V miejsce w konkursie – Oko za oko, krew za krew


1.

Janusz Korecki, wojewoda wołyński, upił wiśniówki, otarł wąsy rękawem żupana, huknął kuflem o blat długiego stołu i westchnął głośno.

– Mości panowie, jakiś czas temu wieści mnie doszły. Wieści bardzo smutne. – Przerwał na chwilę, aby znowu łyknąć trochę trunku. Był zmęczony. – Kolejnego ubili. Podobnież jak uprzednio. Ani kropli juchy w ciele nie było, licho jedno wie, jakim cudem. Ani kropli! Pojmujecie? Tym razem na biednego Krzysztofa Opalińskiego padło. Świeć Panie nad jego duszą…

Przerwał na moment, aby przeżegnać się zamaszyście.

– Znaleźli go chłopi niedaleko Sierakowa. Ponoć wieśniaczka obok niego leżała, równie sztywna jak on. Pewno na jego widok ducha wyzionęła. Pojęcia nie mam, co tu się wyprawia…

Korecki wyciągnął rękę w kierunku butelki wina, lecz zauważywszy napięcie w oczach gości, zaniechał picia i podjął wątek.

– W sumie to się pannie nie dziwię… Jak pojechałem Grudzińskiego zobaczyć, sam

o włos do wieczności nie poszedłem. Widok był to iście groteskowy, jakby z nocnej mary żywcem wyjęty. W wielu bitwach udział brałem, mości panowie, lecz takich potworności nigdym nie widział. Zwłoki jakieś takie wysuszone mi się zdały, pomarszczone. A twarz to ciężko było rozpoznać. Oczy wypłynęły, nos się pokurczył. Do dzisiaj nęka mnie po nocach obraz tego męczennika. Bo nie uwierzę, jak mi kto powie, że bezbolesny to był zgon… Ech, napijmy się!

Tym razem pewnym ruchem chwycił butelkę. Nikt z zebranych nie wykonał żadnego gestu, żadnego zwrotu ku stołowi. Każdy wciąż wpatrywał się z napięciem w gospodarza. Mimo iż już wcześniej słyszeli pogłoski na temat zagadkowych śmierci, opowieść zrobiła

na nich niemałe wrażenie. Wzbudziła jeszcze większy strach przed śmiercią. Wiedzieli

o zamiłowaniu Koreckiego do wszelkiej maści napitków, jednak w chwili obecnej bardziej interesowały ich tajemnicze zgony, niż wspólne toasty. „Nie jest dobrze. Nawet gorzałki

nie tykają, tak się trwożą”, pomyślał wojewoda wołyński.

Janusz puknął otwartą dłonią w dno naczynia, odkorkował i wziął głęboki łyk. Oblizał się, czknął. Założywszy ręce na piersi, wpatrzył się zamglonym wzrokiem w przeciwległą ścianę, na której wisiały trofea myśliwskie. Zaległa cisza.

– Panie wojewodo, czemuż milczycie? – zapytał Andrzej Połubiński, wysoki mężczyzna z kozią bródką i hardym spojrzeniem. – Wszak nie po to nas tu zaprosiliście, żebyśmy się ożłopali jak prosięta, nie żebym tego nie lubił. Jednakże mieliśmy przedsięwziąć jakie kroki. Nie możemy lekceważyć ostatnich wydarzeń, ludzie się boją. Problem wszystkich zebranych dotyczy, toż nie ginie nikt inny jak możni szlachcice i magnaci. Jutro, na ten przykład, ja w Bogu spocząć mogę. I nie powiem, żeby mi się to podobało. Nie wiemy nawet kto, lub co, odpowiada za te zbrodnie, lecz dam sobie rękę uciąć, że stoją za tym czarcie siły. Bo jakaż śmiertelna istota byłaby w stanie takie potworności czynić? Cóż powiecie, panie wojewodo? Wszak słyniecie ze swej zmyślności i zaradności…

Korecki sięgnął dłonią swych sumiastych wąsów, zaczął je skubać. Przybrał minę doświadczonego człowieka i zwrócił się do Połubińskiego:

– Jesteście jeszcze młodzi, panie Andrzeju, to i porywczy.

– Ależ…

– Umilknijcie, wpierw ja skończę. – Wojewoda spróbował wstać, jednak pulchne ciało ściągnęło go z powrotem na krzesło. Dopiero przy drugim podejściu udało mu się podnieść. Podszedł do komina i wpatrzył się w skaczące płomienie. – Rozumiem, że czujecie się niepewnie. Zresztą ja również. Niemniej jednak… Tak sobiem pomyślał, czy aby sprawy

nie wyolbrzymiamy. Wszak śmierć nam nieobca, na każdym kroku mamy z nią do czynienia. Rzekłbym nawet, iż jest to na porządku dziennym. Nie roztrząsamy przecie czy zrozpaczona wdowa słusznie się w rzece utopiła, czy miał rację więzień język własny połykając…

– Czy ja dobrze słyszę? – wtrącił Połubiński, ale zaraz umilkł pod karcącym spojrzeniem innych gości.

Korecki wrócił do stołu, lecz nie usiadł. Podpierając się rękoma o blat, mówił dalej, choć jego wzrok błądził w pobliżu odkorkowanej butelki.

– Próbowałem sobie wszystkie fakty poukładać i w oczy jeden istotny szczegół mi się rzucił. Mianowicie to, iż bracia nasi w samotności umierali. Pomyślcie, w każdym przypadku jeden tylko trup był. Pomijam Opalińskiego. Dziewka później zmarła, z innych przyczyn. Zwróćcie też uwagę, mości panowie, że morderstwa nie były popełniane jawnie. Ciała

w polach, nad rzekami, po lasach znajdowano. Wniosek z tego oczywisty…

Mężczyzna uśmiechnął się tak serdecznie, jak tylko pozwalały mu na to pucołowate policzki.

– Trzymajmy się razem, mości panowie. Nigdzie samemu się nie wybierajmy, nawet do wychodka. W towarzystwie nikomu krzywda się nie stanie. Uczty, takie jak dzisiejsza, co rusz wypada wyprawiać. Jeśli tylko o własne towarzystwo zadbamy, nie ma czego się obawiać. Czy to siły czarcie, czy jaki szaleniec – rozwiązanie sam nam podpowiedział. I tak oto, możemy czuć się bezpieczni. Bez kiwnięcia palcem. Dlatego, mości panowie, proponuje zostawić ten niewdzięczny, przestarzały temat i do biesiadowania powrócić!

Rozpromieniony Janusz usiadł na swoim miejscu i wzniósł toast. Goście, uspokojeni dyskursem wojewody, chętnie poszli za jego przykładem. Rozległy się wiwaty i pochwały kierowane do Koreckiego. Zebrani wstawali, podchodzili, klepali go przyjacielsko po plecach, po czym wlewali do swoich gardeł olbrzymie ilości napojów chmielowych.

Jedynie Andrzej Połubiński siedział nieruchomo, wpatrzony w stojący przed nim kufel. Zaciskał drżące z wściekłości dłonie. Po kilku minutach nie wytrzymał, wyprostował się i huknął pięścią o stół.

– Dosyć tego! Czy wyście wszystkie rozumy postradali? – krzyknął poirytowany. Wrzawa i ogólna wesołość ucichły, wszyscy usiedli z ociąganiem i wyraźną niechęcią. Wpatrzyli się w młodego szlachcica. – Nie będę się temu biernie przyglądał. Udajecie, że nic się nie stało. Nie wyobrażajcie sobie, iż jakiś naiwny pomysł Koreckiego wszystkie problemy rozwiązuje. Gówno prawda, powiadam! Wasz szacowny wojewoda pokazał właśnie, jakim jest głupcem, a wy, ślepo wierząc w jego słowa, to samo żeście pokazali.

W izbie rozległy się pełne oburzenia szmery, kilka osób zaklęło głośno.

– Uspokójcie się, młody człowieku. Uspokójcie się, boście kilka słów za dużo powiedzieli – szepnął rozgniewany Janusz Korecki.

– Ja mam się uspokoić? – warknął Połubiński. – Może mi jeszcze powiesz, że szacunek ci winny jestem? Sprawę jasno więc stawiam, szacunku do żadnego z was

nie żywię.

– Zamilcz, głupi młokosie…

– Nie nazywaj mnie głupcem, bo jeśli ja nim jestem, to strasznie sobie ubliżasz. Zawsze tacy sami! Przybyłem tutaj, na zaproszenie odpowiedziałem… Myślałem, że zbieramy się, aby istotnemu problemowi zaradzić. A wy co? Znajdujecie sobie durną wymówkę i już was problem nie interesuje. Jesteście żałośni. Mordercę trzeba ująć, a nie pozwalać mu dalej zabijać. Bo zabijał będzie, czy tego chcecie, czy nie… Zawsze tacy sami! Najlepiej

na sejmach to widać!

Połubiński poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Okazało się, że to pan Stanisław Rejtan we własnej osobie.

Był on typem człowieka, który nie lubi się wychylać. Często nazywano go gburem, ze względu na wiecznie kamienny wyraz twarzy. Nie było wśród żyjących nikogo, kto pamiętałby jego uśmiech, a jedynie kilka osób słyszało jego głos, gdyż do gadatliwych również nie należał. Mimo wad, nie można mu było odmówić tęgiego umysłu.

– Dziękuje, żeś pan uspokoił tego paliwodę – odezwał się Korecki.

Zrezygnowany Połubiński opadł na krzesło. Po raz kolejny tego wieczoru zapadła cisza.

– Jak tam… hic! …moje dywany się sprawują? – zapytał po chwili wojewodę Maciej Janowski, kupiec z zamiłowania.

– A jak się sprawować mają… Pcheł w nich bynajmniej nie ma.

– A pewno, że nie ma! Co ode mnie…hic! …to zawsze porządne będzie.

– Panie Macieju, może zaniechacie gorzałki na chwilę? – Korecki uśmiechnął się z politowaniem. Jego rozmówca słynął z talentu do negocjacji oraz mocnych argumentów, jak  również słabej głowy.

– Nie sądzicie chyba…hic! …żem pijany? – obruszył się Janowski.

Gospodarz westchnął.

– Ależ oczywiście, że nie. Chciałem jeno powiedzieć… Ech, nieważne.

Drzwi otworzyły się z hukiem i do izby wpadł niski mężczyzna. Strasznie zdyszany, chcąc złapać oddech, pochylił się i wsparł rękoma na kolanach. Goście wnet go rozpoznali. Był to nie kto inny, jak Hieronim Radziejowski. Janusz Korecki zaprosił go na ucztę, jednak ten nie stawił się na czas, co było dziwne i niepokojące, gdyż znany był ze swej punktualności.

– Na śmierć nas wystraszyliście, panie Radziejowski – powiedział wojewoda, lekko zdezorientowany nagłym pojawieniem się gościa. – Myśleliśmy, że coś wam się stało, wszak ładne kilka godzin tu siedzimy, a nie zwykliście się spóźniać.

– Proszę o wybaczenie, jednakże niezwykle pilna wiadomość mnie zatrzymała. – Szlachcic wziął kilka głębszych wdechów, uspokoił się. – Wszak szczątkowe to informacje, lecz dobitne. Wielmożni Janusz i Bogusław Radziwiłłowie martwi! Podobno razem coś w Kiejdanach uradzali. I wtedy ich dopadło. Zwłoki uschnięte… Coś wam to przypomina?

Zebrani mogli zareagować rozmaicie, indywidualnie, zależnie od osobowości. Mimo tego, każdy zareagował tak samo. Zgroza podpowiedziała powiekom, że trzeba wytrzeszczyć oczy. Bezradność nakazała rękom opaść nisko, wzdłuż tułowia. I wreszcie, rezygnacja zajrzała do otwartych ust, wydobyła z nich ledwie słyszalny jęk.

– Co też mówicie? – Koreckiemu wypadł z ręki, na szczęście pusty już, kufel. – Jesteście pewni? Toż to nie może być prawda. Nie ma takiej możliwości. Nie, nie, nie… Absolutnie. Coś się wam pomyliło. Bo pomyliło się, prawda?

Radziejowski zajął wolne miejsce przy stole. Wyraz jego twarzy był śmiertelnie poważny.

– Powiedzcie, że to żart jakiś – stęknął wojewoda. Głos miał coraz bardziej roztrzęsiony. – Bo jeśli to rzeczywiście żart, to ani trochę śmieszny.

– Za jakiego człowieka mnie uważacie… Nie pokpiwałbym z tak poważnych spraw, nawet będąc pijanym. – Zerknął na upieczonego bażanta. – Pozwolicie, że coś przegryzę, nim resztę wam opowiem?

Korecki pobladł, spuścił głowę i umilkł.

– No i masz – powiedział Andrzej Połubiński. – Dwa nieboszczki. W kupie raźniej, co, panie wojewodo?

2.

Walenty Gembicki, zatwardziały miłośnik płci pięknej, wygramolił się spod stołu. Przesadził z gorzałką i teraz odczuwał tego konsekwencje, w głowie rwało go jak diabli. Poszukał wzrokiem najbliższego dzbana, w którym można było spodziewać się wody, a gdy wreszcie taki pochwycił, naczynie zaświeciło pustką. Przeklął w myślach tego, kto je opróżnił.

Wyjrzał przez okno. Do świtu było jeszcze daleko, lecz biesiada skończyła się dla tych, którzy – podobnie jak on – nie znali umiarkowania w spożywaniu spirytualiów.

Czyli dla wszystkich. Prawie.

Brakowało kilku osób, a przede wszystkim brakowało pana wojewody. Gembicki zmarszczył czoło, namyślił się, po czym chwycił leżącego najbliżej szlachcica i zdzielił go otwartą dłonią po policzku. I po drugim też. Mocno, kilkakrotnie, by ten zdołał wybudzić się z pijackiego snu.

– Co za czort?

– Nie cz-czort, jeno Gemb-b-bicki.

Zbudzony mężczyzna przetarł oczy i zerknął na klęczącego obok Walentego. Splunął.

– Pewno, że Gembicki. Tylko on się tak bezczelnie jąka…

– Jąka się, n-nie jąka – mruknął urażony szlachcic – nieważne t-to t-teraz. Nie o tym m-mówić chciałem.

– Taaaaa?

Gembicki żałował, że obudził właśnie tego człowieka. Nie cieszył się on szczególną sympatią szlachty, a wielu – w tym Walenty – uważało, iż powinno się go izolować. Prawdopodobnie nie było na świecie drugiej osoby tak nieokrzesanej, tak pozbawionej kultury jak on. Nie wiedzieć czemu, nazywano go Czeczarą.

– G-gdzie się wszyscy p-podziali?

– A zejdź mi z oczu, psia mać…

– Mowy n-nie ma, p-póki rzetelnej o-odpowiedzi nie u-uzyskam – rzekł stanowczo Gembicki.

Czeczara wykrzywił usta złośliwie. Walenty zignorował to.

– Gdzie p-poszli? – spytał.

– Dobra, powiem ci, ale jak mi wówczas spokoju nie dasz, to ci tą mizerykordię, którą mam przy pasie, tak głęboko w rzyć wsadzę, że się do końca życia nie będziesz mógł porządnie wysrać – Czeczara zarechotał i znacząco klepnął ręką w swoje biodro.

Gembicki nazbyt się tym nie przejął. Przywykł już do dziwnych żartów swojego rozmówcy.

– Jak przez mgłę pamiętam, że się niektórzy porozłazili po dworku. Korecki konie poszedł uspokoić, tak przynajmniej mówił, bo pieruny niebo cięły. Masz coś na gębie, wiesz? Nie, nie tutaj. Wyżej. Ach, to twój nos… Wygląda jak grzyb. W każdym razie nasz kochany Maciej Janowski poszedł się ogolić i oby się tą brzytwą pochlastał. Zresztą, w jego stanie, to wielce prawdopodobne.

Czeczara pochylił się i zwymiotował na bok.

– Niech to, psia mać! Oby ktoś to szybko posprzątał, śmierdzieć będzie. Co to ja… A, tak. Rejtan z Połubińskim poszli gdzieś, licho jedno wie dokąd. Naprawdę tak żeś się urżnął, że tego nie pamiętasz? Nie odpowiadaj, ja teraz mówię. Radziejowskiego też wywiało, chyba kuśka go swędziała, bo wychodka szukał. Reszta, jak widzisz, chrapie.

Gembicki pokiwał głową z wdzięcznością, zaspokoił swoją ciekawość. Czeczara spojrzał na zegar i gwizdnął cicho.

– Oho, toż to niedawno było, jak się porozłazili. Wcześnie pod stołem znaleźć się musiałeś. Pewno zaraz wrócą, więc odejdź ode mnie, zanim ci mordę obije…

Gdzieś w głębi dworku rozległ się przeraźliwy krzyk. Tak głośny, że rozbudził większość zebranych w izbie. Z pewnością nie był to okrzyk radości, brzmiał jak wrzask przerażonego człowieka.

– S-słyszeliście to, Cz-czeczara? – Gembicki poderwał się na nogi. – Czyj t-to g-głos?

– A w rzyci to mam, Gembicki.

– P-powinniśmy to sprawdzić. P-pewno coś się stało.

Czeczara zwymiotował po raz drugi. Skrzywił się z boleści.

– Rozruszać się muszę, psia mać… Pójdę z tobą, ale nie łudź się, że ci potem solidnie nie przywalę. Muszę sobie na kimś pięści rozmasować, a ty masz brzydką gębę.

3.

Zwłoki leżały w spiżarni i wyglądały mniej więcej tak, jak opisywał to Janusz Korecki. Potwornie okaleczony trup – o ile wysączenie krwi z ciała nazwać można okaleczeniem – wyglądał na wielce zaskoczonego. Świadczył o tym wyraz twarzy, na której odmalowały się szok i przerażenie.

– Toż t-to R-radziejowski… – stwierdził Walenty Gembicki. – On t-tak w-wrzeszczał?

– Wydaje mi się, iż to raczej pan wojewoda wrzeszczał – powiedział Andrzej Połubiński. Z kpiącym uśmiechem spoglądał na Koreckiego, który dysząc ciężko, siedział pod ścianą i chwytał się za serce.

Pod drzwiami spiżarni robił się coraz większy tłok. Ci z gości, którzy byli w stanie znaleźć w sobie tyle sił, by dojść do miejsca, z którego rozległ się krzyk, wpatrywali się teraz na przemian w trupa i  w wojewodę. Kiedy otępiałe przez gorzałkę umysły zaczęły łączyć ze sobą fakty, w oczach ich właścicieli zapalały się iskry strachu i wściekłości. Sporo im zajęło uświadomienie sobie, czego tak naprawdę są świadkami.

Połubiński podszedł do zwłok, zaczął je oglądać.

– Jak to było, panie wojewodo? – powiedział, wciąż oglądając trupa. – Im nas więcej, tym bezpieczniej? Sprawca po odludziach jeno morduje? No i masz… We własnym domu, podczas biesiady, nieboszczka znajdujesz.

Młody szlachcic dostrzegł dwie niewielkie dziurki na szyi Radziejowskiego. Rozszerzył oczy. Zrozumiał.

– Na Boga…

– Czegoś się tam dopatrzył, młokosie? – zapytał Czeczara.

– Toż… Toż to wąpierz!

Zebrani drgnęli na dźwięk ostatniego słowa. Alkohol ponownie zakłócił ich procesy myślowe, lecz mimo to rzucili się do zwłok Radziejowskiego, by na własne oczy ujrzeć znane z legend otwory po wampirzych kłach. Zapanował rozgardiasz, szlachta przepychała się i przekrzykiwała.

– C-cicho! B-baby jesteście, czy jak? – wrzasnął Gembicki. Skutecznie. Goście odsunęli się od trupa, pozostał przy nim jedynie Andrzej. Wojewoda powoli dochodził do siebie i zaczął wstawać spod ściany.

– D-dobrze żeście m-mówili, panie P-połubiński – powiedział Walenty. – Choć ża-żałuje, że rację mie-mieliście. Czarcie si-siły, jak się p-patrzy. C-co teraz…

– Nie traćcie głowy – przerwał Korecki, stojąc już na nogach. – Źle tę sprawę rozpatrujecie. Nie chodzi o to, co mamy zrobić, bo to jasne jest. Nawet jeśli to wampir, to wiemy przecie jak się z takimi rozprawić. Ruszcie głowami, mości panowie. Jeżeli mamy nieboszczyka, świeć Panie nad jego duszą, to nasz sprawca przebywa w moim dworku. I całkiem prawdopodobne, iż jest to jeden z nas. Tak jak mówiłem, wiemy co trzeba zrobić. Pochwycić łajdaka. Pytanie tylko – jak go znaleźć?

Drzwi od sąsiedniej izby otworzyły się. Pojawił się w nich Maciej Janowski, kupiec z zamiłowania i były właściciel dywanów, po których teraz deptał. Trzymał coś w ręku, ale nie to najbardziej rzucało się w oczy. Z kącika jego ust, cieniutką wstęgą, ciekła krew. Zupełnie, jakby przed chwilą ją pił. Skapywała na podłogę, plamiła kobierzec.

– Panie Macieju, nie wierzę… – Koreckiemu odebrało mowę, podobnie jak reszcie zebranych.

– A więc t-to wy stoicie z-za tymi zbro-zbrodniami – stwierdził sucho Gembicki.

Janowski bez wątpienia był w szoku. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, lecz Czeczara mu nie pozwolił. Prędko wyciągnął mizerykordię zza pasa i rzucił nią w wampira. Ostrze przeszło przez krtań, a twarz ranionego przybrała wyraz podobny do wyrazu twarzy, martwego już, Radziejowskiego. Zakrztusił się i po chwili padł martwy na swoje dywany.

– Czeczara, co to miało być? – spytał wstrząśnięty Korecki.

– Należało mu się. I jeszcze czary jakieś chciał rzucać, sam żeś widział. Nawet nie próbuj mnie teraz pouczać, bo nic tym nie wskórasz. No, może poza tym, że rozkwaszę ci nos.

– Szacunku okażcie trochę! – Wojewoda był wściekły. – Chciał coś powiedzieć, to chyba jasne. A wy, że czary rzuca od razu. Nie mieliśmy zresztą dowodów, że to pan Maciej jest winowajcą. Każdy pomyślał, co pomyślał, ale…

Przerwał. Stanisław Rejtan podszedł do zwłok Janowskiego i wyjął z jego dłoni ściskany przedmiot. Uniósł wysoko rękę, by wszyscy mogli ujrzeć poręczną brzytwę. Połubiński zaklął cicho.

– Był mocno pijany, to i mocno się zaciął – szepnął Korecki. – I tyle. A wyście go jak psa ubili, Czeczara…

– Później zdecydujemy, co z Czeczarą zrobić – wtrącił Połubiński. – Prawdziwy wampir najważniejszy jest teraz. Pewno turla się w myślach ze śmiechu, po tym co się tu stało…

– Ciężko mi to mówić, ale zgadzam się z wami, panie Andrzeju – Korecki podszedł do Radziejowskiego, przyjrzał się jego szyi. – Długie musiały te zębiska być, żeby takie dziury mu… A może… Mhm, mam pomysł. Niech się każdy uśmiechnie, szeroko, po dziąsła. Nic innego do głowy mi nie przychodzi. Nie patrzcie na mnie tak głupkowato, mości panowie, poważnie mówię. Uśmiechnijcie się.

Wojewoda pokazał zęby pierwszy, na zachętę. Większość poszła za jego przykładem, rozbawiona sytuacją. Po kilku minutach każdy zaświecił uzębieniem. Każdy, oprócz jednej osoby.

– Gdy tak w przeszłość spojrzę, to nigdym waszego uśmiechu nie widział, nigdym głosu nie słyszał – Korecki patrzył podejrzliwie na Rejtana, którego gburowatość pozostawała niewzruszona. – Na dobrą sprawę, w ogóle ust nie otwieracie. Jakbyście coś ukrywali… To by się zgadzało. Mam rację, panie Stanisławie? Uśmiechnijcie się, proszę.

Twarz Rejtana była niezmiennie kamienna. Wojewoda kilkakrotnie powtarzał, żeby mężczyzna wykonał jego polecenie, jednak ten nie zamierzał się złamać. Dopiero dwóch silnych szlachciców zdołało ujawnić sekret Stanisława. Próbował się wyrywać, lecz siłą otworzyli mu usta, ukazując tym samym szczerbate wnętrze. Wybrakowany uśmiech ewidentnie udowadniał niewinność Rejtana.

Pan Stanisław szarpnął się gwałtownie, wyrwał z żelaznego uścisku mężczyzn. Zakrył usta dłońmi i usunął się w cień, czerwony jak burak.

Nikt się nie odezwał.

– Wybaczcie mi to, panie Rejtan, ale taka była konieczność. Nie chowajcie urazy. – Wojewoda spojrzał gdzieś z zakłopotaniem.

Rejtan pokiwał głową krótko, lecz swoim zwyczajem nie odezwał się. Korecki westchnął.

Wyczerpały mi się wszystkie pomysły, jakby tu odkryć sprawcę – zasmucił się. – Nie wzięliśmy pod uwagę możliwości, że morderca z dworku uszedł. I jak na razie wszystko wskazuje na to, że w istocie zbiegł. Proponuje zatem, mości panowie, do łóżek się położyć i z dniem jutrzejszym poszukiwania rozpocząć.

Nikt nie miał nic przeciwko.

4.

Janusz Korecki stał przed oknem w swojej sypialni, rozmyślał. Pożegnał się już z gośćmi, którzy woleli wypić więcej gorzałki i paść pod stół, niż zasnąć w wygodnym łożu. I nie przejmowali się zbyt mocno faktem, iż tajemniczy wampir w każdej chwili może wrócić – o ile w ogóle opuścił dworek. Wojewoda nie podzielał ich spokoju. Świadomość zagrożenia narastała w nim z każdą chwilą, z każdym spojrzeniem na zachmurzone, nocne niebo za oknem.

Poczuł w izbie czyjąś obecność. Nie zdziwił się, lecz mimo to zadrżał.

– Nie odwracajcie się… – Twardy głos dochodził gdzieś od strony garderoby.

– Czego chcesz? – zapytał Korecki, starając się, by jego głos nie zdradził strachu, który go w tym momencie paraliżował.

– Powinniście wiedzieć, panie wojewodo – Nieznajomy zwiesił głos. – Pragnę jedynie waszej śmierci. I nie oceniajcie mnie źle, wcale nie sprawi mi ona przyjemności. To po prostu kolejny etap na drodze do zrealizowania moich celów. Konieczność, rozumiecie?

– Z Radziejowskim również uciąłeś sobie pogawędkę, nim na tamten świat go posłałeś?

Westchnienie.

– Nie rozmawiamy teraz o tamtym parszywym zdrajcy. A raczej, przyszłym zdrajcy. Mówimy o was, panie wojewodo. I o tym, jak wiele dobrego wasza śmierć przyniesie.

– Zdrajcy?

– Nie lubię się powtarzać, mówimy o was.

– A jeśli rzeknę: Ani mi się śni umierać?

– Wówczas darujemy sobie uprzejmości i wyjaśnienia. Zabiję pana wojewodę.

– Czyń zatem, co masz czynić – warknął wojewoda. Zadziwił się śmiałością, z jaką wypowiedział te słowa.

– Dobrze zatem. Niebawem słońce wzejdzie, tedy śpieszmy się.

Korecki nie zdążył nawet się obrócić. Wampir doskoczył do niego, jedną dłonią chwycił rękę Janusza i z niesamowitą precyzją wykręcił do tyłu, drugą zaś odchylił jego głowę, odsłaniając tym samym kark. Wojewoda nie protestował, zdawał sobie sprawę z tego, iż nie ma żadnych szans. Kiedy poczuł ciepły oddech na swojej szyi, zaczął modlić się do Matki Boskiej.

W tej samej chwili drzwi wyleciały z zawiasów. Do izby wpadł Andrzej Połubiński z uniesioną szablą. Ciął wampira na odlew, lecz tamten uskoczył zwinnie. Chmury przesunęły się po nieboskłonie, odsłaniając srebrną tarczę księżyca. Pomieszczenie wypełniło się srebrną poświatą, ukazując sylwetkę i twarz napastnika.

Stanisław Rejtan uśmiechnął się szeroko, po dziąsła, tak jak nie chciał uczynić tego jakiś czas temu. Spośród szeregu śnieżnobiałych, równych zębów wyróżniały się dwa podłużne, ostre kły.

– Jak… – wyszeptał Janusz Korecki.

Wampir ani myślał odpowiadać na ciche pytanie. Podbiegł do ściany, zdjął z niej szablę i rzucił się na Połubińskiego. Młody szlachcic, parując cios, musiał przyklęknąć pod wpływem siły przeciwnika. Rejtan napierał. Andrzej, nie widząc innego wyjścia, przeturlał się pod jego nogami i od razu wymierzył pchnięcie do tyłu. Jednak napastnika już tam nie było. Przykucnął na suficie i odbił się od stropu. Połubiński podczas uniku przewrócił się na plecy. Wampir pojawił się nagle tuż nad nim, chwycił za kołnierz, uniósł i cisnął o szafę. Połubińskiemu zaparło dech od uderzenia, które roztrzaskało drzwi mebla. Młody szlachcic nie miał czasu się tym przejmować. Złapał mocniej rękojeść szabli i ruszył biegiem do niewielkiego stolika przy łożu. Uniósł go w ostatniej chwili, gdyż ostrze Rejtana wbiło się w blat i utknęło parę cali od oka Andrzeja. Połubiński wykorzystał okazję, z całych sił cisnął stolikiem w przeciwnika, który wciąż dzierżył zaklinowaną broń. Wampir stracił równowagę, zachwiał się i nim zdążył cokolwiek uczynić, stracił rękę.

Stanisław Rejtan przewrócił się. Odpychając się nogami od podłogi, podczołgał do ściany. Przylgnął do niej plecami, złapał się za kikut prawego ramienia. Na jego twarzy wykwitł uśmiech uznania, gdy szabla Andrzeja zawisła przy jego karku.

Janusz Korecki wyszedł z kąta, do którego wcisnął się w czasie pojedynku. Ponadto w drzwiach izby pojawili się zbudzeni hałasem goście. Widząc bałagan i oświetlone przez księżyc postacie, nie mogli wyjść ze zdumienia.

– Winszuję, panie Andrzeju – powiedział wampir. – Udało wam się mnie pokonać. Jestem pod wrażeniem. Ciekaw jestem tylko skąd wiedzieliście kiedy i gdzie się pojawić…

– Zaraz po Radziejowskim, pan wojewoda był najważniejszą osobistością w tym dworku. Pomyślałem, że morderca nie przepuści takiej okazji i zechce upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Czuwałem więc nad jego niedoszłą ofiarą. Wciąż jednak nie mogę uwierzyć, że to właśnie wy okazaliście się tym, którego tak pragnąłem powstrzymać. Naprawdę w was wierzyłem, szacunek żywiłem dla wszystkich waszych zasług. Na rany Chrystusa, dlaczego?

Rejtan zaśmiał się gorzko.

– To naprawdę trudne do wyjaśnienia – powiedział. – Ale postaram się wytłumaczyć, najlepiej jak mogę. Wszakże mnie pokonaliście… Jestem wampirem, o czym zresztą już wiecie. Długi żywot za mną, pełen wspaniałych momentów, lecz również rozczarowań. Zamieszkuję naszą Rzeczpospolitą od bardzo dawna, właściwie od początku jej istnienia. Pamiętam pierwszych Piastów, pamiętam zresztą każdego władcę. Czy mogę prosić o szklankę wody?

– Wy już o nic prosić nie możecie…

Wampir pokiwał spokojnie głową. Nie sprzeciwiał się, mówił dalej.

– Kocham ten kraj. Uważam go wręcz za swoją matkę, której notabene nigdym nie miał. Przeżyłem wraz z nią każdy fragment jej historii. Również tę historię tworzyłem, na kartach kronik spisywałem. Wciąż wspominam najpiękniejsze wydarzenia, każdy sukces naszych wojsk, każdą dobrą decyzję naszych królów… Zajedźcie czasem do mojego majątku, stoi tam regał. Znajdziecie w nim dzieje Rzeczpospolitej.

– Nie omieszkam, mówcie dalej…

– Cieszę się, że ktoś z tego skorzysta – kontynuował Rejtan. – Dzieci mojej matki, moi bracia, moje siostry, moja szlachto – zmieniliście się. Przez wieki wasze poglądy, wasze ideologie zmieniały się. Zaczęliście tracić szacunek do swej rodzicielki, do swej pani, do Rzeczpospolitej Polski!

– Nie pleć, wampirze! – krzyknął któryś z gości. – Panie Połubiński, dokończcie go!

– Wampirze? – odpowiedział Rejtan. – Owszem, jestem nim. Nie pozwolę jednak, by wypowiadano tę nazwę z taką pogardą. Nie pozwolę, by wypowiadały ją usta, które są bardziej plugawe od moich. To nie ja tu jestem krwiopijcą, lecz wy. Spijaliście krew z ręki własnej matki, wyniszczaliście ją. Zaczęliście dążyć do jej upadku, do upadku Rzeczpospolitej! Może i nieświadomie, ale jednak. Zawdzięczacie ojczyźnie wszystko, co macie, a nie potraficie dać nic w zamian. Nie mogłem już na to patrzyć…

– Dlatego mordowaliście własnych braci? – zapytał Połubiński.

– Nie miałem innego wyjścia. Zresztą nie zabijałem byle kogo, jeno najgorsze łachudry jakie stąpały po tych ziemiach. Zabijałem zdrajców, tych, którzy byliby zdolni wbić ostatnie gwoździe do trumny naszej rodzicielki. Mam dar – potrafię dostrzec prawdziwą naturę człowieka, gdy tylko na niego spojrzę. Mordowałem zatem tych, którzy mieli nieczyste serca. Serca gotowe spijać krew Rzeczpospolitej do ostatniej kropli. Oko za oko, krew za krew! Musieli umrzeć.

– To nie jest żadne wytłumaczenie. Sam żeś nieczystość serca pokazał – warknął Korecki.

Wampir uśmiechnął się smutno.

– Macie rację, panie wojewodo. Dlatego pozwolę temu młodzieńcowi ostrze w moim sercu utopić – rzekł. – Panie Połubiński, pokazaliście mi dzisiaj, że jest jeszcze nadzieja dla tego narodu. Wy jesteście tą nadzieją. Młode pokolenie… Widać, że kochacie swoją ojczyznę. Zostawiam naszą matkę w waszych rękach, a tymczasem – Rejtan szarpnął swoją koszulę, rozerwał ją, odsłonił klatkę piersiową. – Oko za oko, krew za krew!

Andrzej Połubiński zawahał się tylko przez moment. Pchnął, leżącego z rozdartą koszulą wampira, prosto w serce. Ciało Stanisława Rejtana zaczęło gwałtownie usychać, aż ostatecznie rozsypało się w proch. Goście wstrzymali oddech.

Po policzku młodego szlachcica spłynęła łza. Otarł ją szybko.

– Mam nadzieję, że wszelkie grzechy zostaną mu wybaczone. Może za wariata mnie uznacie, lecz uważam, iż był to dobry człowiek – rzekł. – Nie popieram zbrodni, których się dopuścił, niemniej jednak kierował się szlachetnymi pobudkami, czuć w nim było patriotę. Jego oddanie Rzeczpospolitej… Powinno być dla nas lekcją.

Odwrócił się do milczącego wojewody. Wyciągnął w jego kierunku dłoń.

– Dlatego, panie Korecki, muszę was o coś prosić. – Spojrzał Januszowi prosto w oczy. – Czy pomożecie mi zmienić naszą ojczyznę? Pomożecie mi nauczyć jej dzieci szacunku do niej? Pomożecie mi osiągnąć to, do czego tak usilnie dążył Stanisław Rejtan?

Wojewoda wołyński nadal milczał. Czuł na sobie pełen napięcia wzrok gości. Popatrzył na nich, kiwnęli głowami. Wiedział już, co powinien zrobić. Wiedział to już podczas rozmowy z wampirem.

Janusz Korecki uśmiechnął się serdecznie i uścisnął dłoń Andrzeja.

– Myliłem się, co do was, panie Połubiński – powiedział. – Wcale głupi nie jesteście, pomogę wam. Wszyscy pomożemy, tak sądzę. Odwdzięczmy się naszej… matce. Odwdzięczmy się za wszystko, co jej zawdzięczamy.

– Zatem oko za oko, przysługa za przysługę.

Epilog

Rejtan czekał w ogrodzie. Połubiński wyszedł z dworku po cichu i dołączył do przyjaciela. Niebo było zachmurzone, co dodatkowo zmniejszało ryzyko zauważenia ich. Zależało im na dyskrecji.

Milczeli przez długą chwilę, wpatrując się w ciemność.

– Jesteś pewien? – odezwał się młody szlachcic.

– W całym swoim życiu, a wierz mi, długo żyłem, nie byłem niczego tak pewien. – W głosie wampira słychać było determinację.

– Wiem, że obiecałem…

– Nie możesz się wycofać, musisz to zrobić.

– Jestem tego świadom. – Połubiński był roztrzęsiony. – Wiesz… Nasze przedstawienie było tak realne, iż prawie w twoją śmierć uwierzyłem. Zdajesz sobie sprawę, że następnym razem inaczej być może?

Rejtan położył dłoń na ramieniu Andrzeja.

– Wystarczająco długo żyłem, przyjacielu. Jeśli śmierć moja uleczy Rzeczpospolitą, jestem gotów umrzeć. Nie mamy wyboru, zbyt dużo krwi już przelałem. Doprowadźmy sprawę do końca. Byle cios w serce nie otworzy mi przecież wrót do piekła.

Wampir mlasnął.

– Korecki głupi nie jest, dobrze żeś mi te zęby powybijał – mruknął. – Ech… Dobrze, że w porę odrosły.

– Nie roztrząsajmy tego. Chcieli sprawcę, mają sprawcę.

Młody szlachcic ziewnął. Był zmęczony wydarzeniami z dzisiejszej nocy.

– Mimo wszystko to nasza polska szlachta… Zawsze naiwni. Ciekawe jak długo jeszcze będą skorzy do wspierania naszej ojczyzny. – Rejtana puknął się w czoło. – Ale dość już rozmów. Wąpierz nie żyje, musimy zmienić metody. Zniknę na jakiś czas, pozwólmy wieściom o twych zasługach roznieść się po kraju. Spodziewaj się pogłosek o kolejnych zgonach nie wcześniej, niż za dwa tygodnie. Bohaterem teraz jesteś, więc odegraj swoją rolę należycie. Ja tymczasem wyruszam robić to, co do mnie należy. Bywaj w zdrowiu…

Andrzej mocno uściskał przyjaciela.

– Zatem oko za oko, krew za krew – powiedział wampir, klepiąc młodego szlachcica po plecach. Połubiński miał w oczach łzy.

– Ku chwale Rzeczpospolitej…

0 thoughts on “V miejsce w konkursie – Oko za oko, krew za krew

  1. Przyjemnie się czytało, ale szkoda, że cała sprawa tak szybko się wyjaśniła. Podoba mi się to opowiadanie, ciekawy temat.. I te zwroty, mości panie! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *