Z nawiązką

Niebo nad Ahanią mieniło się wszystkimi odcieniami błękitu. Białe, leniwe chmury zasłaniały część horyzontu, w swoich odmętach ukrywając popołudniowe słońce.
Raphael wsłuchiwał się w kojący szum wody, swobodnym krokiem spacerując po rozległym dystrykcie ogrodów i parków zwanym Allamanda. Ten niezwykły, zielony zakątek powstał tuż obok Anielskiej Kliniki Medycznej w dolinie rzeki Gichon – jednej z czterech głównych rzek Emanacji.

W mniemaniu lady Pistis Sophii, poprzedniego kierownika kliniki, przyroda zbawiennie wpływa na samopoczucie chorych. Obecność bujnej roślinności, zwłaszcza kwitnących drzew i kwiatów, pomaga się zrelaksować i uspokoić rozkołatane nerwy, w większości wypadków leżące u podstaw anielskich chorób. Raphael nie do końca zgadzał się z koncepcją swojej mentorki, ale skoro już przejął po niej nadzór nad lecznicą i Akademią Medyczną, a co za tym idzie również nad Allamandą, nie zamierzał ot tak po prostu zasypać ogrodów piachem! Od patrzenia na kwiatki jeszcze nikt nie wyzdrowiał, lecz po co miałby marnować trud i pracę ogrodników? Szczególnie nie cierpiał marnotrawstwa. Jego zdaniem jeśli się naprawdę chce, ze wszystkiego można zrobić pożytek.
A Raphael chciał zagospodarować Allamandę i zrobił to w dość przewrotny sposób. Pozwolił bowiem, żeby w ahańskich ogrodach zamieszkały gryfy. Ich emanacyjna odmiana znacznie różniła się od przerażających, zoańskich krzyżówek ptaków z lwami. Były to po prostu lwy z różnokolorowymi skrzydłami i chociaż słynęły ze swojego przyjaznego usposobienia, urządzano na nie okrutne polowania z powodu ich upodobania do spożywania mięsa innych zwierząt, zwłaszcza pegazów, albo co gorsza serafińskich jednorożców. Pegazy służyły jako główne środki lokomocji w Emanacji i z tego powodu były szczególnie chronione kosztem swoich oprawców.
Pewnego razu w dość tragicznych okolicznościach Raphael zawarł znajomość z jednym gryfem i dowiedział się jaka jest prawdziwa natura tych zwierząt. Od tej pory zajął się ich hodowlą i szkoleniem, tak żeby mógł korzystać z ich pomocy w medycznej pracy. Przede wszystkim służyły mu jako przewoźnicy – kazał zaprzęgać je do powozów, którymi transportowano pacjentów do kliniki.
Jednakże cenił gryfy z jeszcze jednego powodu. Otwarte, pocieszne usposobienie tych przerośniętych kotów sprawiało, że w ich towarzystwie od razu poprawiał mu się humor. Czasami także do złudzenia przypominały mu pewną osobę… Starał się o niej dzisiaj w ogóle nie myśleć, ale podobnie jak wczoraj i przedwczoraj i przed przedwczoraj skutek tego postanowienia był niezwykle marny. Rozważał jednak, czy chociaż nie pogratulować sobie intencji?
Westchnął cicho swoim zwyczajem mrużąc oczy. Do jego nozdrzy doszedł subtelny zapach magnolii. Krótką chwilę admirował bladoróżowy kolor jej rozłożystych kwiatów, wspominając dotychczasowy przebieg dnia. Rano jak zwykle został zmuszony do zjedzenia obfitego śniadania przez swoją urodziwą asystentkę – żywiołową Sylvię. Twierdziła, że nadmiar obowiązków pozbawia go należytej ilości jedzenia. Rozkwilała się nad nim, jak nad małym dzieckiem, lecz podejrzanie łatwo wybaczał jej nadmierną troskliwość. Jakże mogło być inaczej, skoro gotowała tak wyborne jedzenie?! Odkąd wziął ją pod swoje skrzydła nigdy nie zdarzyło mu się głodować przez cały dzień. Nawet gdy Sylvia zajęta dodatkową pracą, nie dała rady przynieść mu obiad do kliniki, Raphael – wręcz niemożliwy pracoholik, dobrowolnie robił sobie przerwę i wracał do domu rozkoszować się sztuką kulinarną swojej podopiecznej.
Po śniadaniu Sylvia zdała mu relację ze wszystkich nowych plotek. Była doskonale obeznana kto z kim zerwał, a kto się związał, który pacjent jest najbardziej nieznośny, który lekarz załatwia lewe zwolnienia, a który student w Akademii sprawia najwięcej problemów, lub zbiera najwięcej pochwał. Jednym słowem była jego głównym źródłem informacji o Ahanii – południowym rejonie Emanacji, którym notabene zarządzał jako jeden z ministrów i archaniołów palatyna Metatrona. Oczywiście, zdawał sobie sprawę, że powinien bardziej interesować się rozwojem wypadków i towarzyskich stosunków w swojej strefie. Niestety całkowicie pochłaniała go praca oraz już od dość długiego czasu generał Anielskiej Armii Michael – gryf w anielskiej postaci i to w postaci całkiem przystojnej…
„Wróć! – skarcił się w myśli – Miałeś o nim nie wspominać!”
Siłą woli pozostawił coraz bardziej erotyczne rozważania na temat wyglądu Michaela i przeniósł się do kolejnego etapu swojego dnia: obchodu po klinice. Jako jej kierownik i równocześnie główny lekarz odpowiadał za uzdrawianie najpoważniej chorych i rannych pacjentów. Był bowiem obdarzony unikatowym talentem do magii leczniczej. Efektywnie przyspieszał gojenie się ran, wzmacniał naturalną odporność organizmu, lub powstrzymywał wewnętrzne procesy chorobowe. Odnosił najlepsze rezultaty, gdy jego magię wspierały środki tradycyjne: leki i opatrunki. Jeszcze mu się nie zdarzyło, żeby pacjent powierzony jego opiece zmarł.
Obchód zajął mu niecałe trzy godziny, akurat tyle, żeby zdążyć na wygłoszenie wykładu dla studentów z praktycznego użycia magii leczniczej w Anielskiej Akademii Medycznej. Zawsze czuł się skrępowany publicznymi wystąpieniami i może to powodowało, że studentom wydawał się bardziej chłodny i zdystansowany, niż był w rzeczywistości. Budził przez to respekt i wręcz paniczny strach. Bardzo nad tym ubolewał, bo nauczanie sprawiało mu dużo satysfakcji. Lubił też swoich studentów, w większości błyskotliwych i zdolnych. Tylko tacy kwalifikowali się na zajęcia z genialnym lekarzem Raphaelem. „Taa… Jasne! – skrzywił się w duchu – Żeby ten genialny lekarz nie był przy tym tak małomówną i nieśmiałą ofiarą losu!”
Nawiązywanie przyjaznych kontaktów najlepiej wychodziło mu z gryfami, bo w ich towarzystwie nie musiał w popłochu szukać w głowie stosownych słów, które i tak wypowiedziane brzmiały nieprzekonywująco i jakby kłamliwie, cynicznie… Nienawidził słów, nienawidził ich wieloznaczności, albo też braku żadnego znaczenia. Z powodu słów rodziły się kłamstwa, z powodu słów rodziło się cierpienie… Dlatego starał się mówić tylko tyle, ile wymagała od niego sytuacja. Zazwyczaj jednak wybierał milczenie. Wywoływał tym błędne wrażenie, że jest oschły, wyrachowany i arogancki. Wiele osób twierdziło, że czuje się lepszy od innych, gardzi nimi, a co więcej upokarza wymowną ciszą.
Istne przekleństwo! Gdyby tylko potrafił okazywać swoje prawdziwe uczucia, wzbudzać zaufanie i sympatię! Wtedy na pewno otaczałby go krąg oddanych przyjaciół, żadna uroczystość, czy przyjęcie nie odbyłyby się bez jego obecności!
Tak, jak działo się w przypadku Michaela…
Jakże on mu tego zazdrości!
Przynajmniej do momentu, kiedy przypomni sobie, że przecież nie cierpi uroczystości i przyjęć, źle czuje się w centrum uwagi i pomimo swojego odpychającego charakteru także ma przyjaciół. Niewielu, ale jednak ma. Wszakże nie ilość się liczy, a jakość!
Uśmiechnął się do siebie, rozbawiony własną infantylnością. Pozostawił rozkwitającą magnolię i ruszył wydeptaną ścieżką w stronę wodnych tarasów tworzących się na zakręcie rzeki. Wciąż słyszał jej nęcący pomruk i zapragnął usadowić się na brzegu, wcześniej przywoławszy Leo, jego osobistego gryfa, tego od którego rozpoczął swoją znajomość z owymi rozbrajającymi drapieżnikami. Nie było mu jednak dane dotrzeć do rzeki. Nagle gwałtownie się zatrzymał, jak wrośnięty w ziemię.
Zamrugał, nie dowierzając własnym oczom.
Archanioł Michael leżał na trawie pod niskim bukiem w otoczeniu kwitnących orchidei. Miał na sobie biały mundur Głównodowodzącego Anielskiej Armii, co upewniło go, że pewnie przybył do Ahanii zaraz po jakimś oficjalnym spotkaniu u palatyna. Tylko wtedy ubierał mundur.
Raphael dostrzegł także małego gryfa, który wdrapał się na jego pierś i wygodnie na niej ułożył do popołudniowej drzemki. Lewą dłoń Michael podłożył sobie pod głowę, a prawą leniwie pieścił futerko na wyprężonych plecach skrzydlatego kota. Cień drzewa skrywał jego twarz.
Medyk nie wiedział co ze sobą począć! Był mocno zaintrygowany, dlaczego Mika nie pokazywał się w Ahanii aż przez dwa tygodnie. Owszem, ostatnim razem kiedy się spotkali, był dla niego wyjątkowo niemiły, lecz generał nigdy się tym nie zrażał. Wcześniej prawie codziennie u niego przesiadywał, próbując zdobyć jego przychylność i przez swoje natręctwo odwodził od pracy i obowiązków. Na początku Raph ogromnie się na niego wściekał, ale teraz… Teraz wiele by dał, żeby znaleźć się na miejscu tego gryfa!
„No podejdź do niego! Już! Jak będziesz tak stał, jak kołek to na pewno nic z tego nie wyniknie! – wściekał się na siebie, lecz nie potrafił nawet ruszyć palcem.
Ogarnęła go kompletna niemoc. Nie wiedział ile tak stał, maślanym wzrokiem wpatrując się w Michaela, który w końcu sam go zauważył i podniósł się na łokciach. Oburzony gryf wbił pazury w materiał jego marynarki, żeby nie spaść.
Dopiero wtedy Raphael zauważył, że prawa część jego twarzy jest cała skąpana we krwi. Odezwał się w nim lekarski instynkt o wiele silniejszy od paraliżującej nieśmiałości. Natychmiast pokonał odległość dzielącą go od Miki i odnotował, że to jego prawe oko tak mocno krwawi.
Jego cudowne, turkusowe oko! O, nie!
Na szczęście lewe wpatrywało się w Rapha ze zwykłą, wścibską ciekawością i zadziornym błyskiem wiecznego zadowolenia.
Ten facet był zadowolony nawet z poważnie zranionym okiem!
„Litości!” – jęknął.

MikRaph

***

Przyklęknął obok Miki i strąciwszy z niego gryfa, ujął jego twarz w dłonie. Generał nie protestował. Nagle jego oblicze całkiem zmieniło wyraz. Odbiło się na nim autentyczne cierpienie. Dłuższą chwilę niż wypadło, Raphael przyglądał się jego ustom. Górna warga o kuszącym, sercowatym kształcie była wyraźnie zarysowana, a dolna pełniejsza, o wiele większa od górnej. Absolutnie uwielbiał jego usta. Stanowiły stały element jego adoracji i nawet w tej chwili ogarnęła go nieprzemożna ochota, żeby złożyć na nich pocałunek. Szybko się jednak otrząsnął i skoncentrował na obrażeniu.
Michael kurczowo zaciskał powiekę, ale sądząc z obfitego krwawienia była to rana drążąca gałki ocznej: czyli zadana nożem, lub innym ostrym przedmiotem.
-Co ci się stało? – zapytał chłodnym, rzeczowym tonem specjalisty.
Mika daremnie próbował się uśmiechnąć. Najwyraźniej zabrakło mu sił, by nadal udawać brawurowego chojraka.
-Mój pegaz wjechał pod drzewo, jak się potem okazało – pod zbyt niskie drzewo…
-Gałęzie uderzyły cię w twarz i jedna trafiła w oko?
-Tak…
-Musisz je otworzyć.
-Cholernie boli…
-Otwórz. Jeśli będziesz tak mocno zaciskał powiekę, twój ból na pewno się nie zmniejszy!
Pokręcił głową, że w żadnym wypadku tego nie zrobi. Raphael cicho westchnął i położył dłoń na jego uszkodzonym oku. Chwilę koncentrował na nim swoją moc, badając rozmiar urazu i jego możliwe konsekwencje. Gałąź wbiła się w rogówkę, powodując jej powierzchniowy ubytek. Cytując książkę, z której wykłada anatomię: „Uraz niezwykle bolesny, ponieważ dochodzi do obnażenia zakończeń nerwowych”. W każdej ranie drążącej gałki ocznej rozwija się również stan zapalny naczyniówki, co w połączeniu z ubytkiem rogówki może doprowadzić do ciężkich powikłań.
Przesłał magiczny impuls łagodzący ból i cofnął dłoń. Była pobrudzona świeżą krwią Michaela. Ten widok wywołał jego gniew. Co za lekkomyślny kretyn z tego Miki, że zamiast od razu udać się po pomoc do pierwszego lepszego lekarza, zaczaił się na niego w Allamandzie, ryzykując pogorszenie swojego stanu i na pewno cierpiąc ogromny ból! I jeszcze gryfa sobie głaskał, jakby nigdy nic!
Kiedy złość mu nieco przeszła, doszedł do zaskakującego wniosku. „Aż tak chciał się ze mną zobaczyć? – pomyślał i przeszedł go mimowolny dreszcz podekscytowania – Niemożliwe!”
Spojrzał Michaelowi w twarz w poszukiwaniu emocji odzwierciedlających jego przypuszczenie, ale malowała się na niej jedynie ulga zmieszana z wdzięcznością. Czar znieczulający musiał odpowiednio zadziałać.
-I co? – Mika dłużej nie wytrzymał ciszy, w jego mniemaniu zapewne niezręcznej – Jaka jest twoja diagnoza?
-Muszę cię zabrać do mojego gabinetu. – odparł krótko i sądząc po jego zniecierpliwionej minie – niewystarczająco.
-Oświeć mnie, bo może się mylę! Czy profesjonalny lekarz nie powinien udzielić pacjentowi wylewnych informacji na temat stanu jego zdrowia? – w głosie generała zabrzmiała prowokująca ironia, a zdrowe oko wpatrywało się w Rapha z coraz bardziej wzrastającą urazą.
Zbyt szybko się zirytował. Nawet jak na niego. Raphael przygryzł wargę, próbując sobie przypomnieć, co takiego mu ostatnio powiedział, żeby go spławić. Nagle wydało mu się to niezwykle istotne.
-Dopóki nie otworzysz oka nie wiem tego na sto procent.
-Naprawdę? Ty? Taki wielki mag- uzdrowiciel? – zadrwił.
Raph nie wiedział jak ma na to zareagować, więc po prostu umilkł, odwracając wzrok na jego kasztanowe, sztywno sterczące włosy. Sięgały mu do końca karku i były wręcz nienaturalnie proste.
Kiedyś miały inny kolor. Rudy. Dokładnie ciemnowiśniowy. Michael przefarbował się po buncie i upadku swojego starszego brata, Lucyfera. Podobno chciał w ten sposób pozbyć się ich najbardziej charakterystycznego podobieństwa. Swego czasu Lucyfer i Michael byli jedynymi mężczyznami w Emanacji obdarzonymi rudymi włosami. W większości aniołowie są bowiem blondynami, bądź też brunetami. Może nie byłoby w tym aż takiej sensacji, gdyby nie fakt, że to demony słyną z płomiennych włosów…
Raphael zupełnie impulsywnie wsunął dłoń w jego nieposłuszne kosmyki i wyciągnął z nich zaplątany liść. Zaskoczony Mika nieufnie się od niego odsunął.
Wtedy wreszcie sobie przypomniał. Powiedział mu, że choćby przefarbował się na złoto nie przestanie być bratem Lucyfera. Ten komentarz doprowadził do dwóch tygodni ich rozłąki… Interesujące!
-Co robiłeś przez minione dwa tygodnie? – zapytał, kierując się czystą ciekawością.
-Nic z czego jestem dumny…
„Pewnie sprosił gości z całej Emanacji i pił do upadłego!”
Mika uśmiechnął się promiennie, odsłaniając białe zęby.
-Zauważyłeś, że mnie nie było?
„Oczywiście, idioto!”
-Oświeć mnie, bo może się mylę! Czy zawodowy żołnierz, do tego dowódca dumnej Anielskiej Armii nie powinien lepiej panować nad swoim rumakiem, żeby nie wjeżdżał pod zbyt niskie drzewa, narażając jeźdźca na utratę oka?
-Niesamowite, Raphaelu! W końcu nauczyłeś się tworzyć zdania złożone! Jestem pod wrażeniem!
„I to jest właśnie zasadnicza różnica między nami, kochanie. Na poczekaniu wymyślasz błyskotliwą ripostę, a ja w takich momentach potrafię jedynie zdobyć się na milczenie… Jeszcze jedno uwłaczające słowo, a zdejmę z ciebie czar uśmierzający ból!”
-Wstawaj. Zabieram cię do gabinetu. – jego głos był wypruty z wszelkich emocji, ale Michael nie dał się nabrać.
Pogodny uśmiech wciąż nie schodził mu z ust.
-Wjechałem pod drzewo, bo pozwoliłem mojemu pegazowi galopować jak mu się podoba i gdzie mu się podoba…
-Był ku temu jakiś konkretny powód, czy to zwykły przejaw twojej głupoty? – Raphael sam siebie zdziwił tą głośno wypowiedzianą złośliwością.
Zmieszał się, gotowy nawet przepraszać. Jeżeli Michael nie zważał na jazdę swojego rumaka, to pewnie oznaczało tylko jedno: wydarzyło się coś, co tak nim wstrząsnęło, że popadł w stan kompletnego zobojętnienia. Rzecz absolutnie niebywała! Nie zdążył się jednak odezwać, bo naburmuszony Mika wyrzucił z siebie jednym tchem:
-Właściwie nie wiem dlaczego akurat do ciebie przyjechałem! Wypadek zdarzył mi się po drodze, więc wiedz, że moje ranne oko nie jest powodem tych odwiedzin! Właściwie nie wiem też dlaczego w ogóle uparłem się, żeby zawrzeć z tobą bliższą znajomość! Nie lubisz mnie, ostatnio śmiertelnie mnie obraziłeś i teraz znowu to robisz. Nie umiem się zdecydować, kiedy jesteś gorszy: kiedy milczysz, czy kiedy coś mówisz!
-Ale skoro już przyjechałeś, zaliczając wszystkie gałęzie w okolicy, pozwól, że opatrzę ci oko. W końcu jestem lekarzem! – odpowiedział, zaciskając zęby, żeby nie dodać nic więcej.
Bał się, że któreś z targających nim uczuć wyrwie się na powierzchnię i Michael dowie się o nim czegoś, czego zdecydowanie nie powinien. Na przykład jak bardzo jest na niego wściekły za to, że tak mocno się myli i nie myli zarazem. Na przykład jak bardzo chciałby zrobić teraz niewybaczalne głupstwo: narazić jego wzrok na trwałe uszkodzenie, pozostawiając oko bez opatrunki i beztrosko popchnąć go na trawę, zmuszając, żeby się z nim kochał: długo i zapamiętale!
Zamiast tego wstał i otrzepał spodnie. Skonsternowany Michael obserwował go ze wzrastającą podejrzliwością.
-Chodź, Mika. – odchrząknął, unikając jego spojrzenia – choćby tylko jednego oka – Naprawdę trzeba zająć się tą raną. Chyba chcesz widzieć, prawda?
Posłuchał. Niespiesznie się podniósł, najpierw żegnając małego gryfa, który do tej pory bezskutecznie krążył wokół nich z wysoko podniesionym ogonem, rozpaczliwie próbując zwrócić na siebie ich uwagę.
Raphael od razu poczuł się nieswojo, gdy generał obok niego stanął. Był od niego wyższy co najmniej o głowę, miał szczupłą, smukłą sylwetkę, a przez obcisłą marynarkę od munduru odznaczały się mięśnie jego ramion i klatki piersiowej.
„Idealne ciało. Nienawidzę cię, Michael, przysięgam!”
-Niech ci będzie, doktorku. Prowadź!
***
Raphael się do niego nie odzywał. Jak zwykle doprowadził go tym do szału, ale zrezygnował z prawienia mu wymówek. I tak nie robiło to na nim żadnego wrażenia. Równie dobrze mógł mówić do ściany, albo nie odzywać się wcale, co właśnie uskuteczniał w praktyce.
Wytrzymał niecałe dziesięć minut.
-Jest dzisiaj wyjątkowo ciepło. – zaczął niezobowiązująco; uwodzicielski zapach białej magnolii unosił się w powietrzu, pozytywnie go nastrajając – Aż chce się leżeć na trawie i wygrzewać w słońcu!
Wydawało mu się, że Raph posłał mu przelotne spojrzenie spod rzęs, lecz gdy odwrócił twarz w jego stronę, znowu patrzył prosto przed siebie bez żadnego wyrazu.
-Będę widział, prawda? – zapytał z niepokojem, dotykając oka; wyczuł, że pod grubą warstwą zaschniętej krwi, powieka mocno mu napuchła.
-Powiem ci, gdy je dokładnie obejrzę.
-Weź mnie nie strasz! – odparł zadowolony, że w ogóle doczekał się jakiegoś odzewu – Nie mogę nie mieć jednego oka! Pewnie znacznie mnie to oszpeci!
Cisza.
-Prawda?
Złapał go za łokieć i zatrzymał. Raphael wciąż unikał jego wzroku, spoglądając gdzieś w bok, jakby nagle zainteresowała go kwitnąca wiśnia. Michael przyglądał się jego jasnej, delikatnej twarzy. Zawsze rozbrajały go nieco pucołowate policzki i prosty, mały nosek medyka.
-Patrz na mnie. – rozkazał, kładąc palec na zaokrąglonym końcu jego nosa.
Wrzosowe spojrzenie Raphaela wreszcie na nim spoczęło, a jego duże, opływowe usta wykrzywił grymas pogardliwego zniecierpliwienia.
-Tak, oszpeci cię. Zadowolony? Pospiesz się, bo zaraz czar znieczulenia przestanie działać!
-Czyli uważasz, że jestem przystojny? – drążył niezrażony chłodem emanującym od przyjaciela.
-Nie zamierzam wdawać się w twoją pokrętną logikę! – fuknął, jak oburzony gryf – Mam ci opatrzyć oko, czy nie?
Michael szeroko się uśmiechnął.
-Nie denerwuj się, Pucusiu! Złość piękności szkodzi! Albo nie. Denerwuj się! Stęskniłem się za twoją złością! Stęskniłem się za tobą!
Odpowiedziało mu milczenie. Lekko skośne, jasnofioletowe oczy Raphaela ponownie uciekły od jego spojrzenia.
-Mika, proszę cię. Chodźmy w końcu do mojego gabinetu!
-A ty ciągle o tym samym! – zezłościł się i puścił jego rękę – No to chodźmy, skoro i tak nie obchodzi cię, co mam ci do powiedzenia!
Ruszył pierwszy, lecz Raphael szybko go dogonił i przepraszająco uścisnął jego dłoń. Zrobił to tak szybko, że Michael nie zdążył w żaden sposób zareagować.
-Obchodzi, tylko najpierw chcę zająć się twoim okiem. – rzucił, jakby od niechcenia w pustą przestrzeń.
Mika oniemiał i tylko skinął głową. Po raz pierwszy to on nie wiedział, co powiedzieć. Resztę drogi przebyli w milczeniu. W tym czasie Michael rozmyślał nad przyczynami swojego niefortunnego przyjazdu do Ahanii.
Dawno temu był osobą wręcz nieprzyzwoicie szczęśliwą.
Dawno temu, kiedy Lucyfer dowodził anielskim wojskiem.
Wtedy nie przeszkadzały mu jego rude włosy. Na każdym kroku zdobywał nowych przyjaciół, wdawał się w przelotne miłostki, uprawiał beztroski sex… Jego głównym zajęciem była wówczas szaleńcza jazda konno po enigmatycznej, zalesionej okolicy Vali – wschodniego rejonu Emanacji, z którego się wywodził, wylegiwanie na trawie, albo spacery z bratem wzdłuż rzeki Chiddekel. Mieli swoją ulubioną ścieżkę, omijającą najbardziej podmokłe obszary. Wiodła do malowniczych wodospadów i katarakt, wytryskających ze skał porośniętych lasami. Podczas tych spacerów rozmawiali o wszystkim, co tylko przychodziło im do głowy, bądź zwyczajnie bez słów podziwiali mijane krajobrazy. Lucyfer nigdy nie poruszał z nim tematu polityki i swoich ambicji, jak się później okazało – nie bez powodu.
Pomimo całej swojej ignorancji, Mika doskonale wiedział, co jest jego największym problemem. Nawet nie fakt, że podczas rewolucji Lucyfera zdecydował się mu przeciwstawić i doprowadził do jego spektakularnego wyrzucenia z Emanacji. Nawet nie fakt, że od tej pory jego życie całkowicie się zmieniło – został mimowolnym bohaterem aniołów, jego gwiazda rozbłysła jeszcze mocniejszym blaskiem, a palatyn powierzył mu wszystkie dawne tytuły Lucyfera: Głównodowodzącego Anielskiej Armii i administratora Vali. Nawet nie fakt, że na zawsze stracił swojego najlepszego przyjaciela, najukochańszego brata i powiernika…
Jego problem polegał na tym, że chociaż przefarbował włosy, wściekał się i lżył Lucyfera za każdym razem, kiedy tylko o nim wspominano, nigdy nie przestał go kochać…
I zupełnie nie spodziewał się, że palatyn Metatron zaprosi króla Zoa i jego demony na kurtuazyjną konferencję do Emanacji. I że go o tym nie uprzedzi. Michael sam wystarczył się swojej reakcji. W stanach nieprzyjemnego zdumienia, w dodatku zmieszanego ze strachem, reagował agresją. Nie przebierając w słowach powiedział więc Metatronowi, co myśli o wizycie demonów. Swoje argumenty poparł wywróceniem konferencyjnego stołu i rzuceniem palatyńskim diamentem w Lucyfera, który wcześniej zerwał z szyi Metatrona.
Rozwścieczony palatyn kazał mu się wynosić, przy okazji testując na nim serafiński czar spalenia. Na szczęście Michael zdążył się ewakuować nim ognisty podmuch doszczętnie strawił mu ubranie. Właściwie będzie musiał wyrzucić swój mundur. Miał nadpalone rękawy, kołnierz pobrudzony krwią płynącą mu z twarzy, a spodnie błotem i trawą. Już sobie wyobrażał co na to powie Amitiel – jego współpracownica i przyjaciółka. Chyba nigdy nie odżałuje jego galowego munduru!
Po owej pechowej konferencji, Michael wsiadł na swojego pegaza i pognał przed siebie na oślep. Dopiero w połowie drogi zauważył, że jego rumak kieruje się na południe – do Ahanii, do Raphaela… Dziwne, dlaczego tak bardzo go do niego ciągnie. Mówił prawdę, gdy stwierdził, że lekarz śmiertelnie go obraził. Ostatnio wspomniał, że choćby Mika przefarbował się na złoto nie przestanie być bratem Lucyfera. Miał stuprocentową rację, ale Michael wcale nie zamierzał mu jej przyznawać. Ten drwiący komentarz jedynie przechylił kielich jego od dawna gromadzącej się goryczy. Zmęczyła go doskonałość Raphaela, ta dobrze wymierzona precyzja we wszystkim, co robi, jego przerażające opanowanie i emocjonalna oziębłość!
Lekarz wydawał mu się atrakcyjny, gdyż był jego całkowitym przeciwieństwem, a w dodatku nie uwodził go jego przyjazny uśmiech, zadziorny błysk w oku, rozbrajające poczucie humoru i wrodzona błyskotliwość. Nigdy nie szczędził mu też gorzkich słów i upokarzającego milczenia, czym paradoksalnie prowokował generała do dalszych działań zmierzających do skruszenia jego oporu. Z biegiem czasu okazało się to być kardynalny powodem, dla którego Mika tak długo i uparcie brnął w znajomość z nadwornym medykiem palatyna i ministrem zdrowia – archaniołem Raphaelem.
Dopiero dzisiaj, kiedy po tylu latach ponownie spotkał się z bratem i z nadmiaru wrażeń i wzburzenia wjechał koniem pod zbyt niskie drzewo, prawie wybijając oko gałęzią, uświadomił sobie, że Raphael nie jest takim jego zwykłym przyjacielem, o ile w ogóle wypada go przyjacielem nazwać. To właśnie on wypełnił pustkę w jego życiu, powstałą po odejściu Lucyfera.
Michael był tego teraz zupełnie pewien. Po starciu z Metatronem wybrał się do Ahanii, bo potrzebował obecności Raphaela. Tylko on mógł go wyciszyć, wesprzeć na duchu i pocieszyć, zasadniczo nie robiąc nic konkretnego. Niech nawet patrzy w ścianę, bezsensowno milczy i krzywo na niego patrzy. Ważne, że przy nim jest!
Wreszcie czuł się spokojny i odprężony. Jego wściekłość na cały świat gdzieś się ulotniła, zapomniał co go tak rozgniewało. Miał ochotę porwać „Pucusia” w ramiona i mocno go uściskać! Zachichotał cicho, z ukosa zerkając na lekarza. Zawsze bardzo się denerwował, gdy nazywał go „Pucusiem”… Ale to było tak trafne określenie, że Mika nie potrafił się powstrzymać, by go nie używać. Ta jego słodka buzia, miękkie, delikatne włosy o specyficznej barwie powstałej z połączenia szarego z liliowymi refleksami, zmierzwiona, kręcąca się grzywka i wrzosowe, przeszywające spojrzenie wywoływały w nim wcześniej mu nieznane, tkliwe uczucie, które zalewało jego serce przyjaznym ciepłem. Kiedy Raphael był blisko niego, wszystko wydawało mu się łatwiejsze, a on sam jakby bardziej wartościowy… Żaden z jego przyjaciół nie budził w nim takich emocji. Ani chorąży Anielskiej Armii Konstant, jego młody wychowanek, ani pułkownik Amitiel, czy marszałek Emanacji Uriel, z którym też łączyła go szczególna więź.
Chciałby, żeby Raph w końcu odważył się przed nim otworzyć, tak jak on otworzył się przed nim…
Rozważania Michaela przerwał nawrót przeraźliwego bólu. Wbił się, niczym tysiące mikroskopijnych igieł w jego zranione oko. Jęknął rozpaczliwie, odruchowo kładąc na nim dłoń.
-Mówiłem, żeby się pospieszyć! – skomentował Raphael.
Na szczęście wreszcie przebrnęli przez ogrody Allamandy i dotarli do ahańskiej kliniki. Nieskazitelnie białe ściany, wygięte piętrowe dachy zdobione bogatą snycerką, oraz trójkondygnacyjna wieża przeznaczona dla pacjentów zatrzymanych tylko do kontroli, były charakterystycznymi elementami tej ekscentrycznej budowli. Raphael nie odpowiadał za jej wygląd, bo gdyby tak było, pewnie przypominałaby zwyczajny prostokąt z oknami.
Lekarz lekko popchnął szerokie, drewniane drzwi inkrustowane malowidłami gryfów i wprowadził Michaela do przestronnego holu pachnącego środkami do dezynfekcji i ziołowym naparem uspokajającym. Podawano go świeżo przywiezionym pacjentom, cierpiącym na wewnętrzne schorzenia. Układ nerwowy gra wielką rolę w anielskim zdrowiu. Jeśli został w jakiś sposób uszkodzony, prowadziło to do innych, znacznie poważniejszych chorób, a w skrajnych przypadkach do ogólnej infekcji i stanu zapalnego całego organizmu. Wypicie ziół stanowiło dobry początek rekonwalescencji. Obniżały nerwowe napięcie pacjenta, ale co najbardziej zaciekawiło Mikę, również jego percepcję oraz zdolność do podjęcia aktu seksualnego. Ostatni człon tego zdania zawsze bardzo go bawił, zwłaszcza gdy przypominał sobie kamienny wyraz twarzy Raphaela, gdy mu to wyjaśniał.
Jeszcze mu się nie zdarzyło chorować i stosować te osławione ziółka. Odnosił rany cięte, kiedyś się także poparzył, a raz był bliski śmierci z powodu obrażeń odniesionych w pojedynku z Lucyferem. Jednakże nigdy nie podupadł na zdrowiu psychicznym, co wszystkich wprowadzało w ogromne zdumienie zważywszy na jego szalone, czasem irracjonalne zachowanie.
Gabinet znajdował się na drugim piętrze wieży. Zbyt daleko. Nie potrafił już znieść bólu. Raphael musiał więc znowu rzucić na niego czar uśmierzający cierpienie. Kiedy dotarli na miejsce i Mika wreszcie usadowił się na lekarskiej kozetce, zdominowało go wszechmocne poczucie ulgi.
***
-Jest tak, jak przypuszczałem. – powiedział Raphael.
Szeroko otworzył jego oko, rozciągając skórę palcami tak, by nie opadała mu powieka. Mika niecierpliwie wiercił się na kozetce.
-Ubytek powierzchniowy rogówki w połączeniu ze stanem zapalnym naczyniówki, stąd krwawienie.
-Wiele mi to mówi! – burknął, starając się nie mrugać.
Lekko odchylał głowę do tyłu, a lekarz przytrzymywał go jedną ręką za kark. Stał bardzo blisko niego. Próbował przy tym nie ocierać się udem o jego kolano, ale opatrzenie rany wymagało, by jeszcze zmniejszył dzielącą ich odległość. Michael mimowolnie wchłaniał jego specyficzny zapach złożony z ostrej woni środków do dezynfekcji, ciepłego wiatru i ulotnej, delikatnej magnolii. Czy to pod wpływem tego zapachu, czy też niespodziewanej bliskości zapragnął mocno go do siebie przytulić. Ciekawe, czy „Pucuś” jest tak miękki i milutki w dotyku, jak mu się wydaje…
-Zapewne wiesz, że oko składa się z kilku warstw. – zaczął wyjaśniać, puszczając jego kark – Wyprostuj się.
Mika bez szemrania wykonał jego rozkaz.
Raphael odsunął się od niego i przeszedł w stronę półki z lekami.
Poczuł nieprzyjemne, wręcz bolesne rozczarowanie. Medyk już wcześniej wywoływał w nim pożądanie, lecz spychał je w najdalszy kąt swojego umysłu, przerażony konsekwencjami jego wyrażenia. Nigdy nie były jednak tak silne, żeby równie intensywnie myślał o jego dotknięciu, pocałunku, albo nawet… Z trudem przełknął ślinę, zdrowym okiem wodząc za Raphem, krzątającym się przy oszklonej półce. Jak zawsze ubrał anielską tunikę sięgającą połowy uda w niezbyt intensywnym kolorze, żeby nie przyciągał wzroku oraz ciemne, luźne spodnie. Uważał bowiem, że lekarz powinien się skromnie i schludnie nosić. Tym razem jego tunika była szara jedynie przy sztywnej stójce, mankietach i dolnym wykończeniu ozdobiona czerwoną lamówką.
-Rogówka to przezroczysta, zewnętrzna błona gałki ocznej, ograniczająca ją od przodu. – Raphael nie przestawał mówić spokojnym, monotonnym głosem, który zawsze sprawiał, że Michael zastanawiał się jak studenci Akademii Medycznej wytrzymują na jego wykładach – Żeby ochronić ją przed zakażeniem zamierzam zaaplikować ci krople penicylinowe…
-Gdzie?! – wystraszył się, na chwilę zapominając o swoim podnieceniu.
-Jak to gdzie? – Raph posłał mu przelotne spojrzenie znad półki – Do oka.
-O, nie! Będzie szczypało?
-Ostatni czar uśmierzający ból był mocny i długotrwały, więc nie powinno. I tak miałeś szczęście, Michaelu. Zazwyczaj wbicie gałęzi w oko przy szybkiej jeździe konno kończy się stałą utratą wzroku, lub nawet oka!
-Ale ja nie jechałem szybko…
-Nie? Więc tym bardziej nie rozumiem, dlaczego wjechałeś pod to drzewo!
-Było mi wszystko jedno…
Lekarz w końcu odwrócił się w jego stronę. Miał ręce zajęte przez kilka środków w plastikowych buteleczkach.
-Zaraz mi o tym opowiesz. – rzekł i zaczął po kolei ustawiać leki na małym stoliku obok kozetki.
-Naprawdę chcesz słuchać? – Michael nie krył zdumienia.
-Staram się być dla ciebie uprzejmy! Doceń to i przestań zadawać mi głupie pytania!
Przemył dłonie wodą utlenioną i ubrał gumowe rękawiczki.
-Mów co z tą naczyniówką. Że jakieś zapalanie? – zmienił temat, by powstrzymać złośliwości cisnące mu się na usta.
„Wielką łaskę mi okazuje swoją domniemaną uprzejmością! Jakoś jej nie zauważyłem!” – pomyślał.
-Naczyniówka, czyli część środkowej błony gałki ocznej, zawiera liczne naczynia krwionośne odżywiające twardówkę…
-Dobra, dobra! I tak nic z tego nie rozumiem! – od razu się znudził.
Niecierpliwie machał nogami i przypadkowo kopnął Rapha w kolano.
-Przestań! – warknął – Z tobą gorzej niż z dzieckiem! Podam ci teraz atropinę w kroplach do spojówki, żeby zneutralizować zapalenie naczyniówki, a potem jeszcze zajmę się twoją rogówką. Masz siedzieć spokojnie i pod żadnym pozorem mnie nie dotykaj!
-Skąd pomysł, że chcę cię dotknąć?
-Mówię na wszelki wypadek, głupku!
***
Był coraz bardziej zdenerwowany.
Kiedy zakraplał Mice oko, drżały mu dłonie.
Nie spodziewał się, że tak mała odległość między nim a Michaelem, zadziała na niego rozpraszająco. Ocierał się o jego biodro i nie wiedział już jak ma stanąć, żeby go nie dotykać. Na przemian robiło mu się gorąco i zimno, a serce tłukło w piersi, jak oszalałe! Zdradliwy umysł podpowiadał zmysłowe obrazy, popychające go w ramiona Miki.
„Uspokój się, do cholery! – strofował się – Jesteś profesjonalistą! A profesjonalista nie myśli o seksie z pacjentem w czasie zakraplania mu oka atropiną!”
To przyniosło chwilowy skutek. Odłożył krople i zakrył ranne oko dłonią. Odetchnął głęboko, żeby oczyścić się z niepotrzebnych miłosnych wrażeń. Skoncentrował moc na ognisku zapalnym w naczyniówce, regenerował rozdarte naczynia krwionośne, zapobiegał ropnemu zapaleniu i zapalaniu współczulnemu w drugiej gałce niezranionej.
Oddychał regularnie i spokojnie, przymykając oczy.
Dłoń Michaela spoczęła na jego talii, ale to zignorował siłą woli ponownie skupiając uwagę na leczeniu. Był zadowolony z efektu. Gojenie przebiegało pomyślnie i rokował, że dzięki jego jednorazowemu, magicznemu wsparciu i regularnemu zakraplaniu, naczyniówka powinna się odnowić w tydzień.
Z rogówką poszło mu znacznie szybciej, gdyż jej nabłonek sam z siebie podlegał szybkiemu gojeniu. Uzdrowicielska siła Raphaela od razu przywróciła jej prawidłowe funkcjonowanie.
Odsunął rękę od twarzy generała i sięgnął nią do tyłu. Złapał Mikę za nadgarstek dłoni, którą obejmował go w pasie, próbując znaleźć jakieś rozcięcie w tunice, by się pod nią wślizgnąć. Raphael uwolnił się od jego uścisku, obdarzając przy tym lodowatym spojrzeniem.
-Co ci mówiłem?! Miałeś mnie nie dotykać! – oburzył się – Wszystko się dobrze goi, jak będziesz na siebie uważał, obrażenie zniknie w tydzień. A teraz siedź jeszcze chwilę w spokoju, założę ci opatrunek!
-Przepraszam… – wymruczał – Zdenerwowałem cię?
-A jak ci się wydaje?
-Nie mogłem się powstrzymać… Jesteś tak pachnący i mięciutki, jak mały gryfik!
Sięgnął po gazę i bandaż, zerkając na Mikę spod rzęs. Uśmiechał się szeroko i najwyraźniej zaczepnie w oczekiwaniu na jego reakcję. Raph specjalnie trącił go udem i zabrał się za nakładanie opatrunku. Niech nie liczy na żaden wstydliwy rumieniec, albo ciętą ripostę! Nie sprawi mu tej satysfakcji! Chce się obmacywać, proszę bardzo! Zamierza dotrzymać mu kroku!
Niestety Michael obraził się za jego milczenie. Oparł dłonie na kozetce i z zaciętą miną pozwalał, by medyk bandażował mu oko.
-Usłyszę w końcu co ci się przytrafiło? – zapytał Raphael zirytowany jego humorkami.
-Byłem na konferencji organizowanej przez palatyna…
-Z demonami?
-Wiedziałeś o tym?!
-A ty nie?
-Nikt mi nie powiedział…!
Raphael pokiwał głową ze zrozumieniem. Mika musiał się bardzo zdziwić na widok swojego brata… „Aha! Więc to o niego chodzi! Mogłem się tego domyślić!”
-W każdym bądź razie trochę mnie poniosło… – kontynuował Michael dziwnie przygaszonym głosem – Zupełnie niepotrzebnie, bo tylko zrobiłem z siebie pośmiewisko! Ale zachowanie Metatrona doprowadziło mnie do szału! Potraktował mnie, jak idiotę, stawiając przed faktem dokonanym, żebym przypadkiem nie popsuł mu planów! Mój gniew spotęgował fakt, że Uriel nie pisnął słówka, wszyscy się zmówili, jakbym był ostatnim imbecylem i miał tego nie zauważyć! Wydarłem się na palatyna i zerwałem mu diament z szyi… Co więcej rzuciłem nim w Lucyfera…
Medyk odgarnął mu grzywkę z czoła i pod wpływem nagłego impulsu pogłaskał po głowie. Pomyślał jak się wszystko w jego życiu zmieniło, odkąd zawitał w nim ten porywczy, zwariowany wojskowy. Kiedyś uznałby Michaela za pomylonego gwiazdora, który aby tylko świecić na firmamencie, zrywa palatynowi z szyi symbol jego władzy i rzuca nim we władcę wrogiego państwa. Notabene owy władca dawno temu rozpętał wojnę domową w Emanacji, żeby ten diament zdobyć… Ironia losu, albo raczej instynktowna, niezwykle celna drwina Michaela z zaistniałej sytuacji.
Po raz pierwszy Raph zdał sobie również sprawę jak ciężko jest Mice zarówno być bratem swojego brata i rajskim bohaterem. Wciąż prześladowały go wspomnienia wojny. Jakkolwiek by wtedy nie postąpił i tak okazałby się zdrajcą. I pewnie nadal uważa, że zdradził miłość łączącą go z Lucyferem…
-Powinieneś bardziej panować nad swoimi uczuciami. – odparł i już w chwili, gdy to wypowiadał złościł się na siebie za niefortunny dobór słów.
-Nie rozumiesz tego, Raphaelu…
-Rozumiem.
-Gdybyś rozumiał, powiedziałbyś coś zupełnie innego!
-W tym właśnie tkwi cały problem… Nie jestem mistrzem wymowy.
Raphael odwrócił się od niego, zdjął rękawiczki i przemył ręce w marmurowej karafce. Dawał sobie czas na zastanowienie, rozglądając się po gabinecie, jakby widział go po raz pierwszy. Lubił jego uspokajający wystrój: tapety w kolorze przybrudzonej bieli powleczone srebrnymi grawerami, jego orzechowy sekretarzyk na wygiętych nogach zdobiony kunsztowną snycerką z daleka błyszczący mosiądzowymi uchwytami szuflad, oszkloną szafkę z lekami i przyborami do opatrunków oraz lekarskie biurko pod kolor sekretarzyka. Od niedawna zakrywał je koronkowy bieżnik, zwieńczony wysokim wazonem z dorodnym bukietem białych magnolii. Sprawka Sylvii. W ten sposób chciała nadać pomieszczeniu więcej życia.
Magnolie przypomniały mu, że nim wyszedł na spacer po Allamandzie, zostawił swoją pomocnicę przy szczególnym pacjencie – ciemnoskórym przywódcy straży Lucyfera Dagonie. Nim Lucyfer udał się na konferencję, wpadł po drodze do Ahanii prosić o medyczną pomoc dla swojego rannego oficera. Ponoć w podróży orszak króla Zoa napotkał rebeliantów z „Deadline”, demońskiej organizacji terrorystycznej zmierzającej do obalenia Lucyfera, jakoby uzurpatora z Emanacji. Doszło do krwawego starcia, w którym ucierpiał ulubieniec króla.
Czy powinien mówić o tym Michaelowi?
Pomyśli, że on także był w zmowie z Metatronem, a przecież wizyta Lucyfera w Ahanii to czysty zbieg okoliczności! Nie, nie. Lepiej tę sprawę przemilczeć!
-Czekam aż się postarasz, Raphaelu…
-Wiem, Mika. Spróbuję.
Wytarł ręce i oparł się lekko o stolik obok kozetki. Jedno turkusowe oko generała spoglądało na niego z wyczekiwaniem i nadzieją.
-Nie masz się czego wstydzić… – zaczął nieudolnie, speszony uniesioną na znak zdumienia brwią Michaela – To znaczy… nie wstydź się swojego uczucia do brata. Niestety, nie przestajemy kochać w jednej chwili. Tak samo jak nie zaczynamy nienawidzić. Wiem, że ostatnio cię uraziłem wspominając o tych włosach… Przepraszam. Chodziło mi o to, że zmiana ich koloru niczego nie zmieni, jak czarodziejskie zaklęcie, które na poczekaniu odbiera pamięć, przynosząc beztroskę…
Mika otworzył usta ze zdziwienia. Chwilę milczeli, a Raph wyrzucał sobie głupotę i sentymentalizm. Biedny Michael pewnie nie zrozumiał ani jednego słowa z tej bezwładnej paplaniny!
-Zatkało mnie, „Pucusiu”!
-Nie mów na mnie, „Pucuś”!
-To była najdłuższa wypowiedź jaką słyszałem z twoich ust! Oczywiście nie dotycząca medycyny, budowy oka, czy innych ważnych, acz nieistotnych spraw anatomicznych!
***
Naprawdę Raphael wprawił go dzisiaj w ogromne zdumienie! Oczywiście pozytywne zdumienie. Nadal był szorstki, niedostępny i opryskliwy, lecz mimo to wychylił się nieco ze swojej samotnej wieży i pokazał mu inną twarz. Znacznie bardziej przyjazną.
I jakie ma cudowne wcięcie w talii! Nie widać go pod tą szeroką tuniką, dlatego wcześniej nie zauważył. A szkoda…
Może jednak powinien rozważyć wprowadzenie w życie swoich erotycznych fantazji dotyczących Rapha? Westchnął w duchu. Nie, lepiej nie. Jakoś nie uśmiechała mu się perspektywa opatrunku na drugim oku! Bo tak się zapewne skończy jakakolwiek próba uwiedzenia doktorka!
Zamiast tego postanowił wyciągnąć z niego pewną interesującą go informację…
-Drwisz sobie ze mnie?! – „Pucuś” był zły – Czasami już nie wiem, jak mam z tobą postępować! Nie odzywam się – źle! Odzywam – jeszcze gorzej!
-Jestem po prostu zaskoczony, bo jak chcesz potrafisz całkiem dobrze się wypowiedzieć! A co więcej nie mylisz się… Nigdy z nikim nie rozmawiałem o moim prawdziwym stosunku do Lucyfera i pewnie nikt nie wie co czuję. Ja też jestem kłamcą, Raphaelu. Takim samym, jak ty. Tylko, że kiedy mam wszystkiego dość, ukrywam się za zasłoną sztucznego uśmiechu i ignorancją. Wtedy zostawiają mnie w spokoju. Myślą: „ten słodki idiota nic nie rozumie, więc nikomu nie zagraża”. Jestem ich gwiazdą, bo im nie zagrażam. Dzisiaj Metatron się mnie wystraszył. A wraz z nim cała emanacyjna śmietanka. Może od jutra nie będę już świecił oślepiającym blaskiem. Zacząłem stwarzać zagrożenie, potrafię nawet wyrwać palatyński diament!
-Rzeczywiście to przerażające! – medyk wymownie przewrócił oczami.
-Raph?
Michael podniósł się z kozetki i stanął przed przyjacielem, który odruchowo skrzyżował ramiona na piersi.
-Tak?
-Muszę cię o coś zapytać.
-Pytaj.
-Ciebie też palatyn zaprosił na tę konferencję?
-Tak, ale wymówiłem się pracą, co zresztą było prawdą. A co?
Wrzosowe oczy Raphaela wyrażały teraz konsternację i jeszcze jedną, jakby tkliwą emocję. Michael jej nie zidentyfikował.
-A gdybyś jednak wybierał się na tę konferencję, to powiedziałbyś mi o przybyciu demonów?
-A jak ci się wydaje?
„Jasne! Jego ulubione powiedzonko!” – zirytował się pomimo swojego pokojowego nastawienia.
-Nie wiem co mi się wydaje! – zaatakował – Nie jestem Serafinem! Nie umiem czytać w myślach i nie zamierzam wiecznie się domyślać, co chciałeś mi naprawdę powiedzieć!
Raphael szybko zamrugał. W jednej chwili jego rysy się skruszyły, oziębła maska opadła. Michael się tego nie spodziewał, podobnie jak tego, że medyk błyskawicznie pokona dzielące ich centymetry i odważy się pocałować go w usta: nieśmiało i delikatnie.
-A teraz jak ci się wydaje, Michaelu? – sprowokował, patrząc mu prosto w twarz; prawą dłoń zaciskał na stójce od jego munduru.
Mika wpatrywał się w niego jednym, szeroko otwartym okiem ogromnie zszokowany i nagle bezbronny wobec uczucia, które właśnie tak otwarcie mu okazał. Usta paliły go żywym ogniem, umysł doznawał nagłego objawienia. Zachowanie lekarza od początku do końca wydało mu się wreszcie zrozumiałe.
Wreszcie rozumiał wszystko i nie mógł w to uwierzyć!
Raphael pocałował go jeszcze raz – bardziej zdecydowanie, ale wciąż krótko, niezobowiązująco.
-A teraz?
Jego spojrzenie było wyczekujące, niecierpliwe, a zarazem pełne obawy.
-Musisz mnie lepiej przekonać…  – Mika uśmiechnął się figlarnie.
„Może jednak doktorek nie spróbuje wybić mi zdrowego oka?” – pomyślał i nim Raphael zdążył odpowiedzieć, mocno go do siebie przytulił, oddając pocałunek: z nawiązką.

KONIEC

tekst: Magdalena Pioruńska

rysunek: Julita Mastalerz

http://joolita.deviantart.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *