3

III miejsce w konkursie – Opowieści z Siwobrodu

Była sobie pewna wioska. Nazywała się Siwobród i miała pewną intrygującą właściwość, która spędzała sen z powiek jej mieszkańcom.
Od zawsze ginęły tu dzieci.

XVI wiek

Nasza opowieść zaczyna się za panowania króla Stefana Batorego, pośród zapomnianych przez Boga i ludzi dzikich ostępów zabużańskich, pomiędzy Lubelszczyzną a Rusią Czarną. Tam właśnie znajdował się Siwobród. Należał on do pewnego podupadłego na zdrowiu i majątku pana Krzemińskiego. Człowiek ów znacznie częściej sięgał po szklanicę niż zaglądał do rejestrów, tracąc w ten sposób ziemię i pieniądze. Dawno już zapomniał o  maleńkiej, nie przynoszącej mu żadnych większych zysków osadzie, oddalonej w dodatku znacznie od jego rozleglejszych włości pod Lublinem. Mieszkańcy Siwobrodu byli więc zdani tylko na siebie, pozbawieni ochrony dziedzica w razie jakiejkolwiek napaści, rozbojów czy problemów z siłami nieczystymi. Napadać nie miał kto, rozbójników też nie stało, ale siły nieczyste miały się świetnie.
Osada była maleńka, położona na samym skraju okrytego mroczną sławą Sowiego Boru i oddalona o trzy dni drogi od najbliższej wsi w sąsiedztwie, niewiele zresztą większej. Jak daleko było do jakiegoś pokaźniejszego osiedla – nikt nie wiedział, ponieważ  ani nikt stąd nie ruszał się dalej niż do Rykowiska, ani Siwobrodu nie nawiedzali zbyt często goście z wielkiego świata. Żyło się tu skromnie, uczciwie i pracowicie. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie złowrogie cienie, gęstniejące nad wioską i pochłaniające powoli coraz więcej jej mieszkańców, zwłaszcza małych dzieci. Ludzie starali się na wszelkie sposoby obronić przed ciemnymi mocami, nie zawsze im się to jednak udawało. Piekielny odpowiednik siły wyższej nie dawał im chwili spokoju.
Diabeł potrafi ukazywać się pod wieloma postaciami, a gęste mgły otaczające Siwobród i krążące leniwie wśród czarnych, poskręcanych pni Sowiego Boru z całą pewnością należały do jego licznych wcieleń.

*   *   *
Widywano je czasem na polach. Smukłe, wysokie postaci o długich, rozwianych włosach i nienaturalnie bladych twarzach. Pojawiały się zawsze pojedynczo, na ogół zaraz po zmroku lub też bladym świtem, gdy słońce nie dawało się jeszcze zbytnio we znaki. Czasem można było obserwować je codziennie, czasem nie pokazywały się przez wiele miesięcy. Mówiono, że potrafią przybierać najprzeróżniejsze postaci. Raz przypominają ludzi, kiedy indziej znów ukazują się jako wilki czy nocne ptaki, zwane powszechnie gackami. Poznać je zaś można było zawsze po wielkich, czarnych oczach, w których gdzieś na dnie pobłyskiwała złowroga czerwień (nikt nigdy nie udzielił odpowiedzi na pytanie, skąd to właściwie wiadomo, skoro brak żywych, którzy mieliby okazję znaleźć się na tyle blisko, by móc to stwierdzić), a także po niesamowitej gracji ruchów, niezależnie od kształtów, pod jakimi się ukazywały.

*   *   *

Gdy tylko na horyzoncie ukazała się sylwetka przybysza, mieszkańcy wioski wiedzieli, że oto nadszedł czas zmian. Nagle zawiał wiatr, niosąc z sobą lekką, nieco drażniącą woń, kojarzącą się z chłodnym porankiem na stepie. Majaczący w oddali Sowi Bór zgęstniał, pociemniał, skurczył się w sobie – zupełnie jakby w oczekiwaniu na cios. Cios zadany ręką młodego mężczyzny o ciemnej, zwichrzonej czuprynie, długich nogach i zniewalającym szelmowskim uśmiechu, który nie sięgał oczu. Te były mądre, uważne, a nawet – trochę smutne. Stęsknione jakby i poszukujące.
Młodzieniec szedł dziarsko, z zainteresowaniem rozglądając się na boki. Zapewne świadom był wielu ciekawskich oczu, śledzących każdy jego ruch zza płotów i drewnianych ścian domów. Siwobród żył takimi chwilami. To wtedy, gdy do wioski raz na wiele, wiele miesięcy docierał ktoś ze świata „na zewnątrz”, życie jej mieszkańców zamierało na chwilę, po to tylko, by zaraz rozpocząć się na nowo. Być może miało jednak toczyć się odtąd w zupełnie innym kierunku. Któż bowiem może wiedzieć, co taki wędrowiec niesie ze sobą? Może być to na przykład wór pełen kosztowności. Złota korona, zrabowana z grobu zapomnianego władcy. Przedmiot magiczny o mocy dawania wiecznego życia i szczęścia.
Może to być równie dobrze zaraza. Wieść o wojnie, która nie rozegra się „gdzieś tam na zewnątrz”, tylko zmierza w całej swej okazałości ku tej zapomnianej krainie.
Może to być śmierć, zbrodnia i występek, które zniszczą Czerwony Bród i odbiorą jego mieszkańcom wszystko, co mają – dom, rodziny, życia…
Nie wiadomo, co taki przybysz niesie ze sobą. Jest jednak sposób, by się o tym przekonać – trzeba go zapytać. Tylko jak to zrobić, gdy ten wytęskniony, wyczekany, a zarazem wyklęty człowiek, pierwszy od dokładnie dwunastu miesięcy, który tu zawitał – skręca nagle w kierunku lasu i zamierza najwyraźniej ominąć wioskę? Nie można mu na to pozwolić!
Pierwsze wybiegły za nim dzieci. Najbardziej ze wszystkich zawiedzione, że oto mają utracić tak rzadką rozrywkę, jaką jest wpatrywanie się z otwartymi buziami w zupełnie obcego człowieka, podczas gdy będzie on rozmawiał z dorosłymi. Zaraz za dziećmi nieśmiało wysunęły się zza węgłów młodsze, niezamężne kobiety, dziewczyny właściwie, wstydliwie kryjące oczy za zasłonami z rzęs. Rzucały w jego stronę nieśmiałe spojrzenia, bezgłośnie zaklinając go, by zawrócił. Poczęto wołać nieznajomego, zapraszać go, by wstąpił do wsi, odpoczął sobie – tu go ugoszczą, nakarmią, przenocują. Rankiem niech rusza już gdzie chce, teraz jednak koniecznie musi się u nich zatrzymać.
Młodzieniec przystanął niezdecydowany. Zadziwił go ten tłum ludzi, namawiających go chórem, by był ich gościem. Zadziwił i był mu nie po myśli. Z początku sam chciał prosić tu o gościnę, przed chwilą jednak dostrzegł w oddali coś, co kazało mu zboczyć ze ścieżki i skierować swe kroki w stronę tego fantastycznego lasu, tak uroczo sczerniałego, przypominającego labirynt, w którym uwięziony był Minotaur. Ciekawe, czyimiż to oczyma spogląda na niego ta knieja, gdy on spogląda w knieję? Jakież to istoty kryją się w cieniu jej drzew? To pytanie nie dawało mu spokoju.
Nie chciał się jeszcze przyznać, nawet przed samym sobą, że to, co zobaczył przed chwilą, było cieniutką strużką czystej mocy, sunącą leniwie w stronę Sowiego Boru. Byłoby to zbyt wielkim szczęściem dla niego. Kolejnym elementem w jego misternej drodze ku sławie i byciu pierwszym, w tym, czym się trudnił.
Nie każdy może zobaczyć nitki magii, zwane też ze względu na jasną barwę białą energią albo po prostu – mocą. Jest to jedna z rzeczy widzialnych tylko dla tych, którzy potrafią patrzeć. A młodzieniec potrafił.
Teraz jednak musiał dokonać wyboru – albo ruszy śladem mocy, dążąc do jej źródła, albo porzuci ją i uda się z tymi ludźmi do wsi. Z westchnieniem odwrócił się do lasu plecami. Przeważyło pragnienie wygodnego posłania i ciepłej kolacji. Sława może trochę poczekać.
„Poza tym – pomyślał z żalem. – Nie mogę im przecież powiedzieć, co widziałem. Oni by mnie nie zrozumieli. Prędzej zabiliby, bo ja też jestem częścią tamtego świata.”
Tamtym światem nazywał młodzieniec to wszystko, co obdarzone było mocą lub chociaż zdolnością jej postrzegania. „Zwykli” ludzie nie wiedzieli nic o białej energii, która ukształtowała nieskończenie wiele Dzieci Chaosu – istot, które żyły wśród nas, były jednak zupełnie do nas niepodobne. Dano im prawo do odbierania życia i tworzenia go wedle własnego upodobania. Z czego korzystały nader często i chętnie. „Zwykli” ludzie nie rozumieli do końca świata, który ich otaczał ani praw nim rządzących. Nie byli jednak ślepi ani głusi, instynktownie wyczuwali, że czyjaś twarz jest tylko maską, że ktoś tylko udaje takiego, jak oni. Przechowywali też skrzętnie każdy skraweczek wiedzy, którą udało im się pozyskać. Mówili o upiorach i zjawach, powracających zza grobu by starać się spełniać niedokończone zadania, powierzone im za życia. Znali też wampiry, bądź też wąpierze, obdarzone nadludzką siłą istoty o specyficznych gustach kulinarnych – musiały żywić się krwią, żeby przeżyć. Niektóre posługiwały się kłami, inne specjalnymi ssawkami, umieszczonymi pod językiem, wszystkie jednak całą swą energię czerpały z zadawania śmierci ludziom. Powszechne były również opowieści o wilkołakach, brukołakach, bobrołakach i wielu innych „łakach” – zmiennokształtnych, pół-humanoidach, pół-potworach. Ludzie wierzyli też święcie w istnienie całej hordy wiedźm, wróżek, czarownic, czarodziejek – kobiet obdarzonych zdolnościami niepojętymi dla człowieka. Miały one umieć wpływać na świat samą tylko siłą woli lub słowem oraz posiadać rozległą wiedzę na wszelkie tematy. Rzadziej przyznawano, że są też mężczyźni o podobnych mocach – czarnoksiężnicy, czarownicy i nekromanci, niektórzy tak potężni, że potrafili przenosić całe wsie. Niekiedy – całe krainy. Tyle że na ogół nad przenoszenie preferowali spalanie. Moc nie służy przecież tylko do zabawy, nawet jeśli alternatywą jest zaprzedanie duszy diabłu.
Poza wymienionymi, ludzie opowiadali też o wielu innych stworzeniach „nie z tego świata”, o właściwościach bliżej nieokreślonych albo też bardzo zmiennych, zależnie od okolicy, w której występowały. Mieszkać miały praktycznie wszędzie – szkodziły w ludzkich siedzibach, straszyły po lasach, błąkały się po moczarach, uganiały po polach za lisami i zającami. Demonologia ludowa znała ich wiele – skrzaty, ubożęta, chobołdy (albo koboldy), gobliny, chochliki czy też krasnoludki, były to drobne, często obdarzone specyficznym poczuciem humoru poczwarki, z reguły jednak dość nieszkodliwe, bardziej ze względu na brak zdolności, a nie ochoty, by stawać się sprawcami cudzych nieszczęść. Pokaźny był panteon stworzeń rodzaju żeńskiego. Zaliczały się do nich rusałki, dziwożony, północnice, południce, mamuny, strzygi, zmory, baby jagi, błędnice, latawice, babule, topielice, brzeginie, dusznice i kikimory. Wierzono też w męskie potwory i demony, takie jak leszy, dobrochaczy, dusznik, żmij, strzygoń, latawiec, kłobuk, wił czy wodnik.
A wszystko to było prawdą.

*   *   *
Nazywał się Dymitr. Gdy zapadł zmierzch, a rodzina, która udzielała mu gościny, kładła się już spać, wysunął się cicho z izby. Z zainteresowaniem przyjrzał się wieńcowi czosnku, zawieszonemu przez gospodynię na noc nad drzwiami. Jego aromatyczna obecność świadczyła o tym, że mieszkańcy wioski bali się wampirów.
Świecił księżyc, a on wyruszył na krótki spacer po Siwobrodzie. Tak jak się spodziewał, wszystkie chaty udekorowane były czosnkiem. Na drzwiach niektórych widniały też wyżłobione w drewnie krzyże. Właściwie te środki ostrożności były zbyteczne, bo żaden krwiopijca nie mógł przekroczyć progu cudzej siedziby bez uzyskania na to pozwolenia. Niemniej jednak – wampiry rzeczywiście bały się czosnku, a krzyże i woda święcona były dla nich wręcz zabójcze. Skuteczniej działał tylko osinowy kołek, wbity prosto w serce, albo (a najlepiej –  oraz) pozbawienie wampira głowy, srebrnym ostrzem, gdyż tylko takie było w stanie przeciąć skórę nieumarłego.
– Zapowiada się interesująco – uśmiechnął się mężczyzna, wracając do chaty.

*   *   *

Mała Nawojka nie wiedziała, dlaczego wyszła z domu, opuszczając bezpieczne schronienie czterech ścian. Po prostu czuła, że teraz akurat powinna znaleźć się zupełnie gdzieś indziej. To „gdzieś indziej” niepokojąco kojarzyło jej się z małym, ale za to gęstym zagajnikiem na skraju wsi.
„Chodź do mnie” – usłyszała szept cichy jak powiew wiatru. Tyle że żadnego wiatru nie było.
„To chyba mama mnie woła” – pomyślała dziewczynka i podreptała w kierunku przyczajonej śmierci.

*   *   *

Gdy stara Maciejowa wyszła nad ranem, żeby wydoić krowę, wrzasnęła i pędem wróciła do domu, już od progu wołając męża.
Na jednym z drzew z zagajnika wisiało, kołysząc się smętnie, ciało dziewczynki. Z daleka nie widać było twarzy, ale po blond warkoczach i czerwonej spódniczce można było poznać, że była to Nawojka, córka Piotra Kołodzieja.

*   *   *

Obudziły go krzyki przerażenia i rozpaczy, szlochy, tudzież nerwowa bieganina tam i z powrotem. Ubrał się szybko i wyszedł na zewnątrz. Nie był to jeden z tych dni, kiedy światło słoneczne niemal wypala nam źrenice, a wszystko wokół wydaje się być żywsze i barwniejsze. Nie, był to jeden z tych mglistych, chłodnych, jesiennych dni, kiedy świat spowijają cienie, a słońce chowa się za chmurami. Młodzieniec wyczytał z tego złowróżbną oznakę zawisłego nad wioską niebezpieczeństwa.
Od razu skierował swe kroki ku zagajnikowi, gdzie zgromadził się tłum mieszkańców wioski. Mężczyźni właśnie zdjęli z drzewa zakrwawione truchło i ułożyli je na trawie. Jakaś kobieta, zapewne matka dziewczynki, lamentowała, ściskając i całując białe rączki dziecka. Ktoś usiłował ją odciągnąć, ktoś inny próbował uspokajać. Powstało małe zamieszanie, w trakcie którego Dymitr przepchnął się do trupa i uklęknąwszy, przyjrzał mu się dokładnie.
Na twarzy małej Nawojki zastygło zdumienie, a może zaciekawienie, nie było po niej jednak widać strachu czy też bólu. Jej skóra była nienaturalnie blada, jakby z ciała odpłynęła cała krew. Oczywiście, tak właśnie było.
Jej biała, dziecięca koszulka skąpana była we krwi, co niesamowicie współgrało z czerwienią jej spódniczki. Najwyraźniej dziewczynka ubrała się przed wyjściem z domu, inaczej miałaby na sobie tylko giezełko, w którym zwykły sypiać dzieci.
„Co sugeruje – pomyślał Dymitr – że opuściła schronienie dobrowolnie. Oczywiście wampir nie mógł przekroczyć progu jej domu – mógł ją za to zahipnotyzować. Wystarczy, że mała nie spała, tylko leżała nasłuchując odgłosów nocy. Wiadomo, że kto szuka, ten znajduje. A kto wsłuchuje się w głosy, zaczyna je słyszeć…”
Kątem oka dostrzegł, że nadchodzi ksiądz z wodą święconą i krucyfiksem, a także asystujący mu, zielony na twarzy chłopak z naręczem osinowych kołków i młotkiem w dłoniach. Nie miał ochoty oglądać rytualnego pogrzebu, mającego zapobiec powrotowi uśmierconej przez wampira dziewczynki do świata żywych następnej nocy, wstał więc z klęczek i zaczął się znów przepychać przez tłum wieśniaków.
Zajrzawszy do swojej izdebki, wyciągnął ze swojej torby fiolkę z magiczną miksturą i pociągnął z niej kilka łyków.
– Do wieczora siła nieczysta może mnie co najwyżej pocałować – uśmiechnął się, zakręcając buteleczkę i chowając ją z powrotem. Następnie wziął cały swój bagaż i nie zatrzymywany przez nikogo ruszył w stronę Sowiego Boru. Popełnił wczoraj błąd i zamierzał go naprawić. Był to winien mieszkańcom Siwobrodu. Jako łowca wampirów, był im winien śmierć tego dziecka. Dług ów zamierzał spłacić w jedyny znany sobie sposób – zabijając wampira, który ponosił tu winę.
Na polach zaległa poranna mgła, nie chcąc się podnieść, mimo że nastała już po temu stosowna pora. Powietrze było ciężkie i wilgotne, zapowiadające nadchodzącą burzę. Gdy tylko wyszedł z Siwobrodu, znalazł się jakby w innym świecie. Przez chwilę docierały do niego jeszcze odgłosy z wioski, potem jednak otoczyła go głucha, niczym nie zmącona cisza. Wielkimi krokami zbliżał się do lasu, szukając wzrokiem miejsca, gdzie wczoraj umknęła mu strużka mocy. Nie mógł nigdzie wypatrzyć żadnych jej śladów, nie przejmował się tym jednak zbytnio – cokolwiek kryło się w lesie, na pewno wiedziało o jego obecności i prędzej czy później miało znaleźć się samo.
„Pytanie tylko – westchnął w duchu – który moment uzna za właściwy, żeby przyjść się przywitać.”

*   *   *

Cztery godziny później miał dość lasu, który okazał się cichy i przygnębiający, ciężkiego krzyża, który zawiesił sobie profilaktycznie na szyi, własnej lekkomyślności – żeby wyjść z domu bez śniadania! – i komarów, które okazały się znacznie bardziej krwiożercze od wampira (lub wampirów), który się wcale nie pokazał. To, że był dzień, bynajmniej lenia nie usprawiedliwiało – z tego, co Dymitr wiedział o wąpierzach, mogły bez problemu przemieszczać się zarówno za dnia, jak i w nocy, z tym, że wolały tą drugą porę – może dlatego, że ich zwierzyna łowna była wtedy jeszcze bardziej bezbronna, niż w świetle słońca, a może po prostu znajdowały mrok znacznie bardziej romantycznym. Tak czy inaczej, słońce nie szkodziło im za bardzo, o ile tylko pamiętały o tym, by nie przebywać w jego świetle za długo oraz nie odsłaniać za wiele ciała. W lesie, wśród drzew, słońca nie było prawie wcale, dlatego Dymitra drażniły bezowocne poszukiwania.
– Może nie jestem aż tak interesujący, żeby fatygować się po mnie osobiście – mruknął ponuro, przedzierając się przez gąszcz wyjątkowo kolczastych jeżyn. – Może wystarczy wysłać za mną stadko nietopyrzy, żeby pilnowały, czy się aby do siedziby krwiopijcy nie zbliżam, szkód po lesie nie robię, krzyżem nie wymachuję i nie święcę wszystkiego, co się nawinie.
„To zresztą całkiem niezła myśl”- dodał w duchu, sięgając do swojego ekwipunku. Na pewno w żaden sposób nie zaszkodzi tym wampirowi, który będzie musiał tylko uważać, żeby nie wdepnąć w żrącą dla niego kałużę albo nie dotknąć uświęconego drzewka. Istnieje jednak spora szansa, że go takie uważanie wkurzy i postanowi złożyć czynnikowi wkurzającemu wizytę. A wtedy czynnik wkurzający ukręci mu łepek.
Zapewne snułby swoje szatańskie plany jeszcze dłużej, może nawet zabrałby się do ich realizacji, gdyby nie to, że jednocześnie uderzyły go trzy rzeczy.
Po pierwsze, usłyszał dziewczęcy śmiech. Dźwięczny, niewymuszony, naprawdę radosny śmiech. Taki, jakiego, gdybyście tam z nim byli, mielibyście ochotę słuchać już do końca świata. Po drugie, zobaczył ją. Szła ku niemu powoli, nieśpiesznie, leniwie przemykając między drzewami. Nadchodziła gdzieś z lewej strony, niby z boku, ale młodzieniec wiedział teraz z całą pewnością, że wcześniej znajdowała się za jego plecami. Wiedział to, ponieważ – i tu, uwaga, punkt trzeci – zorientował się, że to, co od kilku minut marszu brał za szmer strumienia lub coś w tym stylu, było tak naprawdę przepływem czystej mocy, mającej swoje źródło właśnie gdzieś za nim, z tyłu.
Dziewczyna była już tak blisko, że gdyby się teraz szeroko uśmiechnęła, jej przynależność do świata istot żywych lub martwych byłaby ostatecznie potwierdzona. Czego też nie omieszkała uczynić.
-Piękne kły – mruknął Dymitr, nagłym ruchem wyszarpując ze swojej torby butelkę wody święconej i ciskając nią w wampirzycę.
-A dziękuję – wyszczerzyła się ponownie tamta, bez najmniejszego wysiłku chwytając butelkę za szyjkę i odrzucając ją jak najdalej.
Oczywiście była śliczna. Słodko uśmiechnięta, o niewinnej, niemal dziecięcej twarzyczce okolonej kaskadą kasztanowych włosów. Figurę też miała na wpół tylko dojrzałą, na wieki zastygła w ciele dorastającej dziewczyny. Wielkie, czarne jak węgle oczy, okolone gęstymi rzęsami i cudownymi łukami brwi, sprawiały najbardziej rozkoszne wrażenie. Dziewczyna wyglądała jak anioł. No cóż, anioł ubrany w obcisłą, podkreślającą krągłości suknię.
„Bóg jeden wie, jaka ona jest stara – musiał sobie przypomnieć Dymitr, żeby zmobilizować się do walki. – A o tym, jaka jest zła, przewrotna i okrutna, miałby pewnie coś niecoś do powiedzenia szatan…”
– Chciałam ci powiedzieć, że jesteś w błędzie – mówiła dalej wampirzyca. – Nie mam żadnych nietopyrzy na posyłki. Chociaż sama lubię od czasu do czasu się w taką istotę przemienić.
– Aha – odrzekł po chwil, gdyż nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy.
– Powiedz mi, chłopcze – zabiłeś ty kiedyś kogoś z nas?
Pytanie zadane zostało lekkim, przyjaznym tonem, więc Dymitr od razu zaczął mieć się na baczności. Nie żeby wcześniej pozwolił sobie na beztroskie podziwianie pięknego zjawiska, jakim była wampirzyca, po prostu teraz koniec zbliżał się wielkimi krokami. Niezależnie od tego, jaki to miał być koniec.
– Zabiłem – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Mam na sumieniu dziesiątki takich, jak ty. I wszyscy przed śmiercią byli tak samo aroganccy.
– Nie spoufalaj się – prychnęła wampirzyca i skoczyła ku niemu jak dzika kotka.
Nie zdążył się zasłonić krucyfiksem, choć przygotowywał się na to od dobrej chwili i  bardzo się starał zareagować błyskawicznie. Była jednak od niego znacznie szybsza. Dopadła go i w mgnieniu oka zasypała gradem ciosów. Na razie nie próbowała gryźć, ale szybko mogło to ulec zmianie. Przewróciła go na plecy i potoczyła się z nim po ziemi. Usiłował uderzać ją krzyżem, ale zręcznie unikała jego ciosów. Sama zadawała je z oszałamiającą precyzją, w przeciągu kilkunastu sekund zmieniając go w rozedrganą, jęczącą z bólu i upokorzenia masę. Była naturalnie nadludzko silna, ale nie tylko. Znacznie przewyższała pod tym względem również wszystkie wampiry, które Dymitrowi zdarzyło się do tej pory spotkać.
„Już po mnie – pomyślał trochę poniewczasie. – Ta suka zaraz mnie wykończy.”
Ale suka nie wykończyła. Przestała go bić i odsunęła się odrobinę, jakby oceniając efekt swoich działań. Najwyraźniej usatysfakcjonowana, uśmiechnęła się do niego nieprzyjemnie.
– Teraz – warknęła, wstając zgrabnie i otrzepując sukienkę – skoro już nie żywisz wobec mnie morderczych zamiarów, zapraszam do siebie na herbatkę. Albo szklaneczkę czegoś mocniejszego, jeśli wolisz. Czym chata bogata, jak to się mówi wśród plebsu.

*   *   *

– Jestem beznadziejny – stwierdził Dymitr, pociągając tęgo wódkę prosto z butelki. Siedział przykuty najprawdziwszymi łańcuchami do jedynego w domu wampirzycy krzesła. Wnętrze było maleńkie i bardzo zagracone – zupełnie jakby wszystko, co się w nim znajdowało, było tu gromadzone przez wieki.
„Raczej nie mijam się z prawdą” zauważył mężczyzna, wdychając niezwykle mocną woń wanilii, pomieszaną z silnym zapachem ozonu, charakterystycznym dla uwolnionej magii.
-Mam cię może zacząć pocieszać?
Wampirzyca półleżała na łóżku, od niechcenia pociągając od czasu do czasu z drugiej butelki. Alkohol zdawał się nie mieć na nią żadnego wpływu. W przeciwieństwie do Dymitra pozostawała zupełnie trzeźwa. On natomiast skorzystał z okazji, żeby się upić po raz ostatni. Nie miało to już żadnego znaczenia.
– Bożesz ty mój, po co mnie tu przywlokłaś? – mruknął, wlewając sobie do gardła trunek. – Dobij od razu, nie męcz tak.
-Rzeczywiście, strasznie się męczysz – roześmiała się wampirzyca, przepijając do niego.
– Wszystkie kości mi połamałaś, ty …! – młodzieniec, rozżalony, zdusił w sobie potok wyzwisk, jakimi miał ochotę ją obdarzyć. – Dobrze, że ja się szybko zrastam, ale boli jak cholera!
– Szybko się zrastasz – prychnęła tamta, trącając palcem jego torbę z ekwipunkiem łowcy wampirów.- Jesteś zupełnie nawalony sztuczną mocą, ot co! Ciężko by cię było teraz zabić. Ale wystarczy poczekać kilka godzin… – tu zaśmiała się radośnie, ściskając w palcach wyjętą z jego torby fiolkę z płynną magią.
– Barbarzyństwo – westchnęła, odciągając kurek i pozwalając magii rozpłynąć się w powietrzu.
Dymitr pociągnął smętnie z butelki.
– Na to czekasz? To wspaniale – wychrypiał. – Nie dam ci tej satysfakcji. Wcześniej zapiję się na śmierć.
Wampirzyca roześmiała się tylko. Oboje wiedzieli, że to niemożliwe – wystarczył jeden łyk mocy, by na wiele dni zwiększyć odporność na alkohol. Podstawowe efekty pozostawały bez zmian – począwszy od odurzenia aż po kaca – ale umrzeć się od procentów nie dało. Wygodne? Nie w tej chwili.

*   *   *

Dwie godziny później Dymitr, kompletnie zalany, zdążył opróżnić trzy butelki (właśnie zabierał się do czwartej) i opowiedzieć wampirzycy całą historię swojego dotychczasowego życia. Opisał dokładnie, jak został łowcą wampirów, ile z nich udało mu się odesłać z powrotem na wieczny spoczynek i jak bardzo były silne. Zastanawiał się na głos nad przyczyną tego pierwszego niepowodzenia. Na to wampirzyca zrobiła mu wykład o wąpierzach, ich zdolnościach, ograniczeniach i upodobaniach. Omówiła też dokładnie wszystkich  swoich współbratymców, których znała osobiście. Mieszkali oni dalej w głąb Sowiego Boru, ale odwiedzali ją czasem. Ją – i Siwobród, oczywiście.
Mówiła też o tym, dlaczego zawsze tak się stara, żeby ciała jej ofiar znajdowali ludzie.
Nie życzyła sobie towarzystwa. Ci, których uśmierciła, powróciliby do życia następnej nocy. Zapewne niezbyt zachwyceni, że umarli. I spragnieni zemsty. Dlatego wygodnie było podtykać ich ludziom, którzy uniemożliwiali im powrót do świata żywych za pomocą wody święconej, osinowych kołków, srebra i czego tam jeszcze. Czyli rzeczy, których żaden wąpierz ścierpieć nie potrafił. Jak na ironię – wampir nie mógł zabić wampira, chyba że popełniłby jednocześnie samobójstwo. Albo bardzo, bardzo uważał.
Opowiadając, cały czas podkreślała jego ignorancję. Nie mógł nie przyznać jej racji, gdyż większość z tego, o czym mówiła, było mu dotąd niewiadome.
Na przykład sposób, w jaki można zostać wampirem. Dotychczas znał jeden – poprzez ugryzienie. Była to tylko część prawdy. Rzeczywiście, niezależnie od tego, czy wąpierz wyssał nas do czysta, czy tylko zadrasnął, najbliższej nocy przechodziliśmy przemianę. Była też jednak inna możliwość – można się było urodzić ze „złą” krwią. Za sprawą klątwy rzuconej na nienarodzone dziecko lub jego rodziców, albo też odziedziczyć to niejako po przodkach. W Europie wschodniej i południowej istniało wiele wampirzych rodów. Na ogół dziecko obciążone magicznym dziedzictwem pojawiało się co drugie lub trzecie pokolenie, istniały jednak wyjątki od tej reguły. Naturalnie taki wampir był prawie zawsze ślepą odnogą, z przyczyn dość oczywistych nie posiadał potomstwa – choć różnie z tym bywało. Na ogół jednak wampiryzm był przekazywany dalej przez ludzkich członków rodu, a same wampiry „umierały” bezpotomnie. Początkowo dzieci-wampiry przypominały swoich ludzkich rówieśników. Jadły normalnie, nie miały ani kłów, ani ssawek, nocą spały, w dzień się bawiły. Wprawne oko potrafiłoby jednak odróżnić je od zwykłych ludzi. Były zawsze blade, o lekko posiniałej skórze wokół oczu – te z kolei miały barwę węgla. Dzieci żywiły wręcz chorobliwą awersję do czosnku, a także wszystkiego, co związane było z religią i kościołem. Unikały tego jak ognia, choć wzięcie krzyża do ręki nie wyrządziłoby im fizycznej krzywdy. Było jednak bardzo, bardzo nieprzyjemne. Gdy dzieci te zaczynały dojrzewać, pewnego dnia po prostu stwierdzały, że przyjemnie byłoby napić się trochę świeżej krwi. Gdy zaspokoiły swe pragnienie, następnej nocy umierały. A potem wracały, oszalałe z przerażenia i bólu towarzyszącego przemianie. Po kilku dniach wszystko się uspokajało, ale najczęściej zdążały już do tego czasu wyrżnąć wszystkich, którzy im się nawinęli pod rękę. W pierwszej kolejności oczywiście była to rodzina, względnie służba, gdyż wampiry dziedziczne związane były na ogół z arystokracją.
Nie wiedział, jak zadać to pytanie, w końcu jednak się przemógł.
Opowiedziała mu wszystko. Należała do tego drugiego „gatunku”, odziedziczyła wampiryzm. Po matce, Ilonie,  która była księżniczką z Transylwanii i żoną księcia ruskiego, Jarosława, pana na Castrum Rubrum. Przemianę przeżyła w wieku siedemnastu lat. Nie, nie wymordowała całej rodziny. Księżna Ilona zorientowała się, co się święci, kiedy jej córka wróciła z późnego spaceru z krwią rozmazaną na całej twarzy. Jako jedyna nie wpadła w panikę, co przypłaciła życiem. Zapadał już zmierzch, więc czas do przemiany należało liczyć w minutach. Księżna chwyciła córkę za rękę i biegiem wyprowadziła ją z zamku. Zostawiła niczego nie rozumiejącą księżniczkę na skraju lasu, by tam umarła. Ilona nie zdążyła jednak oddalić się dostatecznie, i w jakieś pół godziny później już nie żyła. Tamtej nocy zginęło jeszcze paru chłopów z pobliskiej wsi. W ciągu następnego tygodnia – wieś wyludniła się całkowicie. A potem wampirzyca uciekła stamtąd, by nigdy już nie powrócić.
…Gdzie to było? W Czerwonogrodzie, na Rusi Czerwonej. Ruś Czerwona – to po łacinie Roxolania. Stąd się wzięło twoje imię – Roksolana. To okrutne, gdy nawet własne imię przypomina ci o tym przeklętym miejscu, gdzie popełniłaś straszne, krwawe czyny. Ale tak ma być. Grzechy nie zostaną nam wybaczone, dopóki nie odpokutujemy za nie. Nawet wówczas, gdy to nie są nasze grzechy. Nawet wówczas, gdy to nie my zadecydowaliśmy o naszym losie. Decyzje często podjęte są za nas, ale nic to nie zmienia. Masz krew na rękach, księżniczko. Krew swojej matki i wielu, wielu innych. Czy nie masz serca, księżniczko? Ile to już lat chodzisz po świecie, mszcząc się za niezadaną ci krzywdę? Wypiłaś morze krwi, księżniczko, i wciąż jej łakniesz? Zabiłaś setki ludzi, księżniczko, i nie zaznałaś ukojenia? Nie ma, nie ma takiego miejsca na Ziemi, gdzie znalazłabyś spokój. Twoje męki wieczne już się zaczęły. Wygnana ze swych włości, odrzucona przez wszystkich, potępiona na wieki, masz tylko jedną drogę przed sobą – brnąć dalej w to bagno.

*   *   *

Dymitr nie wiedział, jak to się stało, że w pewnym momencie zaczął pocieszać księżniczkę, mówiąc, że może przecież wrócić do swojego ojca, wyjaśnić mu, że nie z własnej woli stała się tym, czym się stała i że śmierć jej matki była nieszczęśliwym wypadkiem.
– Na pewno – perorował młodzieniec – wybaczyłby ci i pozwolił znów zamieszkać w zamku. Mogłabyś na przykład wykonywać książęce wyroki śmierci na skazańcach. Jaką im to w końcu robi różnicę, czy zginą na szubienicy, czy z rąk spragnionej ciepłej krwi księżniczki? Zawsze są też wojny. Mój Boże, byłabyś nieoceniona w bitwie! Twój ojciec po prostu musi wrócić cię do łask, jeśli tylko obiecasz, że…
– Wszystko bardzo pięknie – przerwała mu Roksolana z krzywym uśmiechem – tylko że mój ojciec nie żyje od XI wieku.
Łowca wampirów zmieszał się. Zupełnie zapomniał, że wampirzyca mogła mieć przecież dowolną liczbę lat za sobą, żeby to lat – stuleci! „Słodki Jezu – pomyślał – ale to jednak straszne – tyle czasu błąka się po świecie, nikomu niepotrzebna, wszystkim wstrętna, odrzucona jak chwast, który przecież nie mógł zdecydować, czy chce być piękną, pachnącą różą, czy bezużytecznym zielskiem. Tak samo ona nie wybrała tego, kim jest. Czy w ogóle robi coś złego? Stara się przeżyć, tak samo jak ludzie. My zabijamy zwierzęta, wampiry – nas.” Przyszło mu do głowy głupie pytanie, czy jest coś, co żywi się z kolei wampirami, ale odrzucił je natychmiast jako bezsensowne i cyniczne. Otrząsnął się z tych niewesołych myśli.
– Może i tak powinnaś tam wrócić – stwierdził Dymitr. – No, wiesz, na pewno miałaś jakieś rodzeństwo, krewnych….
Księżniczka pokręciła głową, nadal uśmiechając się nieprzyjemnie.
– Byłam jedynaczką. Oczywiście kiedy moja matka zginęła, a ja znikłam, zostawiając ojca bezdzietnym, znalazł sobie nową żonę, która urodziła mu wielu synów i córek. Nic mnie jednak nie łączy z nimi ani ich potomnymi, bo ci oczywiście dawno już leżą w grobach. Przez to, czym się stałam, należę już tylko do rodu mojej matki. On zaś wygasł dwadzieścia lat po tym, jak zostałam wampirem. Zanim zdobyłam się na odwagę i wyruszyłam odszukać moich krewnych.
– Żałujesz? – spytał mężczyzna, zanim zdążył ugryźć się w język.
– Oczywiście, że nie – prychnęła wampirzyca, nagle rozwścieczona. – Ja nie mogę żałować, nie mogę nic czuć, bo od dawna już nie posiadam serca, które wybijałoby rytm mojej krwi płynącej w żyłach. Jest nieruchome. Ciche. Zimne jak głaz. I ja też taka jestem!
Stała nad nim teraz, pochylając się, by ich twarze znalazły się na tej samej wysokości. Jej czarne oczy poczerwieniały nagle, ciskając błyskawice, gdy niespodziewanie zamachnęła się i od niechcenia zdzieliła go po twarzy otwartą dłonią. Głowa Dymitra podskoczyła, a z jego ust wydobył się okrzyk zaskoczenia. Najwyraźniej kompletnie nie spodziewał się, że wampirzyca znów zacznie go bić. Cóż – kobiety są z reguły bardzo nieprzewidywalne.
– To – powiedziała, klepiąc go po zaczerwienionym  policzku – żebyś sobie nie myślał. Żebyś sobie nie myślał, że mam jakieś uczucia. Że rozmawiam z tobą, bo potrzebuję się wyżalić.
Zmrużyła swoje piękne, pociemniałe z gniewu oczy.
– Otóż rozmawiam z tobą tylko dlatego, że się nudzę. Usiłuję jakoś zabić czas, czekając, aż twój fikuśny środek przestanie działać i będę cię mogła zabić. Pogwizdując sobie wesoło.
-No to miłej zabawy – mruknął mężczyzna, odwracając się od niej najbardziej, jak tylko pozwalały mu na to łańcuchy.
-Nie wierzę – parsknęła śmiechem księżniczka, zataczając się z powrotem na łóżko. – On się obraził! Obraził się, że go uderzyłam!
-Śmiej się dalej – skwitował to młodzieniec. – Niewiele więcej ci pozostało. Istoty niemoralne już tak mają, że prędzej czy później się kończą. Wypalają. Zło może i być nieograniczone, tak samo jak zbrodnia, czyli zależnie od fantazji zbrodniarza, ale wszystko ma swój kres. Nawet twoje nie-życie, potworze, kiedyś się skończy. A wtedy pójdziesz do piekła i przyjdzie ci za wszystko zapłacić.
Tymi słowami przeczył sam sobie – wcześniej już stwierdził, że wampirzyca nie jest winna śmierci, którą niesie. Ale był wkurzony i nic nie mógł poradzić na to, co mówił. Roksolana tylko się roześmiała.
– Ja już jestem w piekle, mój drogi. Ale tak, masz rację, kiedyś albo zginę, albo po prostu świat się skończy. Wtedy stanę przed obliczem Pana i zostanę potępiona. To będzie już drugi raz – tu urwała na chwilę, z rozmarzonym uśmiechem przypatrując się wyrazowi jego twarzy. – I znów masz rację, niewątpliwie pójdę do piekła. A ty razem ze mną.
Wspominałeś coś o moralności? Ona nie istnieje… Istnieją prawa i ci, którzy je łamią, a także ci, którzy ich sądzić będą. O tym, czym jesteśmy i jak postępujemy, decyduje to, czym się rodzimy, a więc Bóg. Predestynacja. Słyszałeś o Janie Kalwinie? Nie? W takim razie żałuj, bo już oczywiście nie usłyszysz.
O czym to ja mówiłam? Ach, tak, prawo boże. Mój drogi, obawiam się, że w jego świetle daleki jesteś od modelowego mieszkańca nieba. Zabijałeś. Mniejsza, że nie ludzi, a wampiry, powiedziane jest „nie zabijaj”, bez wyszczególnienia, kogóż właśnie. Taka drobna furtka na wypadek, gdyby trzeba było skazać na potępienie Bogu ducha winnego poczciwca. Na pewno zdarzyło mu się kiedyś coś ukatrupić, choćby komara czy inne owadzie paskudztwo. Wróćmy do twojego rachunku sumienia. Chlejesz wódkę jak świnia, co, gdyby nie te twoje prochy, poprowadziłoby cię w objęcia śmierci. A zatem samobójca. Wiesz oczywiście, że skuteczność naszych działań nie ma znaczenia, liczy się sam zamysł? Jest tak oczywiście tylko w przypadku tych złych uczynków. Bo sama dobra wola jednak nie wystarcza. Do rzeczy. Opuściłeś swoich zniedołężniałych rodziców, gdyż wolałeś szukać przygód i sławy po świecie. Też nieładnie. No i bezustannie wzywasz imienia Pana nadaremno. Innymi słowy – masz przesrane. A przerobiliśmy na razie tylko Dziesięć Przykazań. Zaraz weźmiemy się za Jezusowe o miłości i kościelne – ha, tu dopiero będę miała używanie, dam sobie głowę uciąć, że w kościele byłeś ostatni raz na własnym chrzcie…
Dymitr wpatrywał się w nią ze zdumieniem, porażony tym, że wampirzyca może bezkarnie paplać o sprawach związanych ze wszystkim, co najświętsze, i żaden grom nie uderza w nią z jasnego nieba.
-… a teraz siedzisz tu, gdzie siedzisz, gawędząc sobie z krwiożerczą bestią, i pracując na największego kaca, jakiego kiedykolwiek będziesz miał. Niezbyt to moralnie pozytywne, nie uważasz?
– Nie będziesz mi, strzygo głupia, kazań o moralności prawiła! – zdenerwował się Dymitr, znów wlewając w siebie wódkę. – Jestem, kurwa, łowcą wampirów i żądam należnego mi szacunku!
– A ja jestem, kurwa, księżniczką! – wrzasnęła wampirzyca. W jej czarnych jak węgle oczach pojawiły się krwistoczerwone ogniki. Jeszcze przed chwilą siedziała rozparta niedbale na łóżku, teraz nagle znowu stała tuż przed Dymitrem  i pochylała się nad nim z wściekłością wypisaną na twarzy. – I chrzanię to, czego tam sobie żądasz. Kiedyś mieszkałam w zamku, ubierałam się w suknie z najdroższych tkanin, miałam służbę na każde zawołanie! Jadałam tylko ze srebrnej zastawy – a teraz nie mogę wziąć srebra do ręki, rozumiesz?
Zacisnęła palce na krzyżu zawieszonym na jego szyi. Rozległ się radosny odgłos towarzyszący na ogół przysmażaniu czegoś i Dymitr wyrwał jej z rąk święty symbol. Wampirzyca podsunęła mu dłoń przed twarz – widniał na niej wypalony kształt krzyża. Młodzieniec ze zgrozą obserwował, jak z wolna zaczerwienienie blednie, ciało odrasta i przybiera dawny wygląd. Po chwili nie było już żadnego śladu.
– Gdybyś przytrzymał go dostatecznie długo przy mojej skórze – szepnęła mu Roksolana wprost do ucha – odpadłaby mi dłoń. Później cała ręka. A potem mógłbyś wbić mi kołek w serce i czekać, aż się cała spalę.
– Oczy ci świecą na czerwono – zauważył Dymitr wypranym z emocji głosem. – Czy to znaczy, że jesteś głodna?
Księżniczka roześmiała się nieprzyjemnie, opadając z powrotem na łóżko.
– Nie, człowieku. To znaczy, że jestem zła. Poruszyłeś moje wrażliwe książęce serce, przypomniałeś trudne dzieciństwo. Muszę się wypłakać, wykrzyczeć albo zmasakrować jakąś wieś. A najlepiej wszystko naraz.
-Ty nie masakrujesz żadnych wsi – przypomniał jej łowca wampirów.
Wampirzyca cisnęła czymś o ścianę chaty. Cokolwiek to było (Dymitr zdążył dostrzec tylko szarawą, rozmytą smugę), rozprysło się w drobne kawałeczki.
– Zawsze mogę zacząć – prychnęła księżniczka ze złością. – To ponoć bardzo relaksujące.
– …mówisz, że jesteś zła, a dopiero co twierdziłaś, że nie masz żadnych uczuć. Boże, z ciebie naprawdę jest kompletna wariatka.
– Złość to co innego – zapewniła go wampirzyca, niezmieszana. – Gniew, nienawiść, pogarda… To jest coś, co istoty o skamieniałych sercach odczuwać potrafią. I to bardzo intensywnie, możesz mi wierzyć.
Nagle zmierzyła go zimnym, kalkulującym spojrzeniem. Podeszła do okna i wyjrzała przez nie. Gdy się odwróciła, na jej twarzy widniał szeroki uśmiech zupełnego szczęścia.
-My tu gadu-gadu, a czas leci nieubłaganie… Słońce zaszło. – Oznajmiła to właściwie niepotrzebnie, gdyż mężczyzna już od kilku minut wiercił się niespokojnie, obserwując, jak w izbie robi się coraz ciemniej. Pochłonięta rozmową wampirzyca miała prawo tego nie zauważyć, widziała przecież po ciemku tak samo dobrze, jak w świetle dnia, on jednak był tylko człowiekiem.
– A to oznacza – księżniczka, nadal uśmiechnięta od ucha do ucha, podeszła do niego wolno– to oznacza, że nadszedł czas zmówić ostatni pacierz, bo twoje medykamenty powinny właśnie przestawać działać.
Niespodziewanie roześmiała się i zawirowała w radosnym piruecie.
-Już za chwileczkę, już za momencik… – zanuciła Roksolana, chwytając krzesło wraz z Dymitrem i unosząc go w dzikim tańcu. Cóż, nikt nie mówił, że brakowało jej sił. W przeciwieństwie do rozumu, na którego niedostatek chyba jednak cierpiała.
Postawiła krzesło z powrotem na ziemi i jednym ruchem rozerwała łańcuchy, nie kłopocząc się drobiazgami takimi jak klucz i kłódka. Złapała mężczyznę za włosy i wywlokła go z chaty na zewnątrz, wyrywając mu butelkę, którą przechylił do góry dnem, usiłując wlać w siebie całą jej zawartość.
Rzuciła go na ziemię i na próbę kopnęła lekko w bok. Słysząc wielce zadowalający trzask pękającego żebra, niemal zapłakała ze szczęścia.
– Ach, muzyka dla moich uszu! – z tymi słowami schyliła się, złapała go za koszulę i postawiła na nogi.
– Masz się bronić – powiedziała, grożąc mu placem. – Masz się bronić, bo to żadna przyjemność bić leżącego.
„A właśnie, że się wcale bronić nie będę – pomyślał Dymitr, krzyżując ramiona. – Ot, z czystej złośliwości. Niech ma, suka jedna.”
-Co, nie chcesz? – zmrużyła oczy wampirzyca. – No to porozmawiamy inaczej.
Uderzyła go pięścią w twarz, aż się zatoczył i upadł. Podeszła do niego i złamała obcasem kość lewej ręki. Wrzasnął głośno, usiłując odsunąć poza zasięg jej nóg, ale nie pozwoliła mu na to, przytrzymując mu stopę na piersi.
– Będziesz walczył? – spytała, naciskając mocniej. W odpowiedzi mężczyzna tylko splunął.
-Nie to nie.
Znów postawiła go na nogi i kopnęła prosto w krocze. Zduszony dźwięk, jaki wydał, rozległ się jednocześnie z odgłosem eksplozji mocy. Na twarzy Roksolany pojawiło się zdziwienie. Nie rozumiała, co się stało, kiedy mężczyzna upadł na plecy, a z piersi trysnęła mu krew. Pojęła dopiero, gdy wypuścił z palców zgniecioną kostkę zaklęcia. Miało ono kolor czarny, a więc – śmierci. Ten idiota trzymał je gdzieś w zanadrzu, a teraz z jego pomocą popełnił samobójstwo. Co za chamstwo!
– Ty świnio! Zrobiłeś to specjalnie na złość! – wrzasnęła księżniczka, opadając na kolana przy umierającym młodzieńcu i bijąc go w piersi. – Czy ja nigdy nie mogę mieć ani odrobiny rozrywki?!
Bezsilna, stuliła usta w dziecinną podkówkę i rozpłakała się.
Tego się Dymitr nie spodziewał.
-Przestań ryczeć – warknął na nią po krótkiej chwili zastanowienia. – Ja tu umieram, nie widzisz?! Odrobinę szacunku dla zmarłego, znaczy prawie.
-A figę! – syknęła, podrywając się nagle i sięgając ręką ku jego ranie w klatce piersiowej. – Nawet mowy nie ma, żebyś mi tu teraz tak bezczelnie zdechł! Umrzesz wtedy, kiedy ci pozwolę, rozumiesz?
Rozerwała mu koszulę na piersiach, odsłaniając pokaźną dziurę o wypalonych magią brzegach. Jednocześnie krew lała się z niej strumieniami, jak z rany ciętej. Ciekawostka.
Ścisnęła brzegi razem i pozwoliła mocy spłynąć po swoich palcach. Znajdująca się w nich magia zaczęła scalać ciało mężczyzny na powrót.
-Co ty mi robisz? – zdenerwował się Dymitr. – Zostaw, ja już prawie umarłem! Nie zgadzam się, słyszysz?
Nie odpowiedziała. Oderwała ręce od blednącej szramy na piersi młodzieńca. Nie minęło pół minuty, a po śmiertelnej ranie nie pozostał nawet ślad.
Dymitr zaklął szpetnie, macając miejsce, z którego przed chwilą uchodziło z niego życie. Z rosnącym przerażeniem obserwował, jak Roksolana wkłada do ust palce umoczone w jego krwi i zlizuje ją starannie. Czując na sobie jego wzrok, rzuciła mu kose spojrzenie i w zamyśleniu przesunęła dłonią po jego skroni.
-No dobrze- powiedziała powoli. – To było całkiem sprytne. Zaskoczyłeś mnie, człowieku.
Z całej siły uderzyła go pięścią w brzuch. Mężczyzna zakrztusił się własnym krzykiem.
– Powiedzmy, że jesteśmy kwita – zaproponowała niespodziewanie. Dymitr wybałuszył oczy, nie wierząc w to, co usłyszał. Roksolana przypatrywała mu się z namysłem.
– Powiedzmy, że zabiję cię teraz szybko i bezboleśnie. Ale zrobię coś jeszcze. Dam ci wolny wybór.
Mężczyzna w pierwszej chwili nie zrozumiał. Gdy dotarł do niego sens wypowiedzianych przed chwilą słów, oniemiał. Nie mogła oferować mu… tego.
– Nie bądź śmieszna – zdenerwował się. – Skończmy z tym już. Zabij mnie.
– Namyśl się jeszcze. Daję ci wybór, jakiego ja nigdy nie miałam – syknęła księżniczka, znów zanurzając palce w rozlanej na ziemi krwi i oblizując je starannie. – Czy chcesz mieć życie wieczne?
Otworzył usta, usiłując coś powiedzieć, ale nie był w stanie. Nagle dotarła do niego nierealność całej tej sceny. Do tego stopnia, że wybuchnąłby śmiechem, gdyby jeszcze to potrafił. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w siedzącą tuż przy nim wampirzycę. W świetle księżyca wyglądała  inaczej, niż za dnia. Jej skóra wydawała się być wręcz biała, a oczy lśniły nieziemskim szkarłatem. On sam leżał w kałuży własnej krwi, ale czuł się wcale dobrze – no, tu może przesadził. Nie czuł się dobrze, bolało go prawie wszystko, miał też kilka połamanych kości (bagatelka!), ale jednak nie umierał. Żył. A za chwilę miał dokonać wyboru między śmiercią a nie-życiem.
Księżniczka poklepała go po policzku. Gest ten wydał mu się niespodziewanie ludzki. Chciał przytrzymać jej drobną dłoń przy swojej twarzy, ale nie miał siły się poruszyć.
– Czy chcesz – pytała dalej Roksolana – do końca świata kryć się w cieniach ludzi i żywić ich krwią? Czy chcesz się nigdy nie zestarzeć? Czy chcesz zaprzedać duszę diabłu, wykonując co noc jego wyroki?
– Chcę – wykrztusił z ogromnym wysiłkiem. Z ust popłynęła mu krew, plamiąc obficie strzępy koszuli, która kiedyś była biała. W ciągu ostatnich paru godzin zmieniła jednak kolor na karminowy, zapewne już na stałe. Widząc to, księżniczka pocałowała go.
Dotyk jej ust był jednocześnie delikatny i drapieżny. Spijała z jego ust posokę, nie roniąc ani kropli. Dymitrowi zdawało się, że opada w bezdenną przepaść, coraz szybciej i szybciej, gubiąc po drodze wszystko, co było mu znajome. W jednej chwili leżał jeszcze w przydrożnym rowie, pół mili drogi od Siwobrodu, teraz – był już zupełnie gdzie indziej, w ciemnej pustce nieograniczonej żadną powierzchnią. Nie wiedział, gdzie znajduje się góra, a gdzie dół, kierunki poplątały się i niczego nie był już pewien. Przestał czuć swoje ciało, choć w dziwny sposób doznania spowodowane pocałunkiem Roksolany nadal trwały. Nie odczuwał jednak żadnego bólu, a przecież miał rozbitą głowę, obolałe klejnoty, złamaną lewą rękę i parę żeber.
„Co za straszna kobieta”- przeszło mu nagle przez myśl.
Wtem dostrzegł niezliczoną ilość świecących punkcików. Otaczały go ze wszystkich stron – czarne, rozgwieżdżone niebo było nad nim, pod nim, za jego plecami i na wprost niego. Nagle pojął, że chyba dokądś zmierza, a w każdym razie przemieszcza się mniej więcej w poziomie – chociaż nie mógł być tego pewien. Sunął gdzieś jednak, i to z oszałamiającą prędkością, gdyż gwiazdy przesuwały się w zawrotnym tempie przed jego oczyma. Teraz były to już nie punkty, a świetliste smugi, jak rozsmarowane po niebie. Chciał krzyczeć, przekonany, że za chwilę rozpadnie się na milion kawałeczków. W dodatku niespodziewanie  powróciła świadomość ciała, a wraz z nią pojawiło się zwalające z nóg uczucie, że jest jednocześnie spalany, zamrażany, kłuty przez niewidzialne igły i rozrywany na strzępy. Pędził teraz tak szybko, że nie widział już gwiazd. W ogóle nic wokół siebie nie widział, poza roztrzęsioną, migoczącą czernią.
Usta księżniczki zsunęły się na jego szyję.
– Nnie, proszę… – jęknął, zdumiony faktem, że jest w stanie mówić.
– Za późno – usłyszał upiorny szept tuż przy uchu. W tej samej chwili wampirzyca przebiła jego skórę i zaczęła wysysać z niego krew.
– O mamusiu…. – załkał Dymitr.
– Witaj w piekle – warknęła księżniczka z pełnymi ustami.

*   *   *
Jeszcze tej samej nocy Roksolana zabrała Dymitra na pierwsze polowanie. Jako przemieniony z człowieka, a nie skazany na wampiryzm od urodzenia, przeszedł przemianę bardzo spokojnie. Nie było żadnego rzucania się na wszystkie strony w poszukiwaniu czegoś ciepłokrwistego ( ze wskazaniem na: człowiek) ani zwierzęcych wrzasków zastępujących czasowo mowę istot cywilizowanych. Kiedy ocknął się po swej śmierci, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było złapanie się za głowę (czynność tę miał zresztą powtarzać w ciągu nadchodzących paru dni nader często), okrzyk najczystszego przerażenia i próba ucieknięcia przed księżniczką gdzie pieprz rośnie. Oczywiście nie pozwoliła mu na to. Zawlokła z powrotem do chatki i dobitnie wytłumaczyła, że jest starsza, a więc szybsza i silniejsza, może zatem zapomnieć o jakichkolwiek ucieczkach czy też sprzeciwach. Następnie równie dobitnie oznajmiła, że pójdą teraz nauczyć się polować, więc lepiej, żeby się skupił i dokładnie wszystkiemu przyjrzał. I tak oto znaleźli się na skraju wsi, ukryci wśród drzew tego samego zagajnika w którym poprzedniej nocy Roksolana uśmierciła małą Nawojkę. Tym razem wampirzyca przywołała siłą woli ośmioletniego chłopca o zaspanym wyrazie twarzy.
-Jezu, ja byłem łowcą wampirów – złapał się Dymitr za głowę. – Polowałem na nie. A teraz mam się nagle przerzucić na czerwone płynne?
-Większość z was tak właśnie kończy – beznamiętnie odpowiedziała wampirzyca, nie patrząc na niego. Przyglądała się łakomym wzrokiem dziecku . – Każdy łowca trafia prędzej czy później na zwierzynę, której nie jest w stanie upolować. A wtedy zwierzyna zapoluje na niego.
Mężczyzna w duchu przyznał jej rację. Nieważne, w co jeszcze do niedawna gorąco pragnął wierzyć – prawda była taka, że nie ma na tym świecie istot niepokonanych, a wszystko ma swój koniec. Dotyczy to również człowieka.
-Nie myśl sobie też, że jesteś jakiś oryginalny, bo zmieniłam cię, zamiast po prostu wyssać do ostatniej kropli i podetknąć tamtym idiotom, żeby posprzątali – kontynuowała księżniczka. – To też bardzo częsty los takich jak ty. Znajdujemy przemienianie naszych prześladowców dość zabawnym. Śmieszne, nie sądzisz? Taka mała zamiana ról. Masz teraz szansę zobaczyć, jak to jest w skórze nieumarłego. Nie zmarnuj jej, bo to cenny podarunek.
Dymitr wpatrywał się z otępieniem w stojącego spokojnie chłopca. Ten, kompletnie zahipnotyzowany, odwzajemniał jego bezmyślne spojrzenie.
-Wyglądacie obaj jak idioci – warknęła Roksolana, machając młodzieńcowi dłonią przed twarzą. – Masz zamiar się w końcu napić, czy wybrałeś śmierć z pragnienia? Jeśli tak, to muszę cię ostrzec – prędzej się zesrasz, niż umrzesz w ten sposób. Będzie to naprawdę bardzo, bardzo długie. I dziesięć razy bardziej bolesne.
Dymitr otrząsnął się z zadumy.
-Słowo się rzekło – kobyłka u płota. – z westchnieniem sięgnął po chłopca i zatopił kły w jego szyi.
-Boże, jakiś ty melodramatyczny – przewróciła oczyma księżniczka.

*   *   *

Siwobród długo opierał się duchowi czasu. Nie strawiły go pożary, nie złamały wojny. Nie ulegał też rozwojowi cywilizacji. Wszelkie wynalazki, udogodnienia i nowinki docierały do niego z opóźnieniem. Mieszkańcy nie uciekali do miast, nie szukali pracy innej niż ta wykonywana przez ich ojców. Trwało to aż do końca XIX wieku. Wtedy to do wsi przyjechał nowy właściciel i postanowił zadbać, by „coś z tego jeszcze było”. Siwobród zaczął się rozwijać. Czas nieuchronnie odmieniał jego oblicze. Okolica zaludniła się, powstało wiele mniejszych wiosek, z których przyjeżdżano do Siwobrodu handlować. Osiedlało się tu coraz to więcej ludzi, budowano nowe domy w miejsce starych chałup. Powoli, nieubłaganie, wieś przekształcała się w miasteczko. Wycięto stary zagajnik, który bywał świadkiem wielu niezwykłych wydarzeń i mógłby opowiedzieć niejedną mroczną historię. Zabudowano teren aż do Sowiego Boru. Zaczynano mówić o wyrębie części lasu, ale mieszkańcy nie chcieli się zgodzić. Bali się, że wówczas zło ukryte w lesie – w które część z nich wciąż wierzyła – przyjdzie zamieszkać wśród ludzi. I srodze zemści się za pozbawienie go wygodnego schronienia.
Wkrótce tak też się stało, choć ludzie na razie jeszcze o tym nie wiedzieli. Nikogo nie zdziwiło, że jedną ze starych chałup uratował od zniszczenia i odnowił jakiś zbzikowany starszy mężczyzna o dzikim, wilczym spojrzeniu. Co najwyżej podśmiewano się z niego, gdy tłumaczył, że wcale nie urządza skansenu, a zamierza tam zamieszkać. Zrobił to zresztą, a wtedy dano mu spokój. Nikt też nie widział nic nadzwyczajnego w tym, że przy jednej z ulic wybudowały sobie uroczy domek dwie przepiękne, wiecznie rozchichotane młode kobiety o ogromnych, zielonych oczach, przypominających leśne jeziorka. Nikt nie zauważył, że w piwnicach nowo wybudowanych, wielopiętrowych domów mieszkalnych zalęgły się nie tylko myszy i bezdomne koty, ale zaroiło się również od skrzatów. Nikt wreszcie nie zwrócił uwagi na młode małżeństwo – wysokiego pana o mądrych oczach i szelmowskim uśmiechu oraz śliczną panią o kasztanowych włosach do pasa i bystrym spojrzeniu – którzy wprowadzili się do miasteczka pewnego jesiennego wieczora.
To oczywiście tylko kilka przykładów. Miasteczko wchłonęło w końcu wszystkich tajemniczych mieszkańców Sowiego Boru, którzy, przewidując własną zagładę, woleli dostosować się do realiów rozwijającej się cywilizacji. Wraz zresztą z tym rozwojem ludzie ślepli i tracili wiarę. Nie potrafiliby już rozpoznać strzygi w starszej pani, sprzedającej warzywa na rogu, ani nie zwróciłoby ich uwagi, że pewien ponury jegomość mieszkający na ulicy Cichej 14 lubi urządzać sobie tajemnicze spacerki ciemną nocką. Zwykle następnego ranka po jego przechadzce uliczkami miasteczka, wyławiano z pobliskiej rzeczułki jakieś zwłoki. Najczęściej niekompletne, częściowo zjedzone przez bliżej niezidentyfikowane drapieżne zwierzę. Mówiono wtedy, że naprawdę trzeba zrobić porządek z tym lasem, skoro dzikie zwierzęta podchodzą nocami do miasta i polują na ludzi. Nikomu jednak nie przyszło nigdy do głowy poszukać winnego wśród sił nieczystych. A one niepostrzeżenie przeniknęły do świata ludzi, kryjąc się już nie w cieniach drzew, a pośród wysokich budynków i gęsto zaludnionych ulic. Nie było tu już jak we wsi, gdzie każdy znał każdego. Anonimowy świat im sprzyjał. Chyba nie trzeba dodawać, że dawał też znacznie większą swobodę przy doborze pożywienia?
Bo w Siwobrodzie nadal ginęły dzieci.

XXI

– A pamiętasz, jak cię zmieniłam?
– Aha. Najpierw mnie tak przemieliłaś, że każdego normalnego człowieka zabiłoby to z pięć razy, potem ja sam się zabiłem, ty mnie, wbrew mojej woli, utrzymałaś przy życiu, później znowu prawie zabiłaś, a w końcu, znowu wbrew woli, ostatecznie zabiłaś i wskrzesiłaś.
Roksolana poderwała głowę znad albumu ze zdjęciami. Właśnie wspominali sobie dawne czasy, przeglądając stare fotografie. Rzecz jasna tej części ich historii, rozgrywającej się w XVI wieku, nie uwiecznił żaden aparat, ale jak wspominamy, to wspominamy…
– Jak to wbrew woli?! – wrzasnęła donośnie, strasząc kota. Mruczek przebiegł przez pokój, chowając się pod kanapę. Kiedy jego panią ogarniał taki nastrój, należało zwiewać. – Czy ja cię do czegoś zmuszałam? Albo chociaż namawiałam? Ja ci dałam wolny wybór – śmierć czy nie-życie. Mogłeś sobie umrzeć. Nie zrobiłeś tego, wolałeś zostać nieumarłym, więc nie zwalaj teraz winy na mnie!
-Przecież ja byłem, cholera, pijany – jęknął wampir, skręcając się pod bezlitosnym spojrzeniem księżniczki. Żałował, że się w ogóle odezwał. Teraz pewnie czekają go, jak zwykle, dąsy przez tydzień i zdechłe szczury zamiast kapci pod łóżkiem.
-Twoja strata – mruknęła Roksolana, całując go niespodziewanie. Z westchnieniem zanurzył palce w jej kasztanowych włosach, przyciągając ją bliżej ku sobie.

…A w Siwobrodzie wciąż ginęły dzieci.

0 thoughts on “III miejsce w konkursie – Opowieści z Siwobrodu

  1. Przyjemnie się czytało, jednak mnie osobiście bohaterowie niezbyt przypadli do gustu, myślę, że Marcin się szerzej wypowie na temat tego opowiadania, bo wysoko je punktował.

    Ja ze swojej strony dodam jeszcze, że całkiem podobały mi się realia i ogólnie świat przedstawiony. Dodawały opowiadaniu ciekawego klimatu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *