Dwaj Panowie S – Tadeusz Różewicz i barbarzyńcy

Jan Siwmir – Pomyślałem sobie, że zajmowanie się Dyckim, Dehnelem czy Maliszewskim jest trochę z naszej strony takim sięganiem lewą ręką do prawego ucha. Większość bowiem tego, co złe w naszej literaturze, zaczęło się lata temu, od momentu uznania Różewicza za cudowne dziecko literatury. To on otworzył drzwi, przez które dziś wtaczają się hordy grafomanów i zalewają nas popłuczynami prostej prozy ustawionej w słupki. Nie mam nic przeciwko poezji à la proza, niech ona sobie będzie nawet w zygzaki ustawiona, ale niech pokazuje coś, czego ja nie widzę, a jeśli już zajmuje się odwiecznymi tematami, niech robi to w niebanalny sposób.

Oczekuję od poezji takiego doboru słów, który nie jest oczywisty, który sprawia, że chodzą za mną te słowa jak pies na smyczy, które nie pozwalają o sobie zapomnieć. Tymczasem Różewicz ustanowił wzór wiersza, opisującego to, co widzą wszyscy, z narracyjnym tokiem opowiadania, ewentualnie z  dygresjami, bez żadnej pointy, albo z pointą cienką jak cień anorektyka na ścianie. Nic dziwnego, że w ten sposób pisze 90 proc. dzisiejszych poetów i tych, co za poetów się uważają. Tak przecież pisać potrafi każdy. Oczywiście, nie wszyscy z trzech na początku wymienionych panów piszą na sposób różewiczowski, ale żeby zająć się takimi jak oni, trzeba najpierw zastanowić się gdzie, kiedy i w którym miejscu zaczęła się ta mizerota w polskiej literaturze. Ja twierdzę, że w dużej mierze od momentu zachłyśnięcia się czwartym  systemem wersyfikacji w poezji, antyformą, ascetyzmem, dezintegracją wypowiedzi, ideą „śmietnika”. To są wybiegi idealne do ukrycia braku talentu. Nie umiem znaleźć ładnej metafory czy analogii, nie mam pomysłu na wiersz, więc robię z tego atut…
Tomasz Sobieraj – … no, akurat Dehnel nie jest zjawiskiem zupełnie złym, bo w przeciwieństwie do panów Maliszewskiego czy Dyckiego przynajmniej umie pisać – nie ma tylko o czym. Jest banalnym nudziarzem jakich tysiące, poprawnym i gładkim dobrym uczniem, inteligentnym, zdolnym, ale pozbawionym własnego stylu pieszczochem, takim, jakiego uwielbiają nauczyciele i starsze panie. Nie ma jednak w jego twórczości krwi, jest jak mumia Lenina – ładna, ale martwa. To taka literacka wydmuszka. Dehnel nie ma nic do powiedzenia, ma wyobraźnię licealisty, a na realizm go nie stać, bo nic jeszcze nie przeżył zajęty samouwielbieniem, naśladowaniem Larkina i żebraniną o stypendia. Na razie jest śmieszny i pusty, ale kto wie, może z czasem stworzy coś oryginalnego. Żeby tak się stało, musi jeszcze pożyć, doświadczyć, poczytać, pomyśleć i przestać zachwycać się sobą.
Jan Siwmir – Co nie znaczy, że nie ma swoich fanów. Jest sporo osób chętnie sięgających po książki, w których znajdą rzeczy już im znane, będące odzwierciedleniem nostalgii za przeszłością. On jest zresztą bytem osobnym i zaplątanym w te nasze rozważania poniekąd z rozpędu. Nie ma co się skarżyć na istnienie tego typu pisarzy. Od zawsze powtarzam: pisać może każdy. Problem pojawia się dopiero wówczas, gdy pisarz uwierzy we własną boskość, którą tak cudownie, na sposób krzywego zwierciadła, wyolbrzymiłeś przy prezentacji własnej osoby, na który to happening dało się nabrać kilka osób. I wtedy, gdy krytycy zaczynają, z reguły po znajomości, stawiać niedouczonych bądź banalnych autorów za przykład dla innych piszących.
Tomasz Sobieraj – Otóż to. Przypadek chociażby Dyckiego – to jakiś ponury żart, o którym należy jak najszybciej zapomnieć. Natomiast prawdziwy problem jest tak jak mówisz z takimi zwolennikami marnej literatury jak choćby Maliszewski, „wujek Karol”, słaby pisarz i nieudolny poeta, jednocześnie ustosunkowana niańka wszelkiej maści niedouków, zagorzały promotor antyintelektualizmu i wulgarności, ktoś może trochę na wzór ludzi z przedwojennej „Dźwigni” i „Miesięcznika Literackiego”, którzy korzystali z najlepszych radzieckich wzorców, postulowali zastąpienie literatury pięknej literaturą faktu tworzoną przez proletariuszy. Siłą rzeczy taka postawa z pokaźną domieszką dadaizmu i awangardy krakowskiej, zaszczepiona przez Maliszewskiego na nasz prowincjonalny współczesny grunt, odrzuca intelektualną refleksję, estetyzm, wagę słów, Piękno oraz Prawdę. Dlatego każdy, kto napisze głupio, niepoprawnie, bełkotliwie i wulgarnie, jest według niego wielkim poetą. Dowodzą tego laurki, jakie wypisuje bez opamiętania „cudownym” chłopcom i dziewczynkom, a w istocie zwykłym grafomanom. Ośmiesza tym siebie i literaturę. Właściwie, dla poważnego twórcy ewentualna pochwała od „wujka Karola” to byłby powód do wstydu – to jak paszport do rynsztoka. Maliszewski jest jak ulegający mutacjom antykulturalny wirus (przykładem mutacji jest np. niejaka Wolny-Hamkało). Przez takich ludzi niedouczenie i bezsens są wprowadzane do literatury z niespotykaną dotychczas energią, wzmaganą gromkimi okrzykami radości wznoszonymi przez zaprzyjaźnione środowiska. Maliszewski i jego apostołowie uważają, że te promowane przez nich popłuczyny wspomnianej radzieckiej ideologii zmieszane z brutalizmami Drozdowskiego i poezji amerykańskiej, głownie bitnikami, turpizmem Grochowiaka, poezją lingwistyczną Karpowicza, Białoszewskiego i epigonów – Barańczaka, Krynickiego, obficie okraszone wulgaryzmami i językową nieudolnością, to literatura piękna!
Jan Siwmir – Na miłość boską, nie czepiaj się Grochowiaka! Ma cudowne, boskie, jedyne w swoim rodzaju erotyki. Jego turpizm był rodzajem buntu, z czasem, gdy przybywało lat i mądrości odchodził od niego w kierunku bardziej klasycyzującym. To przykład jak można uczyć się na błędach i dojrzewać, czerpiąc z buntowniczych doświadczeń, ale ich bezkrytycznie nie uświęcając. Maliszewski zaś jest zastygłym w swej manierze, ewidentnym apologetą futuryzmu, bo już do Przybosia niechętnie bym go przyrównał. Taka awangarda krakowska z Peiperem na czele odrzucała przecież prymitywizm, czy irracjonalizm. Opierali się na metaforze mającej być ekwiwalentem uczuć w poezji. Przyboś, co by nie mówić, miał talent. Natomiast Maliszewski wraz z hodowanymi przez siebie dziećmi, którym pierze mózgi, warunkując ich nagrodami jak Pawłow swoje psy, są przedstawicielami chaosu wymieszanego z barbaryzmem, zafascynowani techniką, specjalistyczną terminologią (chociażby „bifurkacja” łukaszewicza) i jej odpadami, dalecy od zdań niezwykłych czy wyszukanych, nazywający wszystko po imieniu. Jeśli już używają porównań czy metafor, to wydumanych lub ubogich jak żur ze śledziem w okresie postu. Wypisz, wymaluj mutacja stylu Różewiczowskiego posadzona okrakiem na futurystach. Ruch futurystyczny lat 20-tych nie przyniósł wybitnych osiągnięć i wszystko na to wskazuje, że także dziś staje bezradny w ślepej uliczce. Aż dziwię się, że znajdują się epigoni takich sromotnych porażek.
Tomasz Sobieraj – Według mnie obecność metafor nie jest warunkiem koniecznym, aby zaistniała poezja. Mam wrażenie, że nadmierna skłonność do metaforyki to barokowo-młodopolski relikt, wyraz nadmiernej egzaltacji prowadzący niekiedy do śmieszności. Do poezji wystarczy myśl ujęta zwięźle i jasno w słowa starannie dobrane, niewyszukane, ale i niepotoczne, sensowna – nawet banalna – treść, pasująca do niej forma. Poezja – tak jak ja ją pojmuję – powinna być blisko filozofii, podobnie jak ona powinna poszukiwać Prawdy, ale nie stroniąc od Piękna. I tego zasadniczo w polskiej prowincjonalnej poezji nie ma, jest za to bełkot. Niewiele jest też tego, co dla ciebie najważniejsze – zgrabnej metafory, inteligentnej dygresji, błyskotliwej pointy. Właśnie, ale dlaczego twierdzisz, że winę za to ponosi Tadeusz Różewicz? Różewicz to poeta, pisarz i dramaturg osobny, poza klasyfikacjami, świadomie odrzucający Piękno dla Prawdy, gorzkiej Prawdy. Jego twórczość jest niepiękna PROGRAMOWO, a to zupełnie inna sprawa. Ty jesteś wielbicielem Piękna i związanych z nim właściwości poezji, jak np. metaforyka, i stąd to nieporozumienie. Natomiast wynoszeni przez Karola Maliszewskiego wytwórcy nie znają żadnej z tych dwóch kategorii, podobnie jak nie znają kategorii Dobra, Myśli… On i jego podopieczni są zwolennikami Rynsztoka, kategorii względnie nowej, która jest konwencją dzisiejszej poezji, niezwykle popularną, bo niewymagającą wiedzy, refleksji filozoficznej, tych cech nadal uznawanych w ginącym świecie intelektualistów za cnoty. Dlatego nie uważam, aby to Różewicz był winien dzisiejszej nędzy polskiej literatury…
Jan Siwmir – …zaraz, zaraz, oczywiście, że nadmiar metaforyki wierszom nie służy, ale to nie znaczy od razu, że trzeba ją omijać szerokim łukiem. No i przecież nie obwiniam Różewicza o całe zło z bombą atomową włącznie. Uważam jednak, że zrobił wyłom w murze, przez który, owszem, widać większy kawałek świata, ale skoro robi się dziurę, to warto byłoby mieć tę świadomość, że poszerza ona nie tylko widok, ale że włazi przez nią mnóstwo dziwnych, delikatnie mówiąc, kreatur. Podejrzewam, że młody chłopak, w ramach swego rodzaju żartu, szukając innych form literackich, napisał wiersz brzmiący jak ogłoszenie w gazecie, co tak się spodobało, że mógł uczynić z tego swój program literacki. A dlaczego się spodobało? Bo przyjąwszy taką koncepcję poezji, dawało szerokim masom możliwość uzyskania statusu poety. Różewicz to mądry człowiek, zatem w tę formę wlał nie tylko doświadczenia wojenne całej generacji, ale i swoje jednostkowe przeżycia nadając im uniwersalizmu. Jednak znakomita większość osób, próbujących pisać wiersze, zauważyła TYLKO, iż mogą, mówiącą o czymkolwiek prozę, nie wyrównywać do prawej strony i to uczyni ich z marszu poetami. Co więcej, ta proza zaczęła przeobrażać się w kierunku niespójności, chaotyczności i braku logiki. O te mutacje możemy obwiniać dadaistów, nadrealistów, konstruktywistów, czy jeszcze wcześniejszych buntowników słowa, ale oni albo nie zdobyli tak szerokiego uznania jak autor „Kartoteki”, albo nie byli źródłem, początkiem obowiązującego, jedynie słusznego dziś nurtu, stąd i odpowiedzialność proporcjonalnie mniejsza. Nie przepadam za wierszami Różewicza, ponieważ, tak jak powiedziałem, szukam w poezji i mądrości, i talentu, by tę mądrość przekazać. Różewicz, w przeciwieństwie do Wisławy Szymborskiej, ma tylko tę pierwszą zaletę. Ale moje największe pretensje do Tadeusza Różewicza sprowadzają się w gruncie rzeczy do tego, że nie wali pięścią w stół i nie tępi tego niechlujnego towarzystwa, które sam do poezji niechcący wpuścił. Albo, precyzyjniej rzecz ujmując, które się po jego śladach przywlokło. Jeśli już poeta nie ma możliwości napisania wiersza w sposób oryginalny, bo mu talentu nie staje, to niech chociaż napisze o czymś ważnym, a nie bełkoce o „telepatycznej metempsychicznej rzeczy staroświeckiej” (K. Maliszewski) czy o tym, że „na papierze toaletowym napisano/jeszcze więcej pewności więc wreszcie/czuję się bezpieczna” (A. Wolny – Hamkało). I dobrze by było, żeby to on grzmiał na ten temat z wyżyn swojej sławy, która do czegoś powinna zobowiązywać. A nie robi tego. Widocznie cieszy go, że tylu ma naśladowców. Doda też ostatnio coś wspominała o fascynującym uczuciu, kiedy śpiewa do całej armii swoich klonów na widowni.
Tomasz Sobieraj –  Szymborska nie jest moją ulubioną poetką, ale doceniam jej ciepło-ironiczny zdystansowany stosunek do świata, jej celność sformułowań i brak skłonności do gadulstwa. Z wiekiem coraz lepsza. Co ciekawe, stosując jej obcą mi, odwróconą logikę stwierdzam, że im mniej Szymborska mówi – w sensie publikuje – tym mówi więcej. Nie popełnia tym samym błędu Miłosza, to znaczy, nie wyzwala infantylnego słowotoku, który skaził jego późną twórczość. On, im starszy, tym gorszy.
Jan Siwmir – Hm, ironię jakąś wyczuwam… Szymborska to przecież niezwykła precyzja słowa, pomysły na wiersze, odwrócenie toku schematycznego myślenia, słowa, które dotąd nigdy nie były razem zestawiane, a są dla siebie jakby stworzone, i przede wszystkim niebywały zachwyt i zadziwienie światem mocno zabarwione filozoficzną zadumą. Porównaj choćby dwa wiersze: „Nosorożec” Różewicza i „Zdumienie” Szymborskiej. Niby podobna tematyka, ale jak to jest opowiedziane przez Szymborską, jak odwrócone! Te dwa wiersze są idealnym przykładem, jak wiele dzieli prozę od poezji. Toporność z jednej strony, lekkość i wdzięk z drugiej. Możesz mi zarzucić, parafrazując myśl samej Szymborskiej, że miłość „jest ślepa, głucha i bez podstaw”, nawet nie będę protestował. Jest ona dla mnie niedościgłym wzorem i nie ukrywam, że całą twórczość współczesnych poetów porównuję do niej. Nikt nie dorasta. Ani merytorycznie, ani warsztatowo.
Tomasz Sobieraj – Moje największe miłości w polskiej poezji XX wieku to Staff i Herbert. Ale wracając do Różewicza – dla mnie jego twórczość poetycka to trafna myśl, niezgoda na rzeczywistość, waga słowa, pewna surowość, ale jednocześnie uniki, strach przed jasnym i precyzyjnym sformułowaniem, nazwaniem rzeczy wprost, do tego jakaś dziwaczna złość (dlaczego tak nienawidzi Kundery!), czepialstwo, i brak dystansu do współczesnego świata. Fakt, zbyt często jego poezja jest jak publicystyka poddana wersyfikacji i pozbawiona interpunkcji; publicystyka, która ulega autocenzurze – bo niby pisze, o co i o kogo mu chodzi, ale tak ostrożnie, bez nazwisk, bez konkretów, bojaźliwie, przez bibułkę. Podobnie drażniąca jest jego maniera pisania całych zdań po niemiecku. Jaki to ma sens? Drażni też nieumiejętność zachwytu nad rzeczą zwyczajną, drobną, codzienną, którą to zdolność tak wielce sobie cenię w poezji chińskiej. Niektórym przeszkadza jego brak dyscypliny, swoista nonszalancja, ale z kolei jego złośliwa ironia, sarkazm, błyskotliwe spostrzeżenia… tak, to lubię, pod wieloma jego zdaniami podpisuję się oburącz. Dla niego nie istnieje Piękno i nie musi, bo poezja to nie tylko Piękno. Zresztą, Piękno nie jest kategorią stałą, wspólną dla wszystkich epok – o czym już kiedyś pisałem. Natomiast kwestia wyłomu w murze – cóż, nie przewidział skutków, ale to system edukacji i krytykę należy winić, że dopuściły na nasz Parnas cały ten „proletariat”, smętnych epigonów wulgaryzujących to, co Różewicz zapoczątkował. Epigonów, którzy już nawet nie wiedzą kogo są epigonami, tak marnie są wykształceni. I dlatego Parnas zamienił się w wysypisko, po którym snują się niedouki w poszukiwaniu resztek, a kieruje nimi strojny w zgrabne gumofilce i beretkę z antenką brygadzista Maliszewski, taki Maliniak poezji…
Jan Siwmir – … ba, niektórzy się na tym wysypisku kładą, czekając na rozkład wraz z całym tym produkowanym przez siebie śmietnikiem, i twierdzą, że są pierwszymi, którzy na to wpadli. Że są początkiem nowego. Bo, jak to ujął Stefan Napierski, „w sztuce prawie niepodobna odróżnić podrygów końca od skurczu nowych narodzin”. Stąd u ludzi słabo wykształconych a zarozumiałych takie nieporozumienia co do terminów „awangarda” i „epigonizm”.
Tomasz Sobieraj – Problem też jest w tym, i tu masz rację, że Różewicz nie brzmi jak Głos, tylko jak głosik. Popiskuje zamiast ryknąć, zachowuje się jak bohater opowiadania Mrożka, który sprzeciwiając się systemowi napisał „Precz” – na ścianie toalety, tak, żeby nikt nie widział. Przykładem takiego bojaźliwego działania jest np. jego, Różewicza, „przyj dziewczę przyj” – nie wiem co to – pastisz Masłowskiej czy satyra na nią ze zbioru „Kup kota w worku”. Domyślam się, że chodzi o Masłowską, ale pewności mieć nie mogę. Z drugiej strony – to już jego niekonsekwencja – lamentuje w tym tekście, właściwie w całej książce, nad upadkiem języka, czytelnictwa, kultury, a sam przecież mocno się do tego fatalnego stanu przyczynił, ot, chociażby zaczynając zdania małą literą, zarzucając interpunkcję… po co to było? Tak bardzo chciał się wyróżniać? To może trzeba było pisać wspak? Do góry nogami? Z prawej do lewej? Jest parę sposobów zadziwienia i zostania awangardzistą, ale po co od razu niszczyć język, zasady, to, co w kulturze najcenniejsze? Takie działanie to barbarzyństwo. I w tym sensie Różewicz jest współodpowiedzialny za schamienie polskiej kultury, a poezji w szczególności. Teraz, gdy ktoś napisze wiersz zgodnie z zasadami pisowni, to okazuje się, że jest zacofany, staroświecki, konwencjonalny. Znam poetów, i co gorsza krytyków – nazwisk przez miłosierdzie nie wymienię – którzy przysyłają mi teksty z takimi błędami ortograficznymi, gramatycznymi i oczywiście stylistycznymi, że czasem nie mogę zrozumieć o co im chodzi. Tacy, widzisz, awangardowi i niekonwencjonalni. Wracając do Różewicza – napisał kiedyś o poetach:

Jesteśmy odpowiedzialni
za kształt każdego człowieka.

Jeśli zapomnimy o tym
nasza poezja
będzie godną pogardy
gadaniną.

[W związku z pewnym wydarzeniem]

Jak dla mnie wystarczyłoby, żeby poeci byli odpowiedzialni za to, co piszą, potrafili to wyjaśnić, umieli sami odpowiedzieć sensownie na znane i lubiane pytanie „co poeta miał na myśli?”. Bo jeśli nie będą odpowiedzialni za własne słowa, to wtedy na pewno spełni się proroctwo ostatnich wersów. I chyba już się spełnia…
Jan Siwmir – No popatrz, jak się ciebie odpowiednio przyciśnie, to zaczynasz przyznawać mi rację. Powoli, bo powoli, ale zawsze. Ustaw te dwa zacytowane przez ciebie zdania w normalnym, prozatorskim szyku i będziesz miał zgrabną wypowiedź, charakterystyczną dla eseju czy felietonu. Lecz gdzie jej do wiersza?! Piszesz, czym jest dla ciebie twórczość Różewicza, znajdujesz w niej dużo pozytywów. A dla mnie jest to poeta braku. Braku obrazowania, metaforyki, pomysłu na wiersz, ciągłości wywodu, logiki skojarzeń, dyscypliny prowadzenia wiersza, wreszcie  pointy, w której tak celuje Szymborska. Czyli nie ma u niego tego, co decyduje o istocie poezji. Jego wiersze są mówieniem wprost, zwykłym komunikatem, jak rozmowa przy kielichu. Ale przecież felietony o wiele lepiej pisać prozą, po co sztucznie kombinować? Mówi się o nim, że uprawia poezję „nagich faktów”. Czyli mam rozumieć, że TVN24 to kanał poetycki? Że wszelkiego typu wiadomości podawane w mediach, to wiersze? A idąc dalej tym tokiem rozumowanie, obieranie ziemniaków to sztuka? Bardzo bym nie chciał, by wszelkie przejawy życia uznawano za literaturę i sztukę. Bo wtedy będzie trzeba wymyślić dla nich inne nazwy. Na nowo rozgraniczające, na nowo nobilitujące. Zwykła rozmowa czy monolog nie jest jeszcze poezją. Choć niewątpliwie ma swoje zalety: takie utwory są zrozumiałe dla wszystkich. Nawet przysłowiowy Jasio z oślej ławki nie ma problemu z przyswojeniem przesłania zawartego w wierszu Różewicza. To duży plus i mówię te słowa bez cienia ironii. Mogę także zrozumieć posługiwanie się nagimi faktami w poezji opisującej wyjątkowo traumatyczne sytuacje. Ta surowość podkreśla wtedy ich wymowę. Lecz czy wszystko w życiu Tadeusza Różewicza było traumatyczne? Nie sądzę. Posługując się ascetyczną formą dla oddania grozy wojny, sam z czasem stał się tej formy zakładnikiem. A wiadomo, że u zakładników pojawia się tzw. syndrom sztokholmski, zaczynają być emocjonalnie związani z tym, kto ich przetrzymuje. Zresztą, dobrze, jeden poeta, zwłaszcza tak wartościowy jak Różewicz nie spędza snu z powiek, wręcz przeciwnie, gdyby go nie było, należałoby go pewnie wymyślić, ale widząc, w jaki sposób prowadzone są liczne warsztaty przygotowujące młodych ludzi do samodzielnej twórczości, jak oceniane są wiersze na konkursach, jakie utwory nagradzane, mam wrażenie, że w tym zalewie różewiczowskich i postróżewiczowskich wierszy nie ma już miejsca dla poezji w moim rozumieniu. Dlatego będę krzyczeć wniebogłosy i powtarzać wzorem Katona, przy każdej okazji: nie mam co czytać!
Tomasz Sobieraj – Cóż, jest w tym co mówisz sporo racji, ale pełnej zgody między nami, drogi Janie, w przypadku Różewicza nie będzie. Będę go czytać, bo on umie pisać i ma o czym, a to rzadkość, żeby te dwie rzeczy występowały razem. I pomimo moich licznych wobec niego zarzutów, mimo że całkowicie nie zgadzam się z jego tezą:

poszukiwacz poezji nigdy
nie był poszukiwaczem „prawdy”
był poszukiwaczem „piękna”
a piękno z prawdą stanowią
niedobraną parę

[Credo, cz. III]

to uważam, że tłumaczą jego twórczość chociażby te wersy, które przyjmuję jako artystyczny program:

Nie zostawić ani jednego miejsca
ani jednego białego pola
dla wyobraźni

[Et in Arcadia ego]

oraz:

Czy będziemy tworzyli Piękno

czy przypomnę sobie
jak się pisze poezje
to nie nasza wina
że zamiast pięknych
dobrych i radosnych
rodzimy potwory

[Niejasny wiersz]

Cenię go, bo jest moralistą, bo dręczą go tak dzisiaj niemodne metafizyczne niepokoje, bo uwiera go świat. Systematycznie rozmyśla o życiu, przez co zbliża się do filozofii. Pytanie, czy Tadeusz Różewicz jest poetą? On sam tego nie wie. Tylko czy przy poważnym dziele „poszukiwacza poezji od roku 1938” jakakolwiek odpowiedź na to pytanie ma znaczenie? Więc jak – na półkę, czy do kosza? Sugeruję półkę.
Jan Siwmir – Oczywiście że na półkę. Nie na moją, ale zdecydowanie na półkę. Z gorącą prośbą, żeby pan Różewicz obejrzał się za siebie i przepłoszył legiony naśladowców. Różewicz jest jeden. I niech tak zostanie!

Jan Siwmir  www.jansiwmir.com
Tomasz Sobieraj www.sobieraj.art.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *