Mijali kolejne skrzyżowania, kolejne kamienice. Niektóre już rozpoznawał. Te które zaledwie kilka dni wcześniej sfotografował, żeby… Właściwie, po co to robił? Nie znał odpowiedzi. Ale każdy robi zdjęcia ze swoich podróży. Czy to służbowych, czy to z wakacji. Dla siebie, dla bliskich. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się, że rozprawia nad takimi oczywistościami. Taka ludzka potrzeba uwieczniania. Zostawiania po sobie śladów. Chociażby w postaci zdjęć. A może potrzeba udowodnienia samemu sobie i innym, że odwiedziło się jakieś miejsce, było się pod jakimś tam pomnikiem, przed wejściem do jakiegoś muzeum.

Rozmyślanie o ludzkich zwyczajach tak go pochłonęło, że nie zauważył, kiedy znaleźli się na lotnisku. Taksówka zajechała pod samo wejście. Jeszcze tylko kilka kilometrów do przejścia, kilkaset stopni do pokonania i znajdzie się w upragnionym samolocie, a wtedy  będzie mógł odhaczyć podróż do Paryża, jako kolejną, pomyślnie załatwioną sprawę w swoim trzydziesto pięcioletnim życiu.

„Jak dobrze, że wymyślono ruchome ciągi, które same wiozą człowieka” – myślał, stojąc z walizkami na jednym z takich pasów, spoglądając zarazem z góry na betonową płytę lotniska w oddali. Rzeczywiście. Wystarczy tylko stanąć i bez wysiłku człowiek pokonywał długie korytarze, które prowadziły do kolejnych długich korytarzy. Zupełnie jak w życiu. Jedna załatwiona sprawa prowadzi do kolejnej nie załatwionej sprawy, za którą czają się dwie następne.

Odprawa przebiegała tak jak zawsze. Funkcjonariuszka francuskich służb celnych mówiła w swoim, sobie tylko znanym języku (tak przynajmniej można było wywnioskować po zdumionych twarzach pasażerów), coś krzyczała, rozkazywała i pouczała. Tym razem skupiła się na amerykańskich turystach. Tak, musieli być ze Stanów, bo mieli problemy z nadwagą i lekceważący sposób zachowania, wymieszany z zaskoczeniem, że w jakimś zakątku świata, gdzieś, poza granicami ich kraju, też istnieje cywilizacja. A może wcale tacy nie byli. Może to tylko stereotypy, którym Marek ulegał pod wpływem stresu przed podróżą. Nieważne. Tak przynajmniej myślał.

Cieszył się, że wraca. Że wraca do domu, do swojego mieszkania, za którym szczerze się stęsknił. Tak naprawdę, wcale nie lubił tego pomieszkiwania w hotelach, snu w bezdusznie białych i szpitalnie wykrochmalonych pościelach oraz poczucia, że jeszcze kilka godzin wcześniej, ktoś, zupełnie nagi, spacerował po tym samym pokoju, który teraz jemu przydzielono. Spacerował boso po tej samej wykładzinie, oddychał tym samym powietrzem. To go krępowało. Obdzierało ten kąt z intymności (tak potrzebnej mu do zamieszkania w nim) i czyniło z niego miejsce publiczne. Miejsce, w którym można wypić kawę, poczytać gazetę, ale nie zamieszkać. Nie tak jak w domu. Za każdym razem jednak historia się powtarzała. Upływało kilka dni, podczas których on się przyzwyczajał. Tak, to kolejna ludzka umiejętność. Przyzwyczajanie się. Niezbędna do przetrwania rodzaju ludzkiego nawet w najtrudniejszych warunkach.

W końcu się udało. Co prawda wystał się w długiej kolejce, ale już przeszedł przez kontrolę uwieńczoną stalową bramką, która wyczulona do granic absurdu, niezawodnie wyszukiwała wszelkich metalowych przedmiotów bzycząc co chwilę i mrugając swoimi czerwonymi oczami. Pozostawało tylko założyć buty, pasek i zegarek, podnieść głowę, a przed oczami roztaczał się zupełnie inny teren. Kolejny odcinek drogi. Uwielbiał ten moment. Czuł się w tej strefie jak w czyśćcu. Wszystkie grzechy, jego i innych pasażerów, zostawały w koszach przed bramką, zamknięte w niebieskich, plastikowych workach. Najpewniej zostaną wywiezione i zapomniane. Od, takie małe odpuszczenie grzechów, tu na ziemi. Za żółtą linią, którą ktoś staranie wymalował na posadzce terminala, wszystko było czyste, prześwietlone – bez zarzutu.

Zegarek na ręku wskazywał, że pozostało do odlotu jeszcze półtorej godziny. Tradycyjnie więc przespacerował się po kilku butikach, które przebiegle zlokalizowano tu wyłącznie po to, by jak najwięcej gotówki podróżnych pozostało na miejscu. Był sklep z odzieżą, kosmetykami i narodowymi smakołykami (narodowymi, choć w obecnych czasach do kupienia w każdym supermarkecie kontynentu europejskiego). Był też dobrze zaopatrzony sklepik z upominkami – można było podarować bliskim doskonale zapakowane francuskie wino, szklaną mini wieżę Eiffla, kubek albo koszulkę z flagą kraju z nad Sekwany, czy bombonierę z czekoladkami w kształcie Łuku Triumfalnego. Jeszcze godzina… A zatem małe zakupy. Coś francuskiego dla znajomych z biura.

Przebrnąwszy przez półki uginające się pod górą tutejszych rarytasów, zerknął na zegarek i zdziwił się, że zakupy zajęły mu tylko pół godziny. A wydawałoby się, że w tych dusznych i za mocno oświetlonych butikach spędził cały poranek. Nie pozostało więc nic innego jak tylko cierpliwe oczekiwanie na odlot.

Podążając śladem błękitnych strzałek dotarł do miejsca, które kształtem przypominało statek kosmiczny, z półokrągłym, szklanym dachem, łączącym się z płaszczyzną podłogi na przeciwległych jej krańcach. Ta szklana kopuła nie była jedną całością. Tworzyła ją siatka tysięcy mniejszych, przezroczystych trójkątów, połączonych ze sobą w dziwny, niewidoczny dla ludzkiego oka sposób. Zapewne zastosowano w tym celu wiele nowatorskich rozwiązań technicznych, dostępnych głównie społecznościach lepiej rozwiniętych. Stojąc po środku tej rozświetlonej szklanej jamy, w chwili, kiedy noc jeszcze nie ustąpiła z nieba, człowiek czuł się jak w inkubatorze, dookoła którego roztaczały się mroczne, bezkresne połacie terenów – przestrzeń wroga. Tutaj natomiast było ciepło, miło i stosunkowo przestronnie. Znalazł swój gate, usiadł na skórzanej na poły ławce, na poły kanapie, zainstalowanej nieopodal i pozostało już tylko czekanie. Choć w hali panował niewielki szum, jemu udało się z niego wyłączyć. Czuł jak ogarnia go senność i choć starał się nie spać, to jednak ogrzewanie i wygodne siedzenia, w które zapadało się jak w ciepły domowy fotel, skutecznie łamały jego opór. Kątem oka spoglądał na ustawioną na wprost niego ogromną plazmę, na której emitowany serwis informacyjny okraszano długimi blokami reklam. Atak na amerykańskie wojska w Iraku, powódź w południowych Indiach, wizyta brytyjskiej monarchini na duńskim dworze, reklama najnowszego leku przeciw depresji, dwóch biur turystycznych i firmy, produkującej jachty. Zaraz potem informacje z Gruzji, z linii frontu oraz kilka słów o pogodzie i znowu Irak, Indie i królowa… Monotonne i hipnotyczne zarazem.

– To Warsaw? – Zapytała roztargniona, młoda kobieta. Typ wiecznej podróżniczki, żyjącej na walizkach, takiej co to doskonale zna wymowę swojego imienia w większości języków świata. Musiała wziąć Marka za Szweda, albo innego Skandynawa. Z powodu jego blond włosów i typu urody, człowieka z północy, co krok ktoś brał go za potomka wikingów.

– Yea! – Wybełkotał wywołany do odpowiedzi.

– Are you sure? – Dopytywała kobieta, której ogniste rumieńce rozlewały się na połowę twarzy.

– Chyba tak – zaryzykował odpowiedzią po polsku.

– O, to dobrze – odetchnęła z ulgą słysząc język polski – nie byłam pewna… Panuje tu taki rozgardiasz!

Mówiąc to, odsunęła z twarzy włosy, które zasłaniały jej oczy a następnie zaczęła rozkładać dookoła swój bagaż podręczny, składający się z trzech małych plecaków, wypchanych po brzegi i dwóch szmacianych toreb. Przy czym czyniła to z dużą dokładnością. Celebrowała ten moment co najmniej tak, jak gdyby rozkładała kwiaty na ołtarzu Stwórcy.

– Mogę? – Zapytała i nie czekając na odpowiedź usiadła tuż obok Marka.

– Pewnie, proszę bardzo – rzucił z grzeczności.

– Na innych lotnikach to wszystko jest jakoś lepiej zorganizowane – zaczęła.

– Tak? A mnie się zdawało, że tu wcale nie jest tak źle. A przynajmniej się nie zgubiłem – uciął.

– Nie, nie – zaprotestowała – są o wiele lepsze lotniska. Dla przykładu w Singapurze?

– Nie byłem tam nigdy!

– Ha! A ja byłam! – Mówiąc to sięgnęła do największego plecaka, chwilę poszperała w jednej z jego kieszonek, poczym zwróciła się do Marka: – Mentosa?

– Chętnie, dziękuję! – Odparł i wziął pastylkę.

– Kamila jestem! – Przedstawiła się kobieta, sugerując, że już czas najwyższy zrobić kolejny krok w ich długotrwałej znajomości.

Marek nieco zaskoczony tym zbliżeniem zawahał się przez chwilę. Obawiał się, że oto usiadła przed nim osoba, której charakter nakazuje nawiązywanie znajomości w każdej możliwej sytuacji, z każdym napotkanym osobnikiem. Taka, co to mówi bez przerwy i od rzeczy.

– A ja, Marek! – Powiedział w końcu i uścisnął jej dłoń.

– Także ten Singapur… – ciągnęła rozgryzając kolejnego mentosa – to o niebo lepsze lotnisko niż to tu. Pod każdym względem inne. Z resztą, tam w ogóle jest inna kultura – mówiła zerkając raz na Marka, raz na plazmę z wyświetlanymi informacjami – o, powódź w Indiach… Słyszałam, tam jest o tym bardzo głośno teraz. Ja akurat mieszkam w Tajlandii…

– Ach tak?

– To znaczy mam tam wynajęte mieszkanie firmowe, ładne, z pięknym widokiem…, no ale w całej Tajlandii mówi się o tej powodzi.

– W końcu to ten sam kawałek świata – wtrącił.

– Tak, chociaż ja też podróżuję do Australii, Chin…, bo jestem odpowiedzialna za rynek Azji Środkowej i Południowej właśnie – wyjaśniała.

Pogryzła kolejnego zielonego mentosa i przeniosła wzrok na Marka licząc, że ten zapyta ją o profesję, jaką się para. Szansy jednak na to nie było, ponieważ on wyczuł jej intencje i ani myślał uczestniczyć w dalszej dyskusji.

– Czyli dużo podróżujesz? – Skomentował tylko.

Jednocześnie przyjął pozycję bardziej obronną, splótł ręce wysoko na piersiach i jeszcze głębiej zapadł się w swoim skórzanym siedzeniu.

– Oj, cały czas jestem w drodze! Taka praca. No i te powroty do domu. Z Singapuru do Paryża, z Paryża do Warszawy i tak kilka razy w miesiącu.

– Wyczerpujące!

– Jak cholera! – Zaśmiała się.

W tym samym momencie, po drugiej stronie kobiety podróżniczki usiadły dwie inne kobiety, turystki. Jak wynikało z ich rozmów wracały z dwutygodniowych wakacji ze Stanów Zjednoczonych Ameryki. Dwie, w średnim wieku kobiety, nauczycielki, próbujące uporać się ze zmianą strefy czasu i wszelkimi konsekwencjami jakie ta zmiana ze sobą niosła dla ich organizmów.

– Już dobrze? – Zapytała z czułością w głosie, na oko starsza, swoją młodszą towarzyszkę.

– Trochę lepiej, dziękuję – odparła tamta, wytarłszy usta chusteczką.

– Najważniejsze, że już mamy to za sobą – uspakajała pierwsza – każdemu mogło się to zdarzyć.

Do rozmowy szybko włączyła się Kamila z Singapuru, która zmuszona była porzucić ospałego i niechętnego do jakiejkolwiek debaty Marka, dla ciekawszych tematów i zdecydowanie żywszej rozmowy.

– Mi też się zdarza często wymiotować – wtrąciła na dzień dobry Kamila – przez te wszystkie podróże i różnice w czasie.

– Doprawdy? – Zareagowały z entuzjazmem kobiety.

– Oczywiście! Mieszkam w Tajlandii, to znaczy mam tam mieszkanie służbowe i zanim się oswoiłam z tym ich ciężkim, wilgotnym klimatem, wymiotowałam jak niemowlę. Po wszystkim co tylko przełknęłam! Mentosa…?

Marek wstrzymał oddech, nie chcąc dalej niepotrzebnie niepokoić swoją osobą rozgadanej podróżniczki. Kiedy jednak po chwili rozmowa nowo zaprzyjaźnionych pań rozwinęła się w najlepsze, poczuł się bezpieczniej i odetchnął z ulgą.

Nękany przez Kamilę z Singapuru, nawet nie zauważył, kiedy noc powoli zaczęła ustępować nowemu dniu. Szklana kopuła pod którą się znajdowali nagle zrobiła się przeźroczysta (co wcześniej nie rzucało się aż tak w oczy), przez co sala dawała poczucie znacznie bardziej przestronnej niż dotychczas. Teraz wyglądała niczym taras widokowy zlokalizowany na betonowej pustyni, na której ciągle coś się działo. Pojedyncze samoloty kołowały w bezpiecznej odległości, jacyś ludzie, wielkości co najwyżej pięści, uwijali się przy załadunku bagaży do brzuchów, stojących jeszcze, olbrzymich mechanicznych ptaków, jakiś policyjny samochód na sygnale przemierzał płytę lotniska… Marek odwrócił głowę i jego oczom ukazał się bajkowy widok. Pierwszy raz w życiu widział tak piękny wschód słońca. Daleko na wschodzie, na styku nieba z ziemią, blada noc ustępowała pierwszym promieniom słońca. Pofalowane, niczym tafla wody pod naporem wiatru, chmury oblały się rumieńcem budzącego się dnia, koloru toffi. Salę zalewało żółto-pomarańczowe światło, które wraz z ukazującym się słońcem muskało tysiące elementów szklanej kopuły złotym kolorem poranka. Słońce wspinało się coraz wyżej na niebo, ale wolno, jakby w pełni świadome, że oto ono, wielkie i niepokonane, jest głównym bohaterem narodzin nowego dnia. Jest podziwiane i oklaskiwane.

Marek obserwował to zjawisko (równie artystyczne co przyrodnicze) z zapartym tchem, choć radość mieszała się u niego ze smutkiem. Dla takiego wschodu warto było czekać na lotnisku nawet całą kolejną dobę, tylko nie samemu. Żałował, że nie miał nikogo, z kim mógłby się podzielić podobnym widokiem. Pomyślał o powrocie do domu i pustym mieszkaniu, w którym każdy przedmiot czekał na niego w takim samym miejscu, w jakim pozostawił go miesiąc temu…

Głos młodej kobiety oznajmił wszystkim otwarcie wyjścia numer 27.

– To nasz gate – rzuciła podróżniczka z Singapuru odwracając się do Marka.

– O, dziękuję! – Odpowiedział wyrwany z zamyślenia.

Zebrał swoje rzeczy, odszukał bilet i ruszył przed siebie. Kiedy wyjął z kieszeni telefon komórkowy, żeby go wyłączyć, aparat zadrżał niespodziewanie w jego dłoni i w gęstniejącym tłumie ludzi zabrzmiały dźwięki dobrze znanej mu melodii. Dzwonił Adam, jego starszy brat. Ale Markowi moment rozmowy nie wydał się najwłaściwszy. Postanowił oddzwonić do niego już w Warszawie.

Po powrocie do domu, pozostawił walizki w przedpokoju i czym prędzej rzucił się w kierunku lodówki. Miał nadzieję znaleźć tam cokolwiek, czym byłby w stanie ugasić dręczące go pragnienie. Po drodze wcisnął tylko pulsujący zielonym światełkiem przycisk automatycznej sekretarki i zamarł.

Śmierć bliskiej osoby zawsze szokuje. Czasem jest to jedyne uczucie, które towarzyszy człowiekowi w chwili, kiedy dochodzi do niego podobna wiadomość. Pierwsza reakcja, której długość można mierzyć w ułamkach sekundy. Przez głowę przewija się lawina myśli, przesiąkniętych niedowierzaniem, wątpliwościami, a w końcu i pytaniami. Wszystko przed tym, zanim pojawi się ból i uczucie straty. Czasem też pojawia się poczucie winy, szczególnie wtedy, kiedy ma się świadomość, że czegoś nie doprowadziło się do końca, nie naprawiło się, zaniedbało. Najgorsze w takich sytuacjach są nie wyjaśnione sprawy…

– Kiedy zmarła? – Zapytał Marek spokojnym głosem.

– Dziś nad ranem – odpowiedział głos brata w słuchawce – zaraz potem dzwoniłem do Ciebie.

– Tak, wiem, że dzwoniłeś, ale nie mogłem wtedy rozmawiać.

– Jasne, nie ma sprawy!

– Wchodziłem akurat do samolotu – tłumaczył – sam rozumiesz… Czyli dziś rano to się stało? – Upewnił się.

Zdawało się, że wypowiadane w stronę Marka słowa ocierały się tylko o jego uszy. Wciąż oszołomiony wiadomością nie był pewien swoich uczuć i czuł wstyd z tego powodu. Czy powinien był się rozpłakać? Nie miał takiej potrzeby. Jak dobrze, że nikt go wtedy nie widział, bo można by pomyśleć, że nie kochał matki. Że nie było mu smutno z powodu jej śmierci. A przecież to nie prawda. W miarę upływu czasu, jak docierała do niego ta informacja, chyba odczuwał smutek. Ale czy ją kochał?

– Czyli będziesz jeszcze dzisiaj? – Dopytywał Adam.

– Słucham? Tak, tak, naturalnie…, jeszcze dziś. Złapię tylko jakiś pociąg… Powinienem też zadzwonić do firmy, żeby poinformować ich o swojej nieobecności…

– Wszystko w porządku?

– Jasne! Będę! Zadzwonię jeszcze i potwierdzę godzinę…

– Dobra! Wyjadę po ciebie na stację!

– Dzięki stary!

– Do usłyszenia.

Problemu z pociągiem nie było żadnego. Dwie godziny później Marek siedział w przedziale jednego z nich, relacji Warszawa – Olsztyn. Kupił, w drodze na dworzec kilka gazet, ale pomimo usilnych starań, nie docierało do niego nic z tego co przeczytał. Mimo, że uparcie rozpoczynał od tego samego akapitu kolejny już raz, niczego nie rozumiał.

Pytanie brata o to, czy wszystko z nim w porządku było w pełni uzasadnione. Nie mówili tego głośno, ale obaj doskonale wiedzieli, że dobrze wcale nie było. Wiedzieli, ale milczeli. Mężczyznom trudno jest czasem poruszać pewne tematy, szczególnie te niełatwe, które zmuszają do obnażenia swoich uczuć. Próbują przejść nad nimi do porządku dziennego, może dlatego żyją krócej. A poziom trudności jeszcze wzrasta, kiedy problemy dotyczą zamierzchłej przeszłości. I wartość powiedzenia w tym przypadku, jakoby czas miał leczyć rany, jest żadna! Nie wyjaśnione sprawy piętrzą sytuacje szczególnie, kiedy dotyczą bliskich sobie ludzi. Zwłaszcza, gdy ich dzielą. Upływający czas, nie rozwiązuje problemu, a jedynie przykrywa go delikatną warstewką kurzu życia codziennego, którą potrafi zdmuchnąć najmniejszy nawet powiew wiatru…

Pociąg poruszał się z prędkością pozwalającą dokładnie przyjrzeć się niemal wszystkiemu,  co mijał po drodze. Cztery godziny drogi i tyle samo czasu męczarni.

Upłynęło wiele lat od czasu, kiedy Marek odwiedzał rodzinny dom po raz ostatni. Właściwie piętnaście. Próbował policzyć, dokładnie… Tak, piętnaście. Wtedy przyrzekł sobie, że nigdy więcej tam się nie pojawi. Jak sądził, zamknął tamten rozdział życia i był z siebie  dumny, że miał tyle siły aby to zrobić. Zdobyć się na zapomnienie po to, by ułożyć sobie nowe życie, z dala. Tak, czasem przychodziły takie chwile, kiedy zastanawiał się, czy jego życie, ta dorosła jego część, nie jest przypadkiem życiem z dala. Ale z dala czego?

Natychmiast wysłał wiadomość do brata, że będzie późnym popołudniem. Odruchowo napisał, że w domu, ale od razu skasował te słowa. Jego dom – uparcie trzymał się tej wersji – jedyny jaki posiadał był tam, w Warszawie. Innego nie było. Był za to dom rodzinny, czyli miejsce, z którego tylko pochodził. Nic więcej.

Pogoda, tu w Polsce, była o wiele ładniejsza niż we Francji. Przez większość jego pobytu tam stale lało. Przez co dni zdawały się bardziej monotonne, dłużąc się w nieskończoność. Za to tu, wiosnę czuło się na każdym kroku. Nawet w Warszawie. Brzegi Wisły zazieleniły się świeżością, jeszcze delikatną, kruchą, ale obiecującą. Każde drzewo, żywopłot, najmniejszy nawet trawnik, zrzucił z siebie przybrudzone szaty zimy i odżywał coraz bardziej, z każdym dniem.

Kiedy tylko pociąg zostawił ostatnie zabudowania miasta za sobą, w przedziale zrobiło się naprawdę zielono. Marek doskonale poznawał drogę pomimo, że od lat nie zapuszczał się w te strony. Dla spracowanych oczu, obcujących nieprzerwanie z betonową gęstwiną miasta, widok zwykłych pól, lasów, czy nawet małych miejscowości, odprężał i cieszył. Te uczucia nie były mu obojętne. Coraz bardziej czuł wzbierającą w nim tęsknotę za podobnymi obrazkami. Z drugiej jednak strony powrót w rodzinne strony, po tylu latach, powodował raczej strach, aniżeli odprężenie. Drzewo za drzewem, słup trakcji kolejowej za słupem, jednostajnie, i tylko jego twarz odbijająca się w szybie okna oraz gdzieś tam, w oddali, zmieniające się krajobrazy. Pole, las, zabudowania – znowu las…

Poza nim w przedziale, były jeszcze trzy osoby. Młoda matka z cztero, może pięcioletnim synkiem i starszy pan, schludnie ubrany w zielony sweter w serek z wystającym spod niego kołnierzykiem białej koszuli. Mężczyzna jeszcze w Warszawie ułożył się wygodnie do snu, chowając przed światem i światłem swoją dojrzałą twarz w niebieskawej firance (gęsto zapisanej logo PKP), dyndającej rytmicznie przy oknie. Siedział na wprost Marka. Czasem tylko, kiedy nieznośny chłopiec wrzasnął w przypływie emocji, albo gdy tłukł drewnianym klockiem o metalowe drzwi przedziału, mężczyzna budził się z widoczną na twarzy irytacją, poczym upewniwszy się, że źródłem hałasu jest tylko dziecko, zasypiał niemal natychmiast, pomlaskując przy tym szczęśliwie.

Za oknem bez zmian. Las gonił las, czasem jakaś droga przecinająca żelazną linię, którą podążał niezłomnie pociąg, mignęła przed oczami. Pociąg zdecydowanie przyspieszył. Rzucone gdzieś w dzikie tereny pojedyncze zabudowania uciekały przed wzrokiem. Potrafiły rozpierzchnąć sprzed oczu, jak polne myszy umykające przed głodnym kocurem. Przed momentem, niczym na deskach teatru, prezentował się gęsty las, a już po chwili jego miejsce zajęła bogata scenografia pól.

Marek zerkał czasem na swoje odbicie w szybie, zastanawiając się do kogo jest podobny. Czy jego twarz miała rysy ojca, czy też widział w niej swoją matkę. Wolałby być podobnym do…, do siebie. Nie mieć niczego, co przypominałoby ich. Co wiązałoby go w jakikolwiek sposób z tymi ludźmi. W tej sekundzie poczuł, jak oblewa go zimny dreszcz strachu – lęku wymieszanego z nie ustępującym wstydem. Nie płakał… Nie płakał też w domu po odsłuchaniu wiadomości, po rozmowie z bratem, nie płakał na dworcu i teraz też nie uronił nawet jednej łzy. Czy to znaczyło, że naprawdę jej nie kochał?

Pociąg, bez zatrzymywania się, minął jakąś podrzędną stację. Zwolnił jedynie, zmuszony wymogami bezpieczeństwa. Sądząc po stopniu zaniedbania peronów (a raczej z tego co po nich zostało), musieli przejeżdżać przez niewielką mieścinę, dawno już odsuniętą od stalowej linii pociągów dalekobieżnych. Najpewniej wszelkie inwestycje stanęły tam wiele lat wcześniej. Tynk, odpadający ze ścian budynku dworca kolejowego, powyrywane ławki, wybite szyby większości okien, wielki dworcowy zegar, który zapewne od dawna pokazywał dwadzieścia minut po dziewiątej i jedna kasa – małe, funkcjonujące jeszcze okienko, zagubione w tym muzeum zaniedbania. Domu pamięci o tym, że to co człowiekowi niepotrzebne odchodzi w zapomnienie. Widok przygnębiający, wprawiający w zakłopotanie. Może nawet budzący niesmak.

Marek próbował przypomnieć sobie nazwę tego miejsca, ale nie był w stanie. Zbyt długo tędy nie przejeżdżał, w jego życiu za dużo rzeczy wydarzyło się przez te wszystkie lata nieobecności, by teraz, tak po prostu pamiętać.

Kolejna pominięta stacja, las, rzeka, kilka zabudowań w oddali… Im bliżej było rodzinnej miejscowości, tym trudniej było mu sobie wyobrazić siebie, tam już po przyjeździe pomimo, że przez chwilę poczuł nawet radość z powrotu. Gdzieś w głębi serca tęsknił za tą chwilą. Umierał z ciekawości, co zastanie na miejscu!

Pamiętał, że gdy w szkole średniej uciekał z lekcji, uwielbiał przesiadywać na miejscowym dworcu kolejowym. Wydawał mu się on wielkim przedsiębiorstwem, ogromną, nowatorską, jak na tamte lata konstrukcją, z niepoliczoną liczbą nowoczesnych pociągów, rzędem niezliczonych peronów, rzeszą pracowników i kłębiącym się nieustannie tłumem ludzi. Podróżujących skądś dokądś. Dworzec PKP, ten przedsionek wielkiego świata, był jak przepustka do innego wymiaru rzeczywistości, jedyna droga ucieczki z miejsca, w którym przyszedł na świat, a później dorastał. Choć nie był tam szczęśliwy, to nie miał (wtedy jeszcze) pewności, czy chce je opuścić. A może bardziej była to kwestia braku odwagi przed tym co nieznane…

Tak czy inaczej cieszył się, że znowu zobaczy swój ulubiony dworzec, że zajrzy do przestronnej poczekalni z kolorowymi sklepikami (w których niegdyś kupował gazety dla dorosłych, pierwsze papierosy i gumy do żucia), z niepoliczonymi rzędami ławek zapełnionych przez setki podróżnych, oczekujących posłusznie pory odjazdu ich pociągu. Cieszył się jak dziecko. Chyba tego mu najbardziej brakowało. I tego okienka, do którego latem ustawiała się długa kolejka jego rówieśników. Okienka, w którym za białą firanką młoda kobieta z włosami ułożonymi w kok sprzedawała kręcone lody włoskie, jedyne w swoim rodzaju, gdzie połyskująca srebrem i mocno skomplikowana w obsłudze maszyna do lodów płodziła, niczym swoje liczne potomstwo, stożkowe lody śmietankowe. Tak przynajmniej to zapamiętał.

Tymczasem chłopiec z ciągotkami artystycznymi postanowił dać coś od siebie społeczeństwu (zdumiewające, że poczuwał się do odpowiedzialności w tak młodym wieku) i niezauważony przez nikogo, odmalowywał trudne do odczytania przez jemu współczesnych obrazy na ścianach i siedzeniach przedziału. Marek zagłębiony w swojej przeszłości, której niebawem miał stawić czoła, pochrapujący w najlepsze mężczyzna z głową w drżącej rytmicznie zasłonce made in PKP i najbardziej zainteresowana, matka małego Michała Anioła – wszyscy oni dali zwieść się, pieszczącej ich uszy ciszy. Za oknem tymczasem, karłowata zabudowa miejskich ogródków działkowych zapowiadała, że pociąg zbliża się do większego miasta. Tak było w rzeczy samej. Niebawem pojawiły się pierwsze drogi, zawile splatające się ze sobą i wieże kliku kościołów – znak rozpoznawczy każdej cywilizacji na ziemiach pomiędzy Odrą i Bugiem.

Pociąg zatrzymał się ociężale, tak, jak gdyby miał już nie ruszyć w dalszą, męczącą jego stare mechaniczne kości, drogę. Gdzieś zaskrzypiało, coś puściło, pociąg lekko drgnął i w końcu spokojnie mógł odsapnąć. Męski głos, przez głośniki zainstalowane pod sufitem, poinformował, dokąd całe towarzystwo dojechało, która jest godzina oraz przestrzegł (żeby na wszelki wypadek nie ponosić odpowiedzialności) przed niebezpieczeństwami czyhającymi na roztargnionych pasażerów opuszczających przedziały. Zaraz potem zapadła grobowa cisza, w której pasażerowie uwijali się jak mrówki, by jak najszybciej opuścić pociąg. Dźwięk dobiegający z głośnika obudził śpiącego mężczyznę. Jednym ruchem zmiótł z twarzy lekką zasłonkę, przetarł oczy i wyjrzał przez okno.

Ktoś wychodził z pociągu, ktoś inny go wyczekiwał na stacji i teraz pakował się do jego wężowatego wnętrza wraz ze swoimi bagażami.

– Ludzie kochają mieć coś ze sobą – powiedział mężczyzna, nie wiadomo czy do samego siebie, czy do swoich współtowarzyszy podróży – tłumacząc to potrzebą. Ale tak naprawdę, posiadanie jest nam niezbędne do wzmocnienia naszego niskiego poczucia bezpieczeństwa. Mieć coś przy sobie, czymś dysponować, przewozić, przenosić, transportować, no i gromadzić.

Przerwał na moment swój wywód, usiadł i przenikliwym spojrzeniem omiótł zaskoczonych tym zwrotem akcji współtowarzyszy podróży.

– Jakby zastanowić się nad tym głębiej – kontynuował, nie spotykając się ze sprzeciwem z ich strony – to można by zaryzykować stwierdzenie, że istota naszego życia sprowadza się do gromadzenia. Człowiek całe życie zbiera, po to, żeby otoczony tysiącami niepotrzebnych mu przedmiotów i dupereli mógł odejść z tego świata w spokoju. Czyż nie?

Marek poczuł się wywołany do tablicy, ale zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, ktoś inny go w tym wyręczył.

– Przepraszam! Czy są tu wolne miejsca? – Zapytał delikatny głosik, niskiej, dwudziesto paroletniej kobiety. Najpewniej studentki. Umysł ścisły niewielkiego wzrostu. Olbrzymi plecak, którym obarczono jej budzące się do pełnego życia plecy, wydawał się przechylać tę mizerną istotę do tyłu.

„Ot i powód budowania pociągów z tak wąskimi korytarzami – pomyślał Marek patrząc na młodą podróżniczkę – one zwyczajnie chronią życie”.

– Jak pani widzi – odpowiedział tymczasem mężczyzna w zielonym swetrze, poirytowany, że przerwano jego monolog – miejsca aż nadto!

Po chwili pociąg ruszył. Najwidoczniej maszyna zregenerowała siły, bo gdy tylko usłyszała gwizdek, płynnie, z dużą kurtuazją, bez zbędnego ociągania się i szarpania, zaczęła posłusznie przeć do przodu.

Marek szarpnął za plecak nowej członkini tego elitarnego przedziału, chcąc wrzucić go na półkę pod sufitem, jednak ten balast oczekiwał chyba lepszego obchodzenia się z nim, bo ani drgnął, sprowadzając tym samym szarmanckiego mężczyznę na ziemię. Po chwili szamotaniny, będącej wynikiem przybycia kolejnej osoby, w przedziale wszystko wróciło do normy. Mały urwis wykłuwał długopisem oczy misiowi zerkającemu z przyjaznym uśmiechem z jednej z kartek kolorowej książeczki, którą miał na kolanach, a jego mama siedząca tuż obok pochłonięta była wersami romantycznej literatury (bo czym innym wytłumaczyć okrągłe wypieki goszczące na jej twarzy i ciche westchnienia), którą wygrzebała wcześniej z podróżnej torby. Starszy pan, zmęczony swoim nieoczekiwanym wystąpieniem, zasnął ponownie w kącie przyciskając czule do twarzy niebieskawą zasłonkę, Marek wlepił wzrok w okno i tylko młoda studentka, bacznie obserwowała całe towarzystwo, najwyraźniej oswajając się z nim powoli.

Ostatnie zabudowania miasta zostały za nimi. Skończyła się droga, która towarzyszyła im przez krótką chwilę i pojawiły się pojedyncze drzewa – stopniowo, nieco ospale, przechodzące w gęsty las…

Taki sam był niedaleko ich rodzinnego domu, zanim przenieśli się do śródmieścia. Mieszkali wtedy nad małym jeziorem. Wystarczyło obejść je dookoła, zapuścić w wiecznie zieloną gęstwinę lasu sosnowego, a oczom ukazywał się widok na całą okolicę. Marek uśmiechnął się na samą myśl o tym, ile frajdy sprawiało mu buszowanie po niekończących się ścieżkach tego bezgranicznego królestwa drzew, jego tajemniczych zakamarkach, nietkniętych, jak mu się zdawało, stopą cywilizacji. Czuł się właścicielem wszystkiego co ogarniał wzrokiem, kiedy wspinał się na drewnianą wieżyczkę myśliwych, osiadłą na łysej polanie, górującej nad calusieńkim lasem. Kapitanem, dowódcą, generałem! Taki okres życia, kiedy to w głowie królują myśli, że wszystko ma się pod kontrolą, że na wszystko ma się wpływ…

Wzrok młodej studentki przeniósł się na Marka. Czuł to wyraźnie, choć na początku zlekceważył, uznając za rzecz naturalną w sytuacji, kiedy człowiek korzysta ze środków publicznego transportu.

„Nudzi się mała – myślał – więc obserwuje wszystkich po kolei, ciekawa jeszcze świata. A teraz przyszła kolej na mnie”.

Tylko, że kiedy znowu ocknął się z zamyślenia i spojrzał na nią, ona wciąż wlepiała w niego wzrok.

„Czy my się znamy?” – Pytał sam siebie.

Nie wydawało mu się, żeby kiedykolwiek wcześniej ją widział. Z pewnością by ją rozpoznał. Może jej się podobał, a może robiła to tylko z nudów. Cokolwiek jednak by nią nie powodowało, postanowił zakończyć sprawę jak najszybciej i zmierzyć się z nią na spojrzenia. Patrzyli sobie w oczy, a każda sekunda wydawała się wiecznością, przynajmniej Markowi. Widział, jak poczerwieniała jej twarz i sam czuł gorąco na swojej. Mógłby jej odpuścić i skapitulować, wychodząc z przedziału, ale poddawanie się nie leżało w jego naturze. Patrzył zatem na nią tak długo, aż zawstydzona opuściła wzrok. Pękła pierwsza! Do końca podróży nie ośmieliła się więcej na niego spojrzeć. Nawet, kiedy pomagał jej uporać się z bagażem, podziękowała tylko cichym głosem, bez podnoszenia wzroku, co szczerze go rozbawiło.

Pociąg zbliżał się do Olsztyna. Marek rozpoznawał pierwsze zabudowania miasta. Coś w nim wrzało, gorąca fala oblała plecy. Był niezwykle podekscytowany. Z jednej strony cieszył go ten widok i sam przyjazd, chyba tęsknił za Adamem, ale jednocześnie, gdyby dano mu taką możliwość, kupiłby bilet w kasie i czym prędzej wróciłby do Warszawy. Do siebie. Do swojego bezpiecznego świata.

„Akt tchórzostwa?” – Pytał sam siebie ściskając w ręku pomięty bilet.

Pociąg nieco zwolnił i wjechał w ulany z betonu kanał peronu.

To był początek końca podróży. W przedziale trochę się zakotłowało, ale po chwili, odruchowo, wszyscy przywołani do porządku swoim sumieniem, albo raczej dobrym wychowaniem, czekali aż młoda mama poradzi sobie ze swoim synkiem, dając jej prawo pierwszeństwa opuszczenia pociągu. Potem już tylko kurtuazyjne do widzenia (jakby ktokolwiek łudził się, że jeszcze kiedykolwiek spotka kogoś z przedziałowego towarzystwa) i koniec pociągowej znajomości. Droga każdego biegła zdecydowanie w inną stronę, szkoda czasu na sentymenty.

Na pierwszy rzut oka perony nieco się zapadły, a może on, Marek, tak wyrósł. Patrzenie na coś z innej perspektywy, innej wysokości, nie pozostaje bez znaczenia! Tak, czy inaczej wydały mu się zdecydowanie bardziej podniszczone, węższe. Cały dworzec, jego ukochany dworzec, był mizerną konstrukcją, nieudolnie podtrzymywaną przy życiu przez ludzi, którym z jakichś powodów jeszcze zależało. Witał go zaskakująco niski budynek dworcowej hali, z ciasną i zaniedbaną poczekalnią w środku, liczącą zaledwie dwa kioski, jedną kawiarenkę i kilka niepozornych rzędów niskich ławek. Zdumienia Marka nie było końca. Kiedyś tutejsze sklepiki nie były wcale aż tak małe i ciasne, były bardziej kolorowe, kryły w sobie coś niedostępnego, o wiele bardziej ciekawszego, no i przede wszystkim było ich więcej! Tak, zdecydowanie. Był przekonany, że było ich kilkanaście. A może nie?

– Marek?! – Zawołała postać stojąca w wejściu do poczekalni. Niska, o głowę niższa od niego postać, która znała jego imię. O ciemnych włosach, szerokich ramionach i stale goszczącym uśmiechu na twarzy.

– Adam! – Zawołał w odpowiedzi, poczym bracia uścisnęli się na powitanie. Trochę niezgrabnie, nieporęcznie, ale serdecznie. Marek jak najszybciej oswobodził się z ciężkich objęć i ruszyli do samochodu.

– Jak ci minęła podróż? – Zaczął Adam, kiedy tylko ustąpiła fala euforii i szczerej radości z widoku brata.

– Doskonale – odpowiedział Marek szczęśliwy, że wymyślono podobne pytania. Nie byłoby nic bardziej niezręcznego w tym momencie aniżeli cisza. Niezręczna i niesprawiedliwa, bo przecież Adam nigdy niczego złego nie zrobił. Przeciwnie, podobnie jak Marek, on również był świadkiem wydarzeń z przeszłości. Tyle tylko, że po tym wszystkim dokonał innego wyboru. Został tu, na miejscu. Niewątpliwie oznaczało to, że był silniejszy, odważniejszy od Marka. Skąd więc ten dystans podszyty nutą nieufności i zarzutu wobec niego? Czy pozostając tu, naznaczył się tym miejscem? Czy swoją obecnością zaakceptował w milczeniu to co się stało przed laty? Nie, Marek czuł, że nie ma prawa myśleć o nim w ten sposób i oceniać go tak srogo. Przecież on też walczył, też się z tym nie zgadzał, a sam fakt pozostania nie wystarczał do oskarżenia go o aprobowanie tamtych wydarzeń.

– Jak się ma Natasza? – Zagadnął Marek, czując, że teraz jego kolej podjęcia wątku rozmowy.

– A świetnie, czeka na nas w domu! Przygotowała pyszny obiad.

– A dzieciaki?

– Zdrowe!

– To dobrze! Bardzo się cieszę!

– Jadasz mięso? – Zapytał znienacka Adam z takim wyrazem twarzy, jakby od odpowiedzi na to dziwaczne pytanie miało zależeć powodzenie całej wizyty brata w domu.

– Oczywiście, że tak! – Potwierdził Marek i widać było, że tymi słowami uspokoił Adama.

– Świetnie! Baliśmy się, to znaczy Natasza się bała, że może nie jesz i przez to nie zjesz obiadu, który przygotowała. Prosiła mnie, żebym cię spytał przez telefon, ale jakoś nie miałem głowy akurat do tego.

– Nie ma najmniejszego problemu – uśmiechnął się – mój jadłospis wcale się nie zmienił. To znaczy, nie aż tak radykalnie – dodał.

Jazda do domu okazała się trudniejsza niż można było przypuszczać. Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu. Adam sprawiał wrażenie, jak gdyby prowadzenie samochodu zajmowało całą jego uwagę, a Marek nie miał pomysłu, o czym mogliby porozmawiać. Szukał w myślach jakiegoś punktu zaczepienia, ale im bardziej się starał, z tym większą próżnią w głowie przychodziło mu walczyć. Wydawało się, że nie pozostanie nic innego, jak tylko odwołanie się do wyświechtanych, ale za to sprawdzonych tematów rozmów. Polityka. Pogoda.

– Babcia też jest – przerwał milczenie Adam, który najwidoczniej nie wytrzymał presji ciszy, panującej w samochodzie.

– Ona też przyjechała? – Zdziwił się Marek.

– A co – uśmiechnął się brat – myślałeś, że jej nie będzie? Że odpuści?

– Nie, jakoś po prostu o niej nie pomyślałem.

– Tylko się pojawiła i już wypytywała o ciebie!

– Naprawdę?

– Naprawdę, naprawdę…

– Co u niej? Jak się czuje?

– Wszystko dobrze, trzyma się, choć bardzo się zmieniła.

– Jak to?

– Ma już swoje lata, więc i inaczej wygląda.

– No tak – zgodził się Marek, wyszukując w myślach obrazki z przeszłości z jej udziałem.

– Nie ma już takiej siły, jak kiedyś, ale wciąż próbuje! Nie jest łatwa, tu akurat nic się nie zmieniło.

– Zawsze miała trudny charakter – rzucił Marek przypominając sobie różne sytuacje z dzieciństwa. Te z udziałem starej kobiety.

– Tak – wybuchnął śmiechem Adam – a pamiętasz jak nas goniła do kościoła?

– Jak mógłbym tego nie pamiętać – odparł – miała prawdziwego bzika na tym punkcie! Ale my i tak potrafiliśmy ją przechytrzyć.

– Wstyd się przyznać, ale wtedy, wielokrotnie życzyłem jej śmierci… No ale w końcu wyjechała i dostałem to czego chciałem. Właściwie tak, jakby nie żyła – dodał, z trudem ukrywając zawstydzenie, towarzyszące temu wyznaniu.

– Dzieciaki potrafią być okrutne – skomentował Marek, starając się zbagatelizować słowa, które usłyszał.

– A pamiętasz jak na ciebie wołała?

– Zanim wyjechała? – Zamyślił się Marek.

– Nazywała cię Izmael, naprawdę nie pamiętasz?

– Oczywiście, że tak! Teraz pamiętam, masz rację, Izmael!

Zaśmiali się razem. Marek patrząc na swojego brata, poczuł z nim jakąś więź, bliskość, której się bał i przed którą wciąż starał się bronić.

– To były czasy – westchnął Adam.

– Dlaczego właściwie ona tak mnie nazywała? – Zastanawiał się Marek.

– Hm, bo ja wiem…, była bardzo religijna.

– O tak, jak nikt.

– No i pewnie coś to musiało dla niej znaczyć.

– Pewnie tak…

Samochód zatrzymał się na światłach. Marek rozejrzał się dookoła i nie mógł się nadziwić zmianom, jakim w jego oczach poddało się miasto. Niegdyś było dla niego całym światem, a przynajmniej najważniejszym jego fragmentem. Niegdyś każda kamienica, każdy kolejny blok wydawał mu się wieżowcem. A dziś? Te dwupiętrowe kamienice, siedmiopiętrowe bloki, strzeliste wieże kościołów, wszystko to przegrywało konkurencję z wysokościowcami budowanymi w Warszawie, czy innych miastach świata, które odwiedzał. Te, na które patrzył teraz, wydawały mu się żałosnymi efektami architektonicznej myśli, na których w dodatku niechlubne piętno pozostawił upływający czas.

– Wiesz – podjął Marek, obserwując uważnie mijane ulice – wszystko jest takie…

– No?

– Małe… Kiedyś takie nie było.

– Hm, myślę że nic się raczej nie zmieniło – odparł Adam, klepiąc brata po ramieniu. – No może poza tym, że teraz to widzisz z innej perspektywy.

– Myślisz? – Marek był bliski przyznaniu bratu racji. – Światła!

Samochód się zatrzymał.

– Marek – spytał Adam, kiedy po chwili znowu ruszyli – cieszysz się, że wróciłeś?

– Trudne pytanie – po części go ono zaskoczyło, a po części zawstydziło. – Cieszę się, że cię widzę – odpowiedział wymijająco.

– Nie zapytałeś o mamę…

Marek spojrzał na brata zdumiony. Jego słowa odebrał jako zarzut.

– Dlaczego do mnie nie zadzwoniliście od razu, kiedy źle się poczuła? – Odpowiedział również pretensją.

– Wszystko tak szybko się potoczyło – odparł Adam, wyraźnie poruszony ostatnimi wydarzeniami – jeszcze wieczorem nic nie wskazywało na to że…

– Cierpiała? – Marek bał się odpowiedzi, ale poczuł się zobligowany do zadania tego pytania.

– Lekarze powiedzieli, że nie – wyjaśnił Adam – ale czy można im wierzyć?

– Umarła w szpitalu?

– Nie, jeszcze w drodze. Zdążyliśmy tylko wyjechać z domu…

– Nie mogę w to jakoś uwierzyć – przerwał Marek.

– W co?

– Że umarła – wyjaśnił przejęty.

– Każdego z nas to czeka.

– Tak, każdego – zgodził się Marek, bo jak zaprzeczyć tak ponurej prawdzie. – Tylko – dodał z zasępioną miną – nigdy nie jest się na ten moment dostatecznie przygotowanym.

– To prawda. Chyba nikt z nas nie był…

– Tylko widzisz brat, ja mam wyrzuty sumienia, że wyjechałem – wydusił z siebie – i choć dziś postąpiłbym dokładnie tak samo, to i tak mam mnie to dręczy.

– Że wyjechałeś?

– Nie, że zapominałem o was. Na siłę! I że się poddałem.

– Nie mów tak – przerwał Adam – nie poddałeś się, tylko poszedłeś swoją drogą.

– Kiedy to prawda. Wyjechałem nie dlatego, że mama…, że kazała mi wyjechać, ale dlatego że się bałem. Łatwiej było wyjechać.

– Jakiejkolwiek decyzji byś nie podjął byłoby ci ciężko – mówił Adam nie odrywając wzroku od drogi, a w jego głosie pobrzmiewało silne przekonanie co do słuszności takiego stwierdzenia – tak już jest. Mnie też było ciężko, bo tu zostałem.

– Tak?

– Sam widzisz, że jakkolwiek byśmy wtedy nie postąpili, to i tak przyszłoby nam zapłacić za to co się stało. Ja zostając, a ty wyjeżdżając.

– Pytała o mnie? – Zapytał Marek.

– Mama?

– Tak.

– Często… Chciała wiedzieć co u ciebie.

– Myślałem, że nie chce mnie widzieć…

– Posłuchaj, kazała ci stąd wyjechać, bo myślała, że tak będzie lepiej, że robi to dla naszej całej rodziny. Ale wtedy i później bardzo cierpiała. Tego jestem pewien.

– Sam bym cierpiał, gdybym wyrzucił swojego syna.

– Nie chciała…

– Gdybym go brutalnie odepchnął, zamiast go posłuchać i pozwolić sobie pomóc.

– Ale do tego trzeba siły i odwagi, której ona nie miała. Wiesz o tym dobrze.

– Może i tak! – Marek czuł, jak wzbiera w nim złość.

Po kilkunastu minutach dotarli na miejsce. Przywitał ich ten sam blok, tylko odświeżony bladozieloną farbą, otoczony niskim żywopłotem i dwoma bzami tuż przy wejściu. Kiedyś zieleni było tu więcej. Gęstych krzaków i młodych drzewek. A może wcale ich nie było… Zniknęła również piaskownica, z żółtymi ławeczkami oraz dwie huśtawki, które skrzypiały poruszane wiatrem w jesienne wieczory. Co do tego akurat Marek nie miał wątpliwości. No i trzepak na pranie. Jego też na próżno było szukać…

Bez tego wszystkiego wokół, blok zdawał się nieprzyzwoicie nagi, tak jak ciało ludzkie ograbione z odzieży.

Cieszące się na widok gościa dzieci, których imion Marek nie pamiętał, żona brata, którą widział po raz pierwszy i babcia. Staruszka, która specjalizowała się całe życie w zachowywaniu póz. Chodząca gra pozorów – zawsze w imię wyższych celów rzecz jasna…

A wszystko w oszołomieniu wywołanym powrotem do mieszkania, które na przemian przywoływało najbardziej beztroskie, ale i najgorsze zarazem chwile życia. Zatłoczone i duszne peerelowskie M-4, jeszcze ciaśniejsze niż kiedy tu mieszkał. Stara podłoga, te same meble, które doskonale znał – ich kształty i najmniejsze uszkodzenia. Sam był sprawcą wielu z nich. To samo łóżko w jego pokoju – już właściwie nie jego. Dawno przestało być jego własnością. Stało się to tego dnia, kiedy opuścił miasto. Teraz poczuł przywiązanie do tych przedmiotów, czuł, że są częścią jego życia. Książka w twardej, zielonej oprawie, którą otrzymał od wujka na dwunaste urodziny. Plastikowy puchar imitujący srebro, który zdobył w szóstej klasie szkoły podstawowej, kiedy jego drużyna wygrała mecz piłki nożnej. Te i inne przedmioty wywołały uśmiech na jego twarzy. Chętnie zabrałby je ze sobą, na pamiątkę, żeby przywoływały mu szczęśliwe wspomnienia… Tyle, że przypominały też te mniej przyjemne…

– A pamiętasz, jak kiedyś przygotowaliśmy prawdziwą ekspedycję naukową, chcąc wyjaśnić zjawisko nocy? – Spytał Adama, kiedy zostali sami.

– Oczywiście że tak! – Podchwycił brat. – To była prawdziwa wyprawa!

– No! Zabraliśmy wtedy okulary przeciwsłoneczne, lornetkę…

– I kaski z latarkami – dodał Adam.

– Byłem przekonany, że za Olsztynem musi być już noc, skoro w mieście panował dzień.

– Dobrze, że się wtedy nie zgubiliśmy…

– Takie historie pamięta się do końca życia – westchnął Marek, z nieukrywaną nostalgią w głosie.

– To wtedy o mało nie wpadliśmy do bagna za lasem?!

– Do bagna? Hm…

– No tak, kiedy musiałem ci ratować skórę. Pamiętasz? Podałem ci wtedy gałąź.

– Nie! To przy okazji innej wyprawy – Marek zmrużył oczy, szukając w otchłani swoich dziecięcych przygód tej właściwej. – Wtedy, kiedy tak bardzo padało, a my postanowiliśmy poszukać linii deszczu. Pamiętasz?

– Jasne! Masz rację. Chcieliśmy sprawdzić, gdzie się kończy deszcz!

– Poszliśmy do lasu i potem było to bagno!

– Uf, o mały włos…

Wieczorem, kiedy w mieszkaniu zapanowała przygnębiająca cisza, przesiąknięta oczekiwaniem na wydarzenia najbliższych dwóch dni, potrzeba rozmowy na jakikolwiek temat wydawała się większa niż wcześniej. Adam z Nataszą, już jakiś czas wcześniej, zabrali dzieci i pojechali załatwić ostatnie sprawy związane z pogrzebem, zostawiając Marka samego z babcią.

– Jesteś pobożnym człowiekiem? – Zaczęła staruszka, kiedy tylko usiadła w fotelu na wprost Marka. O ile do tej pory milczała, to teraz najwyraźniej poczuła potrzebę zaspokojenia swojej ciekawości.

– Pobożnym? – Powtórzył z miną, jakby niedosłyszał pytania. – Tak… – odparł z wahaniem w głosie – sądzę, że jestem dobrym człowiekiem.

– Brakuje ci nas czasem? – Dodała bez zastanowienia i spokojnie oczekiwała odpowiedzi.

– A wam mnie brakowało? Wam wszystkim?

Marek potrafił sobie radzić z trudnymi rozmówcami, ale ta wymiana zdań nie zapowiadała się być zwykłą słowną potyczką. Cały czas bowiem dręczyły go podobne wątpliwości. Czy o nim myśleli, czy pragnęli jego powrotu. Pytania, na których odpowiedź czekał wiele lat. Od chwili, w której opuścił dom.

– Jak możesz pytać o podobne rzeczy? – Odparła z nieprzerwanym spokojem w głosie staruszka.

– Nie widzę w tym pytaniu niczego złego.

– Przecież wciąż należysz do rodziny… – westchnęła – sam chciałeś wyjechać.

– Nie! – Uniósł się. – Zostałem wyrzucony. Przez mamę. Przy cichej aprobacie was wszystkich!

Spojrzenie kobiety utkwiło w jednym punkcie. Marek podążył wzrokiem w to samo miejsce, ale na ścianie za swoimi plecami, nie znalazł niczego, co mogłoby przekłuć czyjąkolwiek uwagę.

– Wciąż masz o to żal do nas, tak? – Wybełkotała po chwili staruszka, odzyskawszy świadomość. – Niepotrzebnie. Wtedy nie można było inaczej. Musieliśmy tak postąpić, to znaczy świętej pamięci matka musiała ratować rodzinę…

– Dziwny to sposób, prawda?

– Nie było wyjścia – ciągnęła – sam byłeś sobie winien. Niepotrzebnie żeś wystawiał nos. Co było robić?

– Trzeba było nie kryć ojca, skoro wszystko widzieliśmy z Adamem. Trzeba było powiedzieć policji całą prawdę, a nie wyrzucać mnie stąd, i to siłą. W taki sposób! Dając mi całą godzinę na spakowanie rzeczy!

Marek czuł, jak fala gorąca zalewa jego twarz, całą głowę. Usta majaczyły słowa, których nie miał zamiaru wypowiadać. Oczy pulsowały wilgocią, z której jeszcze nie wytworzyła się żadna łza, a drżące ręce dopominały się papierosa. Jedynego, tak łatwo dostępnego środka na ogarniające go powoli delirium. Zaczynał wątpić, czy ta rozmowa odbywa się w rzeczywistości, czy jest tylko ohydnym snem. Urojeniem albo zwykłym zaburzeniem, z którego aby się wyleczyć, będzie znowu musiał korzystać z leczenia psychiatrycznego. Przyjeżdżając tu bał się podobnych słów i tak brutalnego powrotu do sytuacji sprzed lat.

– Matka musiała ratować ojca… – nie dawała za wygraną staruszka. – Miała przyjść po niego policja, bo żeś rzucił na niego oskarżenie, a ona bała się, że go wydasz. A tylko on wtedy pracował na wszystkich, on was utrzymywał. Nie pomyślałeś o tym?

– To za mało! – Krzyknął Marek. – Za mało, żeby usprawiedliwiać gwałt!

–  Nie w takiej sytuacji – protestowała. – Poza tym – jej oczy zaciągnęły się gęstą mgłą, jakby myśli, w których teraz brnęła, wypełniała historia z przeszłości, której do końca już nie pamiętała – nie mieliśmy pewności, czy to o czym opowiedzieliście było prawdą!

Na te słowa Marek zerwał się z krzesła, szukając jednocześnie czegoś, w co mógłby uderzyć pięścią. Złość która go ogarnęła przerażała go, a nie przywykły do podobnych sytuacji organizm szukał ujścia nagromadzonego wzburzenia. Dawno już nie czuł podobnego gniewu. Od momentu opuszczenia domu, chyba ani razu.

– A to, że my obaj widzieliśmy jak gwałcił tą dziewczynkę? To była nieprawda?

– Może tak, a może nie… Skąd pewność, że nie wzięliście za ojca zwykłego przybłędy – ton kobiety zmienił się i stracił sporo ze swej wcześniejszej pewności – byliście młodzi, mogło się wam coś pomylić. Byliście jeszcze dziećmi.

– Byliśmy już dorośli, mieliśmy po dwadzieścia lat – oburzył się Marek.

– Spokojnie – próbowała uciszyć go staruszka – było minęło. Nie musiałeś wtedy tak reagować. Trzeba było poczekać, aż sprawa sama się wyjaśni.

– I wyjaśniła się? Przecież gdyby nie ten wypadek samochodowy, ojciec pewnie nadal siedziałby z tym parszywym uśmiechem w fotelu, spokojnie przełączając kanały w telewizorze.

– To źle?

– Powinien to robić w więzieniu!

– Taki honorowy jesteś? A ty przez nierozwagę nie zrobiłeś w życiu niczego złego? Hm?

– To nie kwestia honoru.

– Nie?

– Uważasz, że chodziło tylko o wyrzucenie mnie stąd?

– Chyba o to się tak piekliłeś najbardziej, że nikt nie chciał cię słuchać.

– Otóż zapewniam cię, że się mylisz! Chodziło o to, że woleliście żyć z potworem, niż ze mną, który starałem się utrzymać tu normalność! Że przez te wszystkie lata dzieciństwa byłem przez niego odpychany, aż w końcu nauczyłem się żyć w samotności. I nawet kiedy zrobił coś tak podłego, to też przymknęliście na to oczy!

Staruszka jednak ani myślała dłużej odpierać jego argumentów. Po chwili uniesienia znowu zamknęła się w sobie, spowita pomroką niemocy, której źródłem była najpewniej dręcząca ją od wielu lat choroba. To definitywnie zakończyło ich dyskusję.

Dzwony pobliskich kościołów pobrzmiewały od samego świtu z sumiennością, jakiej nawet szwajcarskie zegarki z najwyższej półki mogłyby im pozazdrościć. Ich głębokie i niezwykle melodyjne pomruki docierały do świadomości zawieszonego we śnie Marka, który z każdą kolejną, pełną godziną przybliżał się nieubłaganie do chwili przebudzenia.

Niedziela zapowiadała się całkiem leniwie. Ciepły wiosenny dzień, w którym wszechobecna o tej porze roku soczysta zieleń mieszała się ze słodkim zapachem delikatnych białych konwalii, rosnących dziko w pobliskim parku, nastrajał optymizmem i stwarzał okazję do wyciszenia się przed pogrzebem, który zaplanowano na dzień kolejny.

Natychmiast po śniadaniu Marek wybrał się na spacer. Zamierzał odwiedzić stare kąty, rodzinny dom pod lasem, z którego wyprowadzili się przed laty, ale przede wszystkim, potrzebował odetchnąć świeżym powietrzem.

Idąc ulicami miasta, zastanawiał się, czy przyjdzie mu spotkać znajomą postać. Pamiętał przecież wiele osób. Wielu z jego dawnych znajomych pozostało tu, na miejscu. Wiedział o tym, bo z niektórymi z nich utrzymywał sporadyczny kontakt. Skręcał w kolejne ulice, ale w twarzach mijających go ludzi nie rozpoznawał znajomych rysów. Czuł się tu obco. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że tutaj nie jest już u siebie. Nie wiedział tylko, czy powinno go to cieszyć, czy nie.

Kiedy zbliżał się do doskonale znajomego mu jeziora, które rozlewało się beztrosko u stóp porośniętego lasem wzgórza, w głowie pojawiało się coraz więcej wspomnieć z dzieciństwa. Małe podwórko, na którym spędzał większość czasu, dwie stare jabłonie, po których zawsze tak ochoczo się wspinał i dom, w którym spędził najlepsze lata swojego życia… Tuż za nim wiła się ścieżka, którą dobrze pamiętał. Niezmiennie prowadziła w głąb lasu. Kiedyś, dla ciekawych świata, dorastających chłopców, była drogą ucieczki przed życiem, które dopiero poznawali, a którego jeszcze do końca nie pojmowali.

Minął dom i ruszył w kierunku lasu. Szukał w nim śladów swojej dawnej obecności, znajomych miejsc, lecz na próżno. Czas zrobił swoje. Życie jest przecież opowieścią, która nieprzerwanie toczy się do przodu. Wszystkie zakamarki, które mógłby rozpoznać, strzegła pilnie, niczym skrytej tajemnicy, gęsta roślinność. Miejsca wydeptanych niegdyś ścieżek, teraz leniwie porastały paprocie, chroniące się przed słońcem pod konarami rozłożystych drzew. Marek szedł bez przerwy, coraz szybciej. W końcu, w którąkolwiek stronę nie spojrzał otaczała go leśna głusza. Spokój napawający lękiem. Poczuł jak drżą mu ręce, jak pot występuje na czoło. Zrobiło się ciemno, niepokojąco ciemno. Zdarzenia bez logiki, jedynie następujące po sobie – jedno po drugim. Jeszcze przed momentem świeciło słońce… Na jego twarz, najpierw wolno, potem nieco szybciej i obficiej, zaczęły spadać pojedyncze krople deszczu, jedna, druga…, kolejna. W ręku trzymał latarkę, taką samą jak niegdyś. Czerwoną z czarnym włącznikiem, którą razem z bratem ukradli ojcu. Przedzierał się przez gęstwiny, twarz omiatały mu mokre od deszczu liście, a z tyłu jego uszu dochodził słabo słyszalny głos brata, który ledwo za nim nadążał… Najpierw rozmyte szelestem deszczu dźwięki, z czasem coraz bardziej wyraźne. Wszystko to dobrze pamiętał, tak, jakby już wcześniej się wydarzyło.

Deszcz nasilał się, a oni wciąż biegli. Marek i Adam. Tak jak tamtego wieczoru, gdy zmierzali w kierunku domu… W oddali, za drzewami, zauważyli szamoczącą się postać, najpewniej zwierzę. Serce Marka zabiło jeszcze silniej. W takich sytuacjach ludzka wyobraźnia fantazjuje potęgując tylko uczucie strachu. Niezauważeni, postanowili obejść zwierzynę dookoła, kiedy spostrzegli, że… To człowiek. Miał żółtą ortalionową kurtkę. Pochylał się nad czymś, co leżało za powalonym drzewem. Trudno było tak od razu ustalić cokolwiek więcej. Ciemności oraz padający deszcz skutecznie zamazywały obraz. Adam chciał iść dalej, ale Marek zaciekawiony musiał wyjaśnić co się dzieje. Podeszli bliżej. Żółta kurtka wydała się niepokojąco znajoma. To musiał być mężczyzna. Wysoki, postawny, z gęstą czupryną, która wystawała spod narzuconego na głowę kaptura. Po chwili szamotaniny, czasem sugerującej siłowanie się, ruchy mężczyzny stały się płynne. Wykonywał je znacznie bardziej spokojnie, pewny siebie… Deszcz nie przestawał padać, a chłód który mu towarzyszył, przeszywał ciała obecnych dreszczami. A może to był strach… Podeszli jeszcze bliżej, lecz tak by nie zostać zauważonymi. Żółta kurtka – nie mieli najmniejszej wątpliwości do kogo należała. Ich ojciec poruszał się coraz szybciej, wyprężył ciało, po czym zastygł w bezruchu. Wytarł twarz zakrwawioną ręką, a ślady, tej dającej lub odbierającej ludziom nadziei, pojawiły się również na jaskrawym materiale kurtki. Mężczyzna leżał przez chwilę obok kobiety… Usta Marka nie były w stanie wypowiedzieć żadnego słowa. Wymienili z bratem jedynie nieme spojrzenia i w milczeniu czekali na rozwój sytuacji…

Po tym jak ojciec wciągnął spodnie i zapiął starannie pasek, zaczął w deszczu obmywać kurtkę z krwi. Był gotowy do odejścia, kiedy zatrzymał się w połowie kroku, kucnął przy kobiecie i wymierzył jej policzek. Próbował ją cucić. Najwidoczniej zemdlała. Objął ją w pasie i kiedy ułożył jej głowę na swoich kolanach, okazało się, że to nie kobieta. Wtedy jeszcze nie była kobietą. Miała najwyżej kilkanaście lat. Próby wyrwania jej z omdlenia nie przyniosły oczekiwanego skutku, napastnik porzucił więc bezwładne ciało za kłodą, niemym świadkiem całego zajścia, i zbierając swoje rzeczy – torbę i buty, pobiegł w kierunku domu…

– Marek, odezwij się! Powiedz cokolwiek!

Odpowiedzią była przyjemna dla uszu cisza…

Marek miał przed oczyma wykrzywioną twarz dziewczynki, z szyją pomazaną krwią, niewładnymi nogami i rękami. Wszystko wyraźne, na wyciągnięcie dłoni. Widok zadartej do góry bluzki oraz pobrudzonej czarną mazią skóry powodowały, że zbierało mu się na wymioty, a jego ciało przeszywał chłód…

– Marek! – Krzyczał głos. Znajomy.

Kiedy w końcu otworzył oczy, spostrzegł Adama, który nachylał się nad jego głową. Wycierał mu pot z czoła i przestraszony wciąż wykrzykiwał jego imię.

– Marek, słyszysz mnie?!

– Gdzie ja jestem? – Wybełkotał w końcu, próbując odzyskać świadomość.

– W lesie – rzucił Adam – za domem! Co tu robiłeś do cholery?!

– Co się stało?

– Nie było cię kiedy wróciliśmy, pomyślałem więc, że na pewno przyszedłeś do naszego starego domu – wyjaśniał – przyjechałem tutaj, ale wokół domu cię nie znalazłem. Obchodząc jezioro usłyszałem twój krzyk, przybiegłem tutaj i znalazłem cię leżącego na ziemi.

– Na ziemi?

– Wyglądałeś na przerażonego, coś majaczyłeś i trzęsłeś się cały. Nie wiedziałem co robić…

– Nic, wszystko w porządku.

– Próbowałem cię obudzić!

– Już dobrze, wszystko jest dobrze. Chyba zasłabłem.

– Jesteś chory? Masz lodowatą skórę.

– Nie, skądże! Pomożesz mi tylko wstać?

– Jasne!

– Posłuchaj – zaczął Marek, kiedy już pozbył się ze spodni suchych liści – nie wspominaj o tym nikomu, dobra? O tym, co tu się wydarzyło.

– W porządku, zostanie to między nami brat – zapewnił go Adam.

Wracając lasem w kierunku jeziorka i ich starego domu przez dłuższy czas obaj trzymali język za zębami.

– Wciąż myślisz o tamtych wydarzeniach? – Spytał w końcu Adam.

– Czasem… Ostatnio więcej…

– To pewnie przez przyjazd tutaj, prawda?

– Pewnie tak.

– Gdyby nie pogrzeb, gdyby nie to…, chyba byś nas nie odwiedził tak szybko…

– Adam, posłuchaj – przerwał mu Marek – nie jest mi łatwo tu wracać. I tyle.

– Rozumiem.

– Wiesz, często się zastanawiałem czy kiedykolwiek tu przyjadę.

– Serio?

– Tak, naprawdę. Były chwile, kiedy przyrzekałem sobie, że nigdy tego nie zrobię. Chciałem zapomnieć o tym miejscu, o was. O tym co wtedy widzieliśmy też. Zacząć wszystko od nowa gdzieindziej. Ale…, mimo, że się cholernie starałem, to chyba nic z tego nie wyszło.

– Jak to? Masz przecież świetną pracę, życie…

Marek zaśmiał się tylko. Nie chciał wyprowadzać brata z błędu.

– To czego ci brakuje? – Zapytał Adam.

– Nie chodzi o to. Nie potrafię żyć normalnie, to znaczy tak jakby nie było przeszłości. Ona wciąż się dobija do drzwi. Nic na to nie poradzę. Nie da się pójść do lekarza i poprosić, żeby wymazał ci ją z głowy, bo nie o pamięć tu tylko chodzi brat. Tu chodzi o całego ciebie. O to jak przeszłość cię ukształtowała, twój charakter, sposób w jaki dziś będąc dorosłym, patrzysz na życie, jaki masz stosunek do ludzi.

– Wierzę, że jest ci ciężko. Chociaż zawsze myślałem, że gdzieś tam jesteś szczęśliwszy.

– Właśnie, gdzieś tam… Tylko gdzie? Gdzie niby jest to nasze miejsce? Tam gdzie mamy mieszkania? Gdzie są nasi przyjaciele? A może tam, gdzie się urodziliśmy?

– Nie tam gdzie żyjesz?

– Tak, zawsze tak myślałem. I wciąż niby tak uważam. Tylko, że coś nadal nie jest w porządku.

– Może rzeczywiście przeszłość nie jest tak zupełnie bez znaczenia. Nie wiem – odparł Adam.

– Może…

O tym, co wydarzyło się w lesie, w pobliżu starego domu, żaden z nich nigdy więcej nie wspomniał.

Dzień pogrzebu zapowiadał się nienajlepiej. Ciężkie, wiosenne chmury przewijały się po niebie od samego świtu, zwiastując deszcz. Z resztą nie tylko na dworze pogoda załamała się do reszty. Klimat w samym domu też nie wydawał się sprzyjający. Wraz z kolejno przyjeżdżającymi członkami rodziny, tej bliższej i tej dalszej (Marek dziwił się, że jest ona aż tak liczna), atmosfera gęstniała i stawała się trudna do wytrzymania. Zdecydowana większość uczestników pogrzebu, po spojrzeniu prosto w twarz zmarłej i zaspokojeniu swojej ogromnej ciekawości, miała wymalowane na twarzach znudzenie. Najchętniej pozostawiono by wieńce, wiązanki i pojedyncze kwiaty w małej kaplicy, w której odbywała się ceremonia, by jak najszybciej móc opuścić jej smutne mury. Za ciekawość jednak trzeba płacić. Przynajmniej cierpliwością.

Część ceremonii odbywająca się w kaplicy była przydługawa i miejscami tak przygnębiająca, że aż trudna do zniesienia. Wydawałoby się, niepotrzebna. Jedyną odskocznię od przedłużającego się w nieskończoność kazania leciwego księdza, stanowiły krople deszczu, które ciężko spadały na pokryte blachą dachy świątyni i wszelkich jej przybudówek, którymi obrosła przez wieki ku chwale Najwyższego.

Cześć odbywająca się na cmentarzu była już prawdziwą próbą charakteru. Do końca wytrwało niewiele osób. Tylko te, które przezornie wyposażyły się w parasole oraz te, którym poczucie przyzwoitości nakazywało wytrwać tak długo.

Deszcz ani myślał przestać padać. Przeciwnie, nasilił się, kiedy kondukt pogrzebowy dotarł do wcześniej przygotowanego dołu, wydrążonego w mieszaninie piachu i gliny.

Pożegnania zawsze są trudne. Któż chciałby rozstawać się z kimś, kogo kocha i z kim spędził długie lata życia. Kogoś naprawdę bliskiego. Nikt. Czuje się wtedy wielki niedosyt. Chciałoby się wykrzyczeć do hulającego frywolnie i niewzruszenie wiatru, że to co było, było zbyt krótkie, zbyt płytkie. Chciałoby się prosić, żądać więcej. Rozstania to chwile, które pamięta się długo, ale i które bardzo silnie się przeżywa. Tego dnia, na twarzach kilku osób podobne przeżycia można było łatwo dostrzec. Prawdziwy, głęboki smutek. Bezradność i wielki znak zapytania, co do kolejnych dni… Na wielu twarzach, ale nie na twarzy Marka. On pogrążony był w niepewności co do swoich uczuć. Przerażał go stan zawieszenia, w którym trwał i perspektywa, że kiedy wszystko już minie, po powrocie do swojego normalnego życia, brak matki będzie bardziej odczuwalny. Stojąc nad grobem myślał o dzieciństwie, o bracie, babci i rodzicach. Wyszukiwał przyjemne chwile, których mu dostarczyli, a przed smutnymi się wzbraniał. W ten sposób chciał pożegnać matkę…

– Babciu? – Zagadnął, kiedy nad grobem pozostali sami.

– Co takiego?

– Dlaczego wciąż zwracasz się do mnie tym imieniem?

– Izmael? – Spytała zaskoczona, jak gdyby dręczące go wątpliwości były dla niej całkowicie nie zrozumiałe.

– Tak. Dlaczego?

Na twarzy staruszki pojawił się grymas, zakamuflowany ból ukrywający prawdę trudną do zaakceptowania. Prawdę, którą trzeba wyjawić, choć można by próbować żyć bez niej dalej.

– Izmael… – zaczęła, nie odrywając wzroku od grobu – to twoje przeznaczenie.

– Przeznaczenie? Co masz na myśli?

– Od zawsze tak cię nazywałam…

– Tak, pamiętam, tylko nie rozumiem dlaczego.

– Kiedy tylko się urodziłeś – stara kobieta ujęła jego dłoń z czułością, jakiej nigdy wcześniej nie widział w jej oczach – wiedziałam, że będą z tobą kłopoty mój chłopcze.

– Co masz na myśli?

Ale zamiast odpowiedzi, usłyszał jedynie krople ciężkiego deszczu uderzające w napiętą do granic wytrzymałości, cienką powierzchnię parasolu, który chronił ich przed zmoknięciem. Z grobu, a raczej ze świeżo usypanej góry świeżej ziemi i bladożółtej gliny, spływały stróżki ciężkiego błota.

– Byłeś i jesteś indywidualistą – powiedziała w końcu – nie to co twój brat. On jest bardziej ugodowy. Jemu łatwiej jest się dogadać i znaleźć swoje miejsce na ziemi, nie tak jak tobie.

– Ale co to ma do rzeczy?

– Ano to, że ja od razu wiedziałam, że będzie z tobą problem, jak z tą duszą niepokorną.

Marek zamilkł wpatrzony w smutne, świerkowe wiązanki przepasane fioletowymi szarfami z czarnymi napisami, którymi żegnano zmarłą. Nie był pewien, czy słowa, które usłyszał z ust babki były komplementem, czy też jedynie stwierdzeniem przykrej, dla niej, prawdy.

– Ja czułam, że ty odejdziesz…

– Dlaczego tak mówisz? Rozmawialiśmy już o tym.

– Wiem, wiem – uspokoiła go, ujmując jego ramię.

– Po co więc to robisz?

– Co takiego?

– Po co do tego wracasz?

– Ja? Sam mnie zapytałeś…

– Nie, ja tylko zapytałem skąd się wziął Izmael, a ty znowu wracasz do tamtego tematu.

– Bo to się z tym wiąże.

– Nie rozumiem.

– Jesteś pobożnym człowiekiem? – Spytała z miną pełną pobłażania, sugerującą, iż doskonale zna odpowiedź.

– Już o to pytałaś! – Odparł bez zastanowienia, nie mając ochoty wysłuchiwać tego znowu.

– No widzisz, gdybyś był, to byś wiedział, kim był Izmael.

Marek spojrzał na nią uważniej. Liczył, że powie coś więcej, ale zamiast tego zapytała jedynie, czy mógłby już odprowadzić ją do samochodu, gdzie czekał na nich Adam.

– Odwiedzisz nas znowu? – Spytała, kiedy opuszczali teren cmentarza.

– Postaram się…

– Nie chcę wtrącać się w twoje życie synku, bo ono należy wyłącznie do ciebie.

Zgadzał się z nią w pełni.

– Ale – ciągnęła – jedno trzeba ci wiedzieć… Trudno jest żyć normalnie odcinając się od swoich korzeni.

– To nie jest takie proste…

– Wiem, ale czasem musimy się zmierzyć nawet z murem, jeśli stanie na naszej drodze. Jestem już stara i…

– Nie mów takich rzeczy! – Zaprotestował.

– Swoje wiem mój chłopcze! Wiem, młoda już nie jestem… Chciałabym tylko, żebyś wiedział, że nigdy nie jest za późno, by zacząć żyć. Nigdy!

Wskazówka zegarka stojącego na nocnej szafce, przyklejonej do jego starego łóżka, wskazywała godzinę 7.30. Ostry dźwięk przeszył brutalnie ciszę panującą w małym pokoiku. W ułamku sekundy przemknął kanałami wentylacyjnymi do wyższych kondygnacji starego już bloku, ku samej górze. Jego wibracje dotarły do pomieszczeń suszarni i rozmyły się w praniu, falującym na białych sznurach, poruszanym przez powiewy wiatru, jaki wpadał tam otwartymi na przestrzał oknami.

Marek zerwał się na równe nogi, z miną jednoznacznie wskazującą na wysoki poziom dezorientacji. Najwidoczniej granica pomiędzy jawą, a tym co pozostawało w sferze snów, zatarła się całkowicie, zmuszając go do szybkiej oceny sytuacji, w której przyszło mu się znaleźć.

Pokój zalewały promienie budzącego się do życia słońca, zwiastując piękny, wiosenny dzień. Walizka spakowana jeszcze wieczorem (jak miał to czynić w swoim zwyczaju), stała obok łóżka. Pozostawało jedynie wziąć prysznic i ruszać w drogę. Do siebie, do domu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *