Wolnymi

– Jesteśmy w końcu wolnymi ludźmi – powiedziała, uśmiechając się zaczepnie.

– Kwestia definicji – odparłem. Uśmiechnęła się nieco szerzej.

– Pan tradycjonalista.

Obrzuciłem ją leniwym spojrzeniem, taksując jej ciało jak rasowy barowy podrywacz. Miała na imię Iza, choć równie dobrze mogła być Olą, Elą albo Martą. Mogła nawet nazwać się Jolantą Kwaśniewską, na potrzeby naszej rozmowy dobre byłoby i to. Nie pokazała mi swojego dowodu, musiało wystarczyć mi jej słowo. Czyli niewiele. W jej ustach słowa nie ważyły prawie nic, ot fale powietrza, mikrodrżenia niosące strzępki informacji.

– Z automatu rzuciłem. Dla większości kobiet jednak stanowiłoby to przeszkodę. Nie żeby przeszkodę nie od usunięcia, ale zawsze – zacząłem się tłumaczyć. Kąciki jej ledwo muśniętych różową szminką ust oddaliły się od siebie o kolejne milimetry.

– Nie jestem większością kobiet.

– A kim jesteś?

Wzięła łyk swojego czerwonego martini z lodem i plasterkiem cytryny.

– Co chcesz usłyszeć? – zapytała, odstawiając kieliszek.

– Prawdę.

– Prawdę? – chwyciła wątek i zgrabnie wyplątała z niego interesującą ją nitkę. – Ludzie ciągle przeceniają prawdę. Byłam kiedyś z tym facetem, Marek mu było, półtora roku. Nawet razem zamieszkaliśmy. W każdym razie pewnej nocy przyszedł do łóżka z podkulonym ogonem. Wiedziałam od razu, co chce z siebie wydusić. „Przespałem się z Beatą”, wydusił wreszcie. A ja go zapytałam, dlaczego mi się przyznał. „Bo chciałem, żebyś znała prawdę, nie mogłem cię okłamywać.” „Czemu nie? Żylibyśmy sobie dalej spokojnie, trzy razy w tygodniu trochę gimnastyki przed snem i tak słodko aż do emerytury” – opowiadała, w odpowiednich momentach imitując tubalny głos swojego byłego.

– Naprawdę w to wierzysz?

W co ja wierzę, to jest nieistotne.

– Ale zerwałaś z nim.

– Ale nie dlatego, że się przespał z moją best frend.

– Zgubiłaś mnie.

– Wiedziałam, że się z nią pieprzył. Nie jestem głupia. I to na mnie większego wrażenia nie zrobiło. Jeśli połączysz wódkę, wolną chatę i duże cycki to na pewno nie wyjdzie ci scenariusz na kolejny odcinek „Bolka i Lolka”. Spoko. Jesteśmy wolnymi ludźmi. Zgoda. Ale rzucanie tym gównem prosto w twarz już nie jest w porządku. Smród zostaje z tobą na długo.

Obciągnęła zielonkawy sweter, poprawiając przy okazji spódnicę. Swoją nadwagę nosiła z godnością graniczącą z perwersyjną dumą. Czarne włosy, upchane za uszami połyskiwały metalicznie w mdłym oświetleniu knajpy.

– Znaczy: zdradzaj i okłamuj, a będę twoja – rzuciłem zaczepnie.

– Spójrz na to z tej strony: za parę godzin wyjdziemy z tego baru, każde w swoją stronę i przypuszczalnie już się więcej nie zobaczymy. I teraz są dwie możliwości: naopowiadam ci co mi wyobraźnia podpowie, ułożę na poczekaniu piękną historyjkę, taką że ci oczy zaczną się świecić. Podreptasz do domu i kto wie, może przed zaśnięciem zwalisz konia myśląc o tej niesamowitej kobiecie, którą przypadkiem poznałeś w pubie. Albo: wbiję ci w mózg tę twoją cenną prawdę, natłukę ci łeb kupą nudnych bzdur i jutro nawet nie będziesz o mnie pamiętał.

– Wypróbuj mnie. Jestem wytrzymały.

– Okej. Robię doktorat.

– Z czego?

– Public relations.

– Nie wiedziałem, że z tego można zrobić doktorat.

– Zdziwiłbyś się, z czego można. Moja specjalność to komunikacja masowa.

– Teraz rozumiem, skąd twoje ciekawe podejście do prawdy.

– Praktyczne. Tak bym to nazwała. Ekonomiczne.

– Kupię-sprzedam-zamienię?

– Raczej: zaoszczędzę na lepsze czasy. Ludzie wcale nie chcą prawdy, całej prawdy i tylko prawdy. Co by to było za życie? Rakotwórcze żarcie, zatrute powietrze, skorumpowany rząd i do tego chujowa pogoda. Wstajesz rano, odlewasz się, myjesz zęby i przez radio słyszysz taką właśnie litanię.

– Nic tylko przy goleniu poderżnąć sobie gardło.

– Chyba zaczynasz chwytać. Zamiast tego o wiele lepiej jest usłyszeć: w związku z nieprawidłowościami wykrytymi w niektórych rzeźniach Komisja Europejska postanowiła zaostrzyć rygory sanitarne, w porównaniu z rokiem 1983 powietrze na Górnym Śląsku zawiera o czterdzieści procent mniej metali ciężkich, koalicja oczyściła swoje szeregi z czarnych owiec, a opady są tylko przelotne.

– A jeśli nie są?

– Są. Jak to zgrabnie ująłeś: kwestia definicji.

W tle zmieniła się melodia. Z rzewnej ballady na pędzący dziarsko do przodu kawałek techno. Iza skrzywiła się i pociągnęła ze swojego kieliszka.

– Całe szczęście, że w domu mam stos kompaktów ze starym, dobrym rockiem – rzuciłem w bliżej nieokreślonym kierunku.

– Adam – zwróciła się do mnie z miną poważną, ale oglądając moją twarz przez opróżnione do połowy szkło (tak! Jestem z tych!). – Ty i ja nie pójdziemy razem do łóżka. Mam dosyć facetów traktujących mnie jak pierdolony Giewont. Taternicy, niech ich cholera.

– Wierz lub nie, ale ja wcale nie chcę się z tobą przespać. Skąd ten pomysł? Nie jesteś nawet w moim typie – burknąłem, trochę rozeźlony jej tonem.

– Nie? To czemu się do mnie przysiadłeś? Pewnie zobaczyłeś mnie, pomyślałeś: brunetka! Wreszcie okazja na inteligentną konwersację! Trzeba to wykorzystać!

– Nie. Pomyślałem: ciasno tu dzisiaj. Ona siedzi sama przy dużym stoliku, może pozwoli mi się przysiąść i w spokoju wypić szklankę piwa.

– Ciekawe, ile rybek złowiłeś już na ten tekst.

– Nie łowię ryb. Nie mam do tego cierpliwości. Wolę robić swoje i poczekać aż one same zaczną polować.

– W ten sposób możesz nadziać się na rekina.

– Ciągle mam tę nadzieję – powiedziałem i wstałem od stolika. – Przepraszam na chwilę, ale muszę odlać.

Skrzywiła się i kciukiem prawej dłoni potarła skroń.

– To odrobina więcej niż chciałam wiedzieć. Ale baw się dobrze.

W kiblu ochlapałem twarz zimną wodą i spojrzałem w lustro. Odbite w nim przekrwione, niebieskie oczy krzyczały, że czas zbierać manatki i iść do domu, jutro lekcje zaczynają się o ósmej, a dyrektor już od dawna patrzy na mnie dziwnie i tylko czeka, żeby mi dowalić przy wszystkich. Jak tu jednak odejść, kiedy ona tam siedzi i popija trzecie martini, pieprząc z zawodową swadą na każdy temat?

– I jak było? – zapytała, kiedy wygramoliłem się z wyłożonego białą terakotą przybytku. – Zamówiłam ci następnego Lecha.

– Ulżyłem sobie, dzięki. I dzięki za piwo.

– Nie ma za co. Ty płacisz.

– Coś czuję, że zostawię tutaj połowę mojej nauczycielskiej jałmużny – mruknąłem.

– Jesteś nauczycielem? – zawołała z zaskoczeniem w zachrypniętym głosie. – Nie wyglądasz.

– A jak powinien wyglądać nauczyciel?

– Na początek powinien… – zapatrzyła się w sufit, szukając właściwego słowa. – Rozpościerać wokół siebie aurę mądrości.

– Jaja sobie robisz?

– A co ci podpowiada twoja nauczycielska intuicja?

– Że zaraz pójdziesz do kąta.

– Nie obiecuj – zaśmiała się. – Czego uczysz?

– A co ci podpowiada twoja pi-arowska intuicja? – odbiłem piłeczkę.

Westchnęła, udając niezwykły wysiłek umysłowy. Łysina faceta siedzącego przy stoliku obok (i karmiącego swoją wybrankę frytkami z keczupem) połyskiwała na czerwono; ogarnęło mnie przeczucie, że łysy lada moment odwróci się do nas, trzymając w ociekającej tłuszczem ręce gnata.

– Powiedziałabym, że historii – Iza z powrotem znalazła się w centrum mojej uwagi.

– Ooo! Nie dość, że wybitna pi-arownica, to jeszcze utalentowany odgadywacz ludzkich zawodów.

– Trafiłam? – zdziwiła się, szeroko otwierając usta.

– Nie, ale chciałem zobaczyć twoją minę, kiedy ci to powiem. Przy okazji: lewa dolna piątka nadaje się do naprawy.

– Świnia.

– Wiem, wiem. To, że wszyscy faceci to świnie, było pierwszą rzeczą, jakiej nauczyłem się w liceum. Czasami wydaje mi się, że jedyną.

– Przyznasz się w końcu, czego uczysz? Czy to dla ciebie zbyt wstydliwe…

– Angielskiego. Państwowo, prywatnie, w grupach i pojedynczo.

– Ciekawe.

– Nie bardzo. W klasach, które uczę, rzadko wychodzimy poza „to be” i „fuck you”. To im idzie świetnie. Nadają jak nejtiwi.

Zamyśliła się. Postanowiłem wykorzystać sytuację i wepchnąć pytanie, które od dobrych piętnastu minut dusiło się w moim gardle.

– Ile masz lat? – wystrzeliłem i zaraz dodałem: – Tylko nie odpowiadaj: a na ile wyglądam, bo wyglądasz na osiemnaście.

Komplement, choć nieszczery, przypadł jej do gustu.

– Dwadzieścia dziewięć. W październiku będzie trzydzieści.

– Zmiana kodu, trójka z przodu, co? – rzuciłem wesoło. – Ja mam jeszcze cztery lata.

– Zmienimy temat? – zaproponowała tonem nie znoszącym sprzeciwu.

– W porządku. Ty tu nosisz stanik.

Na jej ustach błysnął uśmiech. Trudno powiedzieć, czy to była radość z kiełkującego w jej głowie sposobu na sprowadzenie mnie do parteru, czy pochwała mojego marnego dowcipu.

– Jak ci się układa życie bez kuli u nogi? – zapytała.

– Po pierwsze lżej się spaceruje. No i podskoczyć można od czasu do czasu.

– Często podskakujesz?

– Na tyle, na ile pozwalają warunki.

– Warunki… kasa? Czas?

– Głównie szczęście. Znasz to powiedzenie: poszczęściło mu się. Czasem i mi się poszczęści.

– Wpadniesz w jakimś barze na jakąś podpitą blondynkę z luźną gumką od majtek, takie tam?

– Kiedy naprawdę sprzyjają mi bogowie, to i w ogóle bez majtek.

– A często ci sprzyjają? – drążyła z nieukrywaną przyjemnością. Wiedziała, że za fasadą nie kryło się zbyt wiele.

– Nie narzekam – uciąłem z cichą nadzieją, że na tym poprzestanie.

– I jak to wygląda? – ciekawość Izy zdawała się rosnąć w miarę zaspokajania. – Zapraszasz ją do siebie? Zawozisz do swojego przytulnego mieszkanka, w progu zdzierasz z niej resztki ubrania i zaciągasz na nie posłane od rana łóżko? Chce ci się bawić w grę wstępną? Ona jest już w zasadzie twoja, odpakowana, gotowa do konsumpcji. Nogi same się rozjeżdżają…

– Jakbyś tam była. Tyle, że wolę po iść do jej mieszkania. Zawsze można uciec, kiedy jest już po wszystkim i nie ma za bardzo o czym rozmawiać. Ze swojego domu głupio byłoby wiać, a na dodatek istnieje niebezpieczeństwo, że ona chciałaby zostać. Rano sytuacja mogłaby być niezręczna.

Nie spodziewała się, że zagram aż tak ostro. Dopiła wino i zamówiła następne, tym razem białe. Przyglądałem się jej z ciekawością dziecka, które wrzuciło do miksera kolekcję plastikowych żołnierzyków i właśnie nacisnęło włącznik.

– Co się tak gapisz? – burknęła, odbierając od kelnerki świeży kieliszek.

– Zastanawiam się. Wiemy już, co ja tu robię. A ty? Jaka jest twoja wymówka?

– To był ciężki dzień, chciałam się trochę zrelaksować – odparła wymijająco.

– Ciekawe, jak wygląda ciężki dzień pi-arowca.

– Stres, nerwy, bieganina, kłótnie. Takie tam.

– I za każdym razem biegniesz tutaj i popijasz z nieznajomymi?

– Z nieznajomymi jest łatwiej.

– Możesz naściemniać, ile wlezie i się w tym nie pokapują?

– To też. Ale dla mnie najważniejsze jest to, że mogę usłyszeć coś nowego, a nie ciągle to samo gówno. Rzygać mi się czasami chce, jak tego słucham. Pieprzą o pracy, polityce i o tym, że ich durne kochanki ich nie rozumieją. Kogo to obchodzi?

– A tutaj na co liczysz? Że wejdzie jakiś supermen, genialny, przystojny, zabawny, oryginalny; zobaczy ciebie zapłonie uczuciem i energicznie przystąpi  do zdobywania twoich względów?

– Nie miałabym nic przeciwko – powiedziała, jej głos lekko drżący.

– Pewnie, że nie. A tymczasem odganiasz się od dupków, tych twoich zapalonych taterników i pracujesz na marskość wątroby.

– Moja wątroba, moja sprawa – prychnęła i nagle spochmurniała. – Mój ojciec umarł na marskość wątroby.

– Chcesz pójść w ślady tatusia? – piwo nieco pogrubiło moją skórę. – Masz spore szanse.

– Co ty wiesz? Kurwa, co ty wiesz? – warknęła i zamoczyła usta.

– Tyle, co zjem.

– Żeby.

– Ale niektóre rzeczy widzę.

– Jest na to sposób. Nie patrz.

– Czemu mam nie patrzeć?

Zastanowiła się.

– Nieświadomość bywa lepsza.

– Jak dla kogo. Mój stary zawsze powtarza, że od ignorancji gorsza jest tylko śmierć.

– Wiedzą jeszcze się nikt nie najadł.

– Przypuśćmy, że masz raka. Nie wiesz o tym, ale go masz. Jest on sobie gdzieś w twoim brzuchu i spokojnie rośnie. Wolisz o tym wiedzieć, czy nie?

– Okej, okej. Ale z tym przykładem przesadziłeś. Drobny problem osobisty to nie to samo, co śmiertelna choroba. Z braku faceta się nie umiera.

Spojrzałem na zegarek. Dochodziło wpół do pierwszej.

– W końcu przyznałaś, że brakuje ci faceta – powiedziałem tryumfalnie.

– Wcale nie! – zaprotestowała. – No… w każdym razie…

Alkohol zdawał się wreszcie na nią działać. Jej wymowa ucierpiała najbardziej, z trudem wydobywała z siebie co trudniejsze spółgłoski. A i gardę trochę opuściła.

– To nie jest powód do wstydu… – zapewniłem ją, widząc, jak szybko zmierza w otchłań pijanej rozpaczy. – Pamiętasz tę piosenkę? „Everybody needs somebody sometimes…” – zanuciłem.

Uśmiechnęła się nieznacznie.

– Tylko nie śpiewaj, proszę cię, wiele zniosę, ale nie to.

Znowu była na powierzchni. Trochę jednak inna, zamyślona, patrząca w głąb siebie.

– Dobrze. Obiecuję.

– Dzięki. Kończysz już? – zapytała, wskazując na moją szklankę.

– Tak. Kiedyś trzeba. Jutro rano do pracy…

– Ja też.

Zrobiliśmy to jednocześnie, ja z moim piwem, ona ze swoim winem. Dopiliśmy, co mieliśmy i podnieśliśmy się z naszych miejsc.

Na zewnątrz wyciągnęła do mnie dłoń.

– Było miło. Mimo wszystko.

– Mi też. Trzymaj się.

Odwróciła się i chwiejnym krokiem dotarła do swojego samochodu, srebrnego seata. Usłyszałem dźwięk wyłączanego alarmu i trzask otwierającego się zamka centralnego. Po chwili już jej nie było.

Nie wymieniliśmy telefonów, żadne z nas nie miało na to ochoty. Ta znajomość nie miała przyszłości, nie przy tym stanie naszych głów.

Obłoczek spalin, który po sobie zostawiła, szybko się rozwiał. Nie zastanawiając się wiele, poszedłem do swojej corsy i odjechałem.

Nigdy więcej jej nie spotkałem.

(marzec – czerwiec 2005)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *