V miejsce w konkursie – Początek pięknej przyjaźni

Powiadają, że nie należy chwalić żony przed śmiercią oraz dnia przed zachodem słońca.

Ten dzień zaczął się całkiem obiecująco. Mocno dająca się we znaki zima wreszcie dała za wygraną. Śnieg topniał, resztki pobielały tylko zaciemnione podwórka i północne strony pagórków otaczających Zabramie. Trawa zaczynała się zielenić, a słońce przygrzewało, aż miło.

Bożena Garzyst wyszła na spacer, aby sprawdzić, jak sprawuje się pasieka po zimie. Była to kobieta lat około pięćdziesięciu, mimo to czas nie pozostawił na jej twarzy i figurze większych śladów. Nadal była szczupła, a parę zmarszczek wcale nie szpeciło jej oblicza. Długa grzywka ukrywała przed postronnymi niesamowite oczy. Czarne jak węgiel, o niepokojącym wyrazie, które wydawały się prześwietlać człowieka na wskroś. Z ruchów kobiety biła niespożyta energia i radość życia. Szła szybko, głęboko oddychając rześkim, na poły już wiosennym powietrzem.

Szereg złoto – zielonych uli krył się w sadzie za domem. Rezydencje przeznaczone dla pszczół były w o wiele lepszym stanie niż stary, drewniany, odziedziczony po rodzicach dom, którego fundamenty położono jeszcze przed II wojną. Bożena nie miała jednak ani ochoty ani pieniędzy na remont. Kochała zarówno ten stojący na uboczu maleńki budynek, w którym spędziła całe życie, jak i Zabramie. Burzliwa przeszłość, echa rzezi sprzed prawie dwustu lat, wciąż jeszcze przetrwały w tej ziemi i wołały do niej, stłumione i odległe, ale wciąż żywe.

Papka złożona z błota i resztek śniegu, chlupotała pod nogami. Opad z szumem spływał rynnami. Na drzewach w sadzie nieśmiało otwierały się pierwsze pąki, a co odważniejsze rójki obudziły się już do życia. Ot, niezawodny znak, że wiosna jest tuż, tuż. Owady w tych sprawach są mądrzejsze niż ludzie. Nie tylko w tych zresztą.

Uradowana, postanowiła przejść się jeszcze nad rzekę i zobaczyć, czy kra popłynęła na dobre i nie utworzyła nowego zatoru. Tego się jednak nie dowiedziała.

– Pani Bożeno! Pani Bożeno!

Dróżką od strony wsi biegł Zdzisław Kopecki. W garści ściskał wełnianą czapkę, a poły płaszcza i szalik malowniczo powiewały na wietrze. Mimo siwych włosów i twarzy pooranej zmarszczkami, jego oczy zachowały młodzieńczy blask, a energii mógł mu pozazdrościć niejeden nastolatek.

Zdzisław był z wykształcenia polonistą (od dobrych kilkunastu lat na emeryturze), a z zamiłowania słowianofilem i autorem nigdy niewydanych, ale skrzętnie przechowywanych w szufladzie (dla potomności – jak mawiał) monografii o mitologii słowiańskiej i legendach dotyczących Zabramia i okolic.

Odkąd wyczuł w Bożenie Garzyst pokrewną duszę, często ją odwiedzał. Jednak akurat dziś nie spodziewała się jego wizyty. Wczoraj, wykorzystując pełnię księżyca, popili zdrowo księżycówki, sporządzonej wedle tajemniej i pilnie strzeżonej receptury Bożeny. Grubo po północy Zdzisław chwiejnym krokiem, z podkrążonym okiem, odszedł do domu. Zazwyczaj odchorowywał podobne zbytki przez cały dzień, popijając obficie wodę z ogórków kiszonych i obiecując sobie, że nigdy więcej. Jego pojawienie wróżyło niezwykłe i niespodziewane wydarzenia w Zabramiu.

*

Kuchnia to miejsce, gdzie bije serce domu. Bożena nie przejmowała się nowoczesnymi wynalazkami i nie posiadała salonu, do którego zaprasza się gości. W jej domu życie toczyło się przede wszystkim w kuchni. To było największe pomieszczenie, w którym główną rolę odgrywał obłożony kafelkami piec. Bożena nie zdecydowała się go zburzyć, jak inne gospodynie i po dziś dzień piekła w nim chleb. Nie mniejsze znaczenie miał stojący obok okna, zasłoniętego czerwonymi i różowymi krakowiakami, dębowy stół – stara rodzinna pamiątka. Nawiasem mówiąc, prawdopodobnie zrabowana w którymś z okolicznych szlacheckich dworów.

Zaserwowała gościowi własnoręcznie pieczoną szarlotkę i kieliszeczek wzmacniającej nalewki czteroskładnikowej. Zdzisław łyknął nalewki, po czym oznajmił z ponurą miną:

– Niedługo umrę.

– Skąd pan to wie? – Zapytała rzeczowo.

– Dziś rano kret rył pod progiem mojego domu. To raz – odliczał na palcach. – Dwa, mój pies i koty dziwnie się zachowują. Pies zaszył się w budzie i ani do miski nie wyszedł, a koty na mój widok prężą się i syczą. A to jeszcze nie wszystko. Rzadko zapamiętuję sny, ale dzisiejszy wciąż mam przed oczami. To był ni mniej, ni więcej, tylko dom pozbawiony okien. Chyba czas opuścić ten świat – dodał z nietajonym żalem.

Bożena usiłowała pocieszyć Zdzisława, ale trzy zapowiedzi tańca śmierci nie napawały optymizmem. W żadnym wypadku nie należało ich lekceważyć. Skoro jednak kostucha ostrzegała, można zażegnać niebezpieczeństwo. I to właśnie postanowiła uczynić. Oczywiście tak, by Zdzisław nie dowiedział się o jej interwencji.

Nie wyjawiła zapalonemu miłośnikowi folkloru słowiańskiego, że oto ma przed sobą relikt demonologii przodków. Ni mniej, ni więcej, tylko osławioną, złowrogą strzygę. Bożena przyszła na świat dawno, dawno temu, gdy nad całym krajem Polan szumiały jeszcze puszcze, a takich jak ona rodziło się wielu. Z początku nie rozumiała, co się z nią dzieje podczas księżycowych nocy, skąd biorą się na ubraniach krwawe plamy i dziwny posmak w ustach. Czuła jednak, że musi to ukrywać, choć nie wiedziała jeszcze, dlaczego.

Przekonała się o tym niebawem, gdy w osadzie ujęto i skaźniono inną strzygę. Wtedy wyjaśniono jej, kim są dwuduszni i pokazano, co się z takimi robi. A na dokładkę, co oni robią z innymi. Wówczas przyrzekła sobie, że nigdy nie da się złapać. Poszczęściło jej się – spotkała dużo bardziej doświadczonego dwudusznego i od niego nauczyła się, jak kontrolować pragnienie krwi oraz nie dopuścić do niepożądanej przemiany.

Potem ich drogi się rozeszły. On praktykował te umiejętności dla własnego bezpieczeństwa i skuteczniejszych polowań. Ona, by nie musiała zabijać. Swoją drogą, ciekawe, co się z nim stało? Odkąd się rozstali, nie miała odeń żadnej wiadomości. Zapewne nie żył.

Nowoczesność okazała się istnym rajem. Drzewiej, w każdej nawet zabitej na głucho deskami wsi, wiedziano, że należy palić światło u wezgłowia położnicy i kolebki nowonarodzonego dziecięcia, by odegnać dwudusznych. Obecnie nie praktykował tego nikt. W szpitalach mogła przebierać w ciałach nowonarodzonych jak w ulęgałkach. Do wyboru, do koloru.

Jeszcze bardziej spodobała jej się nowoczesna wizja wampirów, lansowana przez popkulturę. Chichotała jak szalona, zaczytując się w coraz to nowych wariacjach na ich temat. Ale w dzień po pełni wcale nie było jej do śmiechu.

*

Wieść gruchnęła po południu. Początkowo przyjęto ją z niedowierzaniem, jednak przemykające w stronę lasu policyjne radiowozy z obcymi rejestracjami nie pozostawiały złudzeń, że stało się coś naprawdę poważnego. Paru ciekawszych mieszkańców poszło sprawdzić, co się dzieje. To oni pierwsi przynieśli wiadomość o zabójstwie. Przebąkiwali o wyjątkowej brutalności. Z ofiary wyssano krew. W pierwszej chwili nikt im nie uwierzył. Morderstwo? Ależ takie rzeczy to się w telewizji ogląda, ale żeby tu, w Zabramiu?

Tożsamości zabitej nie chciano ujawnić, ale gdy policjanci zjawili się w obejściu rodziny Wąprowskich, przypomniano sobie, że młodej Agnieszki nikt od wczoraj nie widział.

Zapewne hasło „wampir” rzucił ktoś mimochodem, od niechcenia. Zszokowana wieś szybko je podchwyciła i wybuchła panika. W sklepie momentalnie wyprzedano czosnek, wszyscy mieszkańcy jak jeden mąż i jedna żona zawiesili na szyjach krzyżyki (głównie srebrne), wyciągnęli poświęconą w Wielką Sobotę wodę i zaczęli ciosać osinowe kołki.

Bożenie wcale nie było do śmiechu. Czosnek, srebro i święcona woda nie paraliżowały jej ruchów ani nie obracały w popiół, ale zetknięcie z nimi nie należało do przyjemności. Nie mogła jednak odstawać do reszty wsi, wzbudzać podejrzeń. Zresztą Zdzisław wieczorem przyniósł kilka wianków czosnku z nowej sklepowej dostawy i pokaźną butlę z wodą święconą.

Nie mógł zostać zbyt długo, gdyż nagle awansował na lokalny autorytet wampirologii stosowanej. Znalazł się w swoim żywiole. Z zapałem tłumaczył, kim są wampiry, czym różnią się od strzyg i wilkołaków, a co mają wspólnego z upiorami. Doradzał też najskuteczniejsze metody obrony przed nimi.

Na koniec zaznaczał, że co prawda w obecność wampira w Zabramiu nie wierzy, ale wiadomo, przezorny zawsze ubezpieczony, a strzeżonego Pan Bóg strzeże.

*

Bożena od razu skojarzyła atak rzekomego wampira z niepokojącymi znakami, które otrzymał Zdzisław. Na początek postanowiła poszukać wąpierza w najbliższej okolicy. Gdyby obejrzała ciało, wiedziałaby, czy dziewczynę rzeczywiście zabił wampir. Jednak policja zabrała zwłoki do kostnicy czy chłodni i teraz szukaj wiatru w polu!

Nocą wszyscy mieszkańcy zamknęli domy, obory i kurniki na cztery spusty. Mogła być pewna, że nikt z nich nie wychyli nosa na zewnątrz, dopóki nie nadejdzie świt.

Zdjęła ubranie i po raz pierwszy od dobrych kilku lat przemieniła się w puszczyka. Poszło gładko, silny księżyc sprzyjał takim przedsięwzięciom. Rozłożyła skrzydła i wyfrunęła przez komin. Jednak trochę brakowało jej latania, gdy przebywała cały czas w ludzkiej skórze. Trzykrotne pohukiwanie rozdarło ciszę.

Noc była jasna od światła księżyca. Jako puszczyk widziała dużo lepiej w półmroku, w ciemnościach musiała polegać tylko na swoim słuchu, nawiasem mówiąc, niezmiernie czułym.

Najpierw zbadała domostwo Zdzisława, pilnując się, by nie pohukiwać. Jeszcze tego brakowało, aby Kopecki usłyszał kolejny zły znak. Nie wyczuła ani nie wypatrzyła niczego podejrzanego. Podobnie było w całej wsi. Nie natrafiła na żaden ślad wąpierza. Uspokojona, że wampir nieco przystopował (a kto wie, może wcale go nie było?) pofrunęła na rekonesans do lasów otaczających Zabramie.

Leciała nisko, zgrabnie lawirując miedzy pniami. Kałuże błota i wody, nad którymi przeleciała, pokryły się cienkim lodem, a ziemia ścięła w czarną grudę.

W miejscu, gdzie znaleziono ciało Agnieszki Wąprowskiej, smętnie powiewały policyjne taśmy. Nagie jeszcze kikuty drzew, oblane srebrnym blaskiem, dopełniały ponurej aury tego miejsca. Unosiła się nad nim woń strachu i przemocy. Ziemię wokół rozdeptano buciorami. Huknęła, zła jak osa. Zbyt wiele zapachów, by być czegokolwiek pewnym.

Gdy wróciła do domu i z powrotem przybrała ludzką postać, ubrała na siebie cztery swetry i płaszcz, stopy wymoczyła w gorącej wodzie z dodatkiem soli, a do tego pochłonęła niewiarygodne wręcz ilości herbaty. Organizm zawsze tak reagował na duży ubytek ciepła. Domagał się krwi, ale tak doświadczona strzyga wiedziała, jak go oszukać.

Uznała, że sama sobie nie poradzi.

*

Następnej nocy wydobyła i oczyściła dawno nieużywany ożóg. Przymocowała do niego szczelnie owinięty pakunek – prezent. Wyfrunęła, ledwie zaczęła się noc. Musiała się bardzo spieszyć, jeżeli chciała wrócić przed świtem.

Czy w Europie XXI wieku można jeszcze znaleźć miejsca, do których technika nie dotarła? Owszem, można. Żeby daleko nie szukać, jednym z bastionów dzikości są Bieszczady. W pieczarze, gdzie biją podziemne źródła, mieszkał od wielu lat dobry znajomy dwudusznej – wodnik zwany Kościejem.

Charakterystyczna sylwetka pagórka, przypominająca prządkę, sprawiła, że trafiła bez ochyby. Wodnik już na nią czekał. Nic dziwnego, okoliczne wody donosiły mu o wszystkim, co się działo w promieniu wielu kilometrów od pieczary, którą obrał za swoją siedzibę. Kościej był wysoki, oczywiście chudy i jak przystało na wodnika, jego cera miała chorobliwy zielony odcień gnijącego ciała. Białe, wyłupiaste oczy źle znosiły światło, toteż na przechadzki wybierał się zazwyczaj nocą. Za ubranie starczał mu ulubiony z dawien dawna i obecnie przedstawiający już dość opłakany widok, żupan, zestawiony z pochodzącymi nie wiadomo skąd, niewątpliwie współczesnymi dżinsami.

Bez słowa wskazał strzydze drogę do termalnego źródła, gdzie mogła odzyskać niezbędną ilość ciepła. Ożóg i przytroczony doń pakunek zostawiła w pieczarze, ale huknęła ostrzegawczo.

– Dobra, dobra, niczego nie ruszę – przyobiecał Kościej. – Aleś się nerwowa zrobiła.

Wodnik miał tylko stare, podniszczone oraz cuchnące wilgocią i pleśnią łachy, ale nie mogła wybrzydzać. Nie przyleciała tu dla przyjemności. Ubrała je po wytrzepaniu, ale nie zdołała powstrzymać grymasu obrzydzenia. Grunt, że po kąpieli było jej już ciepło.

*

– Dawno cię nie widziałem – zagaił Kościej, gdy wróciła.

– Wiesz, jak to jest – wzruszyła ramionami.

– Oj, wiem – wodnik zaprezentował w szerokim uśmiechu bezzębne dziąsła. – Któż to wie lepiej ode mnie?

– Mam dla ciebie prezent – odpakowała przytroczony do ożoga pakunek i wyjęła z niego butelkę z zagraniczną etykietką. Na razie jedną. – Bitwa pod Grunwaldem.

– Co? – Wodnik wybałuszył oczy.

– Bitwa pod Grunwaldem – powtórzyła. – 1410. Kilo drożdży, cztery kilo cukru i dziesięć litrów wody.

– Uff – odsapnął z ulgą Kościej. – A jużem myślał, że zaczynasz pędzić wódkę z… No zresztą, nieważne. Ale powiem ci, że za dużo przebywasz z ludźmi. Zarażasz się kiepskim poczuciem humoru, Święta.

Święta, Świętożyźń. Jej pierwsze imię, niestety obecnie zupełnie zapomniane. Nie mogła liczyć, że ktoś nada takie imię córce. I tak miała szczęście, że trafiła na Bożenę. Od dziwacznych, nowoczesnych i nic nieznaczących imion robiło jej się niedobrze. Ale cóż, ludzkie mody wciąż się zmieniają.

Kościej pociągnął z gwinta. Nie uznawał kieliszków, pucharów i innych ludzkich wynalazków tego typu, których używanie kwitował szyderczym wzruszeniem ramion. Jeżeli pić, to na całego. Wodnik różnił się jednak od ludzi także tym, że choćby nie wiadomo ile wypił, nigdy się nie upijał.

– Dobre – z żalem odstawił pustą butelkę. – A teraz do rzeczy, Święta. Nie przyleciałaś do mnie tak sobie, i to z prezentem. Masz sprawę.

– Mam problem.

Opowiedziała Kościejowi o morderstwie w Zabramiu do którego doszło podczas pełni księżyca, panice wśród mieszkańców i niepokojących znakach w domostwie Zdzisława.

– I pomyśleć, że trzy wieki temu omal nie założyłem się z jednym wodnikiem z Niemna, że nawet w XXI wieku ludzie nie przestaną wierzyć w wampiry – westchnął z rozmarzeniem Kościej. – Wygrałbym, jak nic. Nie jesteś ciekawa, co miało być przedmiotem zakładu?

– Nie – ucięła ostro. Nie podobał jej się ognik, który znienacka zapalił się w bladych oczach wodnika. – Nie chcę wiedzieć.

– Miękniesz, Święta – ostrzegł raz jeszcze Kościej. – Co cię w końcu obchodzi jakiś tam Zdzisław?

– Nie będzie żaden wampir polował na moim terytorium – ten argument trafił widocznie wodnikowi do przekonania, pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Czego oczekujesz ode mnie?

– Myślałam, że może coś wiesz. Woda niczego ci nie powiedziała?

– No tak. Magia żywej wody. Przecież zawsze chodzi o to samo.

Wręczyła wodnikowi kolejne dwie butelki.

– I tak mogę niczego nie zobaczyć – ostrzegł.

Udała, że się waha i dopiero po chwili skinęła głową na znak zgody. To był nieodłączny element targów.

Drogi do źródła żywej wody Kościej strzegł jak źrenicy oka, gdyż chodziło o jego życie. Strzyga była jedną z niewielu istot, które w ogóle tam zabierał. Inni musieli czekać na poradę w grocie lub lesie u jej podnóża (zależnie od stopnia zażyłości z wodnikiem).

Pamiętała miarowe uderzenia kropel, strumyki wody ściekające po skałach. Potem wszystko rozpłynęło się w błękicie i czerni. Ocknęła się dopiero w nisko sklepionej kamiennej grocie. Nie potrafiła ocenić jej wielkości, gdyż wypełniała ją woda z podziemnych źródeł. Czarna, stęchła i odrażająca.

Nie widziała nigdzie Kościeja. Musiał się już zanurzyć. Panowała zupełna cisza. Z chęcią pozostałaby w grocie na powierzchni, ale odmowa uczestniczenia w wyprawie do żywej wody byłaby dla wodnika śmiertelną obrazą.

Plusk na prawo zwrócił jej uwagę. Z wody wynurzył się Kościej, pomachał ręką i ponownie zanurkował. Czekała cierpliwie. Miała nadzieję, że nie potrwa to zbyt długo, a jeżeli już, to przynajmniej przyniesie odpowiedź.

Po jakimś czasie wodnik wyprysnął z wody jak ryba i zgrabnie wylądował obok niej, ociekając wodą, mułem i szlamem. Minę miał nietęgą.

– Woda nic nie wie o wampirze – powiedział cicho.

– To znaczy, że go nie ma?

– To znaczy, że albo nie istnieje, albo unika wody, by nikt go nie wyśledził.

Zacisnęła wargi.

– Czyli albo go nie ma, albo jest diablo sprytny, a co za tym idzie, niebezpieczny.

– Właśnie.

*

Zdążyła wrócić do Zabramia przed świtem. Wyczerpana i zła, a na domiar złego z potężnym bólem głowy. Położyła się do łóżka zdecydowana nie wpuszczać nikogo. Musiała wszystko przemyśleć, poukładać sobie w głowie.

Schowała twarz pod kołdrą, uciekając przed natrętnymi promieniami słońca. Nie chciało jej się wstać, by zaciągnąć zasłony. W końcu wygrzebała się z pościeli i szarpnęła zdecydowanie story. W pokoju zapanował przyjemny półmrok.

Uratuję go – postanowiła. – Nawet jeżeli na drodze stanie mi wyjątkowo przebiegły wampir.

*

Nie pospała długo. Obudziło ją natrętne pukanie do drzwi i stukanie w okno.

– Hej! Jest tam kto? Hej!

Poznała głos starej Siemionowej. Przez chwilę miała ochotę ją zignorować, ale była świadoma, że jeżeli to zrobi, babina postawi na nogi pół wsi, wyważą drzwi i przyjdą ją ratować. W najszlachetniejszych intencjach.

– Już idę! Już idę! Chwileczkę!

Nie troszcząc się zbytnio o to, jak wygląda, szarpnęła znienacka drzwi.

– Aleś mnie przestraszyła – Wanda Siemionowa przeżegnała się zamaszyście. Była to zażywana kobieta po sześćdziesiątce. Tusza mocno dawała jej się we znaki, toteż chodziła wolno, sapiąc.

– Aż tak źle wyglądam? – Zapytała złośliwie Bożena.

– Uchowaj Boże – odpowiedziała automatycznie Siemionowa, gramoląc się przez wysoki próg. Gdy jednak przyjrzała się gospodyni uważniej, dodała z troską. – Coś się stało?

– Migrena – wyjaśniła, prowadząc gościa do kuchni.

– Och, to młode pokolenie – pokręciła głową Siemionowa, zdejmując kurtkę i sadowiąc się na taborecie w kuchni. – Nic, ino coraz słabsze i słabsze. Ja nie wiem, z czego to się bierze.

– Kawa czy herbata?

– Kawa. Jeszczem dziś nie piła. Liche wszystko, co chwila kwęka. Ja nie wiem, jak się to wszystko dalej potoczy.

– Podobno w 2012 roku ma nastąpić koniec świata – burknęła od niechcenia Bożena, stawiając czajnik na gazie.

– E tam – machnęła ręką Siemionowa. – W takie rzeczy to ja nie wierzę. Ale jak pomyślę, co się chociażby u nas we wsi dzieje… Żyć się odniechciewa.

– To straszne.

– Ano. Ale to jeszcze nie wszystko. Wiesz, że następną ofiarą wampira ma być pan Zdzisław?

– Że jak? – Zaskoczona Bożena rozsypała kawę po ceracie.

– To ty nic nie słyszałaś? Wampir wie, kto nas ostrzegł, uzbroił w krzyż, czosnek i srebro. Chce zemsty. A pan Zdzisław nie w ciemię bity, odczytał rozmaite znaki.

No nie, coś ty narobił – pomyślała ze zgrozą Bożena. Wywołałeś wilka z lasu.

*

Zdzisław nie był bynajmniej zadowolony z rozdmuchania sprawy. Owszem, coś tam wspomniał o niepokojących znakach, wyrwało mu się. Gdyby przewidział, że tak to się rozniesie, milczałby jak grób. Dlatego zarzutów Bożeny wysłuchał z pochylonym czołem, po czym zamknął się w domu i niemal go nie opuszczał. Bliskość śmierci sprawiła, że chciał dokończyć dzieła, nad którymi pracował całe życie.

Póki co, mógł jednak spać spokojnie. Każdej nocy przedzierzgnięta w puszczyka Bożena patrolowała okolice. Oczywiście, nie obyło się bez pewnych ofiar w obejściach. To podsycało tylko atmosferę strachu i napięcia, w miarę jak zbliżała się kolejna pełnia księżyca.

Policja nie wpadła na żaden ślad. Nie znaleziono odcisków palców, czegokolwiek, co mogłoby naprowadzić na trop mordercy Agnieszki Wąprowskiej. Oczywiście, dementowano pogłoski o pojawieniu się wampira. Publicznie. Po cichu mieszkający we wsi funkcjonariusz sam zakupił czosnku, zaopatrzył się w wodę święconą i osinowe kołki.

Zabramie zamarło w oczekiwaniu.

Byle do pełni. Wóz albo przewóz.

*

Wreszcie nadeszła ta noc. Niebo było bezchmurne, więc księżyc bez przeszkód zatapiał ziemię w srebrnym blasku. Mogła polegać nie tylko na słuchu, lecz i na wzroku.

Zabramie sprawiało wrażenie opuszczonego i zapomnianego. Domy i budynki gospodarcze zamknięto na cztery spusty, zasłonięto okna. Mimo to niewielu mieszkańców położyło się spać, trwożnie nasłuchując.

Gdy jednak wybiła północ i nic się nie działo, większość odetchnęła z ulgą. No tak, strach ma wielkie oczy. Morderstwo Agnieszki Wąprowskiej było w rzeczy samej zbrodnią przerażającą, ale cóż, takie wypadki się zdarzają.

Czekała.

Nadeszli do wschodu. Samochód musieli zostawić po drodze. Skradali się, czujnie rozglądając na boki.

Było ich dwóch. Jeden wysoki i chudy jak patyk. Drugi niższy, lekko utykał na prawą nogę. Twarze zasłaniali czarnymi kominiarkami. Kierowali się w stronę gospodarstwa Zdzisława.

Przysiadła na dachu domu Kopeckiego. Nie spodziewała się, że będzie ich dwóch. Jeżeli rzuci się na jednego, drugi zacznie wrzeszczeć i zaalarmuje pół wsi. Najlepiej byłoby ich rozdzielić, ale jak?

Huknęła. Kulawy zatrzymał się, uniósł głowę.

– Puszczyk. To zły znak. – Miał ciepły, przyjemny dla ucha głos.

W rzeczy samej – pomyślała. – Jeszcze możecie zawrócić. Zanim będzie za późno.

– Tyle znaków trafnie odczytał, że wstyd byłoby, gdyby jego przepowiednie się nie sprawdziły. W gruncie rzeczy oddamy mu przysługę. Wiesz, jakiej wartości nabiorą szpargały proroka po jego śmierci? – Ten głos był piskliwy i odrażający.

Poczuła wzrastający gniew. Nie to nie. Stracili swoją szansę. Już nie było jej żal kulawego. Wściekłość, a nade wszystko żądza krwi dawały o sobie znać.

Nie musiała nic robić. Pomogli jej.

Rozdzieli się, nie wiadomo po co. By sprawdzić, czy nikt nie chowa się w krzakach koło domu Kopeckiego?

Najpierw zaatakowała niższego. To jeszcze pamiętała. Potem była tylko ciemność, krew, rozkosz i furia. Otchłań.

Ocknęła się w ludzkiej postaci. Tam, gdzie zawsze. I było jak zawsze. Dwa kolejne ciała spoczęły w grocie. Obok innych – ludzi i nieludzi, którzy zaleźli strzydze za skórę, odkąd zamieszkała w wiosce.

Ledwie zdążyła dofrunąć do domu, gdy nad Zabramiem wstał krwawy świt.

*

Myślała, że to koniec tej historii. Pomyliła się.

Zdzisław przyszedł po południu. Zalękniony i niespokojny, z poszarzałą twarzą. Nie wyciągnął ręki z kieszeni. Trzymał dystans.

– Coś się stało? – Zapytała zaniepokojona. Uświadomiła sobie nagle: on wie. I co teraz?

– Widziałem wszystko. Jak ty… Nie, nie ty… Potwór…

– Uratowałam cię – przerwała szorstko – przed bestiami w ludzkiej skórze. To oni zabili Agnieszkę. Ja…

Uciekł, gdy próbowała do niego podejść.

*

Następny dzień minął jej w dziwnym otępieniu. Kto wie, czy całe Zabramie nie huczy już od plotek na jej temat? Może czeka na śmierć? Powinna coś przedsięwziąć, usunąć zagrożenie, ale nie potrafiła zmusić się do działania.

Późnym wieczorem skrzypnęły drzwi. Nie zamknęła ich na klucz.

Przyszli po mnie – pomyślała. – To koniec. Po tylu wiekach życia, ale wciąż żal…

Nie podniosła głowy. Nie chciała widzieć wykrzywionych gniewem i nienawiścią twarzy. Kilku zabije, nie zdoła się powstrzymać.

Ktoś delikatnie dotknął jej ramienia. Podniosła głowę. Nad nią stał Zdzisław. Sam.

– No to co, nie poczęstujesz mnie niczym? – Zagaił cicho.

– Dlaczego by nie? – Odpowiedziała po chwili milczenia.

To był zapewne początek pięknej przyjaźni.

0 thoughts on “V miejsce w konkursie – Początek pięknej przyjaźni

  1. Niesamowite opowiadanie.
    Normalnie nie jestem fanką nawiązań do kultury/mitologii słowiańskiej, ale w tym wypadku byłam mile zaskoczona.
    Opowiadanie czyta się łatwo i przyjemnie. Fabuła wciąga, dialogi bawią, główna bohaterka wzbudza natychmiastową sympatię a jej „strzygowatość” dodaje tylko uroku i pikantności. Nic tylko rozpływać się w zachwytach.
    Gratuluję i pozdrawiam,
    Mysza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *