V miejsce w konkursie – Grzegorz Woźniak

Spisuję poniższy dziennik jako pamiątkę i dowód mego życia, a w dalszej części, nieżycia. Tylko od Ciebie zależy, czy informacje zawarte w poniższym dokumencie uznasz za prawdę, czy za fałsz. Nie jest moim zadaniem przekonywać o ich prawdziwości, a jedynie przelanie ich na papier.

Urodziłem się roku Pańskiego 1907, w niewielkiej wsi o nazwie Niedrzwica Kościelna, koło Lublina. Rodzice nadali mi imię Stanisław. Nazwisko rodowe, które odziedziczyłem po ojcu, samolubnie zachowam dla siebie. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

Dzieciństwo, choć ciężkie i ubogie, wspominam radośnie. Moja rodzina nie należała do bogatych, jednak ani ja, ani moje rodzeństwo, w liczbie dwóch sióstr i jednego brata, nie cierpieliśmy głodu. Jako dziecko pomagałem rodzicom na roli oraz przy hodowli zwierząt. Mój ojciec posyłał mnie także do szkoły, żeby zdobywał wykształcenie.

Nie byłem zbyt pilnym uczniem, jednak zdobyłem podstawowe umiejętności pisania i czytania. Gdy patrzę na nie z perspektywy czasu wydają mi się śmieszne czy nawet wręcz żałosne, ale w tamtych czasach była aż nadto wystarczające. Dzieciństwo wspominam z radością.

Pierwszy szok i kontakt z brutalnością tego świata nastąpił w lecie roku Pańskiego 1914. Wtedy też do wsi zawitała wojna. Z racji wieku niewiele pamiętam. Poza dwoma wydarzeniami, które trwale wpisały się w moją podświadomość.

Mniej brutalny i bezosobowy był bez wątpienia atak na kościół. Pamiętam żołnierzy ostrzeliwujących świątynię. Pociski rozbijały kamienie, huk wystrzałów co chwilę rozrywał powietrze, ludzie krzyczeli i walczyli. Pamiętam gryzący dym który wszędzie się unosił. Na murach, w miejscu gdzie trafiał pocisk, wykwitały głębokie pęknięcia. Dla mnie wyglądały niczym rany. Mimo, że nie widziałem krwi, rannych ani śmierci, miałem wrażenie, że co chwilę ktoś umiera. Umierał kościół, umierała cisza, umierał niewinny i nieskażony świat dzieciństwa.

Wydarzenia oglądałem z daleka i tylko przez krótką chwilę, jednak pamiętam, że okropnie mnie przeraziły. Byłem w końcu tylko małym dzieckiem, wychowanym w wiejskiej, sielankowej rzeczywistości.

Drugie wydarzenie miało miejsce rok później. Trwała wojna, my żyliśmy obok. W lipcu, pięknym słonecznym lipcu, żołnierze znów przyszli. Budowali okopy i walczyli. Wtedy też splądrowano naszą i sąsiednie wsi.

Owego pamiętnego poranka wyszedłem w pole, żeby nazrywać trawy dla królików. Z zadaniem uporałem się szybko, nie wróciłem jednak do domu. Tego lata słońce świeciło wyjątkowo mocno, nadając owocom słodki, soczysty smak. Moi rodzice mieli niewielki sad, jednak nie było tam mojego ulubionego owocu – malin. Rosły one natomiast u jednego z naszych sąsiadów. Ruszyłem więc przez pola, zakradłem się do ogrodu, zaszyłem pomiędzy gęstymi krzakami i zacząłem napychać brzuch słodkimi owocami. Smakowały wspaniale, świeże, soczyste, pachnące.

Nagle usłyszałem tupot nóg i koło mojego krzaka przemknęła córka sąsiada. Bose stopy delikatnie przemykały po mokrej od rosy trawie, a ciemnobrązowe włosy, niczym rozwiana grzywa, płynęły w powietrzu w ślad za nią. Nagle dziewczyna poślizgnęła się i upadła. Do leżącej podbiegł odziany w mundur żołnierz i przycisnął ją butem do ziemi. Po chwili dołączyli kolejni. W sumie sześciu. Pochylili się i przytrzymali leżącą a jeden z nich nożem rozpruł ubranie. Gwałcili ją po kolei. Przy pierwszym próbowała się wyrywać i bronić, przy drugim krzyczała, przy trzecim i kolejnych już tylko płakała. Gdy skończyli odeszli, zostawiając ją na ziemi. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że cały czas wstrzymuję oddech.

Gdy minął paraliżujący strach przecisnąłem się przez gęste krzewy i czym prędzej pognałem do domu. Bardzo bałem się, co mnie tam czeka. To uczucie strachu ściskającego gardło, zimny pot spływający po plecach i wrażenie, że biegnę o wiele za wolno, często prześladowało mnie w późniejszych koszmarach.

Zdyszany wpadłem do domu i zastałem ojca który uśmiechnięty rozmawiał w najlepsze z ubranym w mundur mężczyzną. Śmiali się i żartowali a na stole przed nimi stała butelka bimbru.

– O, to jest właśnie mój starszy syn, Stanisław – przedstawił mnie mężczyźnie, po czym karcącym głosem dodał – a gdzie trawa dla królików?

Zakręciło mi się w głowie. Przed chwilą widziałem jak tacy sami ludzi robią krzywdę tej dziewczynie, a teraz mój ojciec siedzi i rozmawia z jednym z nich. Zanim jednak zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć usłyszałem nieznoszące sprzeciwu polecenie.

– Idź do spiżarki i przynieś gąsior ze spirytusem dla pana oficera.

Idąc na miękkich nogach wykonałem polecenie. Ojciec rozmawiał jeszcze przez chwilę z mężczyzną, potem podarował mu gąsior gorzałki. Wymienili uściski dłoni, po czym przybysz zawołał siedzących na podwórku żołnierzy. Nawet ich nie zauważyłem gdy wpadłem do izby jak błyskawica. Wojacy zabrali garniec, część jedzenia które trzymaliśmy w spiżarce, i odeszli.

Ojciec dopiero wtedy z ulgą odetchnął – Zuch chłopak – pogłaskał mnie po głowie.

Później dowiedziałem się, że gdy tylko ojciec zauważył zbliżających się żołnierzy, natychmiast ukrył mamę i moje siostry w piwnicy na bimber. Żołdaków zaś przywitał w progu gorąco i otwarcie, twierdząc, że jest wdowcem i mieszka tutaj tylko z synami.

– Trzeba wiedzieć kiedy dać w ryj a kiedy całować w dupę – nie było to wyszukane powiedzenie, ale towarzyszyło mi przez resztę życia. Nauczyłem się czegoś jeszcze – silnego wroga można pokonać tylko, stając się jego przyjacielem.

Mgliście pamiętam też jak razem z bratem pomagaliśmy grzebać poległych w trakcie wojny albo przeszukiwaliśmy opuszczone okopy. Te wspomnienia są jednak mgliste i blade w porównaniu z tym, o czym opowiedziałem wcześniej.

Po zakończeniu wojny we wsi wybudowano dworzec kolejowy i położono tory. To było jak otwarcie bramy na cały, rozległy świat. Z bramy tej skorzystałem w roku 1926, po weselu młodszej siostry. Brat pomagał rodzicom w gospodarstwie i był z tym bardzo szczęśliwy. Śmiałem się nawet, że jest gospodarzem z urodzenia. Ja zostałem jednak ulepiony z innej gliny, chciałem czegoś innego. Pod koniec sierpnia wyjechałem do Lublina, szukać swojego przeznaczenia.

Miasto pochłonęło mnie bez reszty. Na początku było trudno, chwytałem się różnych zajęć, jednak o powrocie nie mogło być mowy. Zarobione pieniądze przepuszczałem w knajpach, bawiłem się i korzystałem z życia. Zimą, w roku 1927 znalazłem poważną pracę. Zostałem przyjęty do przeżywającego dynamiczny rozwój browaru. Z początku jako chłopiec na posyłki, jednak już po roku awansowałem na pomocnika głównego piwowara. Praca w browarze była tym czego szukałem. Przestałem pić, hulać, stałem się przykładnym pracownikiem.

W browarze spędziłem ponad jedenaście dobrych, spokojnych, można by rzec nudnych, lat. Wstawałem rano, w dzień pracowałem, a wieczorem kładłem się spać. Patrząc z perspektywy czasu na ten okres mojego życia, mogę żałować wielu rzeczy, faktem jednak jest, że byłem wtedy naprawdę szczęśliwy.

Wiosną roku 1939 zostałem powołany do armii. Było to o tyle dziwne, że w tamtym okresie powoływano głównie chłopaków w wieku 21 lat, ja zaś miałem już na karku 32 wiosny. To wydarzenie wpłynęło na całą moją późniejszą historię. Gdybym bowiem nie dostał powołania, nie trafiłbym do armii i nie doświadczył wydarzeń o których zaraz opowiem.

Zostałem przydzielony do Armii Łódź. Nastrój który panował w oddziałach był nieprzyjemny. Każdy zaniepokojony, niepewny przyszłości, czekający na coś złego. Z jednej strony spodziewano się wojny, z drugiej negowano taką możliwość. Tak czy inaczej, wszelkie dywagacje zostały ucięte pierwszego września 1939 roku. Rozpoczęła się wojna. W pamięci miałem wydarzenia których byłem świadkiem jako dziecko. Bałem się.

Wojna skończyła się dla mnie już pięć dni później. W trakcie bitwy nad Wartą otrzymałem postrzał w klatkę piersiową. W jednej chwili gnałem do ataku a w następnej leżałem na ziemi, krztusząc się własną krwią. Nawet nie bolało, po prostu straciłem czucie. Nie pamiętam kiedy odciągnięto mnie na bok.

Jakiś przebłysk jaźni zachował wspomnienie mężczyzny, który ku mojemu przerażeniu wydobył wojskowy nóż, rozciął nadgarstek i przytrzymał dłoń nad menaszką.

Świadomość odzyskałem, gdy ten sam mężczyzna podnosił moją głowę i wlewał do ust ciepły płyn. Przełknąłem i niemal nie zwymiotowałem. To była krew. Lepka, metaliczna i ohydna krew.

– Nie dzisiaj – usłyszałem jego szept a po chwili już go nie było. Do dziś nie mam pojęcia kim był, ani dlaczego zrobił to, co zrobił.

Kilka chwil po przełknięciu krwi zacząłem odzyskiwać czucie i świadomość. Mętny wzrok złapał ostrość, ciało nabrało siły. Pomacałem dłonią pod mundurem. Po ranie na piersi nie było śladu. W pierwszej chwili miałem ochotę ponownie ruszyć naprzód, do walki. Zanim jednak zrobiłem pierwszy krok pojawił się zimny pot a ciało odmówiło posłuszeństwa. Nie była to wina rany ani niczego takiego. Pokonał mnie zwykły, pospolity strach. Ponownie ległem na ziemię, udając martwego. Gdy tylko nikt nie patrzy powoli odczołgiwałem się coraz dalej i dalej.

Nie pamiętam więcej z tego dnia. W głowie wirowało mi z nadmiaru emocji, strach zaciskał lodowate palce na gardle a euforia po cudownym ocaleniu pulsowała wewnątrz ciała z siłą bomby atomowej.

Kilka najbliższych dni to czarna dziura w życiorysie. Obudziłem się pośród pól, w jakiejś stodole. Miałem na sobie proste, wiejskie ubranie. Mundur i broń gdzieś przepadły. Z niepokojem popatrzyłem na dłonie. Były pokryte zaschniętą krwią.

Zaczekałem do zmroku i opuściłem stodołę. Noc była ciemna, ja jednak widziałem nadzwyczaj wyraźnie. Podświadomie czułem też w którą stronę ruszyć, żeby dotrzeć do wsi. Dzisiaj wiem, że istoty takie jak ja, są przyciągane przez skupiska ludzie i nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Do wioski dotarłem szybko. Nie czułem zmęczenia czy senności. Co innego mój żołądek, skręcał się boleśnie, prosząc o jedzenie. Postanowiłem nie ryzykować. Cicho wślizgnąłem się do jednej z chatek. Wiejskie wychowanie zaprocentowało – błyskawicznie odnalazłem spiżarkę z zapasami jedzenia. Chwilę później siedziałem w pobliskich łanach zboża, wcinając ukradzioną kiełbasę.

W tym miejscu warto obalić jeden ze społecznych mitów, dotyczący wampirów. W przeciwieństwie do bzdur wypisywanych w różnorakiej literaturze, my też potrzebujemy pożywienia. Tak samo trawimy, pożeramy i wydalamy. Zauważyłem jednak, że jestem w stanie ograniczać zapotrzebowanie na żywność. Na początku mój żołądek przechodzi bunt jak u normalnego człowieka, jednak z czasem pożywienie przestaje być potrzebne. Być może mógłbym całkowicie porzucić jedzenie, jednak im mniej jem tym słabszy jestem. Gdy zapadam w letarg jestem w stanie przespać miesiąc bez konieczności jedzenia, jednak w normalnym życiu muszę posilać się, jak zwykły człowiek.

Wróćmy jednak do opowieści. W stodole odczuwałem bezpieczeństwo, więc opuszczałem ją tylko w nocy, nawiedzając wioskę w poszukiwaniu pożywienia. Trwało to przez tydzień. O ile na początku potrafiłem poruszać się zręcznie i  bezszelestnie (co było raczej dziwne, bo w młodości uchodziłem raczej za niezdarę), o tyle później robiłem coraz więcej błędów. Po tygodniu zostałem przyłapany na gorącym uczynku.

Podczas kolejnej wyprawy oberwałem w łeb drągiem i padłem jak długi na ziemię. Uratował mnie fakt bycia żołnierzem. Od gospodarza dowiedziałem się, że mamy już 21 września. 21 września! Bitwa odbyła się piątego, w stodole siedziałem około tygodnia. To znaczyło, że zgubiłem gdzieś 9 dni. Do dziś nie wiem co się wtedy ze mną działo.

Pan Jan udzielił mi schronienia. Ukrywałem się we wsi ponad miesiąc, chociaż słowo „ukrywałem” niezbyt dokładnie oddaje tamten okres. Wioska była niewielka, położona na uboczu. Przez cały czas pobytu tam nie widziałem ani jednego Niemca. W dzień pomagałem panu Janowi w gospodarstwie, w nocy zaś spacerowałem po okolicy, nie mogąc zasnąć. Ciągle dokuczało mi dziwne pobudzenie.

Czas na kolejną kwestię dotyczącą wampirów. Tak, jesteśmy istotami nocnymi. W nocy doskonale widzimy, wzrasta nasza aktywność. Jesteśmy bardziej rześcy niż za dnia. Nie znaczy to jednak, że światło słoneczne zmienia nas w popiół. W dzień dokucza nam senność, słońce razi oczy, zamiast opalać powoduje oparzenia skóry. Na pewno jednak nie zmienia nas w popiół. Co ciekawe, zaraz po wypiciu krwi (po wszelkich przemyśleniach, przeczytanych źródłach, itd., właśnie ten moment uważam za dzień mojej przemiany) jest to niemal niezauważalne. Nadal funkcjonowałem jako normalny człowiek. Dopiero z biegiem czasu coraz intensywniej przechodziłem na nocny tryb życia. Nie wykluczone (ale to tylko przypuszczenie), że z biegiem lat słońce faktycznie stanie się dla mnie zabójcze. Na razie jednak nie zaobserwowałem czegoś takiego.

Po miesiącu coś we mnie pękło. Z urodzenia byłem prostym chłopem, jednak podczas pobytu w mieście a potem w armii ugruntowałem uczucie szumnie określane mianem miłości do ojczyzny. W dzisiejszych czasach może to zabrzmieć śmiesznie, ale naprawdę czułem potrzebę walczyć z najeźdźcą. Początkowy strach ustąpił miejsca determinacji. Czasami do wioski dobiegały wieści o partyzantach działających na terenie całego kraju. Gdy opowiedziałem panu Janowi o swych planach pobłogosławił mnie i powiedział, że może pomóc. Nie kłamał. W przeciągu kilku dni skontaktowano mnie z człowiekiem aktywnie uczestniczącym w zbrojnej grupie partyzanckiej. Na początku traktowano mnie podejrzliwie, jednak dość szybko grupa otworzyła się przede mną. Dziś często jest mowa o niesamowitej ostrożności partyzantów, ich inteligencji, itd. Prawda jest taka, że ci ludzie byli bardzo spragnieni pomocy, a także bardzo ufni. Ta sytuacja zmieniała się z biegiem czasu, jednak na początku wojny tak właśnie to wyglądało. A może po prostu ja trafiłem na taki a nie inny oddział? Tego nie wiem.

W partyzantce spędziłem kilka miesięcy. Najgorzej było zimą – zdarzało się, że marźliśmy zimną nocą w głębokim lesie. Częściej jednak po prostu nocowaliśmy w stojących na uboczu stodołach, gospodarstwach domowych, itd. Mieszkańcy lokalnych wsi nie odmawiali pomocy. Jak teraz pomyślę sobie o naszych działaniach to ogarnia mnie pusty śmiech. Przypominały one zabawę w kotka i myszkę. Chowaliśmy się w lesie, czasem ostrzelaliśmy jakąś Niemiecką ciężarówkę, zdemontowaliśmy fragment torów i inne takie głupoty.

Pewnego razu, to było wczesną wiosną, w maju lub kwietniu, mnie i jeszcze trzech innych kolegów zaskoczył niewielki patrol Niemiecki. Dwa motocykle, jeden z koszem i ciężkim karabinem, drugi jednoosobowy, dopadły nas wieczorem, gdy szliśmy do wioski po pożywienie. Otworzyli ogień, my odpowiedzieliśmy. Celny strzał zwalił z siodełka pojedynczego motocyklistę. W tym samym momencie salwa z ciężkiego karabinu maszynowego przerobiła na krwawą papkę stojącego obok partyzanta.  Padłem na ziemię kryjąc się za miedzą, oddzielającą od siebie dwa kawałki pola. Serie z CKM’u trzymały nas nisko przy ziemi, nie pozwalając wstać. Kątem oka dostrzegłem nadjeżdżającą ciężarówkę. Po chwili zaczęli wysypywać się z niej żołnierze. Ponownie pojawił się strach.

Razem ze strachem przyszło jednak coś jeszcze. Wciągając powietrze poczułem zapach. Najpiękniejszy jaki do tej pory czułem. Dobiegał od zakrwawionego ciała mojego martwego towarzysza. Dotknąłem go dłonią. Cała pokryła się krwią. Mimowolnie, niemal instynktownie, przysunąłem ją do ust i oblizałem. Świat zawirował. Uderzyło we mnie cudowne bogactwo smaku, jakbym jednocześnie skosztował tysiąca najwykwintniejszych potraw. Szarpnąłem mundur poległego. Tkanina pękła z dziecinną łatwością, odsłaniając ranę na piersi, z której sączyła się rubinowo-czerwona krew. Przysunąłem usta i przełknąłem pierwszy łyk.

Świat wokół tętnił własnym życiem. Wystrzelone pociski orały powietrze, rzucony granat rozerwał kolejnego z moich kolegów, nie dalej niż dziesięć metrów ode mnie, żołnierze krzyczeli, biegali i strzelali. Ja jednak nie widziałem i nie czułem nic, poza cudownym płynem spływającym przez moje gardło. Z każdym, niewielkim łykiem, moje zmysły ulegały wyostrzeniu zaś ciało stawało się coraz silniejsze. Nagle poczułem szarpnięcie które odrzuciło mnie na bok. Na prawym ramieniu wykwitł czerwony bukiet. Nie czułem jednak bólu, nawet odrobiny. Szarpnięciem oderwałem rękaw munduru i zdumiony spostrzegłem, że rana goi się na moich oczach. W sekundę nie było po niej śladu. Trafienie przywróciło mi świadomość, spojrzałem dookoła.

Partyzanci leżeli martwi, Niemieccy żołnierze unosili broń w moim kierunku, kilku z nich podchodziło trzymając mnie na muszce. Zauważyli, że jestem ranny i bezbronny, chcieli mnie żywcem.

Zamiast panicznego strachu rozgorzała we mnie złość. Chcą mnie, no to dostaną!

Poderwałem się na nogi i ruszyłem w kierunku najbliższych żołnierzy. Zagrzmiały karabiny i cały świat zwolnił. Pociski poruszały się ospale niczym gąsienice. Wyminąłem je z łatwością, wyszarpując zawieszony przy pasie nóż. Żołnierze nawet nie drgnęli gdy przecinałem ich gardła, wciskałem ostrze w brzuchy, przebijałem serca. Pędziłem między nieruchomymi manekinami i zadawałem precyzyjne, zabójcze ciosy. Po chwili zatrzymałem się. Świat ponownie ruszył naprzód a trafieni żołnierze niemal jednocześnie trysnęli krwią z zadanych im ran. Po sekundzie cały patrol, czternastu ludzi, leżał martwy w kałużach krwi. A na moim ubraniu nie znajdowała się nawet kropla.

Gdy stanąłem a świat ruszył poczułem, że siły mnie opuszczają. Upadłem na kolana obok najbliższego ciała i zanurzyłem usta w krwawej ranie. Tym razem nikt mi nie przeszkadzał, ale nie byłem w stanie przełknąć więcej, niż tylko kilka łyków.

Przez wiele późniejszych lat, gdy poznawałem swe umiejętności, zauważyłem kilka następujących prawidłowości. Krew nie jest dla mnie pożywieniem. Stanowi raczej rodzaj „paliwa”, niezwykłego środka energetycznego. Po jej spożyciu wyostrzeniu ulegają zmysły, zwiększa się siła. Ten stan trwa długo. Jeden łyk wystarcza nawet na kilka dni. Gdy wypiję krew potrafię także niesamowicie zwiększyć swój metabolizm. Moja prędkość może wzrosnąć na tyle, że świat niemal staje w miejscu. Trwa to krótko i szybko pozbawia mnie sił. Oczywiście im mniej zwiększam metabolizm, tym wolniej zużywam zasób krwi. Służy nam ona też jako środek leczący. Nawet najcięższa rana zasklepia się w kilka sekund, po jednym łyku.

Bzdurą jest twierdzenie, jakoby wampir musiał pić krew. Nie jest nam ona potrzebna do egzystencji, ale tylko po jej spożyciu aktywują się nasze specjalne zdolności. Bez niej jesteśmy niemal normalnymi ludźmi.

Wspomniałem też o leczeniu. Kolejna bzdura to mit o naszej „niezniszczalności”. Owszem, gdy świeża krew krąży we mnie nie czuję bólu a nawet śmiertelne rany zaleczają się szybko. Kiedyś jednak, dla eksperymentu, zadałem sobie niezbyt ciężką ranę, gdy nie byłem pod wpływem krwi. Bolało i nie chciało się goić, dopóki nie spożyłem płynu życia. Podejrzewam, że pozbawiony krwi i ciężko zraniony, mógłbym umrzeć jak zwyczajny człowiek.

Picie krwi samo w sobie nie stanowi też żadnego zagrożenia dla ludzi. W ciele dorosłego człowieka znajduje się od pięciu do sześciu litrów krwi. Bezpieczna dawka jaką jednorazowo może oddać taka osoba, to około 450 mililitrów. Choćbym nie wiem jak próbował, na raz jestem w stanie wypić tylko kilka łyków. Na pewno nie więcej niż pół litra. Oddzielna historia to sposób picia. Nie wbijam kłów, nie wgryzam się w tętnice. Muszę wydobywać ją sztucznie. Czy to za pomocą strzykawki z igłą (wersja humanitarna), czy przez zadaną ranę (w skrajnych przypadkach wersja bardzo niehumanitarna).

Krew ma też brzydną tendencję do psucia się. Świeża smakuje rewelacyjnie, ale po godzinie jest nic nie warta. Sądzę, że ta substancja jest żywa. Gdy wypływa z rany niesie siły witalne swego właściciela, jednak pozostawiona sama sobie, bardzo szybko „obumiera”. Taka krew smakuje pleśnią a śmierdzi jak zepsuta woda.

Po urządzeniu hitlerowskim żołnierzom krwawej łaźni byłem przerażony. Nie wiedziałem co się dzieje ani dlaczego. Uciekłem. Następny dzień spędziłem samotnie w lesie, na rozmyślaniach. Oswoiłem strach i zdziwienie, zamiast tego wykiełkowała ciekawość. Przez jakiś czas sprawdzałem jak działa krew i gdzie są limity moich zdolności. Odkryłem, że picie wody życia ze zwierząt też dodaje mi sił, jednak w mniejszym wymiarze i na krócej. Dodatkowo smak jest okropny.

Kradzież pożywienia z wiosek stała się dziecinnie łatwa dzięki zwiększonej zręczności i wyostrzonym zmysłom. Po paru dniach zacząłem też polowanie na wrogów. Zadanie szybko porzuciłem. Zaskoczenie niemieckiego żołnierza graniczyło niemal z cudem, a niezbyt uśmiechało mi się atakowanie całych patroli. Nauczony doświadczeniem nie pozostawałem długo w jednym miejscu. Najwyżej kilka dni, potem wędrowałem w kierunku następnej wioski.

Pewnej nocy, podchodząc do gospodarstwa w poszukiwaniu pożywienia, usłyszałem stłumione jęki, dobiegające ze stodoły. Przed wejściem stał Niemiecki motocykl, a drzwi były delikatnie uchylone. Bezszelestnie wślizgnąłem się do środka i niemal zamarłem. Dziewczyna w porwanym ubraniu leżała na brzuchu, podczas gdy żołnierz przyciskał ją kolanem do podłogi, jedną ręką trzymając związane na plecach ręce, a drugą zakrywając usta. Kompan, ze ściągniętymi gaciami, wpychał kolano pomiędzy jej uda, rozszerzając nogi. Wiedziałem co za chwilę nastąpi. Przed oczyma ożyły obrazy z dzieciństwa.

Zrobiłem dwa szybkie kroki naprzód i chwyciłem głowę półnagiego mężczyzny. Kręgi pękły z trzaskiem jak zapałki gdy skręciłem ramiona. Z ust popłynęła krew. Znowu krew. Puściłem martwe ciało. Towarzysz zabitego nawet nie zdążył wstać. Cios który zadałem cisnął nim jak szmacianą lalką, aż pod ścianę stodoły. Umarł zanim upadł na ziemię, a posoka z rozbitej czaszki obryzgała leżącą dziewczynę deszczem rubinowych kropli.

Nie czując na karku kolana oprawcy, przekręciła się na plecy i wbiła we mnie pytające, przerażone spojrzenie. W jej oczach błyskało tysiąc emocji. Strach, upokorzenie, ból, zdziwienie, niepewność, nadzieja, wdzięczność i wiele, wiele innych. Widziałem je wszystkie i czytałem niczym otwartą księgę.

Zdolność ta na dobre ujawniła się dopiero kilka lat później, jednak właśnie wtedy zasmakowałem jej po raz pierwszy. Obecnie, patrząc w oczy człowieka, widzę jego emocje. Wszystkie emocje. Niektórzy ludzie też to potrafią, jednak są w stanie dostrzec i zinterpretować tylko wyraźne sygnały. Dodatkowo muszą obserwować inne rzeczy, takie jak ton głosu, gesty, itp. Mi wystarczy spojrzenie w oczy i wiem ,czy ktoś kłamie, czuje strach, pożąda, czy cokolwiek innego.

Poczułem podniecenie. Ciało dziewczyny było tak doskonałe, krew pachniała cudownie, zwycięstwo smakowało słodko, a odczytane emocje wirowały mi w głowie. Upiłem się chwilą. Jednym zgrabnym ruchem chwyciłem leżącą tkaninę, pewnie fragment podartej sukienki, i brutalnie wepchnąłem w lekko rozchylone usta dziewczyny. W oczach niczym oślepiające słońce rozbłysło przerażenie. To jeszcze bardziej mnie podniecało. Przytrzymałem ofiarę na ziemi, kolanem rozchyliłem nogi, jednocześnie zsuwając spodnie. Wszedłem ostro i szybko. Po kilku pchnięciach jej oczy zmatowiały, emocje zamarły. Całe piękno zapadło się do środka, a z kącików popłynęły łzy.

Nie odbierzesz mi tej chwili ty dziwko!

Wyszarpnąłem nóż i jednym, pewnym ruchem przeciąłem dziewczynie gardło. Źrenice rozszerzyły się i przez krótką chwilę dostrzegłem najbardziej niesamowity widok, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Widziałem, jak promyk jej życia gaśnie. Płynąca z szyi krew zachęcała cudownym aromatem. Przytknąłem usta przełykając pierwszy łyk. Doszedłem w tej samej chwili gdy boski smak rozlał się w moich ustach.

Nie pamiętam w jaki sposób opuściłem stodołę. Świt zastał mnie w głębi lasu, pokrytego zaschniętą, cuchnącą krwią. Zwymiotowałem czując jej zapach.

Tego dnia odkryłem bardzo ciekawą rzecz, której nie zauważyłem wcześniej. Gdy wypiłem krew dziewczyny, jakimś cudem wchłonąłem część jej wspomnień i wiedzy. Do tej pory nie ustaliłem prawidłowości, ale za każdym razem gdy spożywam czyjąś krew, nabywam też nowych umiejętności. Wypicie profesora czy człowieka po podstawówce, ma się nijak do ilości przyswojonej wiedzy. Czasem są strzępy czy wręcz pojedyncze słowa, czasem bardzo złożone umiejętności, jak choćby znajomość języków. Co innego, jeśli chodzi o jakość. Mogę przejąć tylko to, co dana osoba wie. Niewykształcony robotnik nie „nauczy” mnie anatomii. Pomagają także zdolności własne. Łatwiej rozwinąć coś, o czym mam przynajmniej podstawowe pojęcie, niż przyswoić rzecz całkiem nową.

Na początku niemal oszalałem. Wspomnienia dziewczyny szalały w mojej głowie nie dając chwili spokoju. Widziałem sceny z jej dzieciństwa, momenty gdy dorastała. Momenty miłe i bolesne. Odkryłem, co czują nawiedzeni szaleńcy. A może to było jeszcze gorsze? Po kilku dniach przerażająca obecność zniknęła. Odetchnąłem z ulgą. Nigdy więcej – obiecałem sobie.

Wcześniej wielokrotnie myślałem nad tym, co powinienem zrobić. Najbardziej kusząco wyglądała perspektywa walki. Obrony kraju, zabijania Niemców. Miałbym też okazje do picia krwi, bycia silniejszym. Po traumatycznych wydarzeniach wszystko wykonało obrót o 180 stopni. Żadnej krwi, żadnej walki. Spokój, cisza. Jedyny pomysł który przychodził mi do głowy to powrót do Lublina, znalezienie jakiegoś zajęcia i przeczekanie tego szaleństwa. Niemcy wygrywali, jednak walczyli na tylu frontach, że po prostu musieli niedługo upaść. Każdy tak mówił.

Nawet nie wiem jak dotarłem do Lublina. Po prostu szedłem, mijałem wsie, lasy, drogi. Unikałem patroli i innych ludzi. Czasem wieczorem kradłem jedzenie w wiosce.

Miasto przygnębiało swoim widokiem. W powietrzu wisiał ciężki, przytłaczający klimat okupacji. Wiele osób uciekło na wieś, żeby przeczekać. Postanowiłem poszukać dawnych kontaktów, nie sądząc, że może się to okazać aż tak trudne. Jedni wyjechali, inni zniknęli bez wieści. Byli też tacy, którzy, zapewne ze strachu, unikali jakiegokolwiek kontaktu. Pomogła mi Basia, dziewczyna którą poznałem pracując z browarze. Dostałem pracę na cmentarzu miejskim przy ulicy Lipowej. Wydawać by się mogło, że w trakcie wojny pracy na cmentarzu będzie dużo. Nic bardziej mylnego. Przez większość czasu dbałem o alejki, pomniki i cały wystrój nekropolii. Byłem bardziej ogrodnikiem niż grabarzem.

Czasem przyjeżdżał samochód. Przywożono ciało w worku. Nie wolno było pytać o żadne detale. Rozkopywaliśmy któryś ze starych grobów. Worek wędrował pod trumnę, przysypywaliśmy go ziemią i wapnem. Potem właściwa trumna lądowała do grobu a całość zamykaliśmy. Nie były to częste wizyty. Do dziś nie wiem kogo przywożono. Podejrzewam, że mogło chodzić o oficerów niemieckich, zamordowanych przez gestapo. Jakby nie patrzeć, hitlerowcy mieli obsesję na punkcie szpiegów i zdrady. To jednak tylko moje domysły.

Na cmentarzu pracowałem do roku 1943. Atmosfera w mieście zgęstniała przez te lata jeszcze bardziej, a czarny dym z wybudowanego na Majdanku obozu unosił się na niebie niczym przerażające widmo. Na zamku urządzono więzienie. Mówiono, że nikt, kto tam trafił, już nigdy nie wyszedł. Katownia gestapo pod Zegarem, jak zwykli ją określać mieszkańcy, już samą nazwą straszyła nie mniej, niż najgorszy horror. Zamieszkujących miasto żydów masowo mordowano. Nikt nie mówił tego głośno, jednak wiedzieliśmy, że ciemny dym z kominów obozowych to nie efekt palenia węglem. Lublin żył w strachu.

Feralnego jesiennego dnia siąpił nieprzyjemny, chłodny deszczyk. Wracałem z pracy, gdy nagle na ulicę wjechała ciężarówka. Z tyłu wyskoczyło kilku żołnierzy z uniesionymi karabinami. Wykrzykiwali komendy, stłaczając ludzi pod murem. Kobiety odpychano na bok, mężczyzn zaganiano na ciężarówkę. Próbowałem pokazać dokumenty, coś tłumaczyć. Jeden z żołnierzy wyrwał papiery i cisnął je na jezdnię, drugi ponaglił do wejścia na skrzynię wozu za pomocą szturchnięcia karabinem. Nie było rozmów, przesłuchań, procesów. Pojechaliśmy prosto na Majdanek, do obozu.

Jakiś czas później usłyszałem, że łapanka była odwetem, za jakąś akcję partyzantki, nie dowiedziałem się jednak, o co dokładniej chodziło.

Obóz przerażał. Gdy dotarliśmy niemal zrzucono nas z ciężarówki. Kazali rozebrać się do naga i wchodzić szybko do jednego z budynków. Któryś ze współwięźniów szepnął, że zostaniemy zagazowani. W innych okolicznościach nastąpiłby atak paniki, ale mając lufę karabinu wciśniętą między łopatki, idziesz potulnie nawet do grobu. W budynku zamiast gazu czekała nas procedura odkażająca. Jakiś proszek, woda. A może mydło i woda? Nie pamiętam dokładnie. Po wyjściu każdy odebrał gustowny pasiak. Było chyba dość późno, więc nikt nie wysilał się na przemówienia. Po prostu wylądowaliśmy w baraku. Zapadła noc.

Na początku byłem przerażony, jednak już po paru dniach popadłem w obozowy marazm. Dziwna rzecz, ale od czasu przemiany potrafię wyłączyć swój umysł, całkowicie odciąć się od rzeczywistości, podczas gdy bodźce zewnętrzne nadal ulegają przetworzeniu, a ciało reaguje. Zauważyłem, że ma to miejsce, gdy przez długi czas nie piję krwi. Podejrzewam, że to naturalny mechanizm hibernacyjny dla wampira. Biorąc pod uwagę, że chyba nie umieramy ze starości (wcześniej o tym nie wspominałem, ale od roku 1939 nie postarzałem się nawet o jeden dzień), być może potrzebujemy momentów umysłowego odpoczynku od życia, żeby nie oszaleć.

Bodziec który wyrwał mnie z letargu przyszedł dzień, przed wyzwoleniem obozu, 22 lipca 1944 roku. Mały, stalowy, wgryzający się w klatkę piersiową bodziec. Poleciałem do tyłu pchnięty siłą uderzenia. Być może strzelec miał tego dnia mało czasu na wykonanie egzekucji. Być może denerwowało go widno nadchodzących wojsk Radzieckich. Być może był po prostu kiepskim strzelcem. Tego nie wiem. Wiem natomiast, że postrzał nie był śmiertelny. Musiałem jednak wyglądać jak trup. Odciągnięto mnie na bok i rzucono na niewielką kupkę. Dopiero po chwili zauważyłem, że to inni więźniowie. To był pracowity dzień dla załogi obozu. Ciał przybywało i już po chwili leżałem przywalony kilkoma z nich. Postrzał nie zabił mnie od razu, jednak zrobił swoje, umierałem. A raczej zrobiłby swoje, gdyby nie krew spływająca po mej twarzy z ciała nade mną. Ostatkiem sił rozchyliłem usta pozwalając wlać się cieczy do środka. Świat pociemniał.

A potem rozbłysnął na nowo. Smak w moich ustach był inny, niż ten, który czułem dawno temu. Trącił dziwnym zepsuciem, słabością. Mimo to, był o wiele cudowniejszy niż najbardziej wykwintne danie jakie kiedykolwiek kosztowałem. Przełykałem łapczywie. W pewnym momencie razem z krwią popłynęła benzyna. Chwile trwało nim zauważyłem, że stos polano paliwem. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, jeden z żołnierzy cisnął zapałkę. Świat zmienił się w płonące piekło. Tyle tylko, że tego dnia to ja byłem diabłem. Powstałem, rozrzucając płonące trupy. W pierwszym odruchu chciałem skoczyć na nich, rozerwać na strzępy. Zamiast tego, zanim w ogóle zdążyli zareagować, zniknąłem.

Często wampirom przypisywane są różnego rodzaju specyficzne zdolności. Jedna z nich to zmiana w mgłę. Nie jest to prawda, a przynajmniej ja tak nie potrafię. Mogę jednak przyspieszyć na tyle, że sprawię wrażenie, jakbym rozpłynął się w powietrzu.

Stałem za pobliskim pomieszczeniem, myśląc co zrobić. Wypiłem niewiele krwi, o wiele za mało, żeby myśleć o przyspieszaniu. Musiałem spróbować czegoś innego. Gdyby tak mieć mundur… Oczyma wyobraźni widziałem, jak przechodzę przez obóz, mijam salutujących lub obojętnych żołnierzy.

Nagle zza rogu wyszedł unoszący broń strażnik. Obróciłem się, gotowy do walki. Ten jednak stanął jak wryty, zasalutował, po czym szybko ruszył dalej. Popatrzyłem na swoje wychudzone dłonie i pasiasty strój. Nie było możliwości, żeby mnie z kimś pomylił. Po prostu nie było, chyba, że…

Jedną z najbardziej niesamowitych umiejętności które posiadłem, jest zdolność wpływania na ludzkie umysły. Dzięki niej jestem w stanie zmieniać swój wygląd, głos, podsuwać różnego rodzaju sugestie czy wręcz rozkazywać. Umiejętność ta bywa jednak niesamowicie kapryśna. Mogę bez problemu przekonać poważnego bankiera do wypłaty znacznej ilości gotówki z nieistniejącego konta, a chwilę później mieć problem dostać za darmo gazetę od kioskarki. Sądzę, że ma to związek ze stresem jakiego doświadcza rozmówca, jego inteligencją i odpornością psychiczną. A także milionem innych rzeczy.

Zmiana wyglądu czy głosu to jeszcze większa fikcja i ryzyko. Po pierwsze, wcale się nie zmieniam. Po prostu wywołuje odpowiednie złudzenie w patrzącym. Tutaj największym wrogiem nie jest, jak w przypadku manipulacji, przypadek, odporność psychiczna i inne takie. O ile przekonanie kogoś, żeby zrobił coś wbrew swojej woli powoduje reakcję obronną, o tyle zmiana wyglądu wydaje się być pozbawiona tego minusa. Problemem jest odległość. Mogę oddziaływać tylko na osoby będące w miarę blisko. Dziesięć, dwadzieścia, może trzydzieści metrów. Czasem więcej. Nie ma jednak szans, żebym zmylił kogoś stojącego dwieście metrów dalej.

Nie wiem co mnie podkusiło, gdyż tego dnia nie miałem pojęcia o zdolności którą opisałem wyżej. Skoro jednak jeden z wartowników wziął mnie za swojego, to inni też muszą tak zrobić. Czasem dopada mnie dziwna pewność siebie i wtedy właśnie tak było. Na szczęście zachowałem nieco ostrożności. Nie ruszyłem środkiem obozu, wyłażąc wszystkim na widok. Zamiast tego kluczyłem pomiędzy budynkami, unikając spojrzeń. Ciekaw jestem jaką projekcję wzbudzałem w żołnierzach, musiało to być jednak coś poważnego, bo każdy z nich salutował sztywno i czym prędzej schodził mi z drogi. Z każdą chwilą czułem jednak osłabienie. Zmiana projekcji także wyczerpywała mój jakże skąpy zapas krwi.

Przejście główną bramą w tym stanie było zbyt ryzykowne, musiałem znaleźć krew. Niewiele myśląc podszedłem do opróżnianego właśnie baraku. Strażnicy wyprowadzali ostatnią grupkę więźniów. Spojrzałem do środka. Budynek był pusty. Wyśmienicie.

Chwyciłem pierwszego z obdartych więźniów za ramię, szepcząc w myślach coś na kształt „Jestem przyjacielem, uratuję Cię, chodź ze mną.” Jednocześnie zapragnąłem, żeby zobaczył we mnie innego więźnia, przebranego w Niemiecki mundur. Ruszył bez oporu. Jeden ze strażników chciał chyba protestować, jednak gdy spojrzał w moje oczy, natychmiast porzucił ten zamiar.

Wnętrze budynku było ciemne i cuchnące. Podeszliśmy do kąta baraku, chowając się za drewnianymi pryczami.

– Co teraz zro…? – zaczął z nadzieją.

Nie pozwoliłem mu dokończyć. Szybkim szarpnięciem rozerwałem gardło ofiary. Gdy umierał widziałem w jego oczach zgaszoną nadzieję. Przypomniała mi o wcześniejszej ofierze. Wtedy gasnące życie młodej dziewczyny było czymś ekstatycznym, tym razem jednak niczego takiego nie doświadczyłem. Ten człowiek był gotowy na śmierć już od dawna i nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Nie mogłem jednak wybrzydzać. Przycisnąłem usta do szyi wychudzonego mężczyzny i przełknąłem kilka łyków krwi.

Wspomnienia więźnia napełniały mnie z każdą kroplą rubinowej cieczy. Nie przerażały jednak. Czy kogoś, kto przeszedł piekło obozu może coś jeszcze przerazić?

Od tamtego momentu nigdy więcej wchłonięte wspomnienia nie przysparzały mi kłopotów. Szybko znikały, pozostawiając jedynie wiedzę. Być może to kwestia obozu, być może czegoś innego. Co bo to jednak nie było, ponownie odmieniło całkowicie moje życie. Znów mogłem pić krew i czułem się z tym świetnie.

Z baraku wyszedłem z podniesioną głową. Znów silny, pełen życiodajnej energii w moim ciele. Mógłbym walczyć z całym obozem gdybym zechciał. Nie, nie mógłbym. Szybko powstrzymałem płonący we mnie ogień. Jedyne wyjście to ucieczka. Ruszyłem w stronę krematorium. Kupki popiołu, martwe ciała, czaszki, kości. Takiego wystroju nie powstydził by się nawet najkrwawszy horror. A ci ludzie tutaj zrobili to w rzeczywistości. Nawet w pijącej krew istocie coś takiego wzbudza odrazę.

Dotarcie do płotu i przeskoczenie nad nim było dziecinną igraszką, podobnie jak droga przez otaczające obóz pola. Nie mogłem jednak wrócić do miasta, nie w stroju obozowym, z wychudłym ciałem. Ruszyłem w przeciwnym kierunku. Znów błądziłem, wieczorami odwiedzając wsie. Tym razem nie szukałem jednak żywności. Nie byłem już pospolitym człowieczkiem, byłem czymś więcej. Potrzebowałem tylko czasu, żeby nabrać sił.

Obiekt swoich poszukiwań znalazłem po kilku dniach. Samotny gospodarz, niewielka chatka na skraju wsi. Idealna. Gospodarz zginął tego samego dnia, zaś ja zająłem jego miejsce. Miałem część jego wspomnień, potrafiłem imitować jego wygląd. Przez pewien czas zamieszkiwałem niewielkie gospodarstwo. Zauważyłem, że krew bardzo dobrze leczy rany, przyspiesza, dochodzenie do siebie po obozie. Nie jest jednak w stanie zastąpić normalnego pożywienia ani w łatwy sposób zaradzić na wychudzenie i wyniszczenie organizmu. Potrzebowałem czasu.

W chatce pozostałem do lata następnego roku, nie próżnowałem jednak. Zbierałem informacje, wędrowałem i wypytywałem jak wygląda sytuacja. Wojna poszła na zachód, Hitlerowców wyparły wojska Radzieckie. Zmieniło się wiele, ale też wiele pozostało niezmienionego. Na Zamku nadal funkcjonowało więzienie a na Majdanku obóz. Zamiast Niemców administrowali nimi Rosjanie. Prześladowano głównie partyzantów, patriotów, ludzi którzy w czasie wojny walczyli za Polskę. Mimo to, można było odczuć, że społeczeństwo zaczerpnęło głębiej powietrza i zaczęło oddychać. Przez niemal rok nie podjąłem ryzyka napaści na kogokolwiek i wypicia krwi. Nie byłem jeszcze gotów. Znalazłem jednak inną metodę.

Dla wampira krew zwierzęca może stanowić substytut krwi ludzkiej. Jej smak jest pozbawiony tego niesamowitego czegoś (dla przykładu, krew kurczaka smakuje po prostu jak kurczak) a moc w niej zawarta to ledwie ułamek mocy, zawartej w krwi człowieka. Można zapomnieć o zwiększanie metabolizmu, zaś własności leczące są niemal niezauważalne. Mimo to, picie krwi zwierząt dostarcza niewielkiej ilości energii, co wystarcza do wyostrzenia zmysłów, korzystania ze zdolności sugestii i iluzji.

Po kapitulacji Niemiec w 1945 roku świat odetchnął z ulgą. Polska jednak nie aż tak bardzo. Władze Sowieckie wprowadzały swój reżim, terror i cenzurę. Dla obywateli czasy były niewesołe. Biorąc pod uwagę chaos jaki panował w kraju, dla mnie były one wymarzone. Ludzie mogli zniknąć i nikt o nich nie pytał. Czegóż można chcieć więcej.

Dzięki manipulacji szybko ulokowałem się w przytulnym mieszkaniu w Lublinie. Pozyskiwanie potrzebnych dóbr nigdy wcześniej nie było tak łatwe. Wystarczyło kilka odpowiednich słów. Raz na kilka tygodni polowałem. W mieście nie brakowało ludzi samotnych, a upozorowanie wypadku było trywialne. Nikt nie zadawał pytań a ja miałem po dostatkiem świeżej krwi. Co ciekawe, ogarnął mnie pęd do wiedzy. Czytałem wszystko co wpadło w moje ręce. Dzięki wyostrzonym zmysłom i zwiększonemu metabolizmowi przyswojenie książki zajmowało kilka minut. Odkryłem wtedy, że będąc pod wpływem krwi mój mózg pracuje dużo efektywniej. Łatwiej rozumiem różne rzeczy, niczego nie zapominam. Gdy krwi zabraknie wiedza staje się ulotna, nadal tam jest, ale nie mogę jej chwycić. Dopiero po wypiciu kolejnej dawki wszystko wraca do normy.

Po pewnym czasie poczułem zmęczenie. Wszystko stawało się takie odtwórcze, powtarzalne. Wtedy to popełniłem największy błąd w swej dotychczasowej egzystencji. Zakochałem się.

Była zima, roku 1953. Wracałem z biblioteki nie zwracając zbytnio uwagi na otoczenie. Nagle idąca przede mną kobieta wywinęła pokazowego orła na oblodzonym chodniku. Pomogłem jej wstać. Głupi drobiazg bez znaczenia, a zmienił tak wiele. Pominę w tym miejscu naszą przesłodzoną, miłosną historyjkę. Być może kiedyś opiszę szerzej ten fragment mojego życia, na razie jednak nie jestem gotów się nim dzielić. Dość powiedzieć, że najpierw powoli i niewinnie, potem coraz bardziej zaciekle, zaczęło opanowywać mnie uczucie. Nie wiem czy na pewno miłość, ale dla uproszczenia możemy je tak nazwać.

Straciłem głowę dla tej kobiety. Przestałem pić krew, przestałem pochłaniać wiedzę. Wytworzyłem wokół siebie specyficzną otoczkę, jak to nazywam, normalnego człowieka. Chodziłem na spotkania, do kawiarni, na tańce. Miło spędzaliśmy czas, stając się sobie coraz bardziej bliscy.

Rok później Joanna (tak miała na imię) umarła. Nic niezwykłego, zwykły upadek ze schodów. Jej noga nie stanęła dobrze na schodku a w chwilę później było po wszystkim. Popędziłem w dół klatki, po drewnianych, stromych schodach. Ciało Joanny wyglądało jak szmaciana lalka. Prawa ręka wykręcona pod dziwnym kątem, odchylona głowa, krew w kąciku ust. I czy. Szkliste, tracące barwę. Widziałem jak gaśnie iskierka życia. Nie pozwolę na to. Nie powstrzymał mnie brak jakiegokolwiek narzędzia, chwyciłem zębami nadgarstek i rozszarpałem ciało. Bolało jak diabli, od dawna nie piłem już krwi. Rozchyliłem palcami usta dziewczyny, wsączając do wewnątrz skapującą po moich palcach krew. Pij.

Żadnej reakcji. Sekunda, dwie, pięć, dziesięć. I nagle kaszel. Musiała poczuć w ustach krew i próbowała się jej pozbyć. Mocno przytrzymałem jej głowę, wciskając nadgarstek w usta. Zaczęła walczyć. Z początku niemrawo, jednak im więcej życiodajnej substancji przepływało do jej ciała, tym silniejsza się stawała. A może to ja słabłem?

Po kilku chwilach było po wszystkim. Joanna patrzyła na mnie z przerażeniem a ja byłem za słaby, żeby cokolwiek powiedzieć. Zanim wróciłem do siebie uciekła.

Z trudem dotarłem do mieszkania, nie wychodząc przez kilka (a może kilkanaście?) dni. Potrzebowałem krwi, ale byłem za słaby, żeby wyjść i ją zdobyć. Pomoc nadeszła bardzo niespodziewanie. Leżąc na kanapie usłyszałem pukanie, a gdy nie otworzyłem drzwi, silne pchnięcie wyłamało zamek. Do środka weszła ona. Dłonie miała czerwone, na podbródku widniały ślady posoki, zaś w oczach tańczyły demoniczne płomienie. Wyglądała cudownie i zabójczo. Przepięknie. Zanim zdążyłem zareagować popchnęła w moim kierunku młodą dziewczynę. Nie zauważyłem jej wcześniej.

– Rozpruj sobie gardło – polecenie które wydała brzmiało stanowczo i pewnie. Dziewczyna posłusznie uniosła trzymany w dłoni nożyk i wykonała cięcie.

– Pij – kolejny rozkaz, czy może zaproszenie? Nie potrafiłem zdecydować. Zamiast tego przywarłem do świeżego ciała, przełykając krew. Piłem długo i łapczywie. Przełknąłem przynajmniej dwa razy więcej niż zazwyczaj. Boże, czy to na pewno były dni? Może leżałem przez miesiące czy nawet lata? Niemożliwe, żeby tak szybko nauczyła się kontrolować psychicznie innych. Nawet ja dopiero się tego uczę. Warstwa kurzu na meblach potwierdzała pierwotne odczucia. Nie mogło minąć więcej, niż kilkanaście dni. Zanim doszedłem do siebie Joanny już nie było. Zniknęła bez słowa, zostawiając mnie z martwym, zakrwawionym ciałem.

Historia Joanny odcisnęła się palącym piętnem na mojej osobie. Celowo i z premedytacją jedynie wspomniałem o niej w obecnym dzienniku. Nie chciałem po prostu tworzyć wyrwy w mojej relacji. Opowieść ta to temat o wiele bardziej rozległy i mroczny. Aby ją przedstawić musiałbym zabrać Cię, drogi czytelniku, w głębokie odmęty mego umysłu, na drogę pożądania, pasji i krwi. Być może kiedyś tak się stanie. Jednak nie dziś.

Gdy najbardziej fatalny epizod mojej egzystencji dobiegł końca, ponownie uciekłem w kierunku wiedzy i samodoskonalenia. Widziałem teraz wyraźnie, że potęgą jest informacja. Moje niemal pięćdziesięcioletnie ciało zatrzymało swój proces starzenia w wieku trzydziestu dwóch lat (a może po prostu wtedy umarłem i dlatego nie przybywało mi zmarszczek?). Jako młody mężczyzna nie miałem problemu z uczestniczeniem w zajęciach akademickich, studiowałem więc co tylko byłem w stanie. Psychologię, filozofię, matematykę, chemię i wiele, wiele innych. Nie byłem też tak bardzo przywiązany do Lublina, podróżowałem. Najpierw po kraju, potem także po świecie. Normalny obywatel mógł mieć trudności z wydostaniem się z Polski, ale ja nie byłem normalny. Czerpałem z życia pełnymi garściami, wiedziałem czego chcę. Dziedzictwo Joanny. Poza mrocznymi doświadczeniami nauczyła mnie jednego – muszę być tym, kim jestem i korzystać z tego.

W przeciągu kilkunastu lat byłem świadkiem wielu różnych wydarzeń. Ich ilość jest na tyle rozległa, a doświadczenia które zebrałem na tyle bogate, że każdej z moich podróży musiałbym poświęcić rozdział książki. Brałem udział w rewolucji Kubańskiej, śpiewałem z tłumem na Woodstocku, obserwowałem wybór Karola Wojtyły na papieża, spacerowałem po nuklearnych zgliszczach parującego reaktora w Czarnobylu, stałem obok, gdy padał Mur Berliński. I wiele, wiele innych. Zawsze jednak wracałem do Polski.

Teraz też jestem tutaj, spaceruję ulicami głównych miast, na nich żyję i poluję.

Pewnie zadajesz sobie pytanie, czemu spisałem tą relację? Wiedz, że zrobiłem to z czystej, egocentrycznej chęci demonstracji samego siebie. Nie mogę ujawnić nikomu kim jestem, nie chcę jednak milczeć. Czuję potrzebę opowiedzenia swojej historii, chcę, żeby inni ją usłyszeli.

Na koniec, drogi czytelniku, pamiętaj o jednym. Bez względu na to, czy uznasz te słowa za prawdę, czy za brednie maniaka, ja gdzieś tam jestem. Wampir albo szaleniec – czy krwawiąc zauważysz różnicę?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *