V miejsce w konkursie – Fear and Terror Inc.

Szef zdecydowanie nie miał prawa wpadać do mojego biura z pianą na pysku. To znaczy prawo miał – ale nie miał podstaw. Od kilku lat już nie byłem pod jego butem. Miałem swoją słodką emeryturę w małym, zacisznym dziale autorskim. To ja powinienem z takim zacięciem na twarzy nawiedzać moich podwładnych.

Gdy już tak wszedł, natychmiast się uspokoił. Rozglądał się po moim biurze niepewnie. Nie był tutaj od czasu, gdy sam załatwił mi to miejsce. Milczał. Przez chwilę studiował ścienną mapę kraju z powpinanymi kolorowymi pinezkami. Westchnąłem
i wskazałem mu stolik dla gości. Usiadł w wygodnym skórzanym fotelu, podczas gdy ja wyjąłem z barku butelkę z rżniętego szkła i dwie szklanki.

Nalałem mu kolorowej wódki i usiadłem w fotelu obok. Pozwoliłem mięśniom zaskoczonym tak nagłą wizytą się odprężyć. Ostatecznie czego bym nie spieprzył (a byłem pewien że nic takiego nie miało miejsca), to nie on przyszedłby do mnie z rejwachem.

– Konstanty, czym mogę Ci służyć? – W zasadzie to on powinien odezwać się pierwszy, ale widziałem że ma problem a nie lubię czekać na złe wiadomości.

– Cześć – teraz wydawał się roztargniony – Sorry, że wpadam jak ruski czołg znienacka… – zaciął się. Nie byłem przyzwyczajony do takiej jego postawy. Wreszcie spiął się w sobie i wyrzucił – Wracam właśnie z zebrania zarządu.

Noż kurwa… A noc zapowiadała się tak dobrze. W końcu piątek, koniec pracy…

– Ale co to ma wspólnego ze mną szefie? – zapytałem z pretensją w głosie. Nawet jeśli on był dyrektorem, to przecież kierowałem działem niezależnym. Sam raportowałem do prezesa. – Przecież jeśli zamykają mi projekt to nie Ty powinieneś z tym przychodzić.

Podniósł na mnie wzrok znad szklanki. – Nikt nie zamyka Twojego projektu. Jest genialny. Za kilka lat może nam przynieść kolejny stały punkt zaopatrywania…

– Za kilka lat? – Przerwałem mu – Szefie, już teraz koszty, jakie ludzie ponoszą na psychoanalityków przeskakują moje założenia w biznesplanie. Walimy na 150% targetu!

Uniósł rękę, nie wiem czy chcąc mi przerwać, czy broniąc się przed twardymi danymi. Ale tak tu trzeba. W korporacji, jeśli chcesz coś przepchnąć, musisz najpierw zrobić tonę tabelek, wykresów, analiz, projektów i wizualizacji. Nauczyłem się tego już dawno.

– Albert słuchaj mnie – powiedział w taki sposób, jakby mi oznajmiał, że boli go głowa – musisz wrócić do mnie. Do działu.

Oblał mnie zimy pot. Odwróciłem głowę w stronę mojego biurka, omiotłem wzrokiem segregatory, laptopa, jakieś rozrzucone w imitacji pracy papiery. I plakietkę na biurku „Albert Strach, kierownik działu fobii”. Od kilku lat mam tu swoje przytulne gniazdko, wreszcie mogę robić to, co lubię – projekty, badania, eksperymenty polowe. Nie przemęczam się, kończę robotę po 8 godzinach i idę, zanim się rozjaśni. I mam wrócić do tego szalonego miejsca, zarządzanego przez Konstantego? Po moim trupie, że się tak wyrażę.

– Co Ty mówisz? Przecież mieliśmy umowę. Odwaliłem swój haracz, zostawiłem Wam wyniki, o jakich do dziś nikt nawet nie może pomarzyć, dzięki mnie firma dostała pochwałę z Rumunii, jesteśmy, byliśmy – poprawiłem się – najlepsi w regionie. Nie możesz odebrać mi mojej nagrody!

– Albert, właśnie – byliśmy! Czy Ty sobie możesz wyobrazić co ja dziś przeszedłem na zebraniu? Gówno jeszcze po mnie spływa. Jeśli w tym stanie pójdę do mnie do działu, to wywalę z roboty połowę kierowników, rozpieprzę w pył biuro, a następnie walnę sobie w łeb. Czy Ty wiesz, co to znaczy zarządzać działem strategicznym firmy? Kurwa! – Ostatnie słowa

wykrzyczał w złości. Do pokoju zajrzała moja sekretarka, z pytaniem czy ją wołałem.
W niewybrednych słowach kazałem jej spieprzać i ponownie nalałem nam wódki.

– Kostek słuchaj – mogłem sobie pozwolić na zdrobnienie imienia jako jeden
z niewielu – ja Cię rozumiem, myślisz że dlaczego siedzę tutaj? – Machnąłem ręką
w nieokreślonym kierunku, mającym sugerować mój dział. Biuro, kilka sal konferencyjnych, niewielkie call center i to wszystko. Ale wreszcie przyjemnie wstawało się o zmierzchu. – Mam tu wszystko czego potrzebuję i nawet stary się nie wpieprza.

– Albert zrozum, jesteśmy największym w regionie dostarczycielem surowca. Czy Ty wiesz co się dzieje? Ludzie już się w tym popieprzonym kraju niczego nie boją! Nasze notowania lecą w dół. Zresztą nie tylko nasze. W Pradze ogłosili upadłość. Kurwa upadłość! Czegoś takiego nie widziałeś od tysiącleci!

Mój wzrok powędrował do leżącej na biurku gazety, którą dla niepoznaki przykryłem jakimiś papierami. Była dopiero 22.00 – pracę zawsze zaczynałem od kawy i prasy. Inaczej niż u Konstantego. Nie wrócę.

– Wiem, ale co ja mam z tym niby zrobić? Sam wyleźć na ulicę i straszyć to bydło? Zostawiłem Wam coś wielkiego. Nie odpowiadam już za Wasze wyniki! Teraz mogę być wreszcie wizjonerem.

– Albert ja wiem, czujesz się oszukany. Ale byłeś moim rainmakerem. Jesteś jedynym, który może ten szajs postawić na nogi.

Przytknąłem szklankę do ust, aby nie odpowiadać od razu. Muszę przyznać że zawsze był dobrym szefem. Ale praca u niego to zapieprz 12 godzin na dobę. Od zmierzchu do świtu. Nie ma wyręczania się innymi i kierowania zespołem. Musisz trzymać rękę na pulsie, śledzić notowania, wyprzedzać wyniki. Musisz być tez kreatywny. Telefon się urywa, laptop się przegrzewa, wszyscy w sali krzyczą. A Ty przeliczaj, notuj, kupuj, sprzedawaj!

Słowem szansa dla kogoś młodego i ambitnego. Ja swoje odrobiłem. Zasłużyłem na swój dział.

– Albert słuchaj – przekonywał mnie dalej – Czy Ty wiesz, że moje najlepsze wyniki robią mi dalej Twoje pomysły? Najlepsze, na co potrafiła wpaść moja ekipa, to kolejne mutacje SARS-a czy ptasiej grypy. Ptasia, świńska, kozia. Kurwa! To już się zrobiło śmieszne! Potrzebuję Cię!

Milczałem dalej. Nie wrócę.

– Konstanty, wypieściłem swój dział, przez kilka lat dobierałem ekipę, przekonywałem starego. Za 20-30 lat dostarczę Wam taki materiał, że Apokalipsa się chowa! Rozumiesz? Mam szansę stworzyć coś, co sprawi, że Biblia będzie tylko kolejną książką! Będą się bali wszyscy i wszystkiego! Śmierci? Co tam śmierć, będą się bali wyjść na powietrze! Nie? Proszę bardzo – to będą się bali krzyków. Taki twardziel? To nie oprze się fobii przeciw grzybom. Możliwości jest tysiące! Nie oddam tego byle nieopierzonemu krwiopijcy, żeby zajął moje miejsce w historii.

Zaciąłem się na chwilę. Potem wstałem, ze stukiem odkładając szklankę na blat stołu. – Chodź, coś Ci pokażę.

Podniósł się niechętnie, dopijając swojego drinka. Sekretarce rzuciłem przez ramię, że przez następną godzinę nie ma mnie dla nikogo. Kolejny przywilej szefa, z którego miałbym zrezygnować.

Przeszliśmy do mojego call center. Było niewielkie, gdyż wciąż pracowaliśmy raczej na prototypach. Ot ośmiu pracowników w niewielkich boksach, każdy z komputerem
i telefonem na słuchawkach. Klimatyzacja chodziła pełną parą, wysysając z pokoju zapach rozkładu. Nie było okien.

Zbliżyliśmy się do pierwszego stanowiska. Usiadłem na biurku i zaprosiłem gestem Konstantego, żeby ponad ramieniem mojego najlepszego pracownika spojrzał na ekran.

– Zobacz. Mietek to mój lider we wdrażaniu. – Wskazałem bladego, delikatnie tylko tkniętego zębem rozkładu pracownika, w obowiązkowej trumiennej marynarce, pod krawatem, nawet ze starannym uczesaniem. – Jest ich tu tylko ośmiu. Najlepiej wyselekcjonowani. Każdego wskrzesiłem i przesłuchałem samodzielnie, każdego sam wdrożyłem w system, w pomysł – a teraz się to zaczyna napędzać. Czy muszę dodawać, że pracują 24 godziny na dobę? – Powiedziałem z delikatnym uśmiechem.

– Albert – powiedział zmęczonym głosem – ja już to widziałem, przecież u mnie to samo…

– Nie to samo, popatrz – najpierw wskazałem rząd kolorowych kabli idących od telefonu i podłączonych do potylicy Mietka. – On sam prowadzi tylko osiem spraw. Wszystkie eksperymentalne. – Pochyliłem się nad ekranem – Mietek, czy mógłbyś przełączyć na Okaz Numer Cztery?

Zombie przełączył myszką, zespoloną z jego prawą dłonią kilka zakładek i na ekran wyskoczył Okaz Numer Cztery. Rząd cyferek. Opisy, notatki, wykonane działania. Analiza. Cmoknąłem zniecierpliwiony. – Mietek myśl, wizualizację pokaż. – Nie okazawszy żadnych emocji kliknął jeszcze raz. Na ekranie pokazał się pokój.

– Kostek ile Ty już żyjesz? 800? 900 lat? Widziałeś kiedyś coś takiego? Niegdyś człowiek bał się śmierci, diabła, nas, generalnie ciemności. Czasem utraty honoru jak lepiej urodzony. Ale teraz? Ten chłopak boi się nawet oddychać zbyt głęboko! Za kilka lat takie kalectwa będą chodzić po świecie. To jest pieprzone arcydzieło!

Konstanty wpatrzył się w śpiącego teraz Adriana Smulskiego, dwudziestoletniego studenta politechniki wrocławskiej drugiego roku. Nic się nie działo.

– I? – Podniósł na mnie wzrok.

Klepnąłem Mietka w ramię, uważając żeby nie wyrwać mu go ze stawu. Ostatecznie miał już swoje lata. – Mietek zaprezentuj proszę. Dawałeś mu już dzisiejszą porcję poczucia winy?

Zombie pokręcił tylko głową i w okienku powyżej obrazu wybrał odpowiednią opcję. Telefon zaczął dzwonić, jeden z kabli biegnących do potylicy Mietka rozjaśnił się czerwonym blaskiem. Poprawił dłonią mikrofon biegnący z lewej strony.

– Teraz nawiązujemy połączenie – wyjaśniłem półgłosem, żeby nie zakłócać pracy. Najlepsze wyniki daje terapia podczas snu.

– Znów spieprzyłem – rozległ się nagle przytłumiony głos Mieczysława – Zawaliłem to kolokwium, mogłem się lepiej uczyć zamiast czytać książki. Mogłem robić więcej ćwiczeń, komputer to nie zabawka.

Na ekranie zobaczyliśmy, jak okaz zaczął się miotać po łóżku, jakby coś go uwierało.

– Matka wypruwa sobie żyły żeby opłacić moje czesne – kontynuował pracownik monotonnym głosem – Ojciec ma rację. Jestem darmozjadem, mógłbym sobie znaleźć lepszą pracę niż nocki w Mc Donaldzie.

Kolejny efekt – nasze przystosowane do widzenia w ciemności oczy wypatrzyły krople potu na twarzy. Z głośników komputera rozległ się jęk.

– Powinienem wstać i zapieprzać, już się wyspałem, zmarnowałem na sen dwie kolejne godziny. Praca zaliczeniowa sama się nie napisze.

Okaz oczywiście się obudził, zmuszony do tego odpowiednimi przyciskami
z klawiatury.

– No i takie delikatne dawki, nie chcemy przecież żeby nam wykitował. Odpowiednio podtrzymywany może dostarczać nam surowca przez jakieś 40-50 lat. – Wyjaśniłem – Oczywiście w końcu się zabije. Rzuci z mostu albo pod pociąg. Ewentualnie zawał. Ale Mietek będzie czuwał nad nim, aby go wyeksploatować do cna. Inwestujemy też w systemy ratunkowe podtrzymujące nadzieję.

Postukałem paznokciem w ekran, aby zwrócić uwagę Konstantego na jeszcze jedną rzecz. Kolorowy wskaźnik strachu z boku ekranu. – Widzisz? Jedna krótka sesja, i norma Mietka na tą godzinę wypełniona w siedmiu procentach. Ale on to akurat wirtuoz w swojej pracy.

Podnieśliśmy się

– Słyszysz tu gdzieś krzyki? Czujesz napięcie w powietrzu? Pod moimi skrzydłami te chłopaki mają lepiej niż w trumnie. Konstanty – jak ja mogę zostawić coś takiego?

Popatrzył na mnie i omiótł wzrokiem salę. – Słuchaj, to wszystko fajne, ale to jest przyszłość. Ty tutaj wykuwasz coś, co zaprocentuje za dwadzieścia lat. A za dwadzieścia lat zostanie nam to samo co Czechom. Póki co, wciąż potrzebne nam są silne bodźce, gwałtowne, atawistyczne.

– Kostek, masz od tego ludzi – Potarłem oczy w geście zmęczenia.

Uśmiechnął się, ukazując rząd białych zębów, oczywiście z nieodzownymi kłami. – Jasne, mam ludzi. A potrzebuję czarodzieja – Uderzył mnie palcem w pierś – Potrzebuję Ciebie. Nie powiesz mi, że siedząc tutaj i umierając z nudów nie tęsknisz za starymi czasami? Co się wtedy wyrabiało. Sanacja, Okupacja, strajki, stan wojenny – to było ge-ni-al-ne! Puste półki. Ci wszyscy śmieszni bojownicy o wolną Polskę. Słuchaj, ja wiem że patriotyzm to nie Twój pomysł, ale chyba nikt tak nie potrafił grać na zrywach narodowych jak my. Czyli Ty. – Wskazał mnie palcem. Rozpędzał się. Nie. Nie wrócę!

– To był ślepy zaułek. Za dużo dawców ginęło. Poza tym po wojnie dawaliśmy dużo eksportu na wschód – odparłem – ruscy się cieszyli i brali surowiec za darmo, bo na Kremlu trzęśli portkami.

– Dobra, masz rację, ale były też lepsze pomysły, ot okres międzywojenny. Inflacja. Budzisz się rano i zastanawiasz się, czy ta walizka pełna forsy wystarczy Ci dziś na śniadanie. Albo czy rząd przetrwa do soboty… Generatory pękały nam od zapasów surowca. Ale to się już kończy. Albert – my ciągniemy od dłuższego czasu na rezerwach!

Zamyśliłem się. Rzeczywiście, okres międzywojenny rozpoczął w Polsce czas prawdziwych korporacji. Ale nie tych ludzkich. Chodzi o organizację mroku. Prawdziwe Wampiry, nie to co ludzie mogą zobaczyć w telewizji. To, co wtedy wyrabiałem przechodziło ludzkie, czy też nieludzkie pojęcie. Rzeczywiście byłem prawdziwym czarodziejem. Podczas gdy inni zabijali swoich dawców, żeby podtrzymać poziom zaopatrzenia w surowiec, ja manipulowałem głównie poczuciem stabilności. Nieważne – systemu czy umysłu. Zorientowałem się, że uśmiecham się do swoich myśli. Stop! Nie, nie wracam!

– Słuchaj – odezwałem się – pokażę Ci coś jeszcze. Chodź. – Wyprowadziłem go z call center i poprowadziłem z powrotem do biura. – W wolnych chwilach dłubię sobie taki prywatny projekt.

Siadłem za biurkiem, do laptopa podłączyłem słuchawki. On postawił  przede mną kolejnego drinka po czym usiadł na biurku koło monitora i czekał.

– Widzisz? – pokazałem mu. Pochylił się nad wizualizacją budynku sejmowego. Zrobiłem najazd, obraz przeniknął ściany w szalonym pędzie, od którego bolały oczy. Kamera, niczym zdalnie sterowany pocisk odnalazła ofiarę. Oczywiście w sejmowej knajpie. Sprawdziłem zapisy autopilota. – Siedzi tam od zakończenia sesji – wyjaśniłem – na której zresztą nie był. Jutro ma wystąpienie w sejmie.

– No i cóż z tego? – Spytał Konstanty, z obrzydzeniem patrząc na pijanego knura, który lada chwila miał osunąć się pod ladę. Zadziwiające z jakim uczuciem niektórzy z nas – zwłaszcza Ci starsi – odnosili się do naszych bądź co bądź żywicieli.

– Patrz – powiedziałem. Po czym wyłączyłem tryb autopilota, nastawiony na picie wódy. Założyłem słuchawki. – Pieprzone wystąpienie – wysączyłem w mikrofon – oh pieprzone, pieprzone wystąpienie. Otwarta przestrzeń, dużo ludzi. Może setka, może nawet ze stu pięćdziesięciu. W końcu to ważna poprawka. – Obraz pokazał
Pana-Ważnego-Polityka, który zaczął szlochać. W oddali zobaczyliśmy  kelnera, który natychmiast zmienił trajektorię swej podróży i ominął knura wielkim łukiem. Konstanty pochylił się nad ekranem z zaciekawieniem. – Nie dam rady, nie wytrzymam tych spojrzeń, tego milczenia – szeptałem dalej. – Najchętniej bym tych skurwysynów powybijał. Seria
z pepeszy… – Zawiesiłem głos. Potem przełączyłem z powrotem na autopilota. Niech pije. Ściągnąłem słuchawki i popatrzyłem w oczy towarzyszowi.

– Co mu jest? – Spytał zaintrygowany

– Proste. To strach przed publicznymi wystąpieniami. Głęboko zakorzeniony. Prowadzę go od początku tutaj. Jeszcze nie zdecydowałem jak to zakończę, ale wyobraź sobie ten natłok emocji jeśli jutro zacznie strzelać do zgromadzonych ludzi. Może zastrzeli marszałka, może premiera. Ofiara niewielka – dwóch, trzech dawców, ale za to ten chaos, ten szok, to obrzydzenie i wszystkie te negatywne cudowne emocje, tak głęboko zrośnięte
z Polskim charakterem. Potem narzekanie. Miesiące narzekania! – Nagle coś sobie przypomniałem – Pożyczysz mi silosy? Moje nie wystarczą, żeby to wszystko zmagazynować, a przecież surowiec nie może pójść w eter. – Uśmiechnąłem się zwycięsko. To na pewno go przekona, że to co robię jest ważniejsze.

– I właśnie dlatego Cię potrzebuję Albert! – Wykrzyknął zachwycony, a mnie zrzedła mina – Jesteś pieprzonym czarodziejem! Tydzień u mnie i znów nasze notowania skoczą
w górę. Ba, wystarczy że tylko rzucę na giełdę plotkę, że mój rainmaker wraca a od razu skoczymy o kilka punktów!

– Ale słuchaj! Ja nie chcę wracać. Pokazuję Ci to wszystko, żebyś zrozumiał! Mam tu swoje miejsce, coś, czego nie miałem u Ciebie!

Zamilkł. Spoważniał. Popatrzył na mnie uważnie. – Teraz Ty chodź ze mną – powiedział i wyszedł nie odwracając się na mnie. Skląłem go pod nosem, odstawiłem szklankę i poszedłem  za nim.

– Odwołaj wszystkie moje dzisiejsze spotkania, odwołaj szkolenie i konferencję – rzuciłem przez ramię sekretarce. – Nie będzie mnie do końca dnia. – Doszedłem do wniosku, że będzie mi tego brakowało. Jak to? Nie! Nie zrezygnuję! Nigdzie nie wracam!

Po chwili szliśmy przez korytarz, oświetlony neonówkami wprost do jego działu. Najwyższe piętro, najlepsze dywany, najlepsi pracownicy.

Oczywiście pracują dla nas też ludzie. Nie robią nic. Służą tylko do zasilenia budynku
w surowiec. Snują się z miejsca na miejsce, przekładają bezsensownie papiery, zarządzają innymi ludźmi, nawet robią jakieś telefony. Generują trochę strachu, trochę niechęci, dużo frustracji. To wystarczy żeby całe nasze wysiłki skupić na zaopatrywaniu miasta, kraju, regionu.

Jego dział to przede wszystkim potężne call center. Podzielone na trzy sekcje. Pełno wąskich szarych boksów, wszystkie zajęte przez pracujących na trzy zmiany pracowników. Teraz to ja się zatrzymałem w wejściu i kontemplowałem okolicę. Nie byłem tutaj od wielu lat, od kiedy wywalczyłem awans. Powietrze drgało od szeptów, syków, pomruków, nawoływań, krzyków i wielu innych odgłosów zagłuszających działanie klimatyzacji. Odór stęchlizny dużo wyraźniejszy, pracownicy też jakby bardziej „rozłożeni”. Niektórzy niechlujnie ubrani, rozczochrani. Nie do pomyślenia za moich czasów.

Za dużą szklaną ścianą pokój liderów – te kilka pracujących indywidualnie istot ma za zadanie odnajdywać nowe ścieżki w głąb umysłów naszych karmicieli. Na końcu biuro Konstantego.

Specjalnie szedł wolno, czekał aż nasiąknę atmosferą, wchłonę ten gwar, to napięcie, ledwo uchwytny nastrój oczekiwania. Pewnie zaraz padną notowania i wszyscy wstrzymują oddech. Podświadomie wstrzymałem i ja. Konstanty jest dobry. Wie że to na mnie działa.

Żartobliwie uderzyłem go w ramię i kazałem przyśpieszyć. Doszliśmy do podwyższenia przed jego biurem, z którego mógł obserwować cały swój kram

– Rozejrzałeś się już? – odwrócił się do mnie – Niewiele się tu zmieniło.

Obejrzałem się za siebie. Niewiele rzeczywiście.

– Twoi następcy spieprzyli tak dobry układ – kontynuował – Jak można było pozwolić upaść komunie? Przez to wszystko Dział Religii ma  coraz mniej do roboty, tracimy tu
z każdym dniem. To wciąż najobszerniejszy dział. Ale tylko dlatego – dodał z naciskiem – że Ty odwaliłeś dobrą robotę.

Chwalił mnie, ale chyba słusznie. Religia. Opium dla mas. Tyle że Marks się mylił. Religia nie miała za zadanie rozładowywać cierpienia. Nic tak, jak genialny pomysł Kaina nie powodowało cierpienia. Nie pochłonęło tylu ofiar, nie było powodem tylu czarnych myśli.
A ja tylko grałem na instrumencie religii muzykę bólu. Karmiłem nim swój lud. A czasem wprowadzałem dysonans, jak wielcy krwiopijcy przede mną.

– Wciąż utrzymujecie Toruń – rzekłem do Konstantego – dopóki utrzymacie ten pomysł przy życiu, nie macie się co obawiać posuchy. Zawsze będą wojny religijne. Te przynajmniej nie wyżynają dawców. – Zachichotałem złośliwie.

– Nikt nie umie zrozumieć tej Twojej filozofii – Mruknął Konstanty – Ten kraj się laicyzuje, ateiści otaczają nas zewsząd. Od kiedy nas opuściłeś, tracimy surowiec z każdym dniem. Ludzie mają w dupie religię. Są wśród nas tacy, którzy twierdzą, że powinniśmy wzorem bliskiego wschodu zrobić religijną rozpierduchę. Albo apokaliptyczny numer

– Wojna to reset, zawsze ostrzegam przed tym guzikiem To budowanie od nowa. Rozejrzyj się, tyle wokół cudownego chaosu!

– To dlaczego Dział Niepokoju Społecznego mi zdycha, dlaczego okrajam go po każdym zebraniu zarządu? A dziś rozniosę całą tą watahę w pył. Żadnej poważnej zawieruchy wojennej czy chaosu militarnego. Zostało tam kilku pracowników. Ci najdurniejsi, nie potrafiący zrobić nic lepszego od kibolskich zadym, jakichś cięć budżetowych… – zawiesił głos – ale to znów są popłuczyny po Tobie. – uśmiechnął się do swoich myśli – Nigdy nie zapomnę stanu wojennego – Rzekł z emfazą w głosie. – Albert – Ci pracownicy mi tam gniją. Dosłownie. Zero kreatywności! Wciąż tylko marudzą za jakąś wojną religijną.

– Durnie – mruknąłem – Jeden mój Mietek by wystarczył za całe to bydło co tam trzymasz. A ich wszystkich – do rozdrabniarki, bo miejsce zajmują.

Chwilę przerzucałem w głowie różne myśli. Jak tu pomóc staremu druhowi? Mój wzrok padł na duży kalendarz wiszący nad głową pracowników na jednej ze ścian. Już wiedziałem.

– Konstanty notuj… – Z pamięci zacząłem wyrzucać kilka nazwisk. No oko nic nie znaczące, swojskie. Było ich około dwudziestu. Przejrzałem to, co zapisał, skreśliłem dwa nazwiska, dopisałem jeszcze jedno. Przy każdym dopisałem tez PESEL, żeby łatwo było tych ludzi zlokalizować. Oddałem mu listę – Daję Ci do ręki nie lada pomysł. Chciałem sam go pilotować u siebie, ale co mi tam. Każda z tych osób jest od niedawna  rodzicem jedynaka. Każde z tych dzieci urodziło się dokładnie szóstego czerwca dwa tysiące szóstego roku.
A teraz niech jeden z twoich sztywniaków odpali Internet. Szukane hasło to Heksakosjoiheksekontaheksafobia. – Skrzywił się gdy to usłyszał, jakby myśląc że żartuję – Czyli nic innego jak lęk przed trzema szóstkami. – dodałem ze złośliwym uśmiechem. – Masz tu listę potencjalnych antychrystów i najdurniejszych rodziców, jakich udało mi się odnaleźć.

Oczy mu się zaświeciły. – O widzisz – wreszcie gadasz jak człowiek, za przeproszeniem Twoim. Prowadź ten pomysł u mnie – poprosił – Dostaniesz podwyżkę. Dostaniesz taki przydział na surowiec, że będziesz się mógł bawić w pieprzonego Rockefellera – wyżywisz sam całą kryptę! A jeszcze Ci zostanie. Dogadam się ze starym – zostawimy Ci stary dział pod Twoim kierownictwem. Po prostu awans na dyrektora – kusił.

Zaskoczył mnie. Oferował mi przecież współudział przy sterach.

– Popatrz – ciągnął dalej – Twój stary projekt ma się całkiem dobrze. Osobiście nim zarządzam, dałem tam wszystkich najlepszych.

Mówił o trzecim dziale – nazwałem go Działem Zjawisk. Pomysł zaczerpnąłem
z zachodu, po kilku wspólnych konferencjach za oceanem. Co prawda nie mieliśmy za dużo takich historii jak huragany, czy trzęsienia ziemi. Ale już katastrofy budowlane się zdarzały. Ponadto w obowiązkach działu leżały różnego rodzaju wydarzenia niewyjaśnione, magiczne, obsadzanie parlamentu zjawiskowymi politykami, pilnowanie dziur w drogach, śnieżyce. Dbano tu tez o poziom polskiej piłki nożnej.

O ile mi wiadomo dział miał się najlepiej ze wszystkich. Niestety, dużo kreciej roboty robili nam sami ludzie. Horrory, telewizja, później gry komputerowe. Wszystko to powodowało znieczulicę. Z jednej strony owszem – napięcia między ludźmi, ale w szerszym ujęciu pomysł był zły. Ostatecznie zombie mogę sobie rekrutować zawsze.

– Albert, z Tobą na pokładzie zrobimy w tym kraju porządek. Kolejne mroczne wieki!

– To nie ciemność ma przyszłość Konstanty. Ludzie nie boją się wampirów. Ludzie chcą być wampirami. Chcą mieć nawiedzone samochody. Sami włażą do nawiedzonych domów. Boją się tylko namacalnego. Trzeba porzucić czary-mary, to zaraza powoduje śmierć i ludzie widzą to na co dzień w gazecie. To kryzys powoduje utratę pracy, domu… – Urwałem, przyglądając się uważniej pewnej myśli. Obracając ją na wszystkie strony
i analizując implikacje. Skurczybyk mi nie przerywał, czując co się święci. – Konstanty, czy kiedykolwiek słyszałeś o Lehman Brothers?

– Tak, ale co to ma z naszym podwórkiem?

– Pamiętasz Marlene?

– Tą świrniętą blondynę, odpowiedzialną za jedenastego września?

– Eh, jedenasty to tylko jej ostatni numer. Z tych dużych. Wiesz, że to ona kierowała stawianiem muru berlińskiego? To Marlene wymyśliła faszyzm. Do diabła – to ona stworzyła igrzyska w starożytnym Rzymie.

– A co wymyśliła teraz?

– No właśnie. Wymyśliła… – Odwróciłem głowę w jego stronę – Dyrektor mówisz?

Bez słowa pokazał drzwi pokoju, sąsiadującego z jego biurem. Plakietka na drzwiach mówiła: „Albert Strach dyrektor działu zjawisk i fobii”

17.03.2010

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *