Z Pamietnika Poststudenta

Z Pamiętnika Poststudenta

Koniec drugiego semestru zbliża się niemiłosiernie. Pierwsze wielkie projekty za pasem. Wykładowcy już ostrzą sobie widły, żeby wetknąć je studentom do tyłka najgłębiej jak się da. Podlegający im Żakowie poza tradycyjnymi metodami walki o dobre noty w indeksie, łapią się każdej znanej sztuczki, żeby przetrwać okres umysłowego spustoszenia. Ściągi, kubły kawy wymieszanej z Red Bullem czy serie króliczych łapek przy pasie mają zwiększyć szanse na zaliczenie przedmiotów najmniej lubianych. Nie oszukujmy się – tu nie pomoże głębszy dekolt czy śnieżnobiały uśmiech (silny uścisk dłoni na udzie). Trzeba zakasać rękawy i modlić się do Boga – jaki by on nie był – o wytrwałość.

Moja grupa postawiła na siebie i wygrała z profesorskim gronem. 8-mio tygodniowy projekt z zarządzania zasiał ziarno niepokoju w 5 dziewczęcych duszach. Realia zakładania naszej ‘fikcyjnej’ firmy nas zaskoczyły. Spodziewałyśmy się, że będzie to długa droga, ale tak poobcieranych siedzeń nikt nie przewidział. Analiza starych planów biznesowych czy dostępnych szablonów to łatwa i przyjemna część ścieżki. Nasi poprzednicy albo się nie wysilali albo robili coś kompletnie niepodobnego – czytaj: nieprzydatnego – dla rozwoju naszego pomysłu. Porównywałyśmy liczby, układy, zawartości rożnych sekcji. Później przyszedł czas na etap praktyczny czyli na zabawę na poligonie. Trudno się zdobywa wycenę ubezpieczenia, jeśli nie możesz zaprosić agenta do ‘swojego’ budynku / biura. Robi się śmieszniej, gdy żądają od Ciebie listy szczegółów, a Ty możesz im udzielić tylko 2/3 odpowiedzi. I tu następuje niezręczna cisza i grzeczne pożegnanie w słuchawce. Chcąc, niechcący zagryzło się zęby, postawiło włosy na żel i poszło w boj. Sprawdzałyśmy wszystko. Zestawiałyśmy cenniki i programy podobnych ośrodków jak nasz, by zbudować fundamenty. Ustaliłyśmy nasze cele i wizje… W końcu trzeba wiedzieć, gdzie się idzie… Nie byłyśmy optymistami w naszych przewidywaniach. Praca była kolorowa, ale nie podejście do jej napisania. Może i na prezentacji 4 miały sukienki, ale pod nimi leżakowały twarde jaja. Szukałyśmy granicy opłacalności, dobrego PR, tanich źródeł reklamy i efektywnego sposobu adresowania naszych usług. Ze sztuka jest ciężko… Zwłaszcza jeśli jest duża konkurencja w okolicy. Żadnej nie marzyło się mieszkanie w kartonowych pudle przy głównej stacji kolejowej – nie ma jak motywacja… I tak grosik do grosika i zebrała się miarka w postaci 45 stronicowego dokumentu ze świetnym logo i artystycznym posmakiem. Gdy jako pierwsze prezentowałyśmy naszą pracę, stawiłyśmy czoło ludziom nieprzekonanym lub kompletnie wątpiącym. I się obroniłyśmy. I uczciłyśmy to zdrowo… I  odchorowałyśmy…

Teraz zostało napisać jedynie parę esejów i prace magisterska… Ale będzie się działo…. Mam nadzieje, bo inaczej lezę…. Pozdrowienia dla braci i sióstr uwikłanych w studenckie życie J

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *