Ofiara

Wtedy padał deszcz. Wyszedłem, żeby coś się działo. Nagle ją zobaczyłem. Stała zziębnięta i wcale nie zbliżała się do mojego ideału. Jakoś tak, z niewiarygodną dla mnie stanowczością, postanowiłem, że ją ogrzeję. Okrążyłem ją szerokim łukiem, by zawęzić go po trosze i poczuć się łowcą. Ona śledziła mnie wzrokiem… każdy mój ruch. Nie bała się jednak ‒ stała dalej, tak samo zziębnięta i tak samo szczękająca zębami, jak wcześniej. Poszedłem do sklepu, kupiłem wino, może niezbyt drogie, ale wino.

Stałem tam pewnie, kreśląc na szyjce butelki palczaste zygzaki, i zastanawiałem się, czy podejść. W końcu byliśmy w tej samej sytuacji ‒ ona sama, ja sam, w tę samą noc, na tym samym osiedlu. A może ona na kogoś czekała? Może… na mnie? ‒ pomyślałem sobie i w końcu zdecydowałem się podejść. Byłem prawie przy jej twarzy, gdy skurczona odgarnęła mokre włosy z jednego oka.

‒ Marzniesz? ‒ zapytałem, pokazując butelkę.

Popatrzyła na mnie, unosząc tylko wzrok. Krople wody kapały jej z brody. Nie odpowiedziała na moje pytanie. Wyciągnęła jedynie dłoń. Podałem jej wino.

Popatrzyła na butelkę, w której dalej tkwił korek, i oddała mi ją w wymownym geście.

‒ W domu mam korkociąg. Mieszkam w tym bloku.

‒ Wiem ‒ odpowiedziała.

Byłem zdziwiony, ale nagle ją poznałem. Wprowadziła się dwa lub trzy piętra niżej jakieś dwa lub trzy miesiące temu. Nawet kiedyś otwierałem jej drzwi na klatkę, gdy szła z dwoma wiklinowymi krzesłami w rękach i z kartką papieru w zębach. Uśmiechnęła się wtedy do mnie i kartka lekko poszybowała na zabłoconą podłogę.

‒ Czekasz na kogoś? Nie idziesz do domu? ‒ zapytałem.

‒ Nie mam kluczy ‒ zaśmiała się smutno.

‒ Zgubiłaś?

Potrząsnęła tylko głową i parę kropel deszczu rozprysło się w powietrzu.

‒ Czekasz, aż ktoś ci otworzy?

‒ Nie ‒ powiedziała. ‒ Czekam na ciebie.

Weszliśmy do mojego mieszkania. Zrzuciła mokrą kurtkę na podłogę, zdjęła buty i bez zastanowienia weszła do pokoju. Usiadła na kanapie i podkuliła nogi.

‒ Mieszkasz z kimś? ‒ zapytała.

‒ A ty?

Nie miałem pojęcia, kto kontroluje tę sytuację.

‒ Tak jak ty ‒ odpowiedziała. Nagle wstała i podeszła do szafki, na której stał odtwarzacz CD. ‒ Lubisz tańczyć? ‒ odwróciła się do mnie.

Zacząłem się czuć niepewnie.

‒ Jak masz na imię? ‒ to przynajmniej chciałem wiedzieć. Od czegoś trzeba było zacząć.

‒ Lubisz tańczyć?

Uśmiechnąłem się, widząc, że nie mam szans.

‒ Nie. Nie wiem. Chyba nie. Może czasami… zależy. A teraz moje pytanie: jak masz na imię?

‒ Kasia, nie wiem, chyba Magda, może czasami Iza… to zależy.

Miałem wrażenie, że ta sytuacja ją bawi. Mnie to przestało się podobać. Byłem wręcz zmęczony. Czy chciała być tajemnicza? Chciała mnie zaintrygować? Nie wiedziałem, ale już mnie to nie obchodziło. Miałem jej dość. Chciałem, żeby sobie poszła. Ale dokąd miała pójść? Chciałem jej powiedzieć, że jestem zmęczony i że idę spać; że mogę użyczyć jej wersalki; gdy nagle, jakby czytając w moich myślach, powiedziała:

‒ Chyba mnie stąd nie wyrzucisz na deszcz? Jest mi zimno. Idę się wykąpać. Daj mi ręcznik.

Znów oniemiałem. Wyciągnąłem czysty ręcznik z szafki i zmęczenie pożegnało się ze mną.

Słyszałem szum wody. Mógłbym przysiąc, że słyszałem nawet mydło ocierające się o jej nagie ciało. I jej głos. I nagle dotarło do mnie, że rzeczywiście woła mnie od jakiegoś czasu. I nagle dotarło do mnie, że woła mnie po imieniu.

‒ Tak? ‒ odkrzyknąłem przez drzwi.

Zakręciła wodę.

‒ Daj mi jakiś podkoszulek.

‒ Oki ‒ odpowiedziałem mechanicznie.

Zacząłem się bać… Ja bać…? Bać kobiety…? Ta sytuacja…, nie chciałem jej i chciałem zarazem. Co mogłem zrobić?

Znalazłem podkoszulek i zapukałem do drzwi łazienki.

‒ No, właź ‒ usłyszałem w odpowiedzi.

Uchyliłem drzwi i włożyłem do wewnątrz rękę.

‒ Nie wygłupiaj się. No, właź. Jestem w ręczniku.

Czułem się jak głupek. To ja miałem być myśliwym. To ona miała być ofiarą. To ja miałem ją mieć… Ona miała mnie i nie wiedziałem, czy o to mi chodziło. Dalej nie wiedziałem.

Wypiliśmy to wino, otworzyłem wódkę z barku. Poczułem się pewniej. A ona, parująca w moich myślach, odpoczywała z głową wtopioną w oparcie fotela i ze szklanką w ręku.

‒ No i co, Kasiu, Aniu czy jakaśtam Izo? ‒ poczułem moc! I nagle przypomniałem sobie, że ona wie, jak mam na imię.

‒ No i co, Krzysiu?

‒ Skąd znasz… ‒ Chciałem dokończyć, ale jej język był już w moich ustach. Opadłem na łóżko. Siedziała na mnie. Czułem kajdany jej nagich nóg na moich biodrach.

‒ Karolina ‒ powiedziała mi do ucha, gdy ze mną skończyła.

‒ Karolina ‒ wyszeptałem, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówię.

I wtedy ona dostała szału. Podniosła się. Siedziała na mnie i patrzyła prawie z nienawiścią.

‒ Karolina ‒ powtórzyłem niepewnie i zaczęło do mnie docierać.

Dwa lata temu. Impreza u Maćka. Piękna dziewczyna, a z nią jakiśtam ktoś. Chciałem jej, pragnąłem, musiałem ją mieć. On leżał nieprzytomny, ja ją motałem. Mówiłem wszystko, co chciała usłyszeć. Ona też mnie pragnęła, czułem to. Ale nie była łatwa. Dlaczego powiedziałem Maćkowi? Dlaczego ją spił? Dlaczego jakiśtam ktoś się obudził? Dlaczego to była Karolina?

I wtedy usłyszałem klucz w zamku. Czy akurat dziś postanowiła do mnie wrócić?

Próbowałem się wyrwać spod ciężkich ud Karoliny, ale miałem wrażenie, że ta kobieta potraktowała mnie paralizatorem…

Do pokoju weszła moja żona.

‒ Cześć Asiu ‒ powiedziała Karolina, schodząc ze mnie z uśmiechem zwycięzcy. ‒ A nie mówiłam…?

0 thoughts on “Ofiara

  1. Od początku do końca przewrotne, co uważam za wielki plus tego opowiadania. Trochę brakowało mi dokładniejszych opisów i jaśniejszego wyjaśnienia sytuacji na końcu, ale mimo to całość ogólnie robi pozytywne wrażenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *