II miejsce w konkursie – Zakopane

Ilonę wypatrzyłem już z okna. Wyszła przez bramę Parku Oliwskiego, ubrana w czarny płaszcz i wysokie kozaki. Wiatr wykręcał jej parasolkę, lało jak z cebra od samego rana i biedaczka musiała przeskakiwać przez rwącą rzekę, która spływała potokiem, zalewając całą Rybińskiego. Uśmiechnąłem się, widząc, że wchodzi do moich drzwi. Wkrótce rozległo się pukanie a w progu stanęła owa zmokła kura.

– Dzień dobry, Robercie – powiedziała. Przywitałem ją uśmiechem, zaprosiłem do środka i pomogłem zdjąć płaszcz.
– Proszę, siadaj i opowiadaj, co u ciebie? Napijesz się czegoś? – zaproponowałem.
– Nie, dziękuję – odparła. Cień, którym mocno wymalowała tamtego dnia oczy, spłynął czarną strugą. Deszcz tylko wspomógł efekt, ale głównym sprawcą musiały być łzy. Zaczer-wienione spojówki mówiły same za siebie. Wyglądała na wykończoną, jakby nie spała od wielu nocy. Jasne, że nie miała ochoty na radosną pogawędkę i nadrabianie tych kilkunastu miesięcy, przez które się nie widzieliśmy. Zawsze lubiłem Ilonę, fajna z niej babka. Ładna i nie głupia. Poznaliśmy się zaraz po moim spektakularnym sukcesie dochodzeniowym. Potem widywałem ją przy różnych okazjach. Grześ umawiał się nawet jakiś czas z jej młodszą sio-strą, więc okazji było w bród. Piękne to były dni. Dni mojej ulotnej sławy.
– Co cię zatem sprowadza? – zapytałem, nie spodziewając się, że zamiast zwykłej od-powiedzi spadnie na mnie lawina emocji.
-Andrzeja mi zamordowali…
Kobieta wybuchła. Rozpłakała się, rozkleiła, rozszlochała i zalała się łzami, które spłynęły po jej policzkach wprost na biurko i leżące tam dokumenty.
– Spokojnie – rzuciłem i sięgnąłem do szuflady. Postawiłem na stole butelkę dwunasto-letniej Chivas Regal i dwie szklanki. Podałem jej także chusteczkę. Pamiętam, że Ilona lubiła dobrze wypić, chodź pomimo sporych ilości przyswojonego alkoholu, nie zalewała się w tru-pa. Mało która kobieta mogła pochwalić się tak bezczelnie nieekonomiczną głową.
– Niestety lodu brak…
– Pieprzyć lód – wypaliła i pociągnęła duszkiem to, co jej nalałem. Uzupełniłem drin-ka.
– Ilona, co się dzieje? Andrzej nie żyje?
– Zaginął… niby. Ale ja wiem, że nie żyje. Zamordował go ten psychopata!
– Hej, spokojnie – przerwałem jej i choć zamilkła, nie stygła w niej ani złość ani zapał. – Mów po kolei. Co się stało? Ale spokojnie bez nerwów. Weź głębszy wdech.
Wzięła głębszy wdech i głębszy łyk mojej whisky. Serce mi pękało, ale dolałem jej jeszcze kropelkę, licząc, że to dobra inwestycja.
– Dwa tygodnie temu Andrzej wyszedł do pracy… – podjęła drżącym głosem. – Czeka-łam całą noc, rano ktoś zadzwonił do mnie z banku, pytając, dlaczego mąż się nie zjawił. Nie dotarł nawet do pracy… Ten… ten sukinsyn musiał zaczaić się na niego już z samego rana!
– Wezwałaś policję?
– Naturalnie. Przyjechali, wypytali, czy mieliśmy problemy małżeńskie. Wyobrażasz sobie? My! Problemy!
Nie wyobrażałem sobie, bo ledwo znałem Andrzeja, mimo to pokiwałem głową prze-cząco.
– Co dalej?
– Przesłuchali mnie, szefa Andrzeja i grabarza na szczęście też. Chociaż prawdopo-dobnie po wszystkim przeprosili go za sprawione problemy. Pewnie powiedzieli mu, że to przez rozhisteryzowaną żonę, którą mąż zostawił…
– Rozumiem, że przez dwa tygodnie sprawa stała w miejscu.
– Policja rozkłada ręce a ja już nie wiem, co robić, gdzie szukać pomocy… – Zapłakała, pociągnęła nosem i zamoczyła usta w alkoholu. – Nie chcieli mnie słuchać – dodała po chwili. – Mówiłam im, że to on. Że to ten Tomasz go skrzywdził… mówiłam im o krwi, ale nie chcieli słuchać. Policjant powiedział, że obserwowali grabarza przez dwa dni, i że więcej nic nie mo-gą zrobić.
– Poczekaj, Ilona. Po kolei – przerwałem jej znowu. – Co to za Tomasz?
– Tomasz Grzelak pracuje na cmentarzu za miastem. Kiedy przed miesiącem zmarła moja teściowa, Andrzej postanowił tam właśnie ją pochować. Andrzej koniecznie chciał po-stawić pomnik jeszcze przed zimą, niestety Tomasz nie wywiązywał się z umowy. Nic nie dawały prośby, więc Andrzej zagroził mu sądem i dał kilka dni na zastanowienie. Razem do niego pojechaliśmy, na ten cmentarz. Nie chciał rozmawiać. Klął strasznie, był agresywny… Popchnął Andrzeja, wrzeszcząc, żeby go sądami nie straszył. Potem zjawił się jego pomocnik, drab wielki… więc poszliśmy. Ten Tomasz miał cały płaszcz upaćkany krwią. I ręce też…
– Może to była jego krew? – zagadnąłem. – Może się skaleczył po prostu i dlatego wy-dawał się zdenerwowany?
– Andrzej zniknął następnego dnia. Nie wierzę, że to przypadek. Nie wiem czyja to była krew, ale na pewno nie jego własna.
– Rozumiem. Chcesz żebym odnalazł Andrzeja?
– Chcę, żebyś obserwował ten cmentarz. Pomógł mi znaleźć dowody…  Zrozum mnie… ja wiem, że on zabił mojego męża. Wiem to. Nie widziałeś… nie widziałeś jego oczu… – Znowu się rozpłakała. Była naprawdę w kiepskim stanie. Nie widziałem sensu męczyć jej dłużej.
– W porządku, Ilona zajmę się tym.
– Mam pieniądze… cena nie gra roli…
– O tym nie myśl już teraz. Jeszcze dziś zacznę nad tym pracować, masz moje słowo.
– Dziękuję ci…
– Napisz mi tylko dokładny adres tego cmentarza i adres banku, w którym pracuje An-drzej. Ja już wzywam taksówkę. Jedź prosto do domu i niczym się nie martw. Za kilka dni zadzwonię.
– Dziękuję, Robert.
To ja powinienem ci dziękować, pomyślałem, podnosząc słuchawkę mojego starego telefonu.
***
Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo tęskniłem za poważnym zleceniem, wymagającym zadaniem, w które należało się całkowicie zaangażować. Nareszcie powróci-łem do żywych, wstąpiły we mnie nowe siły i tylko gdzieś z tyłu głowy tliła się myśl, że taki stan nie potrwa wiecznie. To malutka szpilka. Igiełka, której ukłucia bledły na tle ogólnej euforii. Detektyw Robert Sęp powraca do akcji. Choćby na chwilę. Doskonale wiedziałem, że niewiele się zmieni w moim życiu. Żaden cud się nie zdarzy, klienci nie ustawią się w kolej-ce, zapewniając mi dostatnie życie i regularne dostawy adrenaliny. Wiedziałem, że nie przy-trafi się już taka sprawa, jak ta z 2010 roku. Wtedy poznałem Ilonę, ocaliłem dzieciaka z rąk psychopaty. Może dlatego doświadczył mnie tak ogromny zastrzyk energii? Ilona kojarzyła mi się niezmiennie z sukcesem i z moją krótkotrwałą sławą w środowisku. Cóż, należało po-zbierać myśli, powziąć decyzję. Od czegoś zacząć. Grześ. Postanowiłem zacząć od Grzesia. Krótka wiadomość sms i zjawi się jeszcze tego samego dnia. Wstukałem w komórkę kilka prostych zdań i wysłałem, uprzednio wybrawszy kontakt – Grześ Zwada.
Ilona niestety nie była w stanie udzielić mi odpowiedzi na wszystkie pytania i trudno jej się dziwić. Jednakże to, co wyjawiła podczas naszej krótkiej rozmowy wystarczyło na po-czątek. Główny podejrzany – Tomasz, zlecenie klientki – znaleźć dowody. Oczywiście praw-dziwym celem, który sobie wyznaczyłem było odnalezienie samego Andrzeja, całego i zdro-wego. Policja prawdopodobnie poczyniła jakieś postępy, mimo wszystko. Nie chciałem tracić czasu na dokopywanie się do tego, co oni już ustalili. Znów sięgnąłem po telefon i wybrałem numer do starego znajomego. Często pomagał mi w podobnych sytuacjach. To moja policyjna wtyczka. Odebrał, przedstawiłem mu sprawę i umówiliśmy się na wieczór. Na razie szło jak z płatka. Wojtek mógł nie mieć czasu albo ochoty mi pomagać, tym czasem wyczułem entu-zjazm w jego głosie. Pewnie czegoś ode mnie chciał. Tak czy inaczej czekałem na ciekawe informacje z jego strony.
Grzegorz przyjechał szybciej niż się spodziewałem. Najwyraźniej cieszył się ze zlece-nia tak samo jak ja. Wszedł do biura z dobrotliwym uśmiechem. Za każdym razem, gdy spo-tykaliśmy się po dłuższej przerwie, widziałem w nim olbrzyma. Po kilku chwilach znów się przyzwyczajałem, ale dziwne wrażenie tkwiło we mnie jeszcze jakiś czas. Usiadł naprzeciw-ko, wciąż wyszczerzony w uśmiechu. Uścisnął mi dłoń, przykładając do tego troszkę za dużo siły. W oczy rzuciła mi się broda, którą zapuszczał, a której wcześniej nie miał. Dziwnie komponowała się z całkowicie ogoloną głową i wytatuowanym na szyi wężem. Generalnie wyglądał jak ktoś, kogo nie chciałbym spotkać w ciemnej alejce. I o to między innymi cho-dziło. Grzegorz to były wojskowy. Prawdziwy skarb. Pięć lat spędził w Afganistanie, gdzie został ciężko ranny. Wylizał się z większości obrażeń, lecz odłamek rozharatał mu krtań i olbrzym został niemową. W tym kraju nie ma pracy dla zdrowych ludzi, co dopiero dla kale-ki. Na moje szczęście zawsze podobała mu się nasza współpraca. Pomimo początkowych trudności z komunikacją, w końcu obaj opanowaliśmy język migowy. Z takim wsparciem nie bałem się niczego. Grzegorz mało mówił, za to dużo robił.
– Za długo się nie widzieliśmy – powiedziałem, gdy zajął miejsce na, niebezpiecznie skrzypiącym krześle. Odpowiedział, że się ze mną zgadza i, że nic u niego się nie działo. Nie-cierpliwił się. Koniecznie chciał wiedzieć, za co się bierzemy. To konkretny człowiek, więc konkretnie mu streściłem to, czego dowiedziałem się od Ilony. Uśmiechnął się jeszcze sze-rzej. Na to czekał. Co mam robić, zapytał.
– Podzielimy się robotą. Tobie na razie przypadnie szperanie w Internecie. Jeszcze dzi-siaj podam ci nazwiska najbliższych współpracowników Andrzeja. Trzeba ich wyśledzić, porobić im zdjęcia. Dowiedzieć się z kim trzymał, czy miał kochankę, czy miał wrogów, mo-że ktoś go nienawidził? Może ktoś mu zazdrościł? W końcu był kierownikiem. Włam się na jego pocztę, wątpię czy policja zadała sobie tyle trudu… Grabarz? – spytałem, gdy Grześ wszedł mi w słowo. – Dzisiaj spotkam się z Wojtkiem, potem przekażę ci niezbędne informa-cje a jutro sam pojadę na ten cmentarz. Pewnie, że dam sobie radę. Pogadam z tym człowie-kiem. Wybadam, czy naprawdę jest podejrzany. W razie czego będziemy w kontakcie. Co? Rozmawiałem z Iloną, ale była kompletnie rozbita. Trzeba będzie ją później jeszcze przesłu-chać, wypytać o Andrzeja. Liczę na Wojtka. Być może, Grześ. Mam jednak nadzieję, że przez dwa tygodnie chociaż przesłuchali pracowników. Cholera, już późno, a nie wiem, gdzie do-kładnie jest ten bar. Nie, dojadę sam. Tak, rupieć jest jeszcze na chodzie. Zostajesz tutaj? W porządku. Będę niebawem.
Zebrałem się i wyszedłem. Nawet wiatr i zacinający nad Gdańskiem deszcz nie mógł popsuć mi humoru.
***
Wojtek nie zjawiał się dosyć długo. Na domiar złego na miejsce spotkania wybrał ja-kiś bar bistro z poprzedniej epoki. Siedziałem ponad godzinę, popijając herbatkę przy stole nakrytym poplamioną ceratą. Pachniało tam jak na klatce schodowej w porze obiadu, a pani z obsługi łypała na mnie jednym okiem, jakby z pretensją, że nie zamówiłem zupy albo scha-bowego. Zbliżała się już siódma i kobieta nerwowo spoglądała na zegarek.
Wojtek zjawił się w końcu. Wbiegł zdyszany i pokiwał mi na przywitanie, po czym podszedł do lady. Wymienił kilka zdań z ekspedientką i wreszcie dołączył do mnie przy stole.
– Przepraszam, długo czekasz? – rzekł, podając mi rękę.
– Nie – odparłem, ponieważ obiektywnie czekałem nie dłużej niż pół godziny. To, że czas dłużył mi się w nieskończoność pominąłem. W końcu to on wyświadczał mi przysługę.
– Ty nic nie jesz? – zapytał.
– Jakoś nie mam apetytu – odparłem z uśmiechem na tyle szczerym, na ile było to moż-liwe.
– Widzę, że nie napijemy się dzisiaj – spostrzegł Wojtek i sięgnął do torby. – Mam to, o co prosiłeś. – Położył na stole żółtą teczkę.
– Wspaniale.
– Nie wiem czy wspaniale, Robert. Nie wiele ci tym razem pomogę. Sam zobacz.
Sprawa zaginięcia Andrzeja Krzewickiego. Faktycznie informacje zawarte w kartotece pokrywały się dokładnie z tym, co mówiła Ilona. Andrzej zaginął przed dwoma tygodniami. Przesłuchano żonę, szefa i wskazanego przez żonę Tomasza Grzelkę. Po jednodniowej ob-serwacji podejrzanego nie stwierdzono żadnego związku ze sprawą zniknięcia Krzewickiego.
– Jednodniowej obserwacji? – zapytałem. – Żona Andrzeja wspomniała, że obserwowa-liście go przez dwa dni. Rozmawiałeś ze śledczym prowadzącym tę sprawę?
– Rozmawiałem. Wspomniał o żonie, która wpadła w kompletną panikę i ubzdurała sobie, że grabarz zabił jej męża. Powiedziano jej, że obserwacje trwały dwie doby, tymcza-sem policja pokręciła się po cmentarzu może ze dwie godziny.
– Rozumiem. A co mówił o przesłuchiwanych?
– Szef banku nic nie wiedział, miał wypytać najbliższych współpracowników zaginio-nego. Najwyraźniej niczego nie ustalił…
– On miał wypytać? Sądziłem, że od tego wy jesteście…
– Robert, w ostatnich dwóch miesiącach zaginęło na terenie Gdańska piętnaście osób. Nastolatki, dorośli i dzieci. I każdym musimy się zająć.
Tego tematu wolałem nie poruszać. Odetchnąłem głęboko, uspokoiłem wzrastającą we mnie złość i przeszedłem do sprawy najistotniejszej. W końcu gdyby nie kaleka policja w ogóle nie miałbym na chleb.
– A samo przesłuchanie tego Grzelki?
Wojtek wzruszył ramionami.
– Dziwak. Odpowiada za ten cmentarz, co go niedawno założyli za Kowalem. Wcze-śniej pracował na Łostowickim. Całe życie kopał, albo sprzątał groby, więc nic dziwnego, że nie do końca jest normalny – zadrwił. – Nie wydał się podejrzany.
– Ciekawe.
– A co, bierzesz go pod lupę?
– Możliwe.
– Strata czasu, dobrze ci radzi starszy kolega. Krzewicki zwiał od tej wariatki.
-Ilona nie jest wariatką – oświadczyłem, bez najmniejszej agresji w głosie. – Poza tym, z tego co mówiła, nie mieli problemów małżeńskich. Dogadywali się.
– Ona mogła zwyczajnie nie wiedzieć, co działo się w głowie Krzewickiego. Zwiał, gdzie pieprz rośnie. Kasę odłożył, od lat był kierownikiem banku. Porwany i zamordowany przez grabarza? Gdzie tu motyw? A, pamiętam. Ten śledczy wspominał, że chodziło o jakiś pomnik na grobie teściowej. Śmiechu warte.
– Cóż, robię to, za co mi płacą – odparłem twardo i nie przyznałem, że całkowicie zga-dzam się z tym, co powiedział. – Będę obserwował grabarza jakiś czas. Zobaczę, jeśli nic się nie urodzi, wystawię Ilonie rachunek. Może w międzyczasie natrafię na jakiś trop Andrzeja.
– Jak chcesz. Dokumenty muszę zabrać, jeżeli potrzebujesz możemy je skserować.
– Przepiszę sobie tylko nazwiska jego podwładnych. Ale dzięki za zaufanie.
– Nie rozśmieszaj mnie. Tym razem nic od ciebie nie wezmę, bo za dużo ci nie pomo-głem. W piątek chcę cię widzieć u mnie, napijemy się.
– Jesteśmy umówieni.
– I żebym potem nie słyszał żadnych wymówek.
– Tak jest, komisarzu.
– Chyba że cię ten grabarz łopatą zarąbie…
– Przedni żart, Wojtek. Doprawdy, wyśmienity.
***
Cmentarz założono w sąsiedztwie niewielkiej miejscowości – Bąkowo, leżał u podnó-ża pagórka, którego szczyt porastał gęsty sosnowy zagajnik.
Drzwi w mojej, nie młodej już, Nivie nie domykały się wzorowo i musiałem solidnie trzasnąć. Zaparkowałem przed samą bramą nekropolii. Postanowiłem rozpocząć od bezpo-średniej konfrontacji z podejrzanym, wybadać teren i sprawdzić, czy w ogóle był jakiś sens ślęczeć tam po nocach. Wiatr targał liśćmi i myślałem, że dosłownie urwie mi głowę. Łyse olchy i brudno-brązowe wierzby chwiały się i trzeszczały wśród nagrobków. Deszcz, jak zwykle, zacinał a błoto oblepiało buty aż do kostek. Tylko w kilku miejscach skończono alej-ki, więc spacer nie należał do najprzyjemniejszych. Zastanawiałem się, co też podkusiło Ilo-nę, żeby właśnie tutaj chować teściową? Daleko od miasta i w miejscu tak nieprzyjemnym? Pomyślałem sobie po chwili, że sumie nic w tym dziwnego, bo w końcu to teściowa była…
Rosły facet przebierał dziarsko łopatą i najwyraźniej fatalna pogoda go nie powstrzy-mywała. Podszedłem do zapracowanego grabarza, lecz utytłany w błocie brodacz nawet nie zwrócił na mnie uwagi.
– Przepraszam, czy pan Tomasz? – odezwałem się.
– Szef jest w biurze – odburkną, nie przerywając swej pracy. Nie zaszczycił mnie na-wet przelotnym spojrzeniem.
– W biurze?
Wystawił z dziury szerokie łapsko i wskazał kierunek. O dziwo nie zauważyłem wcze-śniej tego budynku. Ciężko jest się rozglądać, gdy deszcz wali w oczy a człowiek stara się z całych sił nie zgubić kapelusza i ocalić chodź kilka suchych miejsc na ciele.
– Dzięki – odparłem i ruszyłem dalej. Zakład pogrzebowy zlokalizowano dosyć niety-powo. Nie dość, że na terenie samego cmentarza, to jeszcze w tylniej jego części. Nad drzwiami widniał niewielki szyld o banalnej treści: „OSTATNIA POSŁUGA”. Nim zapuka-łem, postanowiłem obejść okolicę, aby uniknąć kolejnych niespodzianek i ewentualnych przeoczeń. Groby, groby i jeszcze więcej grobów. Małe, duże, zadbane i opuszczone. Cmen-tarze zawsze mnie przygnębiały.
Poza niewielką kryptą nie natrafiłem na nic niespodziewanego. Z czystym sumieniem zakołatałem kołatką, licząc na to, że zostanę wpuszczony i chodź na chwilę przestanę mok-nąć. Po, dłużącej się w nieskończoność chwili wyczekiwania, drzwi otworzył mi chuderlawy mężczyzna, niższy ode mnie niemal o głowę.
– Ta? – rzucił, zachrypniętym głosem. Poczułem nieprzyjemny zapach bijący z jego ust. Na szczęście dzieliła nas ściana świeżego powietrza.
– Szukam pana Tomasza – odparłem.
– To ja. W czym mogę pomóc?
– Nazywam się Robert Sęp, przed kilkoma dniami zmarł mi wujek. Chcę go pochować – skłamałem.
– Dzwoni się najpierw, człowieku. – Tomasz wykrzywił swą pomarszczoną twarz. Dziwne, ale nie potrafiłem ocenić jego wieku. Wyglądał na pięćdziesiątkę, ale jego oczy wy-dawały się oczami starca. Poszarzałe i jakieś takie… jakby nieobecne. – Teraz nie mam czasu. Zadzwoń pan jutro, umówimy szczegóły.
– A stronę internetową macie? – zagaiłem, gdy gospodarz już szykował się do za-mknięcia drzwi.
– Daj mi pan spokój, ja tu tylko sprzątam.
– Ale skoro już jestem, to chyba możemy zamienić dwa zdania?
– A o czym tu rozmawiać? Chcesz pan pochować wujka to pochowamy. Ale ja szcze-gółów nie ustalam, tylko właściciel zakładu. Więc nie zawracaj pan gitary.
– Rozumiem, że nie zastałem właściciela?
– Nie. Do widzenia. – Tomasz zamknął mi drzwi przed nosem, burcząc coś niezrozu-miale.
Szczerze muszę przyznać, że nie byłem usatysfakcjonowany spotkaniem. Po pierwsze dlatego, że do jako takiej rozmowy w ogóle nie doszło. Nie mógłbym z czystym sumieniem odfajkować go na liście i ruszyć dalej ze śledztwem. Ciarki mnie przeszły na myśl o tym, że będę musiał przyczaić się gdzieś w okolicy i obserwować cmentarz przynajmniej przez kilka dni. Mój wzrok przykuło wyłaniające się zza deszczowej mgiełki wzgórze. Postanowiłem od razu wybrać metę i wstępnie się przyczaić.
Wróciłem do samochodu i odjechałem w kierunku, który jak sądziłem, doprowadzi mnie do mojego punktu obserwacyjnego. Auto dobrze radziło sobie w terenie, lecz mimo to wjazd na to wzniesienie sprawił mi sporo trudności. Odnalazłem dróżkę prowadzącą zapewne do pobliskiego gospodarstwa. Wybrałem polankę na skraju lasku, miałem tam cmentarz jak na dłoni. Chociaż tyle. Nie będę musiał wychodzić z samochodu. Oby tylko widoczność była dobra. Cóż, przekonam się o tym w nocy, pomyślałem i odjechałem.

***
Deszcz walił o dach, wjechałem na drogę na Gdańsk. Moja terenowa łada dobrze zno-siła dziury, które co rusz ziały z asfaltu. Jak radzili sobie z nimi inni kierowcy? Nie miałem zielonego pojęcia. W takich chwilach nachodziły mnie czarne myśli, a czysta wściekłość chwytała za gardło i wierciła w głowie otwory jeszcze większe od tych, które omijałem kar-kołomnymi manewrami. Coraz częściej myślałem o tym, aby opuścić to śmietnisko i za-mieszkać gdzieś na zachodzie. Może w Amsterdamie albo Madrycie? Nawet Londyn by się nadał, chociaż Polacy ciągle jeszcze walą tam drzwiami i oknami. Cholera, nie muszę jechać daleko. Praga, Berlin… Gdziekolwiek, byle nie tu. Ale po kolei. Należało zacząć od rozwiąza-nia bardziej przyziemnych problemów. Skąd wziąć pieniądze na fajki i dobrą whisky albo czym zabić niekończące się godziny w pustym biurze? Odsuwałem od siebie te myśli. Na razie było dobrze. Miałem co robić i powinienem się z tego cieszyć. Kolejna dziura. O mało nie straciłem panowania nad kółkiem.
I jakoś, mimo wszystko, wcale się nie cieszyłem.
***
Byłem już gotowy do wyjścia. Zebrałem cały mój pseudo szpiegowski sprzęt, zapas kawy w termosie i trochę jedzenia. Dosyć długo zastanawiałem się nad tym, czy wziąć broń. W końcu zrezygnowałem z tego pomysłu, nie planowałem pakować się w żadne kłopoty. Już miałem wychodzić, gdy w progu stanął Grześ. Uśmiechnięty od ucha do ucha.
– Masz coś? – zapytałem. Skinął twierdząco i wszedł do biura, niosąc swojego laptopa. – Opowiadaj. Nie, nic się nie działo i nie udało mi się przesłuchać Grzelki. Skryty dziwak. Dzisiaj tam jadę i sądzę, że trochę tam zabawię. Przynajmniej będziesz miał czas na dalsze szperanie. Tak? Pokaż więc, pokaż co tam masz.
Oczywiście w takich chwilach nie bawiliśmy się w rozmowy na migi. Grześ napisał krótki raport z tego, co udało mu się ustalić. Dzięki temu unikaliśmy długich tłumaczeń, a ja miałem jasność przynajmniej co do kilku podstawowych wyników jego pracy. A było tego niemało.
Przede wszystkim mój partner zdołał włamać się na skrzynkę pocztową Andrzeja. Po-śród spamu i biznesowej korespondencji odnalazł jednego bardzo interesującego maila. Krzewicki pisał do bliskiego kolegi z Francji. Żalił się o wszystko. O to, że w pracy nie szło, że z Iloną się kłócił i, oczywiście, wspominał o śmierci matki. Nie omieszkał także poinfor-mować przyjaciela o upierdliwym pracowniku cmentarza, który spaprał robotę i nie postawią pomnika przed zimą. Narzekał także na Polskę i zazdrościł mu Francji. Na koniec napisał o jakiejś nowinie, którą podzieli się, gdy będą mieli okazję porozmawiać. Poza tym w długim liście znajdowała się kupa całkowicie nie przydatnych informacji. Kilkukrotnie wracałem do wzmianki o Ilonie.  Jestem już zmęczony, pisał. Ona mnie nie rozumie i czasami mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Dziwne, że Ilona nie dostrzegała tego problemu. Chodź z dru-giej strony, czy to naprawdę jest takie nienormalne? Kto po kilku ładnych latach małżeństwa zachwyca się jeszcze współmałżonkiem? Pisał niejasno i niestety nie mogłem wyciągnąć z tego żadnych pewnych wniosków.
Grzegorz dokopał się także do kilku zdjęć z urodzinowej imprezy. Jeden z pracowni-ków Andrzeja zamieścił je na portalu społecznościowym. Na tych kilku fotkach nie dostrze-głem Ilony, więc prawdopodobnie zostawił ją w domu. W końcu to kameralna, firmowa im-prezka… Tylko jedno zdjęcie wydawało się interesujące. Uchwycono na nim wszystkich im-prezowiczów. Całą szóstkę. Był tam Andrzej, dwie koleżanki i trzech facetów. Grzegorz sprawdził, że większość z nich to faktycznie pracownicy Andrzeja. Gdy zapytałem, jak dało mu się to ustalić w kilka godzin, odparł, że wszyscy mieli konta na tym właśnie portalu. In-ternet bardzo ułatwiał pracę detektywa. Moją uwagę przykuła jedna z kobiet. Stała pochylona, eksponując swój biust, podkreślany głębokim dekoltem, stanikiem push-up i wisiorkiem przedstawiającym połówkę jabłka. Do tego bardzo mocny makijaż, kwiat róży w jasnych włosach i ogromne kolczyki. Mając takie kobiety w pracy, nic dziwnego, że Andrzej narzekał na Ilonę.
– Kto to? – zapytałem, Grześ odpowiedział szybko. – Nina Dąbrowska? Poważnie ma na imię Nina?
Grześ skinął z uśmiechem.
– Jezu – skwitowałem. Akurat ona nie figurowała na liście Wojtka. – Co dalej? – Zaj-rzałem w raport. Zdjęcia zrobiono przed miesiącem na urodzinach organizowanych w jednym z gdańskich barów. Najlepsze Grześ zostawił na koniec. Pokazał mi forum, na którym jeden z klientów Andrzeja bardzo źle wypowiadał się na jego temat. Nie wiele wynikało z tych, peł-nych przekleństw, wpisów. Udało nam się w końcu wywnioskować, że nijaki „Bercik33” nie otrzymał kredytu i winił za to właśnie Andrzeja. Groźbom nie było końca, aż dziwne, że ad-ministrator tego nie usunął. Postanowiłem zapytać przy okazji Wojtka, dlaczego policja do tego nie dotarła. Okazało się, że Grześ poszedł o krok dalej. Wyśledził ten nick i dotarł do portalu zrzeszającego byłych skazańców. O dziwo tam także osobnik o pseudonimie „Ber-cik33” wieszał psy na Andrzeju Krzewickim. Wreszcie coś, choć nie chciało mi się wierzyć by ktoś kogoś zamordował z powodu nie udzielonego kredytu. Nauczony gorzkim doświad-czeniem, wiedziałem, że popaprańców w tym kraju nie brakowało.
– Więc tak – podjąłem, gdy zakończyliśmy przeglądanie materiałów. – Trzymamy się tego, co mamy. Przede wszystkim skup się na dotarciu do tego Bercika. Może coś z tego wy-niknie. W drugiej kolejności wyśledź tę Ninę. Jeśli Andrzej miał romans, to właśnie z nią. Jak to dlaczego? Spójrz tylko na pozostałe imprezowiczki… Wiem, że mógł kochanki nie zaprosić na zabawę, ale innego tropu nie mamy. Póki co zakładamy trzy scenariusze. Albo Andrzeja zamordował Tomasz, albo Bercik. Krzewicki mógł też odejść od żony z kochanką, dlatego warto sprawdzić Ninę jako pierwszą kandydatkę. Oczywiście, że tak. Jak natrafisz na inne potencjalne ukochane, daj mi znać. I miej oczy otwarte. Opieramy się, Grześ, na spekula-cjach. Mam nadzieję, że przy okazji natrafimy na coś pewniejszego. Dokładnie tak. Jak zaw-sze sprawdzamy postawione hipotezy, dopiero potem idziemy dalej. Jednocześnie monitoru-jemy sytuację, szukamy nowych tropów. Mam nadzieję, że śledzenie Grzelki przyniesie jakiś efekt. Ruszaj z rana w teren. Dzięki. Jak by co, będę pisał.
***
Jeżeli Tomasz miał krew na rękach i jednocześnie trochę oleju w głowie, na pewno nabrał podejrzeń, słysząc w nocnej ciszy warkot mojego auta. Nie przewidziałem, że ulewa do reszty rozmiękczy ziemię, czyniąc podjazd niemal niemożliwym. Niemal. Po kilku minu-tach walki na stoku, dałem radę. Dotarłem na moją polankę, ostatnie kilka metrów przejecha-łem bez świateł. Stanąłem na skraju lasku, zaraz przed zboczem. Cicho włączyłem radyjko i rozpocząłem obserwacje. Lało już od rana, a po południu deszcz się  jeszcze nasilił. Pod wie-czór jednakże trochę się rozpogodziło, co znacznie poprawiło widoczność. Rozpocząłem od mojej lornetki noktowizyjnej, na którą koszmarnie wykosztowałem się parę lat temu, gdy jeszcze trzymały się nas pieniądze. Do tej pory nie miałem wielu okazji by jej użyć, dlatego z niemałą satysfakcją zajrzałem w okular, który pokazał mi świat w jaskrawo-zielonych bar-wach.
Nic. Cisza i spokój. Drzewa, nagrobki, budynek zakładu pogrzebowego i ta upiorna krypta, gdzieś w tle. Lekki wietrzyk. Gdzieniegdzie tańczące na wietrze liście. W radiu leciało „Funny The Way It Is”, podczas mojej ulubionej audycji. Niestety odbiór nie był najlepszy. Dłużyło się, jak zawsze podczas obserwacji. Zrobiłem chwilę przerwy, napiłem się kawy.
Gdy po raz kolejny spojrzałem przez lornetkę, dostrzegłem kogoś na cmentarzu. Nie widziałem zbyt dokładnie, ale zdawało się, że była to kobieta. Nadzwyczajnie wysoka kobie-ta. Być może wzrok płatał mi figle, ale musiała mieć grubo ponad sto dziewięćdziesiąt cen-tymetrów wzrostu! Pierwsza myśl: co do cholery Małgorzata Dydek robiła tam w środku no-cy? Postać snuła się między grobami niczym zjawa. Nie spieszyła się, a jej ruchy były bar-dzo… płynne. Poczułem się jak skaut, który pełnił psią wartę i dostał omamów od wpatrywa-nia się w ciemności. Przeszła cały teren aż do bramy. Sądziłem, że opuści cmentarz, wróci do samochodu, poczym odjedzie do domu opłakiwać zmarłego męża, brata lub inną bliską osobę. Nic z tych rzeczy. Ona odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem. Okrążyła cały teren i, nie zatrzymując się przy żadnym grobie, znów wróciła do bramy. Postanowiłem pójść tam i zagaić. Musiałem tylko po drodze wymyślić jakąś historyjkę, najlepiej ściśle związaną z mo-im zmarłym wujem. Wyłączyłem radio, uchyliłem drzwi. Zanim wysiadłem, jeszcze raz rzu-ciłem okiem przez lornetkę. I już jej nie widziałem. Opuściła cmentarz? Może poszła do biu-ra, może była wspomnianym przez Tomasza właścicielem zakładu? Próbowałem racjonalnie to wyjaśnić. W zasadzie nie byłoby w tym wszystkim nic dziwnego… nie byłoby, gdyby nie chłód, który przeciął mnie na wylot. Ona nie chodziła. Ona pływała wśród nagrobków. Napi-łem się jeszcze kawy. Zatrzasnąłem drzwi. Naszły mnie głupawe myśli. Co, jeśli mnie zoba-czyła? Co, jeśli skrada się gdzieś w mroku?
Zbeształem się, podkręciłem dźwięk i znów zajrzałem przez lornetkę. Nic. Cisza i groby i liście na wietrze. Śladu po kobiecie, która musiała być pracownicą zakładu, albo obłą-kaną wdową. I tego się trzymałem. Postanowiłem także zabrać moją lornetkę do przeglądu, bo z pewnością powstawały przekłamania.
Bałem się jak cholera i częściej rozglądałem się wokół auta niż na ten pieprzony cmentarz. Nic się nie działo. Wytrwałem tak do czwartej. Ostatnią godzinę zmuszałem się, jedząc kanapki i pijąc energetyczne napoje. Odjechałem po piątej, jeszcze przed świtem.
Wracałem powolutku, czując, że drżą mi ręce a świat wiruje jak opętany. Najgorsze było to, że następnego dnia musiałem tam wrócić.
***
Obudziłem się wczesnym popołudniem. W telefonie miałem trzy nieodebrane połą-czenia od Ilony. Coś przekąsiłem, doszedłem do siebie i oddzwoniłem.
– Ilona? Dzwoniłaś, coś się stało?
– Chciałam zapytać, czy coś udało się ustalić?
– Obserwuję tego Tomasza, poza tym niewiele, ale jesteśmy dobrej myśli. Jak się czu-jesz? – dodałem i dopiero po chwili dotarło do mnie, jak durne było to pytanie.
– Trochę lepiej o dziwo… choć wciąż nie mogę uwierzyć, że go nie ma.
– Rozmawiałem z Grzelką. Wątpię, by miał coś wspólnego ze zniknięciem Andrzeja – powiedziałem, choć wcale nie miałem takiej pewności. – Nie mamy dowodu na to, że Andrzej nie żyje. Pamiętaj o tym.
– Ale…
– Nie chcę nawet tego słyszeć, Ilona. Tomasz jest normalnym człowiekiem. Może to dziwak, ale nie morderca.
– On nie jest normalny. Czuję to… Błagam Robercie, nie odpuszczaj.
– Nie odpuszczę, tego bądź pewna. Odnajdę Andrzeja.
– Ja… muszę kończyć.
– Trzymaj się, dam znać za kilka dni.
Wciąż była w kiepskim stanie. Wyraźnie słyszałem, jak drżał jej głos i z trudem po-wstrzymywała się od płaczu. Byłem pewien, że nie wierzyła w śmierć Andrzeja. Nie rozumia-łem tylko, skąd cała ta obsesja na punkcie Grzelki? A może sama załatwiła męża i teraz usil-nie kierowała podejrzenia na bogu ducha winnego Tomasza? Nie, to byłoby zbyt banalne. Choć w zasadzie należało zbadać każdy trop i dokładnie przeanalizować każdą koncepcję. I powęszyć, jeśli będzie trzeba.
Tymczasem musiałem po raz kolejny zmierzyć się z cmentarzem. Pochłonąłem ogromny obiad w meksykańskiej knajpie, nieopodal biura. Wyruszyłem wcześniej, tuż po zmierzchu. Co chwila spoglądałem na telefon w oczekiwaniu na sygnał od Grzesia. Najwy-raźniej był bardzo zapracowany, gdyż nie podesłał żadnej wiadomości.
Dotarłem na miejsce z duszą na ramieniu. Tym razem zabrałem ze sobą pistolet. Śmia-łem się z siebie, lecz gdzieś w środku byłem dziwnie przerażony. Jak dzieciak, który naoglą-dał się horrorów.
Zaparkowałem na polance i czekałem w napięciu, obserwując okolicę przez moją lor-netkę. Trochę po północy pod cmentarz podjechał dostawczy samochód. Wysiadł z niego brodacz, którego wcześniej spotkałem. Otworzył bramę i auto wjechało na teren nekropolii. Zaparkowało pod budynkiem zakładu pogrzebowego. Tak jak podejrzewałem, za kierownicą siedział Tomasz. Zamknęli samochód i zniknęli w budynku. Do rana nic więcej się nie działo.
***
Po dwóch nieprzespanych nocach odczuwałem już pewien dyskomfort. Organizm za-ciągał dług, który prędzej czy później będę musiał spłacić. I to pewnie z niezłymi procentami. Planowałem spędzić tam jeszcze jedną noc, a potem rozpocząć obserwacje za dnia.
Tamten dzień zacząłem dokładnie tak samo jak poprzedni. Późne śniadanie, duży obiad i wyjazd po zmierzchu. Nim jeszcze wsiadłem do auta, dostałem wiadomość od Grze-sia. Niestety wiadomość, która wcale nie poprawiła mi nastroju.
„Bercik33 od miesiąca siedzi za granicą. Jest inwalidą. Nina Dąbrowska wyjeżdża ju-tro z narzeczonym do Zakopanego na urlop. Nie trafiłem na żadne potencjalne kandydatki. Co dalej?”.
Zatem tropy urwały się. Trudno. Taka praca, nie zawsze trafiamy od razu na właściwą drogę. Grunt to się nie poddawać.
„Coś drgnęło na cmentarzu, jadę tam dzisiaj jeszcze raz. Może dołączysz?”.
Po kilku chwilach dotarła do mnie odpowiedź.
„Jasne. Jak tylko dojadę z Warszawy. Mogę mieć opóźnienie”.
Nie wchodziłem już w szczegóły. Grześ zawsze wykonywał swoje zadanie do końca. Najwyraźniej w stolicy było coś do załatwienia. Prawdopodobnie coś związanego z tym ta-jemniczym Bercikiem.
Dotarłem na miejsce nieco później niż poprzedniego dnia. Od razu tego pożałowałem. Tomasz kręcił się wraz ze swym pomocnikiem przy samochodzie, który najwyraźniej stał tu cały dzień. Coś załadowali na pakę. Niestety nie zdążyłem zorientować się, co to było. Spie-szyli się. Grzelka wrzeszczał, a ten drugi posłusznie wykonywał polecenia. Pobiegł do biura i przyniósł coś Tomaszowi, poczym obaj wsiedli i odjechali. Było przed dziesiątą.
Czekałem, obserwowałem, słuchałem radia. Upływały kolejne godziny i pewien by-łem, że już nie wrócą. Dostałem wiadomość od Grzesia, że się spieszy i wkrótce do mnie do-łączy. Wypatrywałem go z niecierpliwością. We dwóch zawsze raźniej. Z Grzesiem u boku żaden nocny upiór nie był mi straszny. Jaskrawo-zielony świat migał przed oczami. Nocna dama nie pojawiała się. I dobrze.
Gospodarze wrócili grubo po drugiej. Tym razem podjechali pod kryptę i stanęli tak, że nie widziałem ich zbyt dokładnie. Otworzyli tylnie drzwi i wyciągnęli z nich coś zawinię-tego w czarny worek. Pierwsza moja myśl: zwłoki. Każdy by tak pomyślał. Na szczęście po-trafiłem zachować dystans i mimo tego, że pakunek wyglądał dokładnie jak ciało, zdawałem sobie sprawę, że mogło tam być milion innych rzeczy. Tomasz niósł to z przodu, a jego po-mocnik z tyłu. Za ręce i za nogi, pomyślałem i mimo woli przegryzłem wargi. Zniknęli kryp-cie. Pojawili się dopiero po jakiś dwudziestu minutach. Znów wleźli do auta i znów wycią-gnęli podobne zawiniątko, z tym, że nieco mniejsze. Stwierdziłem, że to po prostu niższy je-gomość. Uśmiechnąłem się, choć wcale nie było mi do śmiechu. Tym razem czekałem na nich jeszcze dłużej. W końcu wyleźli stamtąd, zamknęli auto i pomaszerowali do budynku zakładu. A ja byłem w kropce.
Robiło się późno, jeśli miałem coś zdziałać to od razu. Czyżby pojechali na miasto i zgarnęli kolejnych delikwentów? Tak samo jak Andrzeja? To niezwykle odważny wniosek, zważywszy na fakt, że to przecież nie tylko grabarze, ale i pracownicy zakładu pogrzebowe-go. Chyba. Ale jeśli tak, to może przywiezienie tutaj zwłok nie było niczym nadzwyczajnym? Stwierdziłem, że jeśli nie sprawdzę to nigdy się nie dowiem. Postanowiłem ruszyć wreszcie tyłek i przekonać się, czy Tomasz miał coś na sumieniu. Być może mieli w tej krypcie chłod-nię i przywieźli te ciała z kostnicy? Nie wiedziałem, jak bardzo trzeba było mieć narąbane w głowie, żeby w krypcie budować chłodnię. Dlatego musiałem zobaczyć to na własne oczy. Najwyżej szybko się stamtąd zmyję i, co najważniejsze, zakończę te bezsensowne obserwacje Grzelki. Ruszę dalej z poszukiwaniami i przestanę tracić tu czas. I nerwy.
Co, do cholery, działo się z Grzesiem? Dlaczego go jeszcze nie było? Nie mogłem czekać dłużej. Napisałem mu krótką wiadomość. Jak by co, będzie wiedział, gdzie mnie szu-kać.
Schowałem Glocka w wewnętrznej kieszeni marynarki. Nie podejrzewałem, że przyj-dzie mi go użyć, ale czułem się z nim pewniej. Latarka, której używałem była stara i wadliwa, a ja nie mogłem pozwolić sobie na utratę źródła światła. Oprócz niej miałem tylko spory i nieporęczny reflektor. Wrzuciłem go więc do torby, którą przerzuciłem przez plecy. Zamkną-łem samochód i ruszyłem stromym zboczem w dół, w stronę cmentarza.
Okrążyłem płot i wszedłem na teren nekropolii przez główną bramę. Szedłem spokoj-nie, nie skradałem się. W końcu to cmentarz. Lepiej żeby wzięto mnie za zwykłego dziwaka, a nie włamywacza lub złodzieja kwiatów.
Krypta widniała niby plama atramentu, czarniejsza niż, otaczający ją, nocny mrok. Jeszcze nie zapalałem latarki, od razu by mnie zauważono. Lawirowałem między nagrobkami niemal po omacku, ale udało się. Gdy dotarłem na miejsce i stanąłem przed tą budowlą, jakoś straciłem zapał do dalszej eksploracji. Noc była zimna, a mimo to wyraźnie czułem bijący ze środa chłód. Przemogłem się w końcu i ruszyłem dalej. Zapaliłem latarkę dopiero, gdy znala-złem się pod dachem.
Nie było tam ani trupów, ani chłodni. Nic, puste, zimne pomieszczenie. Cztery ka-mienne ściany, skośny strop i podłoga. A gdzie pakunki? Przecież tutaj je przynieśli, widzia-łem to dokładnie. Obszedłem pomieszczenie, przesuwając się przy każdej ze ścian. Zajrzałem w każdy kąt. Wciąż nic. Dopiero na koniec skierowałem światło na podłogę. Dostrzegłem ślady z błota, które pozostawił Tomasz i jego pomocnik. Prowadziły do samego środka salki i tam urywały się. Obejrzałem je dokładnie. W jednym miejscu odcisk buta urywał się dosłow-nie w połowie. Tuż obok dostrzegłem uchwyt. Zejście do piwnicy.
Skoro powiedziałem „a”, należało powiedzieć „b”. Coraz mniej mi się to podobało. Czułem w środku, że powinienem stamtąd wyjść i poczekać chociaż na Grzesia. Nie czeka-łem. Chwyciłem zamaskowaną klapę i podniosłem do góry. To znaczy podjąłem próbę, bo udało się dopiero za trzecim razem, gdy włożyłem w to absolutnie wszystkie siły. Miałem wrażenie, że lada chwila pęknie mi kręgosłup. Uniosłem kamienne wieko i pozostawiłem je w pozycji pionowej, lekko odchylone do tyłu. Wyglądało stabilnie. Gdyby zatrzasnęło się ze mną w środku, utknąłbym na dobre. A w środku ziała czarna dziura. Wypatrzyłem schody i, pokonawszy ostatnią wątpliwość, ruszyłem w dół. Smród, który uderzył moje nozdrza niczym sierp Adamka, powinien dać mi do myślenia. Powinien posłużyć jako ostateczny dowód przynajmniej na to, że chłodnia była zepsuta. Powinienem dać spokój. Nic z tych rzeczy. Wy-ciągnąłem z torby reflektor i ruszyłem dalej.
Generalnie czułem się z nim, jakbym włączył górne światło w salonie. Niebieskawe strumień głęboko penetrował ciemności tego podziemia. Schody nie były zbyt wysokie i szybko znalazłem się na piętrze minus jeden. Znów puste pomieszczenie, ale tym razem w jednej ze ścian dostrzegłem drzwi. Miały zamek i sądziłem, że będą zamknięte. O dziwo, gdy nacisnąłem klamkę usłyszałem skrzyp zawiasów. Do tej pory zapach był wyjątkowo nieprzy-jemny. Ale odór, który wypłynął z następnego pomieszczenia, przeszedł moje wszelkie ocze-kiwania. Cofnąłem się jak poparzony, powstrzymując odruch wymiotny. Udało się, choć na-prawdę niewiele brakowało. Zatkałem nos, wziąłem głębszy wdech przez usta i wszedłem do środka. Niestety tam już nie udało mi się powstrzymać uciekającego obiadu. I to nie gęsty fetor mnie do tego zmusił, lecz widok. Widok, którego się nie spodziewałem, a uwierzcie mi, że sporo głupot podpowiada człowiekowi wyobraźnia w podobnych sytuacjach. Trwało to jakiś czas nim doszedłem do siebie i znów przekroczyłem te drzwi. Miałem łzy w oczach i chusteczkę przy twarzy. Uniosłem reflektor i niepewnie wkroczyłem do tego piekła.
Naprawdę ciężko to opisać. To jak skrzyżowanie kostnicy z ubojnią. Wszedłem dalej. Spieszyłem się, gdyż nie wiedziałem jak długo tam wytrzymam. W większości kobiety. Na oko z trzydzieści osób. Zaledwie co trzecie, co czwarte zwłoki to mężczyźni. Każdy mężczy-zna miał na sobie, powiedzmy, wieczorowy strój. Pierwsza myśl: dorwał wszystkich na ja-kimś bankiecie… Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to musieli być ludzie pochowani nie-dawno na tym cmentarzu. Nie potrafiłem i nawet nie próbowałem ocenić świeżości zwłok, więc nie wiedziałem, jak długo tam leżeli. Dwie dziewczyny, nie do końca odpakowane z czarnych worków, leżały na samym brzegu sali. Tylko one nie miały ran na ciele. Pozostali wyglądali tak, jakby pogryzły ich psy. Poszarpane szyje, nadgarstki i często też stopy. I krew. Wszędzie pełno zaschniętej krwi. Jak na pieprzonej uczcie wilkołaków.
Koszmar.
W tamtej chwili żałowałem, że kiedykolwiek poznałem Ilonę. Wiedziałem, że ten wi-dok nie da mi spokoju jeszcze przez długie lata, jeśli w ogóle kiedykolwiek przestanie mnie nawiedzać. Dopiero potem dostrzegłem ołtarz. Tak mi się przynajmniej skojarzyło to, co uj-rzałem. Szeroki, ceglany podest znajdował się przy przeciwległej ścianie, naprzeciwko drzwi. Leżała na nim kobieta. Poszarpana, uschnięta.
Odruchowo sięgnąłem po broń. Odwróciłem się i postanowiłem wtargnąć do zakładu pogrzebowego, dorwać Tomasza i zastrzelić go na miejscu. Zatrzymałem się po kilku kro-kach. Wyjąłem telefon i napisałem do Grzesia. „ Jestem w krypcie na cmentarzu. Spiesz się”. Nie miałem pojęcia, co mam mu napisać. Trzęsły mi się ręce. Traciłem zasięg w tym choler-nym podziemiu. Wszedłem w kontakty i wybrałem numer do Wojtka. Nim zdążyłem wcisnąć zieloną słuchawkę, usłyszałem głosy przy schodach. I kroki.
Poznałem Tomasza i tego tam brodacza – pomocnika. Nie było już czasu. Wycelowa-łem w otwarte drzwi. Widziałem już światła. Zdążyłem jeszcze wcisnąć dwójkę na klawiatu-rze telefonu. Skrót do Grzesia. Odbierze połączenie. Usłyszy co się dzieje i być może streści ruchy.
Tomasz wparował do pomieszczenia, ciężko zdziwiony. Oślepiłem go reflektorem. Stanął bokiem, zasłaniając oczy.
– Co jest, cholera!- wrzasnął.
-Policja! – odkrzyknąłem. -Jesteś aresztowany, Grzelka! Klęknij na ziemi plecami do mnie, potem powoli się połóż! Już! – Ryczałem jak amerykański sierżant. Momentalnie zdar-łem głos. Mimo to, nie usłuchał. Stał przez chwilę nieruchomo. – Na ziemię, Grzelka!
Jak ja żałowałem w tamtej chwili, że od razu nie zadzwoniłem do Wojtka. Oby usłu-chał, oby się położył. Wtedy zadzwonię.
Nie kładł się. Stał nieruchomo. Przyczajony, jak kot. Moja dziewczyna ma kota. Wiem jak to wygląda, mimo to nie chciało mi się wierzyć, że to zrobi.
Jednak zrobił.
Skoczył na skos. Dwa ogłuszające huki wystrzału. Musiałem spudłować. Rzucił się na mnie i obaj runęliśmy na ścianę. Zgubiłem pistolet, reflektor upadł gdzieś opodal, ale wciąż dawał dużo światła. Tomasz ścisnął mnie za szyję. Kopnął w brzuch, rąbnął moją głową o ścianę. Zadzwoniło, ale zachowałem przytomność. Odpychałem go. Szarpałem się. Wtedy dostrzegłem jego zęby. Dwa kły, cienkie niczym igły sterczały z jego ust. Normalnie pomy-ślałbym: mutant. Psychol. Ale wtedy w tamtym koszmarnym pomieszczeniu pomyślałem: wampir. Logika poszła w las i pewnie usiadła wygodnie koło mojej łady, bezpiecznie zapar-kowanej na polance. Przez kilka sekund byłem pewien, że zmagam się prawdziwą bestią. Jak w „Opowieściach z Krypty”. Nie mogłem w to uwierzyć. Sądziłem, że za chwilę się obudzę. On dalej się szarpał. Szarpał i syczał jak jakiś gad. Byłem przerażony. Strach dosłownie mnie sparaliżował. On rozdziawił paszczę i sięgał mojej szyi. Wierzgał i kopał. I niemal mu się udało. Instynkt samozachowawczy odezwał się na czas. Koniec końców, Grzelka był niższy ode mnie i wcale nie miał legendarnej wampirzej siły, bo już pewnie by mnie połamał i ze-żarł. Zaparłem się. Odepchnąłem go i zasadziłem mu lewy prosty. Trzasnął nos a wampir się zachwiał. Poprawiłem od prawej. Nie uchylił się. Nie użył wampirzej zwinności. Przyjął cios, aż się rozległo. Odkręcił się i padł na ziemię. Na moich oczach wypluł szczękę i te dwa igla-ste kły. Popękała, gdyż pewnie wykonano ją ze zwykłego szkła lub porcelany. Poczułem nie-wyobrażalną ulgę. Na chwilę zapanowałem nad sytuacją. Niestety tylko na krótką chwilę. Ten jego przydupas przybył z odsieczą. Jak do mnie dopadł nie wiedziałem już, co się działo. Stawiałem się, ale był wielki i silny. Walił we mnie jak w worek a na koniec cisnął mną jak szmacianą lalką. Tak mi się zdawało, bo wtedy urwał już mi się film.
***
Ocknąłem się rozciągnięty niby człowiek-guma, bohater marvelowskich komiksów, które uwielbiałem za dzieciaka. Skuli mi ręce i nogi. Naprężyli łańcuchy. Leżałem na tym pieprzonym ołtarzu. Łeb mi pękał tak, jakbym pił z Wojtkiem całą noc. To był jakiś koszmar. Rzeczywistość nie do końca do mnie docierała i traktowałem ją jakby z przymrużeniem oka. Przecież to nie mogło się dziać!
A jednak.
Stali obaj nade mną. Nie wiem, który wyglądał gorzej. Czy ten brudny i spocony bro-dacz z pozlepianymi włosami, czy Grzelka z okrwawioną mordą. Nie powiem, żebym nie odczuwał lekkiej satysfakcji z tego, że porządnie oberwał.
Ta… wampir…  raczej pieprzony dewiant. Mam nadzieję, że nie zachował rozsądku i nie zabije mnie od razu.
– Gdybyś nie był tu sam – odezwał się, gdy spostrzegł, że otworzyłem oczy. – To już ktoś by tu wparował.
Słuszna uwaga, pomyślałem. Co dalej?
– Zatem postanowiłeś samotnie tutaj wtargnąć i nie masz wsparcia. A może liczysz na to, że ktoś namierzy twój telefon? – Pokazał mi moją komórkę. W zasadzie mizerne resztki, które z niej zostały. Co za debil. Typowe. Społeczeństwo wyobraża sobie, że polskie służby mają niewiadomo jaki sprzęt. Tak, a w dupie mam nadajnik Jamesa Bonda i zaraz wparuje tu CBŚ, FBI i dwudziestu komandosów z Gromu.
– Minęło już sporo czasu, więc sądzę, że możemy być spokojni.
– Czego chcesz? – zapytałem, pragnąc ugrać choć kilka minut.
– Zaraz się przekonasz. Nie bój się, nie umrzesz tak od razu.
Cóż za ulga. Cholera, pomyślałem w tamtej chwili, że ten sukinsyn wyciągnie zapa-sową parę zębów Hrabiego D. i zacznie wysysać ze mnie krew. Póki co, na szczęście się za to nie zabierał.
– Co wyście zrobili? – zapytałem, ponownie grając na czas.
– Tu zaczyna się nowy porządek – odparł Tomasz, pochylając się nad moją głową. – Jak tylko moja pani dojdzie do siebie, ustawi ten kraj do pionu.
– Twoja pani? Masz na myśli szefową zakładu? – zadrwiłem, choć przyszło mi to z niewyobrażalnym trudem. Teraz już wiedziałem, że sytuacja, w której główny bohater filmu pluje swemu oprawcy w twarz, to zwykła fikcja. Tego nie da się zrobić.
– Nie. Moją panią poznasz za chwilę. Jak widzisz nie byłem w stanie dostarczyć jej żywego pożywienia. Za dużo z tym problemu. Teraz nareszcie skosztuje czegoś świeżego. Dzięki tobie szybciej dojdzie do zdrowia.
– Andrzej Krzewicki – rzuciłem, zmieniając temat. Bełkot maniaka nic nie mógł mi dać. Niech się psycholodzy martwią o jego wampirze dewiacje. – Zabiłeś go?
– Co? Jaki Andrzej…?
– Zniknął kilka tygodni temu. Pracował w banku, wczesną jesienią pochował tu matkę.
– A! – Tomasz wyszczerzył się. – Pamiętam go. Straszny pieniacz. Groził mi. Kazał stawiać pomnik, a ja nie miałem na to czasu. Nie miałem do tego głowy. Ten facet to wrzut na dupie, od co. Zabiłem wiele osób, lecz tylko kobiety. Zaraz, zaraz… – Tomasz uśmiechnął się brzydko. – Ty myślałeś, że ja go zabiłem? I stąd twoja wizyta?  Prywatny detektyw z Oliwy – dodał, wyciągając z kieszeni moją wizytówkę.
Powiedzmy, że zrobiło mi się troszkę głupio, gdy Grzelka wpadł w histeryczny śmiech. Nie wiem, co go tak rozbawiło, ale znów poczułem się jak bohater dreszczowca, wal-czący z psychopatycznym czarnym charakterem. Niezdrowe skłonności i histeryczny śmiech – obecne. Brakowało tylko hiszpańskiego wąsa, fraka oraz wysokiego cylindra.
– Ona zaraz tu będzie. Ciekawe, jak ci się spodoba to spotkanie…
Znów zaczął swoje. Przynajmniej wiedziałem, że wszystkie nasze tropy prowadziły do nikąd. Gdyby zabił Andrzeja, na pewno by się do tego przyznał. Cholera, dlaczego Ilona skie-rowała podejrzenia akurat na tego grabarza? Przysięgam, Bóg mnie opuścił.
Bóg może i tak. Ale Grześ na szczęście nie.
I chyba usłyszał przez telefon dokładnie to, co się działo, gdyż niespodziewanie wpa-rował do pomieszczenia z pałką w ręku. Ryczał jak niedźwiedź. Wyglądał jak potwór. Pod-ziemny mściciel, Balrog, wcielony demon zagłady. Bo ogień trzeba zwalczać ogniem a zło – złem.
Tomasz zastygł w miejscu, co wcale mnie nie zdziwiło. Brodacz natomiast rzucił się do ataku. Wciąż miał w głowie to, z jaką łatwością mnie obezwładnił. Był silny. Ale bez przesady.
Widziałem, jak machnął pięścią. Grześ uchylił się i płynie pociągnął pałką na skos, od dołu przez środek jego twarzy. Mężczyzna runął, jakby go ktoś zastrzelił. Gruchnął o ziemię wśród trupów i więcej nie widziałem, żeby ruszał się o własnych siłach.
Tomasz znów mnie zaskoczył. Porwał się do ataku, sycząc po gadziemu.
Mój Boże.
***
Potem zaczął się cyrk.
Lojalnie zawiadomiłem Wojtka o odkryciu. Zastał nas, siedzących przed kryptą. Pali-łem papierosa i rozmyślałem o tym, co się właściwie przed chwilą wydarzyło. Byłem oble-piony tą krwią z ołtarza. Koszmar, koszmar, koszmar…
Wojtek obejrzał piwnicę, porzygał się i wezwał wsparcie. Siedzieliśmy jeszcze jakiś czas wśród migających światełek policji, straży pożarnej i karetek. Nasi oprawcy nie odzyska-li przy nas przytomności, ale żyli. Połamani, lecz zdatni do przesłuchania w najbliższym cza-sie i do podjęcia należytej kary. Zjechali się także moi ulubieńcy.  Media. Nareszcie mieli temat ciekawszy niż „ Tak deszczowej jesieni nie pamiętają nawet najstarsi kaszubi!”. Złoży-liśmy zeznania po raz chyba trzeci, a i tak kazano nam się stawić na komendzie następnego dnia. Pojawił się wreszcie szef „OSTATNIEJ POSŁUGI”. Dokładnie rzecz ujmując, szefowa. Smukła babka przed czterdziestką. Dosyć wysoka, ubrana w czarny płaszcz. Wypisz wymaluj moja zjawa z cmentarza. Tamta była, co prawda, o połowę wyższa, lecz to musiała być wina lornetki. Zanotowałem w głowie, żeby przy okazji zabrać ją na ten przegląd. Okazało się, że właścicielka nic o sprawie nie wiedziała. Nie interesowało mnie to, szczerze mówiąc. Miałem dosyć.
Zabrali nas do szpitala. Okazało się, że miałem lekkie wstrząśnienie mózgu, ale zosta-łem zwolniony po krótkiej obserwacji. Grześ natomiast musiał się długo tłumaczyć, dlaczego tak mocno obił tego brodacza i dlaczego połamał nogi Tomaszowi. Dziesięć godzin siedział na komendzie, a przecież to on pojmał tych psychopatów. Był bohaterem, a oni szukali w nim winnego. Na szczęście nie znaleźli, choć podejrzewam, że nieco pomógł w tym Wojtek. Ge-neralnie wszystko po polsku. Bez zmian. Można by się w końcu przyzwyczaić, prawda?
Trzy dni minęły, nim całkowicie doszedłem do siebie. Smród krwi i rozkładających się ciał wciąż tkwił gdzieś pod moją czaszką. Miałem nadzieję, że to po prostu minie. Póki co nie mijało. Trzęsły mi się ręce, nie spałem w nocy. Cholera. Człowiek się  jednak rozczaro-wuje, gdy przychodzi moment próby. Zawsze sądziłem, że jestem w stanie wytrzymać coś podobnego. Chojrakiem można być do czasu, aż przysłowiowa kosa trafi na kamień. Będzie dobrze, myślałem.
Będzie dobrze.
Spotkałem się z Grzesiem dopiero po czterech dniach od tej makabrycznej nocy. Usie-dliśmy naprzeciw siebie, zmęczeni i smętni. Przecież sprawa wciąż trwała. Jedyne co nam się do tej pory udało, to wykluczyć wszystkie dotychczasowe poszlaki. Cóż, należało zdać raport Ilonie. Na pewno dowiedziała się z wiadomości o tym, co się wydarzyło pod Bąkowem. Dla-czego do mnie nie dzwoniła? No tak. Przecież Tomasz rozpieprzył mi telefon. Wojtek dał mi tylko kartę w którymś momencie. Chyba wtedy, gdy ta ładna pani z karetki opatrywała mi obitą głowę. Zadzwoniłem do Ilony z biura. Była roztrzęsiona, jak zwykle. Uspokoiłem ją. Wyjaśniłem, że Grzelka na pewno nie zamordował Andrzeja. Nie dało się rozmawiać przez telefon. Umówiliśmy się więc na spotkanie. W końcu pozostał nam jeszcze jeden trop, o któ-rym myślałem.
***
Ilona mieszkała względnie blisko mojej pracowni. Podjechaliśmy do niej z Grzesiem na umówiony obiad. Miała całkiem spore i nieźle urządzone mieszkanko. Już na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że dom był zaniedbany. Prawdopodobnie ogarnęła go pospiesz-nie przed naszym przyjściem, ale i tak dostrzegłem burdel w łazience i w sypialni. Nie szpera-łem w pokojach. Dostrzegłem to mimochodem. Ot, taka zawodowa przypadłość.
Przygotowała całkiem niezły barszczyk, a na drugie knedle z miękkim mięskiem i słodką kapustę. Rzadko mieliśmy okazję skosztować prawdziwego, domowego obiadu. Potem popijaliśmy winko, żartowaliśmy, gadaliśmy o głupotach. A głównie o Marcie, młodszej sio-strze Ilony, z którą Grześ swego czasu się spotykał. Miła rozmowa to tylko pozory, z czego każde z nas zdawało sobie sprawę. Wkrótce temat wyczerpał się, a ciężar tej niezręcznej ciszy był nie do zniesienia. Ilona ciężko oddychała. Widziałem, że z trudem hamuje łzy. Postanowi-łem walnąć prosto z mostu. W końcu mieliśmy same dobre wiadomości.
– Miałaś rację, co do Grzelki. On jest psychopatą – powiedziałem, po czym dopiłem resztę wina z kieliszka. – Facet myślał, że jest wampirem. Łapał ludzi po mieście, mordował… Zdawało mu się, że ma jakąś panią. Że niby ją dokarmia. To chory sukinsyn, z tym nawet nie dyskutuję. Ale on nie zabił Andrzeja. Łapał tylko kobiety. Sam mi powiedział. Kojarzył two-jego męża. Gnój ucieszył się nawet, że Andrzej zniknął. Ale go nie zabił. Tak jak mówiłem, on porywał tylko kobiety.
– Więc gdzie jest Andrzej? – zapytała, ocierając łzy. Grześ podał jej chusteczkę.
– Ważne, że w ogóle „jest”. Żyje. Teraz zaczniemy go szukać, ale potrzebujemy twojej pomocy, Ilona.
– Co ja mogę zrobić?
-Musisz nam opowiedzieć o waszym życiu. O przyjacielu Andrzeja z Francji, o zna-jomych z Trójmiasta, o rodzinie. Muszę wiedzieć absolutnie wszystko. Jeżeli nic przede mną nie ukryjesz, znajdę go.
– Dobrze… od czego mam zacząć?
– Zaczniemy od jego pokoju. Na pewno pracował też w domu.
– Chodźcie.
Jak można było przewidzieć, Ilona nawet nie zajrzała do gabinetu Krzewickiego od czasu jego zaniknięcia. Zasłonięte żaluzje zaciemniały pomieszczenie, podniosła więc je, ukazując nam panujący w koło nieład. Najwyraźniej Andrzej burzliwie czegoś poszukiwał przed zniknięciem. Usiadłem przy biurku i spojrzałem na rozrzucone w koło papiery, prze-wrócony kubek z długopisami, plamę po kawie. To tak, jakby kot mojej Karoliny został tam zamknięty na dobre dwie godziny.
– Mogę? – zapytałem, wskazując na szufladę. Ilona skinęła twierdząco. Nic. Jakieś dokumenty bankowe, umowy i teczki. Sięgnąłem do dolnej szuflady. Znalazłem tam trochę gotówki, zapasowe klucze i zdobiony nożyk do papieru. Zwróciłem uwagę na niewielką szka-tułkę. Wiedziałem już, że nic interesującego tam nie znajdę. Mimo to sięgnąłem po nią i otworzyłem. Zdziwiłem się, widząc obrączkę. Ilona zaniemówiła, gdy ją zobaczyła. Wzięła srebrny krążek do ręki.
– Zdejmował ją wcześniej?
– Nie… – odparła, szlochając. Przeglądałem szkatułkę dalej. I wtedy go znalazłem.
Łańcuszek z połówką jabłka.
***
Reszta śledztwa to tylko formalność. Pracownicy banku powiedzieli nam, dokąd do-kładnie pojechała Nina. Pensjonat „Czarny Rumcajs” w Zakopanem. Pojechaliśmy tam z Ilo-ną. Nie chciała zostać w domu. Uparła się. Musiała zobaczyć to na własne oczy, bo nie mogła uwierzyć.
Zajechaliśmy na miejsce po długiej i męczącej podróży. Nie miałem pojęcia, jak Ilona ją przetrwała. Recepcjonistka potwierdziła, że pani Nina Dąbrowska zameldowała się kilka dni temu. Wcześniej mieszkał tam jej narzeczony, Artur Michalak. Kiedy przyjechała, za-mieszkali w jednym pokoju. Przez chwilę zwątpiłem. Pomyślałem, że może w ich zespole wszyscy mieli takie naszyjniki? Chodź ten Andrzeja przedstawiał brakującą połówkę jabłka. Teoretycznie by się zgadzało…
Gdy weszli do pensjonatu, rozwialiśmy wszelkie wątpliwości. Andrzej stanął jak wry-ty, a mnie tylko było żal Ilony.
***
Nie interesowały mnie już szczegóły i jego tłumaczenia. Wiem tylko, że chciał od niej odejść. Ponoć nie miał odwagi spojrzeć jej w oczy. Nie potrafiłem tego zrozumieć. Skrajnie nie odpowiedzialny sukinsyn. Cóż, pozostało mieć tylko nadzieję, że dostanie za swoje.
Prawnie nie można mu nic zarzucić. Niestety.
Sprawa została zamknięta, choć wampirzy epizod sprawił, że wcale nie była taka ła-twa i przyjemna. Wróciliśmy do Gdańska, a ja pierwsze co zrobiłem, to poszedłem kupić no-wy telefon. Strzeliłem sobie całkiem przyzwoitą komórę, Ilona dorzuciła parę złotych w pro-mocji. W końcu to ona naraziła mnie na śmiertelne niebezpieczeństwo. Gdyby nie ten fałszy-wy trop, odnalazłbym Andrzeja o wiele szybciej. Zapamiętałem sobie, żeby w przyszłości zaczynać od dokładnej rewizji najbliższych zaginionej osoby, a nie od skupiania się na ich wydumanych poszlakach. Choć z drugiej strony, dzięki naszej akcji zdobyliśmy paru klien-tów.
Wsadziłem kartę w nowy sprzęt. Przywitało mnie skomplikowane i efektowne intro, po którym telefon zapiszczał. Miałem cztery nowie wiadomości na poczcie głosowej. Pierw-sza wiadomość to nagranie od Karoliny. Kazała mi wreszcie kupić ten pieprzony telefon. Na-stępne dwa to telefon od Wojtka, przypomnienie o obiecanej popijawie, i od jakiegoś faceta, który chciał się spotkać. Kolejny klient, pomyślałem i uśmiechnąłem się w duchu. Ostatnia wiadomość sprawiła, że serce stanęło mi w gardle.
Z aresztu zadzwonił do mnie Tomasz Grzelka.
„ Panie Sęp… dzwonię do pana, ponieważ tylko pan może mi uwierzyć. Nie ma czasu, trzeba się spieszyć bo… bo ona umrze. Nie jestem szaleńcem. Ona naprawdę do mnie przy-szła… umierająca i wycieńczona. Powiedziała, że tylko krew przywróci jej siły… Ja… ja chyba oszalałem. Teraz to czuję, gdy jestem z dala od niej. Proszę… musi ją pan odnaleźć i jej po-móc. Błagam pana! W krypcie pod ołtarzem jest wejście do następnej piwnicy. Klucz znajdzie pan pod pomnikiem grobu Danuty Jaworskiej, zaraz obok krypty. Ona tam jest. Na dole… sama. Błagam, proszę jej pomóc…”.
***
Pomimo mojego sceptycznego nastawienia do całej sytuacji, Grześ koniecznie chciał tam zejść i sprawdzić, co znajdziemy. Przekonał mnie jednym argumentem. Że mogła to być kolejna porwana. Może jeszcze żyła.
Wróciliśmy więc na cmentarz, tym razem zabraliśmy ze sobą Wojtka. Poinformowali-śmy o wszystkim także właścicielkę zakładu pogrzebowego, panią Agatę. Uznała to za bzdu-ry, choć potwierdziła istnienie kolejnej piwnicy w krypcie.
Znaleźliśmy klucz dokładnie pod, wspomnianym przez Grzelkę, grobem. Bardzo słabo się poczułem, widząc znowu to miejsce. Weszliśmy do środka. Grześ podniósł pierwszą kla-pę, nawet się przy tym nie pocąc. Zleźliśmy na dół do przedsionka, potem do tej cholernej sali tortur. Nadal tam śmierdziało i pewnie będzie śmierdzieć jeszcze przez wiele miesięcy, jeśli nie lat. Zajrzeliśmy pod ceglany ołtarz. I tu należą się kolejne brawa dla policji, która nie od-nalazła zamka. Ział w podłodze widoczny jak cholera. Dziecko by zwróciło na niego uwagę. Wojtek obiecał, że poustawia kogo trzeba.
Namęczyliśmy się z tym zamkiem. Widać, że Tomasz własnoręcznie go tam instalo-wał. Jak się nad kimś opiekuje, to chyba nie zamyka się go od zewnątrz, prawda? Od ze-wnątrz zamyka się więźnia, albo dzikie zwierzątko…
W końcu  dostaliśmy się do środka. Znów kilka schodków i pomieszczenie. Mniejsze od pozostałych. W nim także znajdował się pseudo ołtarz. Jednakże na nim leżał materac, był też koc i poduszka. Improwizowane łóżko w miejscu, gdzie nie miał prawa dotrzeć najmniej-szy promień słońca. Podeszliśmy bliżej.
Leżała tam smukła, nienaturalnie wysoka kobieta. Ręce, część tułowia i nogi już dawno się rozsypały, natomiast tułów i głowa trzymały się całkiem nieźle… Prawdę powie-dziawszy wyglądały normalnie. Jakby kobieta zmarła przed godziną.
Patrzyliśmy na nią przerażeni. Jej twarz wykrzywiał spazm bólu, a z rozchylonych warg sterczała para kłów, podobnych do tych, które miał Tomasz. Lecz te zęby były praw-dziwe.
Opowiedziałem im o kobiecie, którą widziałem na cmentarzu i o tym, co wmawiał mi Tomasz. Wojtek stwierdził, że musi powiadomić przełożonego i żebyśmy o tym wszystkim nikomu nie wspominali. To nie była prośba. On nam zagroził, a ja nigdy nie widziałem go w takim stanie.
***
Spotkaliśmy się wreszcie na umówione picie. Próbowałem wyciągnąć z Wojtka co-kolwiek na temat naszego znaleziska. Nie chciał o tym rozmawiać, a gdy tylko podejmowa-łem temat, przyspieszał z polewaniem whisky. Odczekałem więc kilka godzin. Piliśmy, słu-chając dobrej muzyki, paliliśmy cygara. Obaj zmęczeni, jak po wojnie. Choć on swoje przy-gody przede mną ukrywał. Gdy alkohol zaszumiał nam w głowach, wróciłem do tematu. Po-wiedział, że sprawa poszła dalej. Ktoś przyjechał, jakieś zagraniczne służby. Zabrali ciało. Kazali milczeć.
Milczeliśmy więc. Wróciliśmy do whisky i nie rozmawialiśmy więcej o wampirzycy spod Bąkowa, zakopanej w cmentarnej krypcie.

0 thoughts on “II miejsce w konkursie – Zakopane

  1. Mam nadzieję, że nie łamię jakiegoś prawa, robiąc tutaj swój wpis. Jesli tak to najmocniej przepraszam, ale musze złożyć swoje gratulacje autorowi…

    Z tych wszystkich opowiadań konkursowych które zdążyłem przeczytać dziś w pracy, to jest zdecydowanie najlepsze. Świetny klimat, bardzo zgrabnie poprowadzona fabuła, pięknie wpleciony wątek wampirzy. Muszę powiedzieć że z takimi dziełami nie wstyd przegrywać. Tylko proszę zwróć uwagę na to nieszczęsne „chodź”, wyłapałem jeszcze jednego ortografa(już nie pamiętam co), ale nie zdominowało to historii – to najważniejsze. Gratuluję raz jeszcze dobrej roboty.

  2. To jest to! Sensacja rodem z Jamesa Bonda, lekko podszyta teorią spiskową niczym u Dana Browna, z klimatem jak spod pióra Stephena Kinga! Do tego ten wampir, inny niż wszystkie i naprawdę straszny. Czyli z jednej strony przełamujemy schematy, a z drugiej czerpiemy z doświadczeń najlepszych. Tego nam trzeba!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *