Wizerunek – czyli Kouolsky musi odejść

Szedł. W pewnym momencie bezwiednie spojrzał przez szybę, których wokoło nie brakowało. To znaczy chciał przez, ale na przeszkodzie stanęła optyka odbicia. Wszystko było na niej takie jak rzeczywistość po stronie przeciwnej, a może i ładniejsze oprócz jednego. Na środku wkomponowane było coś jego zdaniem brzydkiego. Wprost nie mógł uwierzyć i dopiero gdy się kilka razy poruszył nabrał pewności że to miał być on.

Poznał raczej po charakterze ruchów niż statytyce obrazu. Imidż był nie do zaakceptowania pod każdym względem. Zaczął wygrażać pięścią, ale to tylko upewniło go, że to niestety właśnie on. Przestał, a odbicie dalej mu przez jakiś czas wygrażało prawdopodobnie siłą jego własnej bezwładności, która mu od jakiegoś czasu ciążyła mimo nieprzekroczonej przecież masy spoczynkowej. Spojrzał wokoło, bo wydało mu się że tłum grubasów się na jego oczach bezczelnie odchudza, a złowrogi chirurg rozcina mu pośladki żeby wstawić stary silikon z recyklingu. Grubasy chudły w oczach i młodniejąc z chwili na chwilę, pokładały się ze śmiechu wymachując hantlami. Dołączyło do nich rozochocone odbicie i wygrażając dawało do zrozumienia, że jest nieszczęśliwe, musząc obrazować kogoś tak niedoskonałego. Chirurg ze zrezygnowaną miną zszywał pośladek po pośladku i tłumaczył na migi, że nic więcej już wykrzesać się nie da bez bardziej radykalnych cięć.

Jeżeli on jest niedoskonałym rzeczywistym odwzorowaniem, z czym gotów był się pogodzić, to ono (odbicie) bez łachy musi być idealistyczną jego definicją. Spojrzał jeszcze raz – nie było.

Na takim tle rosła mu luka w tożsamości. Brakowało jakiegoś spoiwa, które wchodząc pomiędzy ideał a rzeczywistość, zespoliłoby te dwa zantagonizowane byty.

Próbował znów grozić pięścią, ale odbicie unikało go teraz jak mogło i to właśnie, kiedy potrzebował wsparcia. Albo nic nie mówiło, albo kompletnie jego zdaniem fałszowało obraz. Wręcz karygodnie nim manipulowało. Raz trochę grubszy niż na codzień, innym razem chudszy, a pośladki raz obwisłe, to znów nabrzmiałe jak balony.

– Odbicie jest po to, żeby dać choćby rzetelny obraz pożądany odbijanego – takie było jego zdanie.

– I musi pamiętać, że odbijany, to nie piłeczka ping-pongowa – kontynuował w myślach.

– Mam prawo znać swoje odbicie i mieć do niego zaufanie! – przystawał i wykrzykiwał, aż zebrał się tłumek zainteresowanych członkowstwem w atrakcyjnej sekcie. Kiedy jednak pokazał palcem swoje vice-versa na szybie, wszyscy udawali współczucie i rozchodzili się sfrustrowani wstrząsając ramionami ze wstrętem, ale oglądając się karkołomnie do tyłu jak pies goniący ogon, bo co tu mówić – nikt nie jest pewny własnych pośladków w tak zmiennych uwarunkowaniach jakie w każdej chwili tworzy następująca bez przerwy po sobie sytuacja.

Obraz musi być rzeczywisty, prosty i powiększony, bez udziwnień i deformacji in minus, bo życie, to nie gabinet śmiechu. Wyjątek można dopuścić jedynie, kiedy oryginał jest faktycznie śmieszny, a on w aktualnym stanie był wręcz tragiczny i dlatego, jeżeli miało odrobinę taktu (jego własne odbicie), powinno odzwierciedlić jak należy, to znaczy dostarczyć taki obraz, by rozweselał i wątpiącego napełniał otuchą.

– A może to szyby? Są przecież przezroczyste, przez co część prawdy przechodzi na drugą stronę. Czy można zaufać czemuś, co jest przezroczyste? Bezkrytycznie, lekkomyślnie przepuszcza niezależnie od zabarwienia frakcji spektrum. – Z drugiej strony, czy można zaufać czemuś nieprzezroczystemu? Czy wiadomo, co za tym stoi? Nie należy pochopnie ufać i tyle, a trzeba z całą surowością rozliczać lustereczka dające niepożądaną odpowiedź na pytanie, kto najpiękniejszy na świecie – konkludował podirytowany. Na wszelki wypadek obejrzał się czy ktoś za nim nie stoi. A gdyby stał? Ciach i teoria spiskowa… Okazałoby się, że donosi na kolesiów, albo nawet jest obcym szpiegiem. I to nie tylko obcym sobie z powodu odbicia, ale całemu otaczającemu społeczeństwu.

A powinni przecież stanowić jedną całość. Tu, niski, za chwilę gdzie indziej wysoki, czuł się w efekcie statystycznie średni ze wskazaniem na poniżej przeciętności. Wydawało mu się, że na wszystkich drzwiach są napisy „podwyższona poprzeczka”, „wysokie progi”, a nawet radykalne „precz średniaku” i podobne, więc nie próbował nawet dotykać klamek. Czuł wokół wrogość i nawet rozglądał się, czy przypadkiem nie czają się gdzieś jakieś nienawistne siły, ale wszystkie przechodzące bojówki były zupełnie obojętne, co go jeszcze bardziej przygnębiało. Spojrzał ukradkiem w odbicie.

–       Nie chcę takiego. Zupełnie bez ikry… Gdybyż miało ikrę – marzył – mógłby spokojnie żerować bez kompleksów przy dnie, albo wziąłby na ciasto, robaka czy mormyszkę i się spokojnie zerwał z haczyka – ot tak żeby poczuć adrenalinę. – W czasie tarła byłby chroniony. Wolne tarło na oczach wszystkich. Bez łusek…

–       Niechby nawet marną płotką. A niech tam… Lepiej jednak grubą rybą. Pal sześć te wszystkie diety. Nim gruby schudnie, to chudy zdechnie.

–       Nie. On nie jest bez ikry, tylko bez jaj, przecież ikrę noszą płotki, a taki, jakby nie patrzeć, szczupak powinien być zdolny do noszenia jaj. A może złożył i unika wysiadywania, ścigany pod groźbą konfiskaty z przeznaczeniem na osadzone albo jajecznicę?

–       Żądam moratorium na jajecznicę! – miał już krzyknąć, ale zaschło mu w gardle. Wokoło nie było wody.

–       Czy ryba pije? – rozmyśłał.

–       Nie. Byłby wtedy ptakiem, gadem albo owadem – kontynuował rozmyślania – i pewnie znów samicą. Najlepiej, żeby ptakiem, i to orłem, sokołem – albo najlepiej kukułką, wtedy legalnie mógłby komuś podłożyć. Na wszystko patrzeć z góry… Świat z lotu ptaka: wolny, bez granic, a na dole malutkie ludziki biegające w sobie tylko znanych sprawach tam i z powrotem, a ja im z góry chlap biały placuszek na płaszczyk albo sukieneczkę i niech wygrażają zadzierając bezradnie główki.

Rozmarzył się i odbicie przestało go drażnić, a nawet coraz bardziej mu się podobało. Stał, patrzył w szybę i widział już zarówno płetwy jak i skrzydła. Leci nad małymi ludzikami i chlap policjantowi na pagon albo dekolt dziewczyny idącej na plażę. Jedna biała plama więcej – niech nie myślą, że wszystko już odkryli. Po chwili tarzał się już w błocie na samym dnie i nic nikomu do tego, choć słyszał niewyraźny bulgot, kiedy krzyczeli „leszczu!” nie mogąc darować plam z okresu kiedy był ptakiem. Podpłynął do wędkarzy, chwycił nonszalancko przypadkowy haczyk i kompletnie ośmieszając łowiącego zręcznie się zerwał pokazując płetwę ogonową w efektownym salcie. Wyskoczył wysoko nad powierzchnię, rozpostarł skrzydła, zawołał „a kuku” i poleciał gdzieś podłożyć jaja.

– No tak, ale ja ich chyba nie mam…

Rozejrzał się dokoła i stwierdziwszy, że nikogo nie widać jeszcze raz pomacał przez spodnie tam gdzie kryło się największe prawdopodobieństwo znalezienia.

–       Coś jest, ale czy to one? – martwił się, gdy nagle wśród zgiełku ulicy, który dla niego był ciszą – jakąś brudną, ale ciszą, usłyszał tupot, a nawet nie tupot, tylko lekki tupocik.

Dźwięk ten wcale nie głośniejszy od innych wyróżniał się zarówno jasną barwą, jak i radosnym tempem – obcym ciężkiemu hałasowi.

Odwrócił się i stanął oko w oko z kimś, kto jako ryba mógł mieć ikrę, a jako ptak znosić jaja, a ręka nadal spoczywała tam gdzie szukał. Poczuł, że nogi się pod nim uginają, ale może liczyć na coś pomiędzy nimi, to znaczy nogami, co wręcz przeciwnie było coraz sztywniejsze. Dziewczyna, bo była to młoda kobieta, spłoniła się na twarzy, ale widząc szczery ból w oczach bliźniego odważyła się przemówić.

–       Rozumiem, nie ma pan drobnych. Mogę pożyczyć… – zaproponowała pytająco.

Zachowywała się tak naturalnie, że już nie chciał być rybą ani ptakiem, ani nawet owadem, którym to stworzeniom wróży się świetlaną przyszłość i całkiem obojętne mu było czy ma to, czego szukał, czy nie, bo zaczął żywić przekonanie, że nawet, jeśli nie ma, to w jej obecności szybko się wykształcą.

Stał i się gapił, bo patrzeniem tego nazwać nie było można. Ktoś, kto patrzy ma wzrok jasny, źrenice przejrzyste i bystre, w pełnej akomodacji – jego oczy patrzyły bezładnie i nieostro, a o przejrzystości źrenic wstyd wspominać. Powoli zaczynał jednak myśleć tak, jak gdyby już mu spore urosły, nie źrenice oczywiście i nawet nie szkła kontaktowe, które jak nazwa mówi powinny służyć nawiązywaniu kontaktów. Zebrał myśli i wypróbował pierwszą nasuwającą się sekwencję. W miarę jak czuł, że rosną (nie myśli oczywiście), sekwencja ewoluowała, tak, że zaczynając od „ładnej dziewczyny”, poprzez „fajną babkę”, doszła do „niekiepskiej laski”, a nawet nie wiedział, kiedy zakończył myślowy ciąg na niezłej – za przeproszeniem – dupie. Nieładnie, bo nieładnie i choć to nie było w jego typie, był to dowód, że rosły.

– Nie, nie potrzebuję …– odpowiedział.

– Nie wygląda pan na takiego, co potrafi obrabować bank tylko z powodu potrzeby, w jej dosłownym znaczeniu. Proszę się nie martwić. Wiem jak panu pomóc. Proszę przyjąć to – podała zgrabną paczuszkę.

– Panu czegoś brak, a to jest starter kompaktowego pakietu „Wizerunek”. Coś w rodzaju drugiego „ja” instant. Oczywiście w nowoczesnej przystępnej formie.

– Oczywiście dla mnie wyjątkowo w promocji, tak? I wtedy zrobię to na środku ulicy w pani obecności…

– Zależy, co pan ma na myśłi, ale myślę, że pożyczy panu brakujące drobne i nie będzie pan musiał. Ja zaczekam. Chcę pana zobaczyć. – W dostosowanej już oczywiście konfiguracji – kontynuowała – sama Haftowałam identyfikator. Z tym bankiem, to oczywiście, żart. Pan taki nie jest – jej głos zadrżał i znów przez chwilę, pomyślał o jajach, choć ich problem dawno przestał już istnieć.

–       Czy ja pani gdzieś nie widziałem?

–       Chyba nie. Na co dzień używam zestawu „Kobieta zmienną jest”.

–       Tak, pani po prostu jest inna, ale przyjąć nie mogę. – Nie i koniec.

–       W takim razie niech pan już nic nie mówi i nie stójmy tak. Idźmy, zdaje się, że brak panu drobnych… Wiem, że pan nie przyjmie, więc niech pan może obrabuje jednak ten bank – śmiała się – gwarantuję, że na pewno się uda.

–       Tylko pod warunkiem, że pieniądze rozdamy, albo od razu zwrócimy – po prostu rabunek sportowy.

–       Mam lepszy pomysł. Rozdamy potrzebującym.

–       A kto jest najbardziej potrzebujący? – szczerze zapytał.

–       Według najnowszych sondaży chciwi, proszę pana. Zawsze będą potrzebowali. Podobno im więcej mają, tym bardziej potrzebują, a im mniej – tym nie mniej. Nie wie pan o tym?

–       No cóż, w takim razie, proszę tylko odpowiedni wskazać.

–       Idźmy dalej, tak dobrze się idzie, poza tym żadnego nie widać…

Jak na złość jakiś czas nie mogli znaleźć i to starczyło by rozmowa uległa zakłóceniu przez milczenie, a na jego twarzy pokazało się tragiczne skupienie wraz z rozpaczliwą koncentracją. Nie zrozumie tego nikt, kto choć raz nie był nieśmiały.

– O, tam… – w końcu pokazał palcem – to chyba bank.

–       Bardzo nalegam, przecież brak panu drobnych – znów się śmiała.

Szli, ich rozmowa znów nabierała harmonijnego tempa; dziewczyna lekko zarumieniona na twarzy prawie szczebiotała, on osiągnął stan równowagi w lekkim podnieceniu, gdy nagle przed bankiem zatrzymał się furgon, z którego wyskoczyli osobnicy w maskach i prawdopodobnie zbrojni. Nikt nie miał wątpliwości, że nie to nie maskarada. To był napad, a osobnikami – bandyci.

Musiało go to wybić z tej podniecającej równowagi, bo nagle zatrzymał się jak spięty cuglami koń i przez sekundę stał jak ktoś spięty – w odróżnieniu od zrelaksowanego.

– Bardzo przepraszam, ale jednak chyba nie mam drobnych – wyjąkał przebierając nerwowo nogami.

–       Niech pan na siebie uważa i proszę jednak to wziąć.

Zdążyła podać paczuszkę jak pałeczkę sztafetową, bo on już nie zamierzał czekać.

W aglomeracjach miejskich, szczególnie w sytuacji, gdy się nie ma drobnych, bardzo trudno znaleźć ustronne miejsce do załatwienia konkretnej potrzeby. Nawet w cieniu drapaczy chmur. Biegał dreptał i nic – wszędzie witryny, wszędzie szyby, wszędzie ludzie, którzy, co prawda zajęci wyłącznie sobą, innymi się nie interesują, ale niech no tylko zwietrzą sensację. – A cóż to za sensacja, gdy przyjdzie zaspokoić potrzebę przed sklepową wystawą, ale zbiegną się dzieciaki, będą pokazywać palcami i człowiekowi dyskretnemu nic z tego wyjść nie może, nawet, gdy zda sobie sprawę, że za chwilę się rozbiegną i narobią w środek piaskownicy żeby zaimponować starszym i zrobić na złość rodzicom.

Nie mogąc znaleźć miejsca zmęczony zatrzymał się, oparł zrezygnowany o szybę i patrzył rozpaczliwie na suchy chodnik pod nogami. Z kieszeni coś wypadło. Podniósł. Otworzył paczuszkę raczej bezwiednie. Może znajdzie tam drobne i jakoś doniesie do szaletu (oczywiście nie drobne)…

Tymczasem nic z tych rzeczy. Jeszcze ostatnim pośpiechem zdrapał zdrapkę, niedbale zweryfikował wzrokiem wiarygodność podpisu prezesa i już po chwili stał w aerodynamicznym stroju i rozmasowywał go na wielkich muskułach. Nie zwracał na nie najmniejszej uwagi biorąc prawdopodobnie za kolejny figiel odbicia, ale nie wiedzieć dlaczego, zrobił kilka przysiadów i pompek, nim rozejrzał się dokoła.

Poczuł w sobie siłę i kompletny brak potrzeb, włącznie z drobnymi na szalet. Przez chwilę tylko spojrzał na misternie haftowane inicjały „S.M.”, wzniósł ręce jak do skoku z trampoliny, rozluźnił muskuły by zmniejszyć opór powietrza, odbił się od twardego gruntu, po którym od kilku minut stąpał i pomknął w kierunku banku, jak się nietrudno domyślić drogą powietrzną. Zniknął gdzieś wysoko, by po kilku chwilach, gdzieś na tle budynków, pojawić się jako mały punkt, który lotem nurkowym nabierając prędkości, powoli zaczął przybierać jego własne kształty w rozwiniętej pelerynie z haftowanymi inicjałami.

– To on! Jest Super! – krzyknęła dziewczyna.

– Tak, to on! – zawtórował niemały już tłumek gapiów.

Niebawem stanął na ziemi, ale zdążył jednak z lotu koszącego pomachać dziewczynie, a ona odpowiedziała chusteczką higieniczną podskakując jak dziecko.

Tłum jeszcze długo gapił się w górę pokazując palcami rozpływający się powietrzny kilwater. Co prawda powietrzny kilwater, to tak jak gdyby w elektrowni wiatrowej wytwarzać morski prąd, ale brzmi tu bardzo adekwatnie, nie mówiąc, że romantycznie.

–       Był pan cudowny! Naprawdę! Niech pan zobaczy – pokazała jak policja po kolei wyprowadza skutych złoczyńców dziękując mu i pozdrawiając. Tymczasem tłum nie przestawał się gapić na wspomniane resztki powietrznego kilwatera.

–       Był pan wspaniały! Zachwycała się dziewczyna. Ratował pan bank i nie było nawet kiedy pobrać garstki drobnych na toaletę – współczuła.

– Tak, nie miałem kiedy, więc przepraszam, ale znów muszę wyskoczyć – znów poczuł potrzebę.

– Sama pani rozumie, po prostu nie było czasu.

– Ależ tak. Rozumiem. Zaczekam.

Lekkim aerodynamicznym szusem zniknął za najbliższym rogiem. Niecierpliwie

przesunął suwak i ułamek sekundy później usłyszał głos.

– To ja twoje odbicie. Mówię tylko wtedy, kiedy masz ustawiony na „on”.

– Co na „On”

– Jak to, co? – rozporek. Nieźle, co? Dzięki mnie. Co nie widzisz tych muskułów, spójrz na bicepsy, a ta peleryna?

– Jest od ciebie?

– No, a jak myślisz? Czy gdybym ja jej nie miało, to ty byś miał?

– No nie, faktycznie, jednak coś nas łączy…

– Daj potrzymam ten twój starter. Śmiało. Teraz jak się dzieciaki zlecą po autograf, to zrobisz strumieniem.

Podał paczuszkę, po czym zupełnie się rozluźnił. Zamknął oczy i zaczęło mu się robić coraz lżej. Po sporej chwili zaciągnął suwak na „off”, zrobił minę niewiniątka jak gdyby po dokonanym akcie ulgi umywał ręce, zagwizdał znany refren i ruszył chodnikiem na spotkanie z dziewczyną.

Zza rogu, czyli miejsca gdzie był na stronie, wzbił się w powietrze ciemny kształt i powiewając haftowanymi przez dziewczynę inicjałami, skierował się w kierunku banku. Po chwili, na oczach gapiów i zdumionej policji wyfrunął przez te same drzwi z workiem pod pachą. Nikt nie słyszał jak w tumulcie otworzono ogień i po chwili z podziurawionego worka zaczęły się sypać pieniądze. Kształt przemknął między domami i zniknął w którejś z ulic zostawiając za sobą finansowy kilwater, który wzbudził nie mniejsze zainteresowanie niż powietrzny. Finansowy kilwater, to też jakby prać pieniądze w spienionej wodzie za motorówką, ale brzmi równie romantycznie, jeżeli przyjmiemy, że za żaglowcem.

– Patrzcie! Znowu on. Rozdaje potrzebującym! – krzyczał tłum.

– Jak pan wygląda? – przeraziła się dziewczyna.

– Gdzie ma pan pakiet? – zapytała.

– Dałem do potrzymania. Oj! Chwycił się za suwak – był kompletnie zaklinowany w pozycji „off”.

Nad nimi lotnik w pelerynie z inicjałami wypisywał kilwaterem wulgarne zaczepki.

– Widzi pan? Jestem zła. W jej smutnych teraz oczach zakręciły się łzy. Zrobił pan swoje i musi odejść. Tak jest zawsze kiedy ktoś zrobi swoje. Począwszy od murzyna a skończywszy na ministrze finansów. Niech pan idzie, ja też muszę iść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *