I miejsce w konkursie – Spragniony

Obudził mnie stukot. Najpierw delikatny, monotonny, potem znacznie głośniejszy. Po chwili ciszy, kiedy próbowałem usnąć ponownie, rozległ się złowieszczy zgrzyt a następnie potężny huk. Umarłego by obudził. Gwoli ścisłości, właśnie to zrobił.
Wieko trumny otwarło się. Światło księżyca w pełni oświetliło ciemną sylwetkę, stojącą nad moim grobem. Ech, dzieciaki… Gwałtownie podniosłem się i otrzepałem z kurzu. Cholera, przez te kilkaset lat sporo się tego nagromadziło. Trójka gówniarzy uciekała z krzykiem, jednak nie zwracałem na nich większej uwagi. Co tu dużo mówić, trochę stetryczałem w grobowcu.

Cmentarz, na którym spoczywałem, był całkiem ładny. Rozjarzony tysiącami lampek i osrebrzony światłem luny sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego miejsca. Początkowe dobre wrażenie jednak prysło kiedy pospacerowałem pomiędzy grobami. No ja rozumiem te światełka, fajne klimaciki i w ogóle, ale kwiatki? Co do cholery, w tej epoce zmarli po śmierci wychodzą je wąchać nocami, czy jak? W Chinach przynajmniej na grobowcach kładą miski z ryżem, gdyby tam  mnie pochowano, nie chodziłbym teraz głodny, szukając jedzenia. Tyle, że kiedy pomyślałem o ryżu, poczułem obrzydzenie. Nie, na ryż wybitnie nie miałem ochoty. Nie tylko zresztą na ryż. Marzyła mi się ciepła, świeża krew.
No tak… Przecież jestem wampirem…
Ciągle nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Z drugiej strony, nie miałem nawet pewności, że zaklęcie zadziała. Mgliście przypominałem sobie, jak poszliśmy z Vladem na uroczysko o pełni księżyca, wymazani jak nieboskie stworzenia krwią czarnego koguta zabitego o północy – Vladek miał hopla na tym punkcie – i jak ugryzł mnie w szyję, choć miałem nadzieję, że jego zamiary są zgoła inne. I wtedy wpadła ta banda w sukienkach, krzycząc coś o psach pańskich. Prawie się roześmiałem, patrząc jak śmiesznie kicają, trzymając te swoje skrzyżowane drewienka i krzycząc coś o heretykach, bezbożnikach i miłosierdziu.  Tak się w tej miłości zacietrzewili, że Vladka spalili na stosie, a mi dwóch z nich wbiło osinowy kołek w serce. Reszta w tym czasie otoczyła nas, zawodząc posępnie, tak że odetchnąłem z ulgą, kiedy w końcu zamknęli mnie w trumnie, bo te nawiedzone jęki nawet diabła wpędziłyby w depresję.
Gdzie w środku nocy można znaleźć człowieka? Głodny byłem, a przekąski, które mnie wykopały, uciekły gdzieś w popłochu. Dziwne, nie wyglądałem przecież aż tak strasznie. W swojej epoce miałem całkiem niezłe powodzenie u płci przeciwnej. Zresztą nie tylko przeciwnej, takie to były czasy. Kołek w piersi, jak zauważyłem, rozpadł się w proch, a rana zasklepiła. Plamę na bluzce ukryłem pod płaszczem, żeby jedzonka nie wystraszyć.
Wydawało mi się, że będę musiał poczekać do rana, żeby zaspokoić głód, kiedy nagle usłyszałem:
– Spójrz no, Wacuś, mamy tu romantyka!
Obejrzałem się płochliwie. Podążało ku mnie niespiesznie dwóch strażników w czarnych mundurach. Jak dowiedziałem się z napisu na na piersiach, była to policja. Grubszy z nich, przypominający dobrze nakarmioną świnkę, zapytał delikatnym, niemalże dziewczęcym głosem:
– Co tu robicie o tej porze? Dokumenty jakieś macie?
Rozejrzałem się, ale byłem sam. Może miał halucynacje?
– Dokumentów żadnych nie posiadam. Głodny jestem… – Byłem zdziwiony, że nie tylko rozumiałem, co do mnie mówią, ale sam wyrażałem się płynnie w tym języku.
– Nie mamy dokumentów? Wacuś! – na świńskim ryjku policjanta pojawił się uśmiech. Również chciałem odwdzięczyć się uśmiechem, ale nie zdążyłem.
Ból był potworny. Plecy zapłonęły żywym ogniem, przez prawą rękę przebiegły iskry. Poczułem nagle, że tracę równowagę. Po chwili, chyba dla zachowania symetrii – również lewa ręka zapłonęła z bólu.
– Dość, aspirancie! – usłyszałem. Nade mną stał wysoki młodzieniec o końskiej, jednocześnie irytująco bezmyślnej fizjonomii i wesoło machał czarną, gumową pałą. Świniak w mundurze zwrócił się do kolegi. – Bijcie troszkę niżej, aspirancie, bo inaczej ślady pozostaną. A teraz zakujcie podejrzanego i na czterdzieści osiem na dołek.
– Za co? – krzyknąłem, ale oni tylko zarechotali. W końcu grubas łaskawie odpowiedział:
– Awanturnictwo i napaść na policjantów na służbie. Pakujemy delikwenta, Wacuś.       Metalowe obrączki błyskawicznie zacisnęły się na moich nadgarstkach. Przez chwilę bałem się, że są z czystego srebra, na szczęście obaj nie mieli doświadczenia w postępowaniu z rasowymi wampirami.
Nie pojechaliśmy daleko, po paru minutach wylądowałem w areszcie. Przez całą drogę pilnował mnie ten mułowaty prężąc się, jak gdyby dokonał jakiegoś wyjątkowego wyczynu. Na pożegnanie dostałem jeszcze gumową pałą przez plecy żebym – jak to ujął tłuścioch – zapamiętał, że nie wolno się bezkarnie szwendać po cmentarzu bez dokumentów, a potem drugi raz na „przyswojenie i utrwalenie nowo poznanych wiadomości”. Byłem pod wrażeniem inteligencji tutejszych policjantów – znali takie trudne słowa.
Przez zakratowane okienko zauważyłem, że zaczęło się powoli rozjaśniać. Pokoik, w którym się znajdowałem, był malutki. Ot, łóżko, twardsze od mojej trumny, stolik, krzesełko i sraczyk. Przynajmniej twarz mogłem przepłukać. Byłem coraz bardziej głodny, marzyło mi się zassanie nawet z tego pączuszka w mundurze. Albo z Wacusia.
Kiedy po lekkiej, porannej toalecie spojrzałem w lustro, oniemiałem. Zamiast zmęczonej twarzy i cierpiętniczego spojrzenia zobaczyłem… przeciwległą ścianę. No tak, wampiry nie odbijają się przecież… Zaraz, zaraz… No właśnie, przecież jestem wampirem! Jak mi to Vladek pokazywał? Machnąć płaszczem, nakryć się, wypowiedzieć krótkie zaklęcie i już!
Ha! Jestem nietoperzem! Vlad, mordo ty moja, dałem radę!
Z wrażenia dopiero za trzecim razem udało mi się wylecieć między szczebelkami. Uwzględniając fakt, że był to mój pierwszy lot, osiągnąłem chyba niezły wynik. Zastanawiałem się, czy guz nabity na głowie małego ssaczka powiększa się proporcjonalnie po powrocie do ludzkiej postaci. Postanowiłem się przekonać, zwłaszcza że na horyzoncie pojawiło się śniadanko.
Zanim stanąłem przed facetem pomacałem się po głowie. Uff… tylko malutka śliwka. Otrzepałem się z błota – manewr lądowania również nadawał się do poprawki. Tymczasem mężczyzna, w zasadzie młodzieniec, przyglądał mi się ciekawie. Głowę miał wygoloną na łyso, luźne spodnie, ani chybi pastuszek, który idzie do roboty. No tak, pastuch… Na ręce miał nawet wydziergany symbol swego pana. Tylko ten bat, który niósł, taki dziwny się zdawał, bardziej do pałki podobny. Może bydło ogłuszał?
– No to jak, kolego, dołożysz piątaka do wina? – zapytał uprzejmie.
– Piątaka? – zdziwiłem się. Toż w winnicy dukata za beczułkę żądali.
– Ty nasz dam prezent, odejdziesz. Nie dasz, to my ci damy – zarechotał. Za sobą usłyszałem parsknięcia. Było ich jeszcze trzech.
– Przykro mi, ale nie mam pieniędzy. Więc co od was dostanę?
– Wpierdol. Ale za to solidny.
Upada kultura nawet wśród pastuchów – pomyślałem. Otworzyłem usta, szczerząc kły. Nie przestraszyli się…
Kiedy wstawałem, nie wiedziałem czy jestem bardziej głodny, czy obolały. Do cholery, czy w tym świecie wszyscy wszystkich biją, katują, poniewierają? Żeby nawet wampir spokojnie nie mógł czegoś przekąsić? Kiedyś wzbudzaliśmy szacunek, ludzie się nas bali, obwieszali mieszkania czosnkiem… A teraz? Podłość ludzka nie zna granic.
Byłem głodny. Głodny!!! Smętnie powlokłem się dalej. Nagle przystanąłem zdumiony – przede mną stał budynek. Niby niepozorny, drewniany, sprawiający wrażenie zabiedzonego, ale mnie zaintrygował symbol na jego wieży. Krzyż… Czyżby ten sam krzyż, który nosili ci sadyści, co spalili Vladka? Chciałem sprawdzić, z drugiej strony bałem się, że znowu wyleci jakaś hołota w sukienkach i weźmie mnie na męki. Na szczęście sprawa rozwiązała się sama.
Chudy, zabiedzony mężczyzna w czarnej sukni udał się w stronę okazałej willi, stojącej tuż obok świątyni. Kiedy wszedł do środka, już wiedziałem – musiał usługiwać jakiemuś bogaczowi, mieszkającemu w tym budynku. Po chwili z garażu wyjechał czarny pojazd z szybami, przez które nic nie było widać. No tak, nabab jedzie na wycieczkę, a sługa zostaje sprzątać. Przez chwilę pomyślałem, że dom był własnością faceta w sutannie, ale wykluczyłem tę myśl. Kapłani tej wiary, jak pamiętam, ślubowali żyć w ubóstwie. Poza tym oczywiste wydawało mi się, że gdyby nawet jakimś cudem był bogaty, postarałby się, by jego świątynia lśniła i opromieniała wszystkich swym bogactwem na cześć i chwałę bożą, a on sam zamieszkałby w skromnej chatce, o chlebie i wodzie mieszkając i czas spędzając na modłach i pokucie.
Tymczasem drzwi od świątyni uchyliły się i pojawiły się dwie babcie. Ubrane w śmieszne bereciki z antenką podążały ku mnie, trajkotając jak najęte. Zatarłem ręce z radości. Tym razem musi się udać! Powoli podchodziłem do celów. Rozglądałem się czujnie, czy nie czeka mnie znowu jakaś przykra niespodzianka. W żołądku skręcało mnie już straszliwie, a dwie staruszki nie wydawały się być agresywne. Podszedłem bliżej, obnażając swe atrybuty…
… Ból był niemiłosierny. Cała twarz paliła niczym ogień, skóra na rękach prawie się dymiła. Rozpaczliwie próbowałem zetrzeć to coś z policzków, nosa, ust, ale im dłużej tarłem, tym bardziej bolało. Tarzałem się skulony na ziemi, tymczasem staruszki przeszły dalej jak gdyby nigdy nic. Słyszałem tylko fragmenty ich dialogu:
– To nowość jest, kumo, woda święcona w sprayu. Żydostwo się w Polsce szerzy strasznie ostatnimi czasy…
– Patrzcież, kumo, jakie to wynalazki ksiądz proboszcz teraz sprzedaje. A wieleż to kosztuje?
– Co łaska, ale w banknotach. I to trzech przynajmniej, bo to przecież trójca święta była…
– Ale skuteczne, zobaczcie no. Tamten, co to go ogień piekielny wkrótce pochłonie, też żyd ani chybi, chudy, w czarnym płaszczu, a blady jakby krwi niemowląt od tygodnia nie pił. Bo one, te żydy, kumo, uważajcież…
Kroki oddalały się. Rozmowa ucichła, ból też powoli mijał, a mnie się chciało najnormalniej w świecie płakać. Żeby nawet staruszki… Pomyślałem, że gorzej chyba być nie mogło. Oczywiście, pomyliłem się.
– Spójrz no, Wacuś, czy to nie nasz znajomy z cmentarza? – usłyszałem za plecami. Nawet się nie obejrzałem, zacząłem biec byle dalej. Usłyszałem za sobą tupot, najpierw dwóch, a po stu metrach jednej pary nóg. Spaślak spuchł – pomyślałem z satysfakcją. Wnet jednak radość zamieniła się w przerażenie. Obolałe ciało powoli odmawiało posłuszeństwa, aspirant Wacuś i jego pała były coraz bliżej. Proszę, proszę, inteligentny, wysportowany… Nie to, co niegdysiejsi strażnicy.
– Stój… bo… strzelam… – usłyszałem i nogi same mnie poniosły szybciej. I niemalże puknąłem się w czoło. Po co ja się tak męczę? Skręciłem w jakiś zaułek. Szast-prast i już po chwili z wysokości lotu nietoperza obserwowałem nieszczególną minę Wacusia.
Stał tak na tyle długo, że na swych pulchnych nóżkach dotoczył się jego partner.
– No i gdzie on jest? – zapytał, dysząc ciężko.
– No właśnie… – Wacuś rozglądał się z niedowierzaniem. – Skręcił tu i zniknął.
– Zniknął, mówisz? – zacharczał gruby. – Uliczka ślepa, wejść nie miał gdzie, schować się też nie za bardzo. Nawet mysz bym stąd zauważył. A ty mi mówisz, że tu gdzieś schował się człowiek?
Mysz by zauważył, baran jeden… A latającą mysz? Zniżyłem się lotem nurkowym nad dwójkę strażników. Co prawda w żołądku nadal ssało, ale to nie znaczy, że nie mogłem zrobić pewnej rzeczy. Prościutko zresztą na twarz rozglądającego się ze zdziwieniem Wacusia. Szkoda, że miał zamknięte usta, ale nie można mieć w życiu wszystkiego.
Słaby byłem. Lot dodatkowo mnie wyczerpywał. Dlaczego właściwie zamieniamy się w nietoperze, a nie na przykład w jerzyki? Parę ruchów skrzydłami i byłbym daleko stąd, a tak namachałem się jak niderlandzki wiatrak i sił starczyło mi na odlot o trzy ulice dalej. Ale dobre i to.
Przysiadłem, aby chwilę odpocząć. Teraz dopiero zauważyłem, jak ponure stały się te ziemie. Olbrzymie budowle, szare, brudne i odrapane. Kupa śmieci, walająca się po wybrukowanych ulicach i placach. Zwierzęta, niepotrafiące obdarzyć człowieka obojętnym spojrzeniem – one także nauczyły się już wrogości. Nawet żółta kula na niebie miała jakiś inny kolor – kiedy żyłem jako człowiek, świeciła jaskrawo, radośnie, wschód Słońca za każdym razem zdawał się być nieskończenie radosnym przeżyciem, mistyczną modlitwą składaną co ranek bogom.
A teraz? Światło było jakieś brudne, zamglone, postarzałe jakby docierało do mnie po setkach tysięcy lat podróży. To ma być ta przyszłość, ten „cudowny, pozbawiony barbarzyństwa świat” którego tak oczekiwał Vladek?
– Kijowe to życie, nie? – obok mnie coś nagle zaśmierdziało. Spojrzałem z przestrachem, ale postać, która przysiadła tuż obok, nie wykazywała oznak agresji. Zdawała się być nawet przyjacielska, próbując mnie objąć, więc odsunąłem się na wszelki wypadek.
– Czego tu szukasz, kolego? – zapytał.
Nie za bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć.
– Milczysz? Ha, pewnie i tobie życie dokopało, że w takie dzielnice sam się zapuszczasz. Masz, łyknij, może poczujesz się lepiej.
Wzruszyła mnie troska starego człowieka, więc łyknąłem. Jasny  gwint!!! Gardło zapłonęło żywym ogniem, który powoli staczał się wewnątrz mnie w dół ciała, prosto do żołądka. Zachłysnąłem się powietrzem, próbując złapać oddech. Poczułem jak oczy wychodzą mi na wierzch. I kiedy myślałem, że piekielny ogień przepali mnie na wylot, zaśmierdziało jeszcze bardziej, jakaś dłoń chwyciła mnie za głowę, a druga ręka wlewała coś w gardło. Z ulgą poczułem, że to woda. O rozkoszy niebiańska! Piłem, piłem, piłem…
– Czyś ty Heniek zdurniał? Takiemu chudziakowi spirytu dałeś?
– Jaki tam spirytus, toż rozrobiłem przecież… – mniej śmierdzący oburzył się.
– Rozrobiłeś, taka twoja mać. A czym, ciekawość?
– Wódką. Sprawiedliwie, pół na pół. Łyka?
– Jak koktajl Putina, to chętnie. – Mój ratownik przechylił butelkę i pociągnął solidny haust.
– E, Stachu, to że częstuję to nie znaczy, że masz całego basa obalić. – Heniek wyrwał koledze butelkę z rąk i spojrzał na nią krytycznie. – O żesz w mordę, i być tu kulturalnym człowiekiem!
– Spokojnie, Heniu, jutro kwacha obalim na mój koszt, kwita będziem.
– Jutro, jutro – Stachu dopił resztkę w butelce. – A co na dziś mi zostało?
– Zaraz coś wykombinujemy, paru kierowników pod sklepem poprosimy, dołożą się. No już, nie czepiaj się, piątka na zgodę.
Zaczęli się obściskiwać i ślinić, a ja przezornie oddaliłem się. Głód niemalże zwalał mnie z nóg, wzdrygałem się jednak na samą myśl, że mógłbym zassać z Henia albo Stacha. Są pewne pokarmy, których nie tknę. Jeden z nich to krew zmieszana z alkoholem. A za życia na przykład mogłem umierać z głodu, a nie tknąłbym gotowanej cebulki. Zgagę miałem po tym straszliwą.
Korzystając z faktu, że koledzy wyznawali sobie miłość wzajemną, oddaliłem się po transylwańsku. Uliczka, w którą skręciłem, była wąska i bardzo ciemna.  Nie robiłem sobie nadziei na jakieś zassanie, jednak ku swojemu zaskoczeniu usłyszałem głosy.
– Dawaj!
– Teraz ja, teraz ja! No co ty, durniu, igłę świeżą załóż. Ejdsa chcesz złapać?
– Idioto, żebyś ejdsem się zaraził, musiałbym go mieć. Trzeba było na biologii uważać!
– Dobra dobra, wstrzykuj i dawaj sprzęt.
– O jaaaa…
Podszedłem bliżej. Trójka obiektów nie zwracała na mnie uwagi. Jeden z nich miał obnażone  przedramię, na którym zawinął sobie jakiś pasek. Pozostali wpatrywali się w niego zaaferowani. Ich spojrzenia były mętne, oczy szkliste.
Mieli nie więcej niż piętnaście lat. Zauważyłem, że są nieco otępiali, powolni. Śniadanko, właściwie już obiad, bo słońce stało wysoko, zapowiadało się wyjątkowo atrakcyjne. Podszedłem, szczerząc swe atrybuty. Jeden z młodzieńców spojrzał na mnie ze strachem. Przeraził się!
– Aaale ma kopa… Grzesiek, skąd wziąłeś towar?
– Zajebiste – powiedział drugi z chłopaków. –  Stary, od jutra kupuję tylko u ciebie! Przysięgam, że ten klient wygląda jak wampir!
– Jestem wampirem – stwierdziłem przytomnie.
– Czad! Kurwa, jak w filmie. –  Młodzieniec poklepał mnie po ramieniu. – Patrzcie, jest autentyczny. Prawdziwy, kurwa, wampir stoi tu z nami, kumacie?
Zaczęli się śmiać. Najpierw parskali jak konie wypuszczone na łąkę, po chwili rechotali jak samice żab na wieczór, aby w końcu śmiać się pełną gębą, ściskać i trzymać za brzuchy.
– Wa… Wa… Wampir! –  Po twarzy dzieciaków płynęły łzy. – Te, Drakula, a mój dziadek kiedyś zabił wampira, jeszcze za Niemców.
– Ty kretynie, a skąd wiesz, że to był wampir?
– Bo jak mu wbił kołek osinowy w piersi, to umarł. – Cała grupa znowu zaniosła się śmiechem. Pamiętam jak wujek Mieszko wraz z synami bieluni się przez przypadek najedli, struli się tak,  że po tygodniu sraczki wujaszek dokładnie oglądał każdą jagódkę którą do gęby brał. Przez godzinę jednak zachowywali się podobnie, jak te dzieciaki.
Stałem jak ogłupiały, niezdolny do żadnego ruchu. Ten świat ewidentnie mi nie odpowiadał. Młodzi odeszli, zataczając się ze śmiechu. Zamiauczał kot, kopnięty przez jednego z nich.  Zeszła z drogi staruszka, żegnając się i oglądając ze strachem. Takaż to przyszłość tego narodu?
Powlokłem się smętnie w drugą stronę. Nawet głód zelżał… Kroki odbijały się posępnym echem w ciemnej, pustej uliczce. Szedłem powoli, bez celu, aż w końcu doszedłem do oświetlonego słońcem końca. Przede mną rozciągał się widok, jakiego jeszcze nie widziałem.
Było ich setki, chyba nawet tysiące. Trudno tak policzyć na pierwszy rzut oka. Krzyczały niczym stado kruków na jesieni. Ubrane różniście, kolorowo. Co druga trzymała w ręku tablicę z jakimś bijącym w oczy hasłem.
Ludzkie samice.
Najbliższa mnie niosła dumnie olbrzymią dechę z napisem „mam cipkę”. Zastanowiłem się nad głębią intelektualną tegoż hasła – w końcu trudno spodziewać się, żeby kobieta miała coś innego. Z drugiej strony w tym świecie wszystko mogło się zdarzyć, zwłaszcza że niosąca tablicę osobniczka wydawała się być kobietą tylko z nazwy. Podobnie zresztą jak duża część krzyczących.
Zrozumiałem sens napisu. Tak ostentacyjna manifestacja faktu, że owa osoba ma cipkę była bardzo pomocna tutejszym samcom. Dzięki napisowi wiadomo było od razu, że niosąca go jest przedstawicielką płci czasami pięknej, co pozwalało mężczyznom uniknąć niezręcznych pomyłek. Co prawda za moich czasów takim osobniczkom zazwyczaj pozostawał klasztor, ale w tutejszym świecie, jak się przekonałem, obowiązywały inne normy.
Na jednej z krawędzi zgromadzonego tłumu zauważyłem kordon strażników.  Jakże mizernie wyglądali! Rozglądali się niepewnie, czy aby nic im nie grozi, wspierali się wzajemnie spojrzeniami, ostrzegali przed niebezpieczeństwem. Widać było, że starczy ledwie iskra, by doszło tu do czegoś strasznego.
I zaiskrzyło.
Zaczęło się niewinnie. Ot, jedna z protestujących, popchnięta przez koleżankę, oparła się o policjanta. Ten odepchnął ją delikatnie, a delikwentka zareagowała błyskawicznie:
– Ożesztychamieniemytykobietętaktraktowaćszowinistowredny?
Po czym z gracją syreny strażackiej ryknęła:
– Biiiiiijąąąąąą!!!
Po raz pierwszy takie zjawisko widziałem jeszcze w swoim ludzkim życiu gdzieś na północy. Setki wojów na koniach przeprowadzały gigantyczną szarżę. Pamiętam, jak imponował mi wtedy ich okrzyk bojowy, jak wprawił w osłupienie sposób, w jaki, nie zatrzymując się nawet na chwilę, zmiażdżyli próbujące stawiać bezsensowny opór siły przeciwnika. Tu wyglądało to prawie tak samo, tyle że było znacznie głośniej, kobiety sprawiały zaś wrażenie jeszcze bardziej zorganizowanych. W nieopisanym harmiderze  jeden z głosów wydał mi się znajomy.
– Wacuś, spier…
Zakrztusił się, zarzęził. Już miałem zaśmiać się złowieszczo, kiedy zauważyłem niebezpieczeństwo.
Było ich cztery. Potężne, z nienawiścią w oczach. Jedna z nich trzymała w ręku tablicę z napisem „solidarne w kryzysie, solidarne w walce”. Nie rokowało to najlepiej. Stały sześć kroków przede mną a w oczach miały coś, co dość łatwo było mi określić. Powiedzmy, że gdyby tak patrzył na mnie mężczyzna, mógłbym żegnać się z dziewictwem.
Hasło na tablicy wymalowane było dużymi, czerwonymi literami. Mogłem je sobie obejrzeć z bardzo bliska, bowiem decha z tekstem błyskawicznie wylądowała na mej głowie. Sprowadzony w jednej chwili do poziomu obowiązującego w tym świecie, nie zdążyłem wypowiedzieć zaklęcia. Bity, pluty, szarpany, kopany i poniżany zobojętniałem. Niech sobie ulżą, niech mnie zabiją, i tak zmartwychwstanę by w końcu zdechnąć – z głodu.
Nagle bicie ustało. Usłyszałem tupot i okrzyki przerażenia. Kobiety uciekły, jakby nagle ducha zobaczyły. Podniosłem się i natychmiast oparłem o ścianę. W głowie wirowała opętańczo karuzela, nogi same się uginały.
– Niech kolega siądzie i trochę odpocznie, zaraz przejdzie. Widzę, że pan nowy? – ciepłym głosem powiedział stojący obok mężczyzna. Miał na sobie podobny płaszcz jak ja, gładko zaczesane w tył kruczoczarne włosy, a kiedy się do mnie uśmiechnął, szczerząc śnieżnobiałe kły wiedziałem, że w końcu los zaczął mi sprzyjać.
Już po chwili siedziałem w miłym, przytulnym pokoju, sącząc przez słomkę krew z kostkami lodu. Gospodarz stanął obok, uśmiechając się przyjaźnie.
– I jak się koledze podoba nasz dzisiejszy świat?
– Cóż… Spodziewałem się czegoś zupełnie innego. A tu wciąż biją i biją.
– I bić będą. Taka już mentalność tego gatunku, choć to ponoć homo sapiens. A nas mało jest, choć ciągle nowych towarzyszy odnajdujemy, przestraszonych, zagubionych w tym świecie…
–  Jest nas więcej? – zdziwiłem się.
– Oczywiście, właśnie zaraz wybieram się na spotkanie naszej grupy. Pójdzie kolega ze mną, czy potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby ochłonąć?
– Idę. – Nie wiem, czy to szklanka świeżej krwi tak na mnie podziałała, czy też świadomość, że jednak nie jestem sam na tym świecie. W każdym razie zerwałem się, gotów do natychmiastowego wyruszenia.
Już po chwili, korzystając z pojazdu mojego nowego kolegi, byliśmy na miejscu. Weszliśmy do środka i… zamarłem. Nie mogłem uwierzyć – sami swoi! Wampiry, wampirzyce… Czemu nie trafiłem tu od razu?
Stałem tak, spoglądając na przechodzących obok towarzyszy. Tuż obok mnie stary wampir tłumaczył coś młodemu, widocznie też świeżo obudzonemu jak ja:
–  … Czasy, kiedy żeby zassać, trzeba było zabić ofiarę, to już definitywna przeszłość. Także i my musimy iść z duchem czasu. Cóż nam bowiem z martwej ofiary? Czyż nie lepiej wyssać ją tak, żeby można było ją wykorzystać ponownie? Ba, czyż nie lepiej, kiedy można zassać tak, że ofiara nie tylko nie czuje, że została wyssana, ale jeszcze jest z tego faktu na tyle zadowolona, że domaga się, rozumie kolega, DOMAGA się, aby zassać z niej jeszcze raz? To są właśnie nasze dzisiejsze sztuczki, wykorzystanie środków masowego przekazu, socjotechniki i manipulacji. Oczywiście jesteśmy podzieleni na pewne frakcje, tak na pokaz, żeby jak najwięcej ofiar dało się przekonać. Tu jednak, między sobą,  stanowimy jedność, bo mamy jeden, nadrzędny cel – zassać!
Przysłuchiwałem się wykładowi oszołomiony. Wnet jednak rozległ się dzwonek i wszyscy udali się na, jak mi to wytłumaczył mój przyjaciel, zebranie. Ponieważ głupio było tak samemu zostawać, podążyłem za wszystkimi.
Sala była olbrzymia. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek zobaczę tyle wampirów zgromadzonych w jednym miejscu. Jedni popijali krwiste drinki, inni czytali gazety. Kilku krążyło po sali, odniosłem wrażenie, że wszyscy tu doskonale się znali i lubili. Nagle nastała cisza, rytuał miał się zacząć. Na podwyższeniu pojawił się dystyngowany wampir, rozejrzał się po sali i wygłosił hasło, otwierające zebranie.
–  Panie marszałku, wysoka izbo!

0 thoughts on “I miejsce w konkursie – Spragniony

  1. Pierwsza 😉

    Opowiadanie urzekło mnie niewątpliwym poczuciem humoru autora. Było zabawne od początku do końca, a to rzadka umiejętność. Przy tym humor ten jest jak najbardziej na miejscu, wpisuje się w polskie realia i służy do ich lepszego wyeksponowania.

    Polska rzeczywistość z perspektywy historycznego wampira jawi się w dość ciemnych barwach, chociaż dzięki potraktowaniu jej z przymrużeniem oka, mamy możliwość pośmiać się z naszej polskiej mentalności.

    Zaś puenta w zakończeniu stanowi doskonałe ukoronowanie całości.

    Gratuluję bardzo wysokiego wyniku w głosowaniu. 🙂

  2. Kilkanaście razy czytałem przed wysłaniem. A teraz pierwsze spojrzenie na publikację i od razu wpadło w oczy:

    – Ty nasz dam prezent, odejdziesz.

    Ech…

    Dziękuję za uznanie, cieszę się, że tekst się spodobał.
    Pozdrawiam 🙂

  3. Opowiadanie, które czyta się z uśmiechem na ustach. Chociaż nasza rzeczywistość naprawdę okazuje się nie do końca przyjemna. Kapitalne zakończenie.
    Pozostaje jeszcze docenić sprawność warsztatową. Drobne usterki nie przesłaniają nad wyraz pozytywnego obrazu całości. Szczere gratulacje!

  4. Podpisuję się obie rękami pod komentarzami poprzedników. Obśmiałam się jak norka, a podczas czytania wampirzej literatury zdarza mi się to nader rzadko.
    Tekst ciekawy, na temat, z humorem i prawdziwie polskim „jajem”.

    Z takim opowiadaniem to aż przyjemnie przegrać 🙂
    Gratuluję i pozdrawiam,
    Mysza

  5. Niekwestionowany lider – i to jak najbardziej zasłużenie.

    Humor nienachalny, ale ostry jak brzytwa. Autor trafia ze swoimi obserwacjami w samo sedno, ale nie traktuje czytelnika jak idioty (co niestety zdarza się dość często) i daje mu pole do interpretacji.

    Zakończenie zaś przebija wszystko. Ma też wartość poznawczą – w końcu uwierzyłem, że wampiry naprawdę istnieją 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *