IV miejsce w konkursie – Gra

Kolegiatę oświetlono nieco inaczej niż większość gdańskich kościołów. Jej najjaśniejszym punktem były niewielkie okienka tuż pod krytą dachówkami strzelistą wieżycą. Sam czubek budynku, przypominający koniuszek upuszczonego wafelka od loda, niknął w późnowieczornym mroku.
Albert przysiadł na szczycie kościoła niezauważony przez nikogo. Utrzymanie równowagi na niepewnej, skośnej powierzchni nie było wielkim wyczynem dla podobnej mu istoty, mającej za nic prawa grawitacji. Stanął prosto, w lekceważącej pozie, pozwalając swej ciemnej pelerynie zwisać swobodnie, a jego uszy wychwytywały najdrobniejszy szmer. Trzeszczące huki dobywające się z megafonu na peronie daleko w dole sprawiły mu niemal fizyczny ból i przywołały na twarz brzydki grymas.

– Pociąg osobowy z Gdyni do Chojnic wjedzie na tor przy peronie pierwszym…
Uśmiech rozjaśnił na moment pociągłą, bladą twarz łowcy. Już długo nie mierzył się z Uru, a ten, jak doniosły mu strażniczki, był wyjątkowo dorodnym osobnikiem.
Albert rozprostował dłonie, aż strzyknęły stawy, rozluźnił napięte mięśnie karku. Lokomotywa z wolna wpełzła na stację, jak zwykle nieco spóźniona, podróżni obojętnie minęli się w drzwiach i pociąg ruszył ciężko z metalicznym turkotem.
Łowca zeskoczył na dach jednego z wagonów bez żadnego dźwięku, tak lekko, jakby jego ciało nic nie ważyło. Potem cała jego sylwetka zamigotała nieznacznie i, podobna mlecznej mgle, przeniknęła do wnętrza pojazdu.
Nagłe pojawienie się przybysza w dziwacznym stroju nie zostało dostrzeżone przez sennych, wracających z pracy pasażerów. Albert wiedział, że dzisiejsi ludzie zwyczajnie nie są w stanie go zobaczyć, a nawet jeśli, to nie dopuszczą jego istnienia do świadomości. Dziś, w dwudziestym pierwszym wieku, racjonalne, naukowe postrzeganie świata, zamykało ludzkie umysły na zjawiska niewytłumaczalne i niezwykłe.
Albert przemierzał kolejne przedziały, częściowo węsząc, po części zaś dając się prowadzić wrodzonym zdolnościom magicznym. Obecność Uru była dla niego niemal namacalna, jaśniała w głębi czaszki czerwonym, ostrzegawczym światłem, uderzała w nozdrza ostrą wonią piżma i pierwotnej, nieokiełznanej mocy. Albert zatracił się w polowaniu do tego stopnia, iż ledwie zauważył przyglądającą mu się znad okularów i trzymanej na kolanach książki dziewczynę. Nie powinna była go spostrzec, a mimo to śledziła każdy jego ruch. Kim musiał się jej wydawać, z długimi do połowy pleców czarnymi włosami, w sięgającej kostek aksamitnej pelerynie i z dwiema zakrzywionymi szablami o złotych rękojeściach przypiętymi do szerokiego, skórzanego pasa? W najlepszym wypadku szurniętym fanem gier fabularnych…
Woń ofiary starła z twarzy Alberta uśmiech, robiąc miejsce zawziętemu, drapieżnemu grymasowi. Czarnowłosy przyspieszył, nie siląc się nawet na zmianę formy przy przenikaniu przez ściany, i podążył wprost ku lokomotywie. Po krótkiej chwili stał już w ciasnym, dusznym pomieszczeniu przeznaczonym dla maszynisty.
Ten zaś odwrócił się nerwowo, jego wargi zadrżały ze złości jakiej nikt by się nie spodziewał po miłym brzuchatym panu przed pięćdziesiątką. W głowie Alberta nawet powietrze migotało czerwoną mocą – Uru niemal rozsadzał cielesną powłokę, którą sobie przywłaszczył. Łowca użył krótkiej, dosadnej formułki i zastygł w oczekiwaniu.
Maszynista zakrztusił się i rąbnął głową w pulpit. Nad jego drżącą w agonii sylwetką materializował się z wolna łeb podobny do byczego, lecz o paskudnym wyrazie, ozdobiony rogami ponad metrowej długości. Z nozdrzy demona buchał cuchnący opar, przekrwione ślepia spoglądały z nienawiścią na stojącego tuż obok przeciwnika.
– A imię jego Moc – szepnął Albert, podziwiając potężny kark, szerokie przedramiona i prawie ludzkie dłonie istoty. Uru rzeczywiście robił niezłe wrażenie, nawet wysoki łowca sięgał mu zaledwie do pasa i przypominał przy nim papierową łódeczkę rzucającą wyzwanie górze lodowej, o którą rozbił się Titanic.
Demon zaatakował pierwszy, z nisko pochyloną głową i rozłożonymi ramionami. Przywodził na myśl starożytnego Minotaura na moment przed szarżą. Albert uderzył paznokciem w sprzączkę swego pasa, krzesząc złociste skry, po czym sięgnął po bliźniacze ostrza. Uderzył błyskawicznie, kreśląc krwawe znaki na nozdrzach bestii, potem skrzyżował szable w zastawie i pchnął. Uru ryknął boleśnie i naparł jeszcze mocniej, usiłując zmiażdżyć o wiele mniejszego przeciwnika, lecz Albert z niespodziewaną siłą popchnął stwora na ścianę wagonu.
Nawet tak przygłupie i prymitywne demony jak Uru wiedzą, kiedy się wycofać, więc i ten, choć niechętnie, rozwiał się i umknął przez sufit. Klnąc pod nosem, Albert podążył jego śladem.

*

Natalia miała naprawdę zły dzień. Przygnębiona wiosennym błotem i nadmiarem kolokwiów, cudem znalazła wolne miejsce w przedziale. Na rozładowany odtwarzacz mp3 nie mogła liczyć, pozostała jej więc książka. Kiepska, ale lepsze to niż nic. Dziewczyna tęskniła za jakąś niecodzienną, bajkową historią, gdyż odnosiła wrażenie, że wszystkie książki jakie przeczytała przez ostatnie dwa lata były do siebie mniej lub bardziej podobne.
Nie zdążyła zmęczyć się lekturą. Przez moment czuła pod skórą dziwne mrowienie, narastający stopniowo niepokój. A potem owo zdenerwowanie zmaterializowało się tuż obok, w postaci bladego jegomościa w czerni, który wydał się Natalii bardzo nie na miejscu. Co więcej, poczuła dziwną pewność, że obcy nie jest człowiekiem, a nawet częścią tego świata. Zwłaszcza, że inni pasażerowie najwyraźniej wcale go nie dostrzegali.
Kiedy ten dziwaczny, zawzięty koleś zwyczajnie przemknął przez drzwi przedziału, dziewczyna omal nie krzyknęła z wrażenia. Tego było już za wiele! Czyżby naprawdę nikt więcej tego nie widział?! Sięgnęła po komórkę, pragnąc jak najszybciej umówić się na wizytę u psychiatry, lecz szybko się rozmyśliła. Nie chciała postępować jak jakaś nawiedzona histeryczka, więc zdecydowała, że potrzebuje przede wszystkim świeżego powietrza. Spakowała się, podniosła z siedzenia i szybkim krokiem wyszła z przedziału.
Stała przez kilka minut z twarzą wciśniętą w szczelinę okienka, dopóki nie uspokoiła oddechu. Potem spoglądała tępo przez drzwi, na migające na zewnątrz pola i błotniste łąki, skąpane w wieczornych szarościach.
Wtem coś huknęło głucho na dachu, aż zajęczała wyginana blacha. Natalia odsunęła się przezornie od źródła hałasu, na wszelki wypadek chwyciła się poręczy przy drzwiach. Wtedy za pomazaną szybą rozbłysły białe adidasy i Natalia nie zdołała powstrzymać okrzyku przerażenia. Z lękiem obserwowała jak za butami pojawiają się wytarte dżinsy i skórzana kurtka. Ich posiadacz, młody chłopak z włosami przystrzyżonymi w niemodny już punkowy grzebień, pomachał do dziewczyny, wskazał jej wewnętrzną klamkę i prosząco zapukał w szybkę.
Rzeczywiście, w nielicznych pociągach takich jak ten drzwi otwierało się ręcznie, jednak nie podczas jazdy! Natalia popatrzyła na obcego z powątpiewaniem, a ten uśmiechnął się tylko, jakby nic sobie nie robił z pędu i chłodu na zewnątrz, i ponaglił dziewczynę ruchem ręki.
Natalia bardziej niż niechętnie popchnęła zatrzaśnięte drzwi, nie wierząc w celowość tego wysiłku. Widziała, że chłopak ciągnie zewnętrzną klamkę, niemal wiesza się na niej całym swoim ciężarem. Drzwi drgnęły! Nieznajomy gestem nakazał dziewczynie odsunąć się na bezpieczną odległość, po czym pociągnął silnie. Nagły przypływ powietrza rozwiał Natalii włosy. Nim zdążyła rozeznać się w sytuacji, ekscentryczny wyrostek stał już przy niej z zuchwałym uśmiechem na przystojnej twarzy.
– Dzięki za pomoc – rzekł i wyciągnął rękę na powitanie. Była zimna, wręcz lodowata. – Nie zdążyłbym, gdyby nie ty.
– Daj spokój, ostatnią stację minęliśmy co najmniej kwadrans temu. Musiałbyś chyba biec po torach, a takiego kitu mi nie wciśniesz.
Chłopak roześmiał się donośnie, jego oczy rozbłysły.
– Spodziewałem się raczej, że zapytasz, co robiłem uwieszony na drzwiach pędzącego pociągu.
– Pędzącego to zbyt wielkie słowo.
– Owszem. – Uśmiechnął się ponownie. – Ale zmierzam do tego, że najwyraźniej trudno cię zadziwić.
– Taaak, dzisiaj rzeczywiście tak. Po tym jak spotkałam w przedziale gościa przechodzącego przez ściany, twoje wejście nie zrobiło już na mnie wrażenia.
Sama nie wiedziała dlaczego to powiedziała. Pożałowała tego nagłego przypływu szczerości jeszcze mocniej, gdy dostrzegła poważną zmianę nastroju chłopaka. Pewnie uważał ją teraz za wariatkę…
– Którędy poszedł?
– C-co? – O nie, nie takiej reakcji się spodziewała.
– Ten gość od przenikania przez ściany. Dokąd poszedł?
– W stronę lokomotywy.
– Bardzo się spieszył?
– Raczej tak. A co?
Chłopak nie odpowiedział, zmarszczył jedynie brwi i ruszył na czoło składu. Zatrzymał się na chwilę, odwrócił i pogroził Natalii palcem.
– Tylko niech ci nie przychodzi do głowy żeby za mną pójść!
Nim dziewczyna zdołała odpowiedzieć, wbiegł już do kolejnego przedziału, a jego ruchy były tak szybkie, że ledwo nadążała za nimi wzrokiem.

*

Caott był naprawdę imponującym zwierzęciem. Kiedy niespokojnie przemierzał peron z jednego krańca na drugi i z powrotem, jego twarde mięśnie drgały pod skórą, kryza z czarnych włosów unosiła się złowieszczo, a niewielki ogon kreślił w powietrzu nerwowe kółka. Stwór przypominał ubarwieniem pręgowaną hienę o ciemnych łapach i brunatnej masce na pysku, także jego sylwetka, z przednimi nogami nieznacznie dłuższymi od tylnych, upodobniała go do tego okrytego złą sławą drapieżnika. Jednak to nie niecodzienny wzrost – bo około metr dwadzieścia w kłębie – ani wysuwane pazury mogłyby wywołać dreszcze u przypadkowego przechodnia, ale potężne kły wystające z górnej szczęki Caotta, dłuższe niż przedramię dorosłego mężczyzny.
Zwierzę było bowiem szablastozębnym tygrysem, przedstawicielem gatunku, który panował na rozległych bagnach i lodowcach Ziemi w erze, kiedy raczkująca ludzkość uczyła się używać krzemiennych narzędzi. Teraz zaś sam tylko duch-esencja wielkiego kota kręcił się zdenerwowany po dworcu kolejowym w Gdańsku Wrzeszczu, niezauważony przez nikogo prócz kilku gołębi i dygoczącego ze strachu szczenięcia labradora, usiłującego skryć się w przytulnych ramionach eleganckiej starszej kobiety.
Caott wyczuwał w pobliżu obecność swojego przyjaciela i opiekuna, jednak nie potrafił go jednoznacznie zlokalizować. Pan wyruszył na samotne polowanie, to było oczywiste, jednak w czasie, gdy strażniczki musiały spokojnie czekać, posłuszne jego rozkazom, ogromny kot nie potrafił oprzeć się potrzebie podążenia za właścicielem. Trop urwał się na peronie SKM, gdzie tysiące zapachów z tej i pozostałych sfer magii splotły się w niemożliwy do ogarnięcia mętlik.
Najostrzejsza była woń Potępionych – wampirów, ludzi, którzy próbowali zaprzeczyć własnej śmiertelności. Aż dziw, ilu z nich kręciło się po okolicy w poszukiwaniu świeżej krwi! Większość śladów prędzej czy później zbaczała w stronę osłoniętego przed wiatrem trawnika za barem szybkiej obsługi, gdzie wieczorami zbierali się palacze i miejscowe pijaczyny, stanowiący łatwy łup dla spragnionych krwiopijców. Ten rodzaj wampirów, folgujących swoim pierwotnym instynktom, w odczuciu Caotta cuchnął padliną i był dla kota niezbyt wyszukaną przekąską.
Teraz jednak duch tygrysa wychwycił w powietrzu zapach innego Potępionego, a woń ta, w porównaniu z ciężkim odorem krwiopijnych, była jak soczysta pieczeń z dziczyzny postawiona obok wczorajszego hamburgera. Tak pachnieli ci, którzy odkryli inne, bogatsze źródło energii, którzy karmili się czystą magią i byli silni na tyle, by polować na istoty o wiele potężniejsze niż ludzie. Dosyć silni, by stanąć na drodze nawet panu.
Caott aż mruknął na myśl o powaleniu podobnej ofiary. Z pewnością uległby pokusie, gdyby nie przytłaczał go lęk o właściciela.
Z drugiego peronu ruszył pociąg, płosząc kawki i mewy zbierające śmieci z torów. Kot omiótł pojazd obojętnym wzrokiem i śledził go przez chwilę, jakby miało mu to ułatwić podjęcie jakiejś decyzji. Wtedy spostrzegł ledwie widoczną w mroku szczupłą sylwetkę spadającą na wagon z dachu kolegiaty. To był pan! Tygrys odbił się potężnie i jednym susem pokonał odległość między peronami. Kolejny skok miał zanieść go na dach odjeżdżającego składu, lecz Caott rozmyślił się w połowie ruchu i odruchowo wysunął pazury.
Nie tylko on szukał pana i nie tylko on dostrzegł skaczącą z wieżycy sylwetkę. Słodki zapach Potępionego połaskotał zwierzę w nozdrza i sprawił, że przybrało swą drugą, o wiele bardziej niebezpieczną, w połowie materialną formę.
Wampir zastygł w bezruchu, spięty w równym stopniu co przyczajony tuż przed nim ogromny drapieżnik. Obrzucił oddalający się pociąg zmartwionym spojrzeniem, po czym przeniósł wzrok na rozjuszonego kota. Przyjął wyzwanie.
Caott zaatakował, lecz Potępiony okazał się sprytniejszy i zwinniejszy niż można było przypuszczać. Posługiwanie się ogromnymi kłami, oprócz wielu niezaprzeczalnych zalet, miało jedną podstawową wadę – żeby wbić takie zębiska w ciało ofiary trzeba zaatakować z góry. Wampir przeturlał się pod lecącym tygrysem, uskoczył w bok, zsunął na tory i puścił biegiem w stronę niknących już tylnych świateł pociągu.
Rozwścieczony niepowodzeniem tygrys pognał za przeciwnikiem z dzikim warkotem. Potępiony był szybki i wytrwały. Już po krótkiej chwili jego stopa znalazła oparcie na brzęczącej kupie pędzącego żelastwa. Nie zdołał jednak podciągnąć się wyżej, gdyż trzysta kilo prawie całkowicie zmaterializowanej, drapiącej na oślep furii opadło mu na plecy.
Spleceni w wirującym, skowyczącym kokonie spadli na tor i przeturlali się kilka metrów w tył. Znów to wampir podniósł się pierwszy. Tym razem jednak wspiął się na ogrodzenie odgradzające peron od pobliskich budynków i, lekko niczym baletnica, popędził po barierce. Z każdą chwilą nabierał szybkości. Gdy przeskakiwał kontenery na śmieci i wbiegał na mniejsze budynki, przypominał ruchomą wielobarwną smugę.
Caott stał przez jakiś czas w miejscu, tuląc uszy w niemej złości. Był rozdarty i całkowicie zdezorientowany. Instynkt nakazywał mu, by rzucić się w pogoń za niedoszłą ofiarą, lecz posłuszeństwo i przywiązanie domagały się, aby jak najszybciej podążył śladem swego pana.
Warcząc w poczuciu urażonej dumy, duch-zwierzę powlókł się śladem pociągu.

*

Kris wiedział, ze nie ma czasu do stracenia, a mimo to nie potrafił uspokoić rozbieganych myśli. Był zmęczony i utrzymanie powłoki niewidzialności stawało się dla niego coraz trudniejsze. W każdym mijanym przedziale ryzyko wywołania niepotrzebnej sensacji rosło. Zresztą, jakie to miało znaczenie, skoro już na samym początku został dostrzeżony?
Tak, ta niepozorna dziewczyna miała w sobie to „coś”, co Kris nazywał otwartym umysłem. Nie zdziwił się zbytnio, co jakiś czas spotykał bowiem ludzi, którzy, choć nie pojmowali prawdziwej natury Potępionych, dostrzegali ich mimo czarodziejskich sztuczek. Spośród takich ludzi wielu zostawało potem wampirami, a spory odsetek przemienionych potrafił wkrótce zrezygnować z diety opartej głównie na świeżej krwi.
Niegdyś Kris także dostrzegał Potępionych. Ale dziewczyna zobaczyła Nocnego Pana! Nieprawdopodobne! Tę sztukę opanowało zaledwie kilka potężniejszych wampirów, sam Kris dopiero niedawno nauczył się podążać śladem łowcy. Postanowił, że kiedy będzie już po wszystkim uważniej przyjrzy się tej sprawie.
Pociąg nie zwolnił zbliżając się do kolejnej stacji. Za szybą mignęły przelotnie twarze zaskoczonych i oburzonych pasażerów, uskakujących w popłochu ze skraju peronu. Niedobrze. Wkrótce korytarz zahuczy podniesionymi głosami podróżnych.
Kris przygryzł wargę i przyspieszył.
Wpadł do kabiny. Omiótł wzrokiem wygięte dziwacznie zwłoki maszynisty, tajemnicze wajchy i migające na pulpicie światełka, zastosowania których mógł się jedynie domyślać. Ryk dobiegający z góry wskazał wampirowi drogę. Kris kopniakiem usunął szybę w niewielkim oknie lokomotywy i z pajęczą wprawą wspiął się na dach.

*

Wbrew pozornej ociężałości, Uru poruszał się szybko i zręcznie unikał ciosów. Wykazał się również odrobiną łatwego do przewidzenia, wręcz dziecięcego sprytu – zaczaił się na dachu, by przywitać ścigającego żelaznym uściskiem potężnych ramion.
Albert nie dał mu jednak długo cieszyć się tym nadzwyczaj chytrym planem. Pojawił się w ciszy tuż za szerokim grzbietem przygarbionego demona. Natarł z triumfalnym uśmieszkiem, tnąc celnie i czysto. Zdawał się tańczyć w strumieniach parującej posoki.
Uru zaryczał boleśnie, co wywołało na twarzy Alberta jeszcze radośniejszy grymas. Szable błysnęły. Dwa szybkie pociągnięcia bronią wystarczyły, aby oślepić byczego demona. Pazurzaste dłonie młóciły zawzięcie powietrze, jedna całkiem przypadkiem zahaczyła o powiewającą w pędzie pelerynę Alberta.
Łowca nie spodziewał się nagłego szarpnięcia. Stracił równowagę i runął jak długi pod nogi rozochoconego niespodziewanym powodzeniem przeciwnika. Uru nie dał mu ani sekundy na reakcję. Chociaż kierował się wyłącznie węchem i dotykiem, natarł błyskawicznie, z wyraźnym zamiarem nadziania rywala na imponujące rogi.
Nie trafił. Warcząca wściekle pasiasta smuga skoczyła nań znienacka, siłą rozpędu powalając go na bok. Kły Caotta omal nie oderwały demonowi głowy.
Chwila bezładnej szamotaniny wystarczyła Albertowi żeby wstać i wydobyć z kieszeni spodni bryłkę surowego bursztynu. Łowca wyciągnął przed siebie dłoń i rozpoczął zaśpiew. Po chwili Uru był już zaledwie czerwonawym zarysem, półprzezroczystą mgiełką znikającą z wolna we wnętrzu kamienia.
– Spóźniłeś się na ucztę, truposzu – stwierdził złośliwie Albert i odwrócił się powoli. Caott, podniecony walką, przypadł do nóg pana, czekając na sygnał do ataku.
Kris nie odpowiedział, zacisnął jedynie dłonie w pięści, tłumiąc narastającą wściekłość. Nie wiadomo jak zakończyłoby się to spotkanie, gdyby lokomotywa nie przechyliła się nagle, wpadając w zakręt z o wiele większą od przepisowej prędkością.
– Pomocy! Jest tu ktoś?! – Ze środka zabrzmiał znajomy, dziewczęcy głos. Głos Natalii.
– Jest urocza, czyż nie? – Albert bezbłędnie odczytał bolesne skrzywienie na twarzy wampira. Ludzie, żywi czy nie, byli tak beznadziejnie sentymentalni. Podobno to sprawka hormonów. Jednak jak chemia może działać w od dawna martwym ciele? – Poznanie wszystkich jej umiejętności dostarczyłoby mi kilku lat rozrywki.
– Nawet nie próbuj!
– O, czy to wyzwanie? – Uśmiech Nocnego Pana przyprawiał o mdłości.
– Nie tkniesz jej.
– Założymy się?
Obaj zachwiali się od nagłego wstrząsu, cudem unikając deszczu błękitnych iskier. Pozostawiona sama sobie lokomotywa wstąpiła właśnie na samobójczą trasę prowadzącą do widowiskowego wykolejenia.
– Nie chodzi o zabawę, svart! – Kris bezsilnie potrząsnął głową. – Ani twoją, ani moją. Nie wciągniesz mnie więcej w swoje perwersyjne gry.
– Nawet fakt, że teraz ze sobą rozmawiamy to element gry. Jesteś dość inteligentnym truposzem żeby samemu to zauważyć.
Wampir syknął, przytłoczony bezwzględną prawdą zawartą w słowach Alberta. W oczach rozmówcy widział tę samą co zawsze zawziętość i błyskotliwość. Wiedział, że ścieżka została już obrana, a Albert nigdy nie zawracał.
– Jeśli się do niej zbliżysz… – zaczął Kris stanowczym tonem, lecz przerwał mu wybuch śmiechu.
– To co? Obronisz ją? Ty? A co jeśli zgłodniejesz, gdy będzie w pobliżu? Kiedy ostatnio jadłeś, truposzu?
Potępiony nie odpowiedział. Odwrócił się i wsunął w ciszy do lokomotywy przez rozbite okno.

*

Każda normalna dziewczyna posłuchałaby mądrej rady, odwróciłaby się na pięcie i zajęła własnymi sprawami. Ale nie Natalia.
Może po prostu nie była normalna? Widziała znikających ludzi ubranych jak na gothic party, słyszała głosy, a raczej ryki, których źródła nie potrafiła określić i rozmawiała z punkami, którzy wchodzili do pociągu w trakcie biegu. Aż dziw, że w pobliżu nie pojawili się nagle mili panowie w białych kitlach, ze strzykawkami i kamizelką bezpieczeństwa…
I jeszcze te dziwaczne przeczucia. Pociąg turkotał zawzięcie, a krajobraz za oknem zmieniał się w nietypowym dla lokalnych połączeń tempie. Kiedy wagony przechyliły się niebezpiecznie, wchodząc ostro w zakręt, Natalia zyskała pewność, że coś jest nie w porządku.
Rozejrzała się pospiesznie, szukając wsparcia we współpasażerach, lecz ci wyglądali jakby spali. Halo, Ziemia wzywa! Litości, czy naprawdę nikt nie zauważył, że zmierzamy ku katastrofie?!
Zrezygnowana i zaniepokojona jednocześnie, poczęła przedzierać się w kierunku lokomotywy. Wyglądało to jakby była jedyną istotą zdolną poruszać się z normalną prędkością w nagle zgęstniałym, stęchłym powietrzu. Niepewnie pociągnęła drzwiczki i zachłysnęła się na widok zwłok maszynisty.
Nie zdążyła uczynić nic więcej. Pociąg aż zajęczał, skręcając gwałtownie, siła odśrodkowa popchnęła dziewczynę na ścianę. Natalia krzyknęła, a kiedy zdołała dotrzeć do okienka, desperacko zawołała o pomoc.
Myśl, myśl, głupia dziewczyno! Kto niby ma ci pomóc? Sarenki na polu?
Podkasała rękawy i omiotła wzrokiem przyciski, drążki i diody. Po niecałej minucie wahania nacisnęła pierwszy guzik z brzegu. Coś trzasnęło i pociąg przyspieszył raptownie, sprowadzając Natalię do pozycji horyzontalnej.
Nie, dziewczyna nie krzyczała. Chętnie by zaklęła, lecz nie potrafiła przypomnieć sobie w tej chwili żadnego barwnego wulgaryzmu. Wytrącona z równowagi, usiadła na podłodze i skryła głowę między kolanami.
Czyjaś chłodna dłoń spoczęła na ramieniu Natalii.
– Mówiłem, żebyś za mną nie szła. – Łagodny ton głosu Krisa nie współgrał z treścią nagany. – Nic ci nie jest?
Dziewczyna podniosła głowę i pokręciła nią przecząco.
– Co tu się dzieje? – Z niewiadomych przyczyn sama obecność chłopaka dodała jej otuchy. – Dlaczego wszyscy śpią, kiedy w każdej chwili pociąg może się wykoleić?
– Bo tak im kazałem – odezwał się nagle Albert. Stał oparty o drzwi, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Nawet nie zauważyli jego przybycia.
– Jak to? – Dziewczyna skrzywiła się. – Kim ty w ogóle jesteś?
– Och, na imię mi Alberich. Wasza rasa nadawała mojemu ludowi przeróżne miana. Byliśmy dla was duchami, wampirami, trowami, ludem wzgórz, swego czasu nawet oddawaliście nam cześć. Szczególnie do gustu przypadła mi nazwa svart alfar, jako najbliższa prawdzie, chociaż wtedy myliliście mnie z jakimś ubabranym w glinie gnomem. Ale to i tak lepsze od wizji radosnego wypierdka z motylimi skrzydełkami, skaczącego z kwiatka na kwiatek, a taki właśnie los spotkał mojego pożałowania godnego braciszka. Cóż, może podziękować Szekspirowi…
– Skończ z tą paplaniną i zwolnij magię! – Kris wyraźnie tracił panowanie nad sobą. Gdyby Natalia zerknęła w tym momencie w jego stronę, dostrzegłaby obnażone wampirze kły. Jednak dziewczyna wciąż wpatrywała się w uśmiechniętego drwiąco Alberta i usiłowała przepędzić z rozbieganych myśli słowo „elf”, które szamotało się w jej głowie jak ćma w zamkniętym słoiku. – Inaczej wszyscy tu umrzemy!
– Czyżby? – Rozbawienie Nocnego Pana sięgnęło zenitu. – Jakoś dostanie się tutaj nie sprawiło ci większej trudności.
– Nie pozwolę tym ludziom zginąć dla twojego kaprysu.
– A powinieneś. Może choć raz najadłbyś się do syta.
Wampir warknął i wbił wściekłe spojrzenie w czarnowłosego. Natalia zrozumiała, że między tymi dwoma dokonywało się właśnie coś podobnego do wymiany myśli, określanie granic i zasad ich dalszych kontaktów. W końcu Alberich machnął dłonią, jakby odpędzał bzyczącego nad uchem komara i pociąg zaczął nieznacznie zwalniać. Diody na pulpicie zamigotały i zgasły, jakby utraciły nagle źródło zasilania. Spocone cielsko lokomotywy stanęło w końcu, ze zgrzytem, świstem i kaskadą iskier.
– Radziłbym wam zniknąć zanim pasażerowie się ockną – stwierdził rzeczowo Albert. – Bawcie się dobrze, przynajmniej do naszego następnego spotkania.
I, jak Natalia mogła się spodziewać, beztrosko przeniknął przez ścianę.

*

Wydawało jej się, że stanęli w szczerym polu, dopóki nie dostrzegła w ciemności zarysu znajomego peronu. Pszczółki. Nerwowo przełknęła ślinę. Gdyby jechali choćby minutę dłużej, wpadliby prosto w wykopy i maszyny remontowe!
Wampir pomógł jej zeskoczyć z nasypu. Skierowali się nie w stronę dworca, lecz ku staremu, rozłożystemu grabowi rosnącemu na skraju pobliskiej szosy. Prawie jak romantyczny wieczór w bezgwiezdną noc, ale „prawie” robi wielką różnicę…
Natalia zbeształa się bezgłośnie za złośliwe myśli i pozwoliła towarzyszowi mówić. Musiała przyznać, że starał się tłumaczyć wszystko dokładnie, aby nie miała już żadnych wątpliwości.
– Czyli mówisz, że polujecie na demony, ty i Albert? – zapytała. – Ty żywisz się ich mocą zamiast wysysać ludzką krew, ale co dają elfowi?
– Umiejętność rzucania potężniejszych zaklęć – szepnął. Natalia przyjrzała się jego oczom jakby zobaczyła je po raz pierwszy w życiu. W plenerze nie tylko odbijały odległe światła latarni, ale również błyszczały osobliwym blaskiem. – Sam nigdy nie zdołałby uśpić tylu osób za jednym razem.
Dziewczyna z trudem oderwała wzrok od hipnotyzujących tęczówek wampira i z westchnięciem oparła się o szeroki pień.
– A czego ten cały Alberich życzy sobie od ciebie? – podjęła po chwili ciszy. Czuła, że powinna raczej zapytać o stopień zaawansowania swojej choroby.
Doktorze, w jak ciężkim stadium schizofrenii znajduję się obecnie? Jest jeszcze jakaś nadzieja?
– Chce żebym z nim zagrał.
– O co?
– O twoją duszę.
Zamilkła na moment, ważąc w myślach jego słowa.
– Wiesz, kiedy na ciebie patrzę – rzekła, przechyliwszy głowę – to wcale się o nią nie boję.
– Szkoda. – Wzruszył ramionami. – Bo powinnaś.
Odwrócił się i odmaszerował w mrok.
– Jeszcze jedno! Jak mam do ciebie mówić? Bo chyba się nie przedstawiłeś.
– Kris. Christopher, Krzysztof, Krzyś, Christoph… Jak ci się bardziej podoba.
– Kris… – szepnęła z przymrużonymi powiekami. Gdy je odemknęła, już go nie było, jakby rozpuścił się w wilgotnym powietrzu.
– Kris – powtórzyła, tym razem pewniej.
Uśmiechnęła się.

Agnieszka „Miranda” Barańska

0 thoughts on “IV miejsce w konkursie – Gra

  1. Najbardziej podobali mi się przedstawieni bohaterowie, zwłaszcza Albert i jego niebezpieczny kociak. Natalia wypada trochę blado, ale wydaje mi się, że to zaczątek jakiejś dłuższej historii i możliwe, że całość rozwinęłaby się w ciekawym kierunku.

    Dobre opisy, pisarska technika i budowa świata przedstawionego, kilka oryginalnych pomysłów. Gratuluję wyobraźni autorce. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *