Uwięziona – część 4

Po kilku dniach postanowiłam zadzwonić do Paula i opowie- dzieć mu, że u mnie w miarę w porządku i że zawarłam nową zna- jomość. Odebrała Elisee i nim zdałam jej relację z mojego nowego życia, zapowiedziała, że chce do mnie przylecieć z Paulem. Nie po- wiem, bo dostarczyło mi to cholernie dużo radości. Poprosiłam, by dała mi Paula do telefonu, bo z nim łatwiej mi było się doga- dać. Wstępnie ustaliliśmy, kiedy przyjadą i gdzie jestem. Nie mo- głam się doczekać. Od razu poleciałam do Mairy, by powiedzieć jej o przybyciu moich gości. Poprosiłam ją o dyskrecję, bo Paul i jego żona nie powinni się jeszcze ze mną widzieć.

2 tygodnie później…

Czekanie na nich, jest jak wieczność. Chodzę po mieszkaniu jak struta. W końcu! Podjechali pod dom. Wybiegam im na po- witanie i rzucam się w ramiona Elisee z płaczem. Tak się cieszę, że ich widzę. To coś niesamowitego. Gdy się witamy, Paul mówi mi na ucho, że nie powinni tutaj jeszcze być i lepiej będzie, jak wej- dziemy na górę. Ciągnę ich do mojego skromnego mieszkanka. Na wejściu oświadczam, że będą spali w sypialni i nie zgadzam się na inne rozwiązania. Oczywiście Elisee zaraz wkracza do kuchni, żeby rozpakować jedzenie, którego zapas zrobiła mi chyba na rok. Niby wszystko dobrze, ale wyczuwam napięcie.

– Sea, nie wolno nam tutaj przyjeżdżać – z zamyślenia wyrywa mnie głos Paula. – Zostaliśmy uprzedzeni przez Interpol, że mamy obluzować z tobą kontakty.

Wyraz jego twarzy jest niezwykle poważny. Czuję, że za chwilę usłyszę złe wiadomości.

– Co jest? – pytam z lekkim podenerwowaniem.  Elisee weszła do salonu. Stoi w drzwiach i milczy, a ja z minuty na minutę wpa- dam w coraz większe nerwy.

– Simon zaginął – w końcu duka Jean-Paul. – Zniknął zaraz po twojej ucieczce. Mamy zakaz informowania  cię o tym, ale uznali- śmy, że nie będziemy cię okłamywać.

On mówi, a ja zaciskam pięści. Mój Sami. Jestem wręcz pewna, że Michel mu coś zrobił. Nie mogę sobie darować, że pozwoliłam mu na zorganizowanie tego cholernego planu. Zaczynam płakać. Elisee podbiega do mnie, by mnie objąć.

– Nie mogłeś być bardziej łagodny?! – krzyczy na Paula.

– Jak miałem jej to powiedzieć? Ogródkami?!  – wydziera się Paul.

– Przestańcie! – w końcu i ja krzyczę. – Cieszę się, że to wiem! Co z Ałłą, Rosą i resztą? – zasypuję ich pytaniami.

– Ałła zniknęła z Crisem na jakiś czas, nim do niej dotarli. Sami z pewnością jej nie wydał. Dotarli za to do Rosy. Organizacja usu- nęła ją w bezpieczne miejsce, jak tylko zobaczyła, że chodzą za nią podejrzane typy.

– A więc tylko Sami? – pytam.

– Tylko Sami – Paul przytakuje.

– A co z wami?

– Dostaliśmy przykaz od Policji, że mamy się od ciebie odsu- nąć na jakiś czas. Zabroniono nam mówić ci o niebezpieczeństwie. Przyjazd tutaj nie był dobrym  pomysłem,  zwłaszcza że moglibyśmy zostawić po sobie ślad. Nie powiedziano nam, że tu jesteś. Rozmo- wa telefoniczna z kolei nie miałaby sensu, bo możemy być podsłu- chiwani – powiedział Paul.

Słucham tych informacji z niedowierzaniem. Znów to samo. Ten sam dramat i znów strach. Nie wiem, ile jestem w stanie jesz- cze znieść. Świadomość, że Simon zaginął, a być może i nie żyje, nie daje mi spokoju. Tą ucieczką sprowadziłam niebezpieczeństwo na tyle osób. A jeszcze teraz Paul.

– Co powinnam zrobić? – chowam twarz w dłoniach.

– Zachować spokój. Udawaj, że o niczym nie masz pojęcia. Ina- czej ja i Paul możemy mieć kłopoty – mówi Elisee.

– Szuka mnie. Szlag by to! – krzyczę w głos.

– To było do przewidzenia. Zagrażasz mu. Może wie, a może nie, że poszłaś na Policję. Póki co, nic na niego nie mają. Maskuje się idealnie, a ty jesteś jedynym świadkiem, który może narobić mu koło tyłka, jeśli twoje informacje się potwierdzą  – tłumaczy mi Paul.

– Zabije mnie – stwierdzam sucho.

– Najpierw musi cię znaleźć. Póki co, to w tej dziurze jesteś bez- pieczna. Wielka Brytania jest duża, no i nie wiemy, czy ma pojęcie, że tu jesteś. Zachowaj spokój.

– Powinnam wrócić do Hiszpanii – sama nie wierzę, ale to po- wiedziałam.

– Oszalałaś, Sea?! – Elis podrywa się z kanapy.

– Nawet nie bierz tego pod uwagę! – krzyczy Paul.

Wiadomości, którymi mnie poczęstowali tuż po przyjeździe, są straszne. Nie mogę spać, na nowo jestem przybita.

Dni pobytu moich przyszywanych rodziców kończą się zadzi- wiająco szybko. Nie mogą sobie pozwolić na to, by zostać tutaj dłużej. I tak wiele ryzykują. W tym czasie zdążyłam streścić im po- krótce cały mój pobyt w Potter’s, nie pomijając żadnych szczegółów ani mojej przyjaźni z Mairą.

Żegnamy się płacząc, z obietnicą, że ich jeszcze zobaczę.

* * *

Czy mam syndrom ofiary? Nie wiem, ale pewnie tak. Mimo że Michel jest moim porywaczem, to nie zawsze myślę o nim nega- tywnie. Czy go kocham? Chyba tak. Ubierał mnie, żywił i rozpiesz- czał. Kupował mi prezenty, na które nie mogłabym sobie nigdy pozwolić. I sypiał ze mną za moją świadomą zgodą. I bił. Dotkliwie mnie bił. Zastanawiam się, co nim kierowało i czemu nie sprzedał mnie na aukcji, mimo że byłam nieposłuszna. Może mnie kochał? Myślę o nim od momentu, gdy usłyszałam te straszne wieści od Paula. Wracają do mnie jak bumerang.

Bywają chwile, że mam ochotę spakować się i lecieć do Madry- tu. Tylko po co? Ryzykować życie? Michel mnie zabije.

Jednocześnie marzę o tym, by zobaczyć go raz jeszcze. Pragnę dotknąć i poczuć jego ciało pachnące markowymi perfumami, gładkie i opalone, umięśnione.

– Jezu, muszę natychmiast odgonić od siebie te myśli.

Moimi przemyśleniami dzielę się z Mairą. Ta od razu protestuje i tłumaczy mi, że to, co chcę zrobić, to czysta głupota. Przekazuję jej także to, co mówił mi Paul.

– I co z tego? Co chcesz zdziałać? Pójdziesz tam i spytasz: Gdzie jest Simon, ty łobuzie!? – Maira ironizuje.

Wiem, że ma rację, ale to nie ona jest w potrzasku, tylko ja. Ona jest bezpieczna. Nikt jej nie szuka. Kto by się przejmował

zwykłą dziwką. Jest ich tyle. W dodatku jej sutenerzy zostali aresztowani w chwili nalotu.

– Zastrzeli cię od razu, albo w lepszym przypadku uwięzi po raz kolejny i już tak łatwo nie puści na powierzchnię – Maira mówi poważnie. – Sea, co ty w ogóle chcesz zrobić?!

– Tęsknie za nim! – krzyczę i wybucham płaczem. – Potrzebuję lekarza…

* * *

– Dowiedziałeś się czegoś? – spytał. Obracał w dłoni kolejną szklankę z drinkiem. Pił nieustannie od 3 miesięcy. Wykańczała go ta sytuacja. Tyle się wydarzyło. Zmienił miejsce pobytu, pozmieniał miejsca transferów, a jego obecny adres znali tylko najbardziej zaufani. Musiał się teraz pilnować podwójnie na wypadek, gdyby gliny czegoś na niego szukały. W La Feurte miał ich w garści, ale w Madrycie to już nie było takie proste.

– Tak, szefie – Steve stał nad nim. – Była u konsula. Dużo nie wiem. Nasi ludzie ciągle napotykają przeszkody, a cała sprawa jest owiana wielką tajemnicą.

– Kurwa mać! – miał ochotę rozbić szklankę o ścianę. – Choler- na dziwka! Szlag! Jeśli konsul o tym wie, to sprawą zajął się Inter- pol. Szlag! Zabiję  szmatę! Przysięgam,  że zabiję, a jak nie, to będzie mi usługiwać, dopóki tu nie zdechnie. Jest we Francji? – spytał nagle Michel.

– Tego nie wiemy, raczej nie. Chyba, że jest dobrze ukryta. Nie sadzę jednak, że trzymaliby ją tutaj. Tamtejsza Policja milczy, cięż- ko od nich coś uzyskać.

– Dowiedz  się! – wrzasnął. – I jedź tam!

– Dowiem się – Steve znikł mu z pola widzenia. Tak było lepiej.

– Aha! Chwila! Pozbyłeś się ciała?

– Już dawno, szefie…

– Dobra! Dowiedz się, czy wróciła do Londynu. Bądź cholernie ostrożny. Odwołajcie też transfery. Jestem za bardzo na celowniku. Niech zajmie się tym Bastian…

– Tak jest.

Długo tego wieczora myślał, co zrobi, gdy Sea się znajdzie. Postawiła go pod ścianą. Musiał być bardzo ostrożny.

* * *

Śmiało mogę powiedzieć, że Maira to moja najlepsza przyjaciół- ka. Zadbała o wszystko. Załatwiła mi lekarza, a co lepsze, także pra- cę w swoim sklepie. Co prawda tylko dorywczo, ale zawsze mam z tego nieco grosza, no i nie myślę w czterech ścianach. Pokrzepiają- ce. Zaproponowała,  że na jakiś czas przeniesie się do mnie, bym nie była sama. Przystałam na to ochoczo i dopiero wówczas zaczęłam żyć. Każdego ranka dreptałyśmy razem do pracy, gdzie Maira uczy- ła mnie obsługiwać klientów, a potem do domu, w którym spędza- łyśmy wspólne babskie wieczory. Często też zaliczałyśmy spacer po parku i po miasteczku. To był już taki nasz schemat tygodnia.

Praca na jakiś czas oderwała mnie od myślenia o Michu i coraz mniej przerażał mnie fakt, że dalej mnie szuka. Noce były najtrud- niejsze. Nie mogłam spać, wspomnienia wracały i było mi ciężko, ale radziłam sobie. Pierwsza wizyta u psychiatry była jedynie za- poznawcza i po raz kolejny zmuszała mnie do wynurzeń na temat tamtych wydarzeń.

Opowiedziałam je pokrótce. Na każdej z wizyt miałyśmy oma- wiać problemy. Wyszłam struta, ale lżejsza  o to, co zalegało mi w sercu. Chyba nie może być aż tak źle.

* * *

Dni mijały nie wiedząc kiedy. Było spokojnie. Czas upływał na spotkaniach z psychiatrą, Mairą i na pracy w sklepie. Właściciel był chyba ze mnie zadowolony, skoro zapytał, czy zechcę pracować na pełen etat. Pasowało mi to. Praca nie była ciężka, lecz przyjemna i doskonale zajmowała cenne minuty zarezerwowane na myślenie. Jednym słowem, jak znalazł dla mnie. Służyła mi jednocześnie jako forma terapii, bo na co dzień miałam styczność z ludźmi. Do tam- tego felernego dnia…

Od rana pracowałam w sklepie, tak jak zawsze. Kolejni klienci już nie wywierali na mnie takiego wrażenia jak na samym począt- ku. Zresztą wielu z nich znałam. Potter’s nie było dużym miastem. Tamtego dnia układałam towar na półkach, gdy do sklepu wszedł on. Z początku nie zwróciłam na niego uwagi. Dopiero potem zo- baczyłam, że bacznie mi się przygląda. I ta jego skóra, taka opalona. Te ciemne, wręcz czarne włosy. Hiszpan. Oblał mnie pot, jak mie- rzył mnie tak od stóp do głów. Pierwsza rzecz, o której pomyśla- łam, to fakt, że Michel mnie znalazł. Maira chyba zauważyła moje zdenerwowanie, bo pospieszyła mi z pomocą i szybko zaciągnęła na zaplecze.

– Widziałaś go? Znaleźli mnie – ręce trzęsły mi się ze strachu.

– Uspokój się…

– Maira, znaleźli mnie – ogarnęła mnie histeria.

– Uspokój  się! Ja go znam! – potrząsnęła mną.

– Kto to jest?

– To Julio. Mieszka w Potter’s od dawna. Patrzył na ciebie, bo jesteś nowa. Zresztą może mu się podobasz… – wyjaśniła Maira.

Kamień spadł mi z serca, jak to powiedziała. Ledwo nabierałam powietrza.

– Uspokój się. Wyjdź tam, a ja przedstawię ci tego gościa, ok?

– spytała.

– Dobra – starałam się jakoś ogarnąć.

Julio okazał się całkiem miłym  mieszkańcem Potter’s  Bar, o czym wcześniej nie było dane mi wiedzieć. Wydawał się naprawdę miły. Za każdym razem, gdy przychodził do sklepu, coraz bardziej upewniał mnie w przekonaniu,  że chciałby się ze mną umówić. Nie powiem, ale po Michelu to była miła odmiana, choć jego wygląd strasznie mi go przypominał.

We Francji… Paryż

Leżał na łóżku w wynajętym pokoju hotelowym i czekał na dźwięk telefonu od ponad godziny. W końcu komórka zabrzęczała donośnie. Poderwał się do góry, żeby odebrać.

– Mam informacje – usłyszał głos.

– Gdzie i kiedy? – zapytał.

– W hotelu?

– Dobra, jestem w Napoleon Paris, pokój 1420. Na nazwisko

Beltin.

– Będę za pół godziny.

– Czekam.

Szybko wykręcił numer do szefa.

– Michel, mam informacje.

– Co masz?

– Będę wiedział za godzinę.

– Zadzwoń, jak tylko wyjdzie.

– Dobra!

Faktycznie, jak tylko pół godziny minęło, usłyszał pukanie do drzwi pokoju. To był jego informator. Pracownik konsulatu we Francji. Jak dobrze, że miał takie znajomości.

– Cześć.

– Wchodź, nie chcę, żeby cię tu ktoś widział. Siadaj i mów, co masz.

– Była w konsulacie – powiedział informator. – Sprawą zajął się Interpol. Złożyła obszerne zeznania, ale nie mam do nich dostę- pu. Przyjechała tutaj dzięki tej cholernej organizacji, ochraniającej uprowadzone. Jej szefem jest jakiś gość. Nie mam o nim żadnych informacji, niestety – pokręcił głową.

– Co dalej? – spytał Steve.

– Ta babka, o którą pytałeś…

– Rosa Vilemo?

– Tak, Vilemo… ona działa w tej organizacji.

– Jasny szlag! – Steve zaklął – sytuacja była podbramkowa. – Mów dalej!

– Wyleciała do Londynu… – uciął. – Teraz nazywa się Sea Cas- sey. Jest w jakimś utajnionym miejscu. Poza Interpolem nikt go nie zna. Nie dotarłem do nikogo, kto mógłby wiedzieć coś więcej. Spadam, żeby nie mieć kłopotów. Postaram się zdobyć więcej in- formacji.

To było już dla Steve’a coś. Przez ponad 4 miesiące szukał jakie- gokolwiek śladu. Wiedział, że szef się wścieknie, jak usłyszy prze- kazane mu wiadomości, ale nie miał wyjścia. Sięgnął po komórkę i wystukał numer do Michela.

– Mów! – wydarł się Michel.

Przekazał mu wszystko, czego się dowiedział i czekał na wybuch. O dziwo szef przyjął to dość spokojnie, spodziewał się tego.

– Leć prosto do Londynu. Dołączę do ciebie najszybciej jak to możliwe – powiedział Michel.

* * *

Z biegiem czasu, im bardziej poznawałam Julio, tym bardziej mi się podobał. Długo trzymałam go na dystans. Nie umiałam za- ufać żadnemu mężczyźnie i jakoś nienaturalne wydawało mi się, że mógłby mnie dotykać ktoś inny, niż Mich. Zwłaszcza, że Julio był Hiszpanem i z początku nie wiedziałam, co w ogóle robił w tak małym miasteczku.

Okazało się, że pracuje tutaj w pobliskiej szkole jako nauczyciel hiszpańskiego i w zasadzie ucieszyłam się, gdy zaproponował mi lekcje. Mówił także znakomicie po angielsku i nie było żadnych problemów z dogadaniem się. Pierwsze, co pomyślałam, to to, że w razie kolejnego uprowadzenia będę mogła poprosić o pomoc znając język. Nie powiedziałam Julio, skąd tu się wzięłam, ani co przeszłam. Nie umiałam.

Im więcej lekcji, tym więcej tematów do rozmów, a co za tym idzie większa zażyłość. Zauważyłam,  że tęsknie za jego obecnością i coraz częściej widzę w nim potencjalnego partnera. Może to dla- tego, że jest tak podobny do niego?

Tamtego wieczoru Julio mnie pocałował. Po raz pierwszy od tych 2 miesięcy, gdy spotykaliśmy się na zajęciach. Czule, delikat- nie i z zaskoczenia. Nawet się nie broniłam. Jedynie oblałam się ru- mieńcem jak nastolatka. Zauważył to. Zaśmiał się tylko i pomachał mi na do widzenia. Potem długo o tym myślałam.

* * *

Broniłam się, jak mogłam, przed zauroczeniem Juliem, ale im dłużej to trwało, tym bardziej miękłam. Niby nie byliśmy razem, ale wizyty Julia przestały mieć charakter typowo nauczycielski, a zyskały ton iście przyjacielski,  żeby nie powiedzieć randkowy. Wpadał do mnie tak często, jak tylko pozwalała mu na to praca.

Spostrzegłam się, że czekam na niego i nerwowo patrzę na zegarek, jak tylko nadchodzi pora zakończenia lekcji.

Po 5 miesiącach Julio wyznał mi, że zna prawdę. Od Mairy. Nie powiem, bo zabolał mnie mocno fakt, że zdradziła moją przeszłość poza moimi plecami. Z perspektywy czasu wiem, że chciała dobrze. Nie wiem czemu, ale tego wieczoru opowiedziałam mu wszystko dokładnie i natychmiast poczułam ulgę. Ustaliliśmy wspólnie, że będziemy spotykać się na stopie przyjacielskiej, a co ma być, to będzie i poddamy się biegowi wydarzeń. Potem długo całowaliśmy się na pożegnanie. Julio nie napierał na nic więcej, bo od razu za- znaczyłam, że nie jestem gotowa. Leżąc w łóżku złapałam się na tym, że porównuję go do Michela. Usnęłam z poczuciem winy, obiecując sobie, że więcej tego nie zrobię.

Kolejnego dnia, wracając z pracy, postanowiłam  zajrzeć na targowisko, otwierane każdej soboty w Potter’s.  Do tej pory nigdy na nie nie chadzałam, bo przerażał mnie tłum ludzi. Postanowi- łam sobie w duchu, że czas na zmiany i twardo ruszyłam w tamtą stronę. Budek było sporo. Na dodatek tłoczno jak nigdzie indziej. Przepychałam się od jednej do drugiej z zachwytem, bo można tam było kupić niemalże wszystko. Po 40 minutach mój wzrok się za- trzymał.

Na długo. Źrenice rozszerzyły się, a tęczówka nabrała lazurowych barw. Strach.

– Jestem za daleko, za daleko – moja dłoń zaciska się na pasku od torebki. – Nie zdążę – z trudem łapię oddech i przeciskam się między ludźmi w tamtą stronę. Niemal biegnę. Wbiegam w felerną alejkę, ale już nic tam nie ma. Poszedł sobie. Brak mi tchu. Mdleję pośrodku bazaru.

Prawdą jest, że mignęła mi postać Steve’a w tłumie, podczas zakupów. Prawdą jest, że jestem bardziej niż pewna tego, co widzia- łam i prawdą jest, że owa postać miała na sobie tę samą koszulkę, która była ulubioną koszulką Steve’a w Hiszpanii. A może to tylko moje złudzenie?

A w tym czasie…

– Dowiedziałeś  się czegoś? – spytał.

– Niczego. Ludzie tam są źle nastawieni  do obcych, a może tylko ostrożni. Wygląda na to, że wiedzą o tych akcjach i trzymają gęby na kłódkę – powiedział Steve padając na fotel w hotelowym apartamencie. Cały niemal dzień spędził w samochodzie. Droga do tego cholernego miasteczka i z powrotem zajmowała sporo czasu.

– Rozejrzałem się. Szczerze mówiąc, to jakaś dziura – powiedział pijąc łapczywie z butelki. – Jedna główna ulica, park, mały bazarek, kilkanaście sklepów i tyle.

– Pytałeś ludzi? – Michel nie miał humoru. Zresztą ostatnio to nic nowego. Stale był wkurzony i większość współpracowników starała mu się schodzić z drogi.

– Nie pytałem. Postanowiłem rozejrzeć się sam. To mała mieści- na. Jak nic nie znajdę, popytam.

– Dobra. Myślę, że powinniśmy posłać Josha. Ona go nie zna, nie przestraszy się. A ty siedź na dupie i czekaj tu ze mną.

– Tak jest – o niczym innym nie marzył, jak o odpoczynku i o zakończeniu tej cholernej sprawy.

* * *

Przez całą niedzielę nie ruszyłam się z domu. Może ze strachu, a może zwyczajnie nie miałam ochoty na spacer. Nie wiem. Była u mnie Maira i był Julio, co mi stanowczo wystarczało. Za ich obo- pólną namową postanowiłam skorzystać  z interkomu i zaprosić Ramosa do domu. Chciałam mu koniecznie opowiedzieć o tym, co mnie spotkało. Przez interkom nadałam mu tylko suchą wia- domość, że prawdopodobnie zostałam zlokalizowana i nie wiem, co robić dalej, dlatego ktoś musi się tutaj pojawić i ze mną pomó- wić. Nie histeryzowałam, ani nie nadawałam moim słowom żadnej dramaturgii. Ot, zwykła informacja. Ku memu zdziwieniu, Ramos zareagował niezwykle szybko i już wieczorem pukał do drzwi moje- go mieszkania. Wcześniej poprosiłam Mairę i Julia, by sobie poszli, bo wolę być sama.

– Co się stało? – spytał i siadł na kanapie, nim zdążyłam na do- bre otworzyć usta.

– Zostałam znaleziona. Nie wiem zupełnie, jak to się stało – wy- paliłam sucho.

– Znaleziona?! – Ramos otworzył usta ze zdziwienia. – Po kolei!

– Byłam wczoraj na targowisku – powiedziałam – widziałam

Steve’a… To znaczy ochroniarza  mojego porywacza – wywaliłam jednym tchem. – I jestem więcej niż pewna, że to był właśnie on!

– Sea, to naprawdę mało możliwe, by cię tu znalazł ktokolwiek

– ten kojący głos Ramosa mnie rozdrażnił.

– A jednak mnie znalazł! – wydarłam się. – A może zwyczajnie nie znalazł, jednak wie, że tu jestem!

– Spokojnie! – podniósł ręce do góry w geście porozumienia.

– Spokojnie?!  Szedł po targowisku!  A gdyby mnie zobaczył? A może mnie zastrzeli? I mam być zupełnie spokojna – byłam zło- śliwa.

– Skąd pewność, że to faktycznie on?

– Wiesz, niewielu widuję łysych, umięśnionych i opalonych dra- bów w Potter’s – wymamrotałam ze złością – zwłaszcza w koszul- kach, które poznam w nocy o północy.

– Sea, to nie jest możliwe!  Słyszysz?! – wrzasnął.

– Że niby sobie to wymyśliłam, że niby kłamię?! – zaczęłam płakać.

– Sea, nie twierdzę, że kłamiesz, ale że to mało możliwe. Dla twojego spokoju sprawdzę, czy kręcił się tutaj ktoś obcy, dobrze? – spytał łagodnie.

– Dobrze – wychlipałam.

– Zaraz powiadomię agentów o sprawie – powiedział i ruszył do wyjścia. Zamknęłam za nim drzwi z hukiem, bo niewiele mi pomógł i chwyciłam słuchawkę, by zadzwonić do Julia i mu się poskarżyć.

* * *

Od  tamtego wydarzenia  nie chodziłam do pracy. Właściciel sklepu był wyrozumiały i dał mi urlop, żebym mogła odpocząć od tych wydarzeń. Któregoś dnia, z rana, usłyszałam pukanie do drzwi. Przekonana,  że to Julio, poczłapałam otworzyć. Z ostrożno- ści zerknęłam przez wizjer i zdziwiona ujrzałam młodą kobietę. Zza drzwi spytałam kim jest.

–Sea! Tu Jenima! Jestem od Ramosa! – krzyknęła nieznajoma. Ze strachem uchyliłam drzwi na łańcuch. Wcisnęła przez nie wizy- tówkę, na której widniało nazwisko: Jenima Robbson, psychiatra.

– Jestem od Ramosa – jeszcze raz powiedziała. – Porozmawiaj- my!

– Ramos przysłał do mnie psychiatrę? – otworzyłam drzwi na całą szerokość.

– Chcę tylko pogadać – Jenima wysiliła się na uśmiech.

– Wejdź! – zarządziłam, zła na Ramosa. Może niepotrzebnie? Jenima okazała się przemiła. Tłumaczyła, że Ramos poprosił ją

o pomoc. Wie dobrze, że mój strach powrócił i nie jest bezpod- stawny. Długo ze mną rozmawiała. Nawet się nie broniłam, wręcz pozwoliłam jej zadawać pytania. Ta okropnie długa konwersacja, zakończyła się obietnicą kolejnego spotkania, mającego na celu wybawienie mnie od nieustannie towarzyszącego mi strachu. Po wyjściu Jenimy, czułam dziwny, nienaturalny spokój.

Moją formą terapii miał być pamiętnik. Jen poprosiła, bym opi- sała wszystko od początku do końca, od momentu porwania do momentu rozpoczęcia nowego życia. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że nowe życie zgaśnie we mnie, nim na dobre się rozpocznie…

Bolesne wspomnienia wracają jak bumerang. Nie walczę z nimi, bo i po co. W pośpiechu zapisuję kolejną kartkę w pamiętniku, jak- by to miało przynieść mi jakąś ulgę. Nie przynosi. Ponad rok temu zostałam uprowadzona przez Michela Ashanti do jego domu w La Fuerte. Od kilku miesięcy jestem na wolności i nie mogę poradzić sobie z traumą, którą mi zostawił. Piszę pamiętnik, by pozbyć się uczucia, którym darzę mojego porywacza. Właśnie tak.

Nazywam się Sea Cassey, niegdyś Sea Corporis i mam niespeł- na 22 lata. Jestem jedną z niewielu kobiet, którym udało się uciec z niewoli. Mieszkam w Potter’s Bar. To miasteczko pod Londynem, do którego przywożą  takie dziewczyny  jak ja. Chronione przez Państwo. Mam pracę, mieszkanie i chłopaka, którego zaczynam kochać.

I pamięć, w której dalej tkwią wydarzenia minionych miesięcy. Tak teraz mówię o sobie.

Moje złudzenia rzekomo były bezpodstawne, bo Policja nie zna- lazła śladów, które mówiłyby o tym, że zostałam odnaleziona. Czy mnie to uspokoiło? Nie wiem. Muszę żyć dalej z piętnem uwięzionej…

Odrzuciła długopis i notatnik na kanapę, bo usłyszała dzwonek do drzwi.

– Idę! – krzyknęła, krocząc swobodnie korytarzem. Była pewna, że to Julio. Odkąd oficjalnie byli razem, to wstyd się przyznać, ale nie starała się nadto, by wyglądać rewelacyjnie. Jak zawsze, gdy pisała, ubrana była w zwykłe spodnie dresowe i bawełniany top, a włosy ściśle wiązała w koński ogon, bo tak było najwygodniej. Chwyciła zasuwę w dłoń. Zerknęła szybko w wizjer. Zobaczyła w nim czarne włosy i otworzyła zasuwę.

– Julio! – ucieszyła się, otwierając drzwi.

Ale to nie był Julio. Znała ten zapach aż za dobrze. Bo jakby mogła zapomnieć…

Nic nie trwa wiecznie…

Jedna chwila nieostrożności sprawiła, że zawalił się jeden mały świat…

Ręka Michela po raz drugi chwyciła dłoń pani Cassey i tylko pozostawiony na kanapie pamiętnik pokazywał, że w tym miejscu stało się coś złego…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *