Zielony motyl – część 1

Czerwony Opel zatrzymał się tuż przed dwupiętrowym budynkiem o pomarańczowych ścianach. Wciśnięta w równy rząd innych, bliźniaczo wyglądających podmiejskich domów, słoneczna willa od frontu chowała się za niemal dwumetrowym, eleganckim płotem oraz trzema potężnymi Taxus baccata – zadbanych i nienaturalnych rozmiarów, przysłaniających wszystko, co rosło dookoła. Dla osoby niezorientowanej, rysował się idylliczny obrazek domostwa z doskonale utrzymanym, soczyście zielonym trawnikiem i mieszkającą w tym raju na ziemi, kilkuosobową rodziną, o statusie zdecydowanie zamożnym. Wiodącą spokojny żywot z dala od miejskiego zgiełku, kurzu politycznych awantur stolicy, czy silnego światła modnych i eleganckich sklepowych witryn.

Niezorientowany w temacie osobnik, wysnułby nieuprawnione przypuszczenie, że oto przed jego oczami roztacza się cel i marzenie milionów polskich rodzin. Efekt wysokich pensji, rezultat zajmowania kierowniczych stanowisk, a przede wszystkim zmaterializowane szczęście, jakie może przytrafić się jedynie nielicznym.

Nic bardziej mylnego!

Donat, siedział chwilę w samochodzie. Opuścił szybę i przyglądając się uważnie numerowi budynku oraz widniejącej poniżej nazwie ulicy, porównywał te dane z tymi, które wytłuszczone były na trzymanej w jego ręku wizytówce. Elegancka czcionka w kolorze miedzianym trącała nadętym luksusem. Wszystko się zgadzało. Odpiął pas bezpieczeństwa, schował radio pod siedzenie, przejrzał się w lusterku, po czym wysiadł z samochodu i pewnym krokiem ruszył w stronę drewnianego płotu z ciężką, kutą bramą, strzegącą spokoju i porządku oazy podmiejskiego spokoju. Nie zdążył jednak wcisnąć guzika od domofonu, kiedy rozległ się warczący, mechaniczny dźwięk, po którym furtka uwolniona została z zatrzasku. Wejście stanęło dla niego otworem.

O miejscu tym słyszał wiele, w końcu polecił mu je nie byle kto. Osobistość ważna i dobrze znana na salonach stolicy. Zapewniono go, że może tu liczyć na pełną anonimowość, bezpieczeństwo, a program każdej wizyty dopracowany jest w najmniejszym szczególe – dostosowany do indywidualnych potrzeb klienta. Dlatego nie zdziwiło go, że furtka sama się otworzyła. Przeciwnie, utwierdził się jedynie w pozytywnym przekonaniu o miejscu, do którego przybył. Profesjonalizm na najwyższym światowym poziomie.

Zrobił zaledwie kilka kroków, gdy jego oczom ukazała się piękna kobieta, o mocnych wschodnich rysach. Oparłszy się o balustradę werandy, od dłuższego czasu obejmowała go odrobinę dzikim spojrzeniem. Nawet jego, z natury mężczyznę śmiałego i hardego, widok ten onieśmielił do tego stopnia, że zastygł w połowie drogi między ogrodzeniem a schodkami prowadzącymi na werandę. Ani myślał iść dalej. Jego wzrok, mimowolnie utkwił na zjawiskowo pięknych nogach bezimiennej, które znalazły się na wysokości jego oczu, by zaraz potem przenieść spojrzenie wyżej, na duże, krągłe piersi, bez zbędnej pruderii podkreślane przez właścicielkę obcisłą koszulką na ramiączkach, ze srebrnym napisem nike i głębokim dekoltem. Kobieta nie zdając sobie sprawy z wrażenia jakie wywarła na gościu, a być może przywykła do podobnych spojrzeń męskiej części ludzkiej populacji, przerzuciła jednym ruchem dłoni większość swoich włosów z lewej części głowy na prawą, odkrywając tym samym przed światem nagie lewe ramię.

Była wysoka, o smukłej sylwetce i zgrabnym, jak na oko Donata, tyłku.

– Mogę w czymś pomóc? – Zapytała śmiało. Odpalała właśnie kolejnego papierosa i o dziwo, było jej z nim do twarzy. Trzymając go w ustach zdawała się być kobietą wulgarną i zdecydowaną.

– Ja… – odchrząknął oblewany na przemian falami gorąca i zimna – dzień dobry! – Odparł tonem oficjalnym Donat.

Młoda kobieta nie zareagowała. Najwidoczniej czekała na ciąg dalszy wypowiedzi. Sądziła, że nastąpi to od razu, ale Donat w zaistniałych okolicznościach potrzebował więcej czasu, żeby przełknąć ślinę, która teraz w jego ustach gromadziła się w zaskakująco sporej ilości.

– Przyjechałem z polecenia pana posła… – wydusił wreszcie z siebie.

– Ciii… – przerwała mu niewiasta, przykładając palec zgrabnej dłoni do swoich ust – bez nazwisk.

– Aha!

– Taką mamy zasadę – wyjaśniła.

– Rozumiem…

– Wiemy wszystko.

– Tak?

– W każdym razie spodziewaliśmy się ciebie – dodała, wypuszczając dym z papierosa.

– Aha! Czyli, że pani wie…, że ja…, że namiary dostałem od pana posła…

– I po co to pieprzenie? – Wtrąciła znudzona, przywołując go do porządku i przerywając zarazem dalszą część zbędnej mowy powitalnej.

Donat nie śmiał odpowiedzieć, przełknął kolejną, dużą porcję śliny i poczuł, jak plecy robią mu się mokre od nadmiaru potu. Kobieta zauroczyła go i od samego początku zaczęła wzbudzać w nim respekt. A szacunek połączony z pożądaniem najwyraźniej skraplał się na jego plecach w postaci, co tu dużo mówić – potu.

– Zapraszamy do środka – rzuciła, dodając uśmiech, po którym żaden mężczyzna na ziemi nie byłby w stanie z tak kuszącej propozycji nie skorzystać. Przynajmniej tak zdawało się jemu.

Posłusznie, bez najmniejszego oporu pokonał kilka stopni, by po chwili stanąć na werandzie, tuż obok natchnienia pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy i innej maści twórców płci męskiej.

– Śmiało, proszę – wskazała palcem na drzwi – do recepcji, a tam koleżanka się już tobą zajmie. – Wyjaśniła, a następnie wróciła do swojego zajęcia. Ze spokojem na twarzy, przechodzącym w nieziemskie wręcz znudzenie, paliła papierosa i podziwiała przydomowy trawnik.

W małym przedpokoju na wprost wejścia, za niewielką fioletową ścianką kontuaru, siedząca w wygodnym fotelu inna młoda kobieta prowadziła ożywioną dyskusję przez telefon. Pomieszczenie było urządzone elegancko ale i skromnie, wręcz ascetycznie – wyposażone w trzy czarne, skórzane fotele stojące pod ścianą, wiklinowy stolik z przeszklonym blatem (na którym wyłożono kolorowe czasopisma o tematyce motoryzacyjnej), wiszące na ścianie lustro w pozłacanej, ciężkiej ramie oraz stojący pod nim kuty stojak na parasole. Tak skromne umeblowanie poczekalni i recepcji w jednym, nadawało temu miejscu lekkości i zapewne pozwalało, korzystającym z oferowanych tu usług gościom, odpowiednio się nastroić, przed godzinną rehabilitacją, jaka czekała ich ciała i dusze.

– Dzień dobry – przywitała się recepcjonistka, która pośpiesznie zakończyła rozmowę przez telefon i wstała z miejsca, co jednoznacznie miało być wyrazem jej głębokiego szacunku dla nowo przybyłego klienta – pan zapewne był umówiony na czternastą?

– Tak – potwierdził Donat – na godzinę czternastą.

Rzeczywiście wybiła godzina czternasta.

– Zgadza się. Miło nam, że wybrał pan właśnie nas. Zapraszam do pokoju numer osiem.

– Gdzie to?

– Po schodach – wskazała ręką w głąb korytarza – i ostatnie drzwi po prawej.

– Dziękuję.

Po tej bogatej wymianie zdań, opinii i uwag, Donat podążył w wyznaczone miejsce zgodnie z uzyskanymi wskazówkami, a recepcjonistka rozsiadła się w swoim fotelu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Pokój numer osiem faktycznie był ostatnim pokojem po prawej stronie. Wiodła do niego ciemna klatka schodowa, oświetlona jedynie palącymi się czerwonym światłem kinkietami oraz długi korytarz piętra, którego ściany poszatkowane były drzwiami chowającymi inne pokoje – numer dwa, cztery, sześć…, i wreszcie osiem.

Stanąwszy przed właściwymi drzwiami, Donat zawahał się, czy powinien zapukać, czy też wejść z impetem stosownym do mężczyzny brutala, typa macho, co to nie lubi sprzeciwu i oczekuje zaskoczenia, wielkiego show, jednym słowem, faceta wymagającego. Po krótkim namyśle i analizie sytuacji, zdecydował się na opcję drugą. Szarpnął za klamkę i jednym ruchem pchnął stanowczo drzwi do przodu, stając w nich w szerokim rozkroku. Uwielbiał westerny i zawsze identyfikował się z postaciami szeryfów. Nic więc dziwnego, że poczuł się nagle jak kowboj wchodzący po swoją kobietę do knajpy rzuconej gdzieś nad brzegiem Rio Grande. Silny, pewny siebie, stanowczy – prawdziwy mężczyzna! On w samym centrum wydarzeń i tłum gapiów, z uwagą i podziwem zarazem, obserwujących każdy jego gest i ruch.

Pokój numer osiem był zaciemniony tak samo, jak pozostała część domu, a jedynymi jego sprzętami było olbrzymie łóżko – w jakie wyposażone są standardowo apartamenty małżeńskie każdego niemal hotelu – otulone fioletowym odcieniem atłasu pościeli, stojąca obok szafka nocna z małą lampką (nakryta różową apaszką) oraz wysoki, wiklinowy stojak na kwiaty, na szczycie którego, ktoś nieszczęśliwie zamontował doniczkę ze sporych rozmiarów paprocią. Nieszczęśliwie, bo mebel ów ustawiony tuż obok drzwi runął, kiedy tylko zamachnął się nimi Donat.

– O matko, co też pan najlepszego robi?! – Wrzasnęła półnaga niewiasta, która jeszcze przed momentem w specjalnej pozie oraz oczekiwaniu na swego gościa zajmowała centralną część łoża, a teraz z piskiem ruszyła ratować paprotkę od niechybnej śmierci! Donat jednak ani myślał jej w tym pomagać, ani tym bardziej przepraszać za wyrządzone szkody. Uwiedziony pięknem jej ciała, które zakwitło oto w całej swej okazałości, łapczywie rejestrował każdy jego fragment, tak jak gdyby za chwilę, obraz ten miał ulecieć na zawsze.

– No i co pan narobił?! – Burknęła ponownie zadyszana kobieta, która porzuciwszy cienką narzutę, stała naga niczym posąg greckiej bogini zrodzonej z morskiej piany, z paprotką w ręku i skwaszoną miną.

– Kwiatek cały! – Zauważył z radością Donat, wskazując palcem na zielsko o łodygach zwisających z doniczki na pół metra w dół.

– Kwiatek może i cały – jęknęła – ale ile sprzątania…

– Posprzątamy później – odparł, ani myśląc kiwnąć choćby palcem.

– Nie, nie ma takiej potrzeby, sama się tym zajmę potem. Proszę wejść i zamknąć drzwi.

Godzina spędzona z kobietą o długich jasnorudych włosach minęła szybko. Po minie, z jaką Donat opuścił dom rozkoszy, zwanym też przez niektórych, z nieuzasadnioną zresztą dosadnością burdelem, można było wywnioskować, że była to godzina pełna ekscytacji i następujących po sobie, jedno po drugim, uniesień i głębokich doznań. Kiedy tylko wsiadł do samochodu, sięgnął po zeszyt i długopisem, który zawsze nosił w kieszeni swojej granatowej sztruksowej marynarki, nabazgrał kilka uwag, natchnięty przeżyciami ostatnich kilkudziesięciu minut. Coś skreślił, spojrzał mętnym wzrokiem przed siebie i znowu wziął się za pisanie. Niewiele jednak z tego wyszło, bo po trzecim zdaniu ręka zatrzymała się w bezruchu, rumieniec, który jeszcze przed momentem szeroko oblewał jego policzki zdecydowanie pobladł, a na twarzy pojawił się grymas zwątpienia.

Przyglądał się uważnie swojej bazgraninie i przepełniony rezygnacją westchnął. Rzucił zeszyt wraz z długopisem na siedzenie obok i z miną pełną zdegustowania wybrał z książki telefonicznej swojego telefonu komórkowego panią Lucynę

– Halo? – Zająknął się po chwili.

– Tak, słucham!

– Dzień dobry, całuję rączki szanownej szefowej – rzucił jednym tchem Donat.

– Ach to ty… – odpowiedział głos pełen rozczarowania.

– Tak, tak, to ja! Szefowo kochana, jest sprawa.

– No?

– Ostatnio coś mi wolniej idzie to pisanie i…

– Mój drogi – przerwała mu kategorycznie kobieta – jeśli dzwonisz do mnie, żeby mi znowu wciskać kit o tym, jak ci ciężko w życiu, jak ceny poszły w górę i tym podobne bzdury, a w związku z czym, jak niezbędna jest ci kolejna podwyżka, to pozwolę sobie na małe przypomnienie ci, że do tej pory nie oddałeś mi tekstu, o który prosiłam cię w zeszłym miesiącu!

Lucyna Karłowska, zwana pieszczotliwie przez podwładnych karlicą, redaktor naczelna jednego z ogólnopolskich brukowców, doskonale przygotowana była do odpierania wszelkich nieprzyzwoitych próśb o podwyżkę. Tak było i tym razem.

– No…, nie, nie to.

– Nie dzwonisz w sprawie pieniędzy? To po co? – Zapytała zaskoczona i nieco zbita z tropu.

– Coś nie mam weny…

– Tym gorzej dla ciebie!

– Szukam różnych bodźców, ale za cholerę nie mogę uchwycić problemu. To wszystko za mało, żeby napisać ten tekst i dlatego…

– Ten o przemocy i seksie? – Lucyna Karłowska uwielbiała przerywać. Czyniła to bez żadnych skrupułów, tak często, jak tylko nadarzała się okazja.

– Tak, ten właśnie.

– No cóż… – zamilkła przez chwilę, najpewniej zajęta czymś innym – jeśli nie oddasz mi go do jutra – zabrzmiała po chwili – to ściągam cię z rubryki problem miesiąca – ucięła tonem dalekim od serdeczności i współczucia.

Donat, wyłącznie dzięki dziwnemu zbiegowi okoliczności, szczęściu na które nie zasługiwał, niespodziewanie dużemu i niezaspokojonemu popytowi na dziennikarzy i wreszcie przedłużającej się w nieskończoność chorobie swojej redakcyjnej koleżanki, od pół roku szefował jednej z rubryk miesięcznika. Był zatem dziennikarzem-autorem i redaktorem w jednej osobie.

– Na jutro?! – Dopytał z przerażeniem w głosie.

– Chyba nie mam wady wymowy?

– Skąd! Nie pani!

– Mamy zatem ustalone. Czy mogę ci jeszcze w czymś pomóc?

– Tak, nie! To znaczy, miałem na myśli, że…

– Co ty bredzisz… Czy ty się nie wysypiasz?

– Chciałem tylko powiedzieć, że nie, już nie chcę zajmować pani więcej czasu i że tak – wyraźnie wypowiadał każde słowo – że wszystko jasne. I jeszcze, że tak, w takim sensie, że tekst będzie na jutro! – Dodał czym prędzej.

– Człowieku, ty się lepiej zabierz do pracy! – I tą radą urwała rozmowę.

– Babsko parszywe! – Rzucił Donat, kiedy usłyszał w słuchawce jedynie głuchy sygnał.

Wszystko wskazywało na to, że pozostało mu kilkanaście godzin na napisanie kilkustronicowego tekstu o tym, jak sporą dawką przemocy nasycony jest dzisiejszy seks małżeński.

„Najlepiej – pomyślał – byłoby przeprowadzić rozmowę z patologicznym małżeństwem, pełnym problemów i frustracji, które znajdują później ujście w łóżku. Ciotka Marianna byłaby idealna… Nigdy nie cieszyła się dobrą opinią w rodzinie. Podobno w łóżku nie dawała biednemu wujowi spokoju aż do jego śmierci, zmuszając poczciwca, urodzonego urzędnika administracji państwowej, do dzikich orgii, a podobno nawet do obrzucania się obelgami… Namiętna kobieta i gorący temperament. Choć urodą nie grzeszyła… No i kuzyn Tomasz, wielokrotnie i konsekwentnie powracający do jednego z krakowskich aresztów pod zarzutem maltretowania swojej chudej żony, której zarzucał przyprawianie mu rogów w czasie jego długich nieobecności w domu. Tyle tylko, że nie mam z nimi żadnego kontaktu. Bóg jedyny wie co się z nimi dzieje, czy w ogóle żyją. A ja nie mam czasu na ich odnajdywanie!”

Zastanowił się jeszcze chwilę i na myśl przyszedł mu jego najbliższy i najserdeczniejszy zarazem przyjaciel, Staszek, który już wielokrotnie, dobrą radą, ratował go z opresji.

– Bracie mój – wybełkotał szukając numeru do niego – w tobie cały ratunek!

– Tak, halo – zabrzmiał w telefonie niski głos mężczyzny.

– Staszek, to ja!

– Jaki ja?!

– Doniu!

– Nie mam czasu! Na razie!

– Poczekaj… – jego prośba na nic się zdała, bo mężczyzna rozłączył od razu, kiedy tylko zorientował się kto zaszczycił go rozmową.

Zdesperowany Donat nie miał innego wyjścia, jak tylko ponowić próbę.

– Halo? – W telefonie znowu pojawił się głos Staszka, wskazujący tym razem na stan dużego podenerwowania.

– Nie odkładaj tylko mój kochany, proszę – wystrzelił Donat – porozmawiajmy!

– My? A niby o czym? Może o Ani?!

Pił do Anny Naturkowskiej, młodej i pięknej narzeczonej Staszka. Byłej narzeczonej, od kiedy przyszły pan młody przyłapał niedoszłą pannę młodą w objęciach… Donia!

– Przyjacielu mój najdroższy, ty jeszcze o tej sprawie?  Wciąż masz do mnie pretensje?

– Stary, odwal się!

– Mam problem – przeszedł od razu do rzeczy.

– To sobie radź!

– I potrzebuję twojej pomocy, chyba masz serce i pomożesz swojemu…

– Komu?

– Mimo wszystko, pomimo tego całego nieporozumienia, swojemu przyjacielowi – odpowiedział niepewny reakcji kumpla.

– Na przyjaźń trzeba sobie zasłużyć – odpalił poirytowany Staszek.

– Dlatego proszę, żebyś dał mi szansę, ostatni raz! Bracie! Moje życie wisi na włosku!

Błagalny ton Donata, zapowiadający wybuch płaczu, zrobił swoje, bo Staszek westchnął ciężko i pozwolił opowiedzieć o co chodzi.

Kiedy Donat niezwłocznie to uczynił, ku swemu bezgranicznemu rozczarowaniu, jego były już przyjaciel, poradził mu, żeby wziął się do pracy, a najlepiej żeby udał się do pierwszego lepszego domu uciech, skoro pisze na taki a nie inny temat. Ale przede wszystkim, żeby dał mu święty spokój. Po czym, bez żadnego uprzedzenia, bez czułego pożegnania, czy wreszcie bez dodania człowiekowi w potrzebie najmniejszej choćby otuchy, rozłączył się.

– Z burdelu to ja właśnie wyszedłem – syknął Donat, niepocieszony tak marną pomocą. – Było elegancko, idealnie, za subtelnie…

Ale jego słowa spotkały się z głuchą ciszą po drugiej stronie aparatu.

„Do burdelu?!” – Zaświtało nagle w głowie.

I to była wskazówka! Udał się co prawda do domu uciech, ale był on zbyt ekskluzywny i cieszył się zbyt dobrą opinią, żeby ta wizyta zainspirowała go do napisania artykułu. W końcu czegóż mógł się spodziewać po miejscu, które polecił mu znajomy poseł, zajmujący się problematyką mediów, w aktualnie działającym rządzie. Przeliczył się sądząc, że ktoś na tak eksponowanym stanowisku wprowadziłby go w coś niebezpiecznego i niegodnego fotela przewodniczącego komisji do spraw mediów…

A Donat potrzebował seksu i przemocy w jednym. Łyka wody z potoku prawdziwego życia! Skoro jego fantazja nie była w stanie podpowiedzieć mu podobnego scenariusza to powinien był doświadczyć tego na własnej skórze.

Przekręcił czym prędzej kluczyk w stacyjce swojego samochodu i skierował się w stronę centrum miasta.

Po kilkunastu minutach czerwony Opel jechał wolno jedną z tych uliczek, które rzadko kiedy odwiedza się za dnia. Bo i po co, skoro nie mieściły się tu żadne biura rachunkowe, apteki, sklepy, kancelarie prawne, domy aukcyjne, czy wszelkiej innej maści miejsca pracy lub zamieszkania przyzwoitej części społeczeństwa. W takich miejscach życie rozkwita najprędzej wczesnym wieczorem i toczy się żwawym rytmem, okraszane niegodziwie sporą ilością alkoholu niemal do świtu. Jak to się mówi – do ostatniego gościa, do pierwszego promyka słońca, albo do czasu, aż w mury jednego z tych przybytków zawita pierwszy stróż prawa wyrwany bezczelnie z monotonii swego urzędowania.

W śród starych i bez wątpienia wymagających renowacji kamieniczek, przy nieśmiało zachodzącym lipcowym słońcu, na końcu wąziutkiej ulicy żarzył się bladym, różowym światłem neon hotelu Czarna Róża. Jak na tak podłą okolicę, jego front sprawiał wrażenie dość ekskluzywnego. Lecz było to tylko złudzenie. Już sam bowiem napis umieszczony na szyldzie poniżej neonu informował, że w miejscu tym, spragniony wędrowiec będzie mógł wynająć pokój na godzinę. Niby nic szczególnego, lecz pokój w tym przytulnym miejscu można było, a nawet było to wskazane, wynająć wraz z kobietą, która przez opłacony czas, pozostawała do wyłącznej dyspozycji klienta, zdarzało się, że płci obojga.

Wygląd tegoż przytułku rozkoszy znacznie odbiegał od klimatu i standardu  miejsca, które Donat miał przyjemność odwiedzić nieco wcześniej. Miejsce, w którym się znalazł trudno byłoby polecić z czystym sumieniem drugiemu bliźniemu pozostającemu w potrzebie. No chyba, że wrogowi…

Recepcję hoteliku stanowił niewielki holl, w którym tuż przy wejściu, usytuowany był mały pokoik z wybitym w ścianie oknem. W środku siedziała starsza kobieta, zapewne szefowa owego mikro przedsiębiorstwa. Pokoik wyposażony w turystyczny telewizor, łóżko polowe, stolik z czajnikiem elektrycznym oraz odbiornikiem radiowym pozwalał na spędzanie w nim długich godzin, bez potrzeby opuszczania go. Chyba, że za potrzebą. Jego ściany, podobnie jak ściany całego hollu pomalowane były białą farbą, odchodzącą gdzieniegdzie dużymi płatami i ozdobione do połowy wysokości niebieską lamperią, na powierzchni której skraplała się wilgoć pachnąca niepokojącą nutą pleśni i grzybów. Jednym słowem Donat wkroczył w świat dość obskurny, w którym pieniądz wyznaczał wszelkie zasady postępowania, a i przemoc musiała być na porządku dziennym. Co do tego ostatniego pewności nie brakowało. Wystarczyło mieć oczy szeroko otwarte i czasem spoglądać pod nogi. Wyblakła czerwona plama krwi, której ślady pozostawały na betonowej posadzce tuż przy wejściu była śladem brutalności, która odwiedziła mury tego miejsca przynajmniej raz.

„O tak – pomyślał zadowolony Donat – trafiłem idealnie! Że też nie wpadłem na to wcześniej!”

– Za mną pan idzie – rzuciła tymczasem kobieta, która jeszcze przed chwilą siedząc w swojej kanciapie, parzyła herbatę oglądając powtórkę koła fortuny.

Pieniądze, którymi Donat opłacił godzinne spotkanie z jej pracownicą, schowała do kieszeni swojej zielonkawej podomki, zdobionej gęsto kwiatami chabru i rumianku, co sprawiało, że wyglądała jak ruchoma łąka obsypana polnymi kwiatami w środku okresu ich kwitnienia.  Ruszyła przed siebie, a za nią posłusznie Donat. Bez zbędnych rozmów dotarli do właściwego pokoiku, przed drzwiami którego kobieta życzyła swojemu klientowi dobrej zabawy, poczym skierowała swoje kroki w kierunku znajdującej się w pobliżu toalety.

W pokoiku nie było nikogo. Donat chciał podnieść alarm i odnaleźć naciągaczkę, która złupiła go na sto pięćdziesiąt złotych, kiedy w drzwiach, doklejonej do pomieszczenia łazienki, wyrosła spod ziemi przyodziana jedynie w szlafrok postać. Półmrok, będący nie tyle skutkiem usilnych starań zapewnienia odpowiedniego klimatu, czy nastroju intymności, co bardziej wynikiem braku okna, przez które wpadałoby naturalne światło, rozpościerał intrygującą nutę tajemniczości, czyniąc z nieznajomej jeszcze większy obiekt pożądania. Porzucając wcześniejszą pozę zrobiła dwa kroki do przodu i usiadła ociężale na łóżku. Milczała. Autorem jedynego dźwięku, niewielkiego szelestu był zsuwający się z jej nagiego ramienia szlafrok. Po chwili, jej ciężki oddech, który stawał się coraz wyraźniejszy sygnalizował, albo posunięty do granic możliwości wiek prostytutki, albo zmęczenie wywołane dużym ruchem w interesie.

Warunki ku zażywaniu wszelkiej rozkoszy cielesnej, nawet w imię poświęcenia się na rzecz wykonywanego zawodu, nie wydawały się być sprzyjającymi. Cieknący kran, którego dźwięki spadających co pewien czas kropel wody dochodziły z łazienki, mokra od wilgoci wykładzina, czy pościel, która zdawała się być biała, tylko i wyłącznie dzięki obowiązkowemu zaciemnieniu jakie panowało w pokoju, wszystko to rozpraszało młodego dziennikarza na tyle, że zamiast dopełnić tego po co się tu znalazł, przeprosił grzecznie wymownie oznajmiając, że ma pilną potrzebę skorzystania z toalety.

– Odwieczny problem z nerkami – dorzucił cicho na swoje usprawiedliwienie.

Kobieta nie wyraziła sprzeciwu. Co więcej, wciąż trzymała język za zębami, co można by odczytać, jako brak zainteresowania osobą klienta.

Donat zamknął się w łazience, dokręcił kran i spoczął na desce klozetowej, którą wcześniej opuścił i nakrył ręcznikiem, dla zachowania wszelkich podstaw higieny oraz komfortu psychicznego. Oceniając sytuację w jakiej przyszło mu wykonać zadanie, zaczął się zastanawiać nad słusznością swojego postępowania oraz nad tym, czy aby w poszukiwaniu bodźców, tak potrzebnych mu do napisania rzeczonego tekstu, nie posunął się za daleko…

W pokoiku, gdzie zostawił kobietę cierpliwie czekającą na niego rozległ się tymczasem głuchy hałas…

„Tak, zdecydowanie oczekują ode mnie więcej niż powinienem im dać – zaczął się buntować – nie mogę posunąć się aż tak daleko – przekonywał siebie! – To co robię uwłacza godności ludzkiej… Nie, nie zrobię tego za tak marne pieniądze, które co miesiąc karlica przelewa mi na konto!”

Wyciągnął z kieszeni spodni telefon, wybrał ponownie numer swojej szefowej, ale ta nie odbierała. I to w takim momencie! Wtedy, kiedy on nabrał wystarczającej odwagi do negocjowania z nią podwyższenia swojego mizernego wynagrodzenia!

„Trudno! – Podjął decyzję, że nie może się tak nisko cenić i przespać się z zupełnie obcą kobietą (i to drugą w ciągu jednego dnia) za tak śmiesznie niską pensję. – Czas zawalczyć o swój szacunek! Pojadę do niej i wszystko jej wygarnę… To, że pracuję za psie pieniądze i to, że mnie nie szanuje! Nie odbiera nawet moich telefonów!”

Uwolnił strumień wody uwięziony w zawieszonej wysoko na ścianie spłuczce, żeby utwierdzić w przekonaniu oczekującą na stosunek z nim kobietę, że naprawdę skorzystał z toalety, otworzył drzwi i zastygł w bezruchu. Nieznajoma, z którą (gdyby nie jego wahania natury egzystencjalnej) uprawiałby teraz w najlepsze namiętny seks, leżała na zawilgoconej szarozielonej wykładzinie niczym kłoda drzewa, powalonego w lesie pod naporem silnego wiatru.

– Zemdlała! Tylko tego mi było trzeba! – Jęknął, widząc jej bezwładne ciało.

Kobieta leżała twarzą do podłogi, z jedną ręką schowaną pod łóżko, a drugą podwiniętą pod brzuch. Tym samym wyjaśniło się, skąd hałas sprzed kilku minut.

– Proszę pani! – Zapytał schylając się nad kobietą. – Czy wszystko w porządku?

Kolejne próby nakłonienia tajemniczej niewiasty do przyjęcia pozycji nie uwłaczającej godności istoty ludzkiej kończyły się porażką, w związku z czym, Donat ujął jej lewy bok i obrócił ciało tak, by ułożyć je na wznak. Przyjrzał się uważniej jej twarzy, choć nie było to zadanie proste. Panujący przecież w pokoju półmrok skutecznie utrudniał wszelką identyfikację. Miała dobre czterdzieści lat. A jeśli tak, to była starsza od niego o lat piętnaście. Chwilę nasłuchiwał czy oddycha, lecz na swoim policzku nie wyczuł najmniejszych ruchów powietrza. Szarpnął ciałem, a następnie złożył na jej mostku swoje dłonie, uciskając rytmicznie kilka razy. W sposób podobny do tego, w jaki uczono go na kursie pierwszej pomocy. Obowiązkowym. Udział w nim był warunkiem pracy w wydawnictwie, po wprowadzeniu bzdurnych, jak szemrano w biurze, przepisów z zakresu prawa pracy zaostrzających zasady bhp w miejscu pracy.

– Raz, dwa, trzy, cztery… Liczył na głos nie uciskając rytmicznie, ale z każdym kolejnym ruchem coraz mocniej wątpił w swoje możliwości. Otworzył usta i ryknął rozpaczliwie o pomoc, kiedy poczuł, że jego dłonie są lepkie i kleją się… Podbiegł do jarzeniówki zawieszonej w łazience nad lusterkiem i jej blade światło brutalnie potwierdziło jego obawy. To była krew!

– Cholerny świat – rzucił – przecież ona nie żyje!

Przed oczami przewinęły mu się sceny filmu, w którym mógł obejrzeć kolejne dni, tygodnie i miesiące swego życia. Sceny jednoznacznie niekorzystne z jego punktu widzenia. Zatrzymanie przez policję, skandal i szydercze śmiechy w pracy, szybki proces, na skutek ciężaru jednoznacznie świadczących o jego winie dowodów, triumf policyjnego detektywa, któremu wręczają premię finansową za schwytanie brutalnego mordercy i… więzienie. Pomieszczenie o dziesięciu metrach kwadratowych powierzchni, z dwoma pryczami otulonymi zapchlonymi kocami i oknem zawieszonym, niczym tani widoczek, wysoko ponad jego głową na ścianie. Obraz, na którym nie będzie niczego więcej poza skrawkiem błękitnego nieba, czasem tylko przechodzącym w szarość jesiennych i zimowych dni… I do tego policjant, z głupkowatym uśmiechem, chełpiący się w świetle kamer swoim zawodowym sukcesem. Z tego, że złapał jego, niewinnego, wciągniętego w szaleńczy zbieg okoliczności, prawego obywatela. Chyba to denerwowało go bardziej niż perspektywa więzienia.

Już pisał w myślach swoją mowę obronną, na okoliczność gdy pozwolą mu powiedzieć kilka słów na chwilę przed wydaniem wyroku – naturalnie skazującego wyroku. Powie o swoich dobrych stronach, o prawości, w jakiej zawsze żył (nikt chyba nie będzie pytał o konkretne przykłady), o tym jak dobrym jest obywatelem… Co prawda, nigdy nie brał udziału w wyborach, nie udzielał się społecznie, nie wspierał żadnych lokalnych inicjatyw, ale przynajmniej nie szkodził!

„Hm, może lepiej pominąć wątek prawego obywatela…” – zastanawiał się.

– Wszystko w porządku?! – Zagrzmiał głos starszej pani z kanciapy wyposażonej w polowe łóżko, okraszany intensywnym dobijaniem się do drzwi pokoju.

To wyrwało Donata z zamyśleń nad swoim marnym losem i zmobilizowało do szybkiego działania. Podbiegł do drzwi i przekręcił klucz zyskując kilka minut.

– Okno! – Zawył jak zwierzę zapędzone w ślepy zaułek. Tego jednak nie było, ani teraz, ani nigdy wcześniej.

Rozglądał się dookoła w ogarniającym go szaleństwie, licząc na łut szczęścia – trzęsienie ziemi, pożar budynku, atak z powietrza sił Talibów, albo czegokolwiek, pod osłoną czego mógłby dać nogę z tego parszywego hotelu.

– Otwierać, albo wzywam policję! – Krzyczała kobieta szarpiąc za klamkę.

Tym samym Donat zrozumiał swoje nędzne położenie. Jedyna możliwa droga ucieczki została zablokowana przez właścicielkę biznesu i wszystko wskazywało na to, że przy najmniejszej próbie ucieczki, głos wzywający pomocy, jaki zacząłby wydobywać się z jej gardzieli, postawiłby na nogi nie tylko całą ulicę, ale całe śródmieście, a nawet miasto. Znowu rozejrzał się po pokoju. Szafa, która zajmowała całą ścianę na wprost łóżka była pusta. Wisiało w niej jedynie kilka starych, metalowych wieszaków. Środek pokoju wypełniało łóżko, a na wiszącej nad nim półce uśmiechał się mały szklany słoń z trąbą zadartą ku górze, który zerkał na stojący obok, sporych rozmiarów tandetny wazon z brązowego szkła…

– Tak – rzekł Donat – to jedyne rozwiązanie…

Stanął za drzwiami i delikatnie przekręcił małym kluczem znajdującym się w zamku drzwi. W odpowiedzi, po ich drugiej stronie, zapadło milczenie. Dobijanie się do drzwi ustało. Kobieta nacisnęła klamkę. Powoli otworzyła drzwi, widać przepełnioną bezpodtsawną nieufnością. Sięgnęła ręką do włącznika, który znajdował się tuż obok, ale najwyraźniej żarówka zwisająca z sufitu była przepalona, bo światło nie rozjaśniło wnętrza.

– Halo?! – Powiedziała niepewnie, poczym zrobiła krok do przodu.

Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, z biciem serca, którego prędkość już dawno przekroczyła tę bezpieczną dla ludzkiego organizmu, Donat zamachnął się i z jękiem rozbił szklany wazon na głowie nadmiernie ciekawskiej kobiety. Ta runęła na ziemię, nie wydając z siebie jakiegokolwiek słowa protestu.

Przekonany, że właścicielka domu uciech podzieliła los swojej byłej pracownicy, leżącej z resztą tuż obok niej, a co gorsza, że sprawcą jej śmierci jest on sam, ruszył co sił w nogach w kierunku drzwi wyjściowych. Po chwili jednak zawrócił do pokoju, klęknął obok ciała starszej pani i zaczął przeszukiwać kieszenie jej kwiecistej podomki. Nie po to, rzecz jasna, żeby ograbić tę bezbronną przedstawicielkę płci pięknej. Wykonanie takiego ruchu podpowiadał mu dziennikarski bakcyl, którego złapał pracując w redakcji. Zawsze lepiej wiedzieć więcej o ludziach, z którymi ma się do czynienia. Drżącymi rękami przeszukiwał konsekwentnie wszystkie kieszenie, jakie udało mu się znaleźć. Paczka niedrogich papierosów, żółta zapalniczka, telefon komórkowy, dwa miętusy – zdecydowanie nie nadające się do spożycia, pomięty paragon ze sklepu spożywczego i sto pięćdziesiąt złotych w dwóch banknotach. Nic! Nie znalazł niczego, co zwróciłoby jego uwagę, niczego interesującego. Zabrał jedynie telefon komórkowy, żeby przejrzeć w spokoju, z dala od tego miejsca ostatnie połączenia oraz pieniądze. Widział przecież, jak chowała je do kieszeni kiedy płacił za pokój. Były to jego pieniądze. A że usługa nie została wykonana, to uznał, że uczciwym będzie odebrać co swoje. Przez chwilę pomyślał nawet o złożeniu reklamacji i żądaniu zadość uczynienia nieprzyjemnym przeżyciom, jakie spotkały go w tym miejscu, ale po chwili wahania uznał, że w zaistniałej sytuacji zamiast walczyć o swoje, powinien pomyśleć o ratowaniu własnej skóry.

Ruszając spod hotelu zastanawiał się, dokąd powinien się udać. Schować się przed światem w swoim mieszkaniu? Ale czy nie tam policja skieruje swoje pierwsze kroki w śledztwie, które lada chwila ruszy z impetem? Do redakcji, prosić o pomoc szefową?

„Ma dojścia do ważnych i znanych w świecie polityki oraz biznesu ludzi, więc może zechce mi pomóc – analizował sytuację Donat. – Tylko że nie trudno będzie zidentyfikować wymiarowi sprawiedliwości miejsce mojego zatrudnienia!”

Opuszczając uliczkę, przy której dokonano właśnie podwójnego morderstwa, przycisnął pedał gazu i skierował się na południe miasta.

Willa Karłowskich mieściła się w eleganckiej dzielnicy, takiej, którą zamieszkują ludzie z pierwszych stron gazet. Politycy, ludzie interesu i gwiazdy szklanego ekranu. Miejsce, w które zwykli zjadacze chleba się nie zapuszczają.

Samochód Donata zatrzymał się nieopodal eleganckiego trzypiętrowego budynku. Jego fasadę stanowiła tafla białej ściany, przez środek której w linii prostej pięły się ku górze małe okrągłe okienka, najpewniej rozświetlające za dnia naturalnym światłem klatkę schodową domu. Cały teren wokół niego gęsto porastały doskonale przycięte i utrzymane krzewy i drzewka zapędzone przez ogrodnika za linię wysokiego ogrodzenia.

Nie zastanawiając się długo, Donat wybrał numer telefonu przypisany do szefowej i czekał na połączenie.

– Słucham? – Odezwał się głos kobiety.

Radość i nadzieja, jakie bezgranicznie zalały jego serce na ten dźwięk, brzmienie głosu jego przyszłej wybawicielki, sprawiły, że pierwszy raz od czasu kiedy ją poznał, wyczuł istniejącą między nimi więź. Serdeczność i zrozumienie. Relację trudną do opisania, być może nawet niezrozumiałą dla osób trzecich. Pracowali razem od roku, zajmowali często odmienne stanowiska, różnili się w opiniach, ale jednak zdążyli się poznać. To dawało podstawy do wiary, że ta oto kobieta, niesłusznie nazywana przez podwładnych karlicą, ma wielkie serce, które za moment zechce mu okazać.

– Dobry wieczór szefowo, to ja, Donat!

– Nie teraz Donat! – Burknęła. – Mam gości! Porozmawiamy jutro w wydawnictwie!

Rozłączyła się.

– Cholera jasna! Goście nie są ważniejsi od mojego życia – syknął przepełniony złością. Wyszedł z samochodu i wiedziony potrzebą rozmowy ze swoją pracodawczynią, podszedł do ogrodzenia posesji.

Skoro nie chciała z nim rozmawiać przez telefon i poświęcić mu nawet minuty swojego czasu uznał, że dzwonienie domofonem nie ma sensu, bo zostanie równie szybko odprawiony z kwitkiem. A czasu miał coraz mniej. Jego życie lada moment miało skończyć się w kilkuosobowej, ciasnej celi, którą dzieliłby z typami spod ciemnej gwiazdy w jednym z zakładów karnych gęsto rozsianych po kraju. Za grosz nie ufając polskiemu systemowi penitencjarnemu, nie chciał nawet myśleć, jakie skutki dla jego psychiki mógłby mieć pobyt w takim miejscu.

Tak czy inaczej przekroczenie ogrodzenia willi głównym wejściem wydawało się niemożliwe.

Rozejrzał się dookoła i jego wzrok przykuła luka w ogrodzeniu, która kilka metrów dalej nakryta była daszkiem. Nie było to nic innego, jak tylko miejsce wymiany pojemników wypełnionych śmieciami na puste. Skierował się w tamtą stronę, przeszedł po dwóch metalowych pojemnikach i chwilę później był już po drugiej stronie płotu.

Poruszając się zygzakiem, od jednego pnia wysokiej jodły, do drugiego pnia należącego do tego samego gatunku, dotarł na tyły posesji, gdzie na rozległym tarasie, otwierającym swe ramiona na piękny ogród z podświetloną fontanną po środku, państwo Karłowscy podejmowali swych gości przysmakami prosto z ogrodowego grilla, przypominającego bardziej wielki ceglany piec, aniżeli małe i poręczne urządzenia, z jakich nagminnie korzysta się w okresie letnim na gęsto usianych podmiejskich ogródkach działkowych.

Przyjęcie wydawało się być kameralne – zaledwie dwadzieścia sześć osób (jak zdążył się doliczyć), dwa długie, stojące równolegle do siebie stoły i kilku kelnerów, którzy poruszali się pomiędzy nimi całkiem żwawo. Donat podkradł się do murku ozdobionego donicami z białymi różami i wkładając głowę pomiędzy nie szukał wśród gości łaskawej pracodawczyni. Ludzie rozmawiali, przemieszczali się z tarasu do części ogrodowej i na odwrót, a grill dymił leniwie, w rytm dźwięków muzyki poważnej.

Czas upływał, a skoro nieszczęśnikowi ściganemu przez całe hordy mundurowych, tego akurat brakowało jak wody na pustyni, postanowił działać. Wyjął z kieszeni marynarki niewielki notes i długopisem skreślił na nim kilka eleganckich słów odpowiadających, w jego mniemaniu, uroczystej chwili, jaka trwała w tym ogrodowym raju:

Szanowna Pani,

bardzo proszę udać się czym prędzej do furtki pięknej Państwa posesji.

Czekam! Sprawa życia i śmierci!!

Następnie złożył równo liścik i z wyprostowanymi plecami, niepostrzeżenie wtopił się w tłum błądzących po ogrodzie szacownych gości. Nie chcąc się wyróżniać spośród nich, chwycił lampkę białego wina, którą ktoś  nieopatrznie porzucił na posągu półnagiej kobiety i odpowiadał skinieniem głowy, kiedy ktoś witał go z uśmiechem. Widząc syto zastawione stoły skusił się na kilka smakołyków oraz winogrona, których garść schował do kieszeni.

– Może jeszcze wina? – Zapytał kelner, który przechodził obok z tacą pełną kieliszków tego czerwonego trunku.

– Z chęcią, dziękuję – odpowiedział z pełnymi ustami, na co kelner zareagował jedynie skinięciem głowy.

– Chwileczkę! – Zawahał się przez chwilę Donat. – Nie widzę nigdzie szanownej gospodyni, czy jest tu z nami?

– Tak, oczywiście. Z tego co wiem…, to na górze – kelner wskazał palcem oświetlone pokoje piętra budynku.

– Rozumiem! Miałbym jednak prośbę – Donat chwycił młodego mężczyznę za mankiet i przyciągnął bliżej siebie – czy byłby pan tak miły i dostarczył ten list do rąk pani Karłowskiej?

– Naturalnie!

– Ona czeka na tą wiadomość, a ja obiecałem uczynić co w mojej mocy, żeby ją jeszcze tego wieczoru dostarczyć.

– Dobrze proszę pana – odpowiedział posłusznie kelner, chętny do pomocy – oddam do rąk własnych.

– Jest pan bardzo miły, dziękuję!

Kiedy tylko kelner zniknął w drzwiach willi, Donat chwycił ze stołu dwie mandarynki i powoli, niezauważony przez nikogo, znikł w ciemnościach ogrodu, które z godziny na godzinę stawały się dojrzałą, ciepłą, lipcową nocą.

Najwyraźniej zaniepokojona treścią listu oraz opowieścią kelnera o bezimiennym gościu, który pojawił się na przyjęciu, Karłowska czym prędzej zeszła na dół. Sądząc, że czeka ją spotkanie z jednym z jej tajemniczych informatorów, którzy z gorliwością i odpłatnie dzielili się z nią od czasu do czasu wszelkimi newsami i plotkami ze świata polityki i show biznesu, zapewniając kierowanemu przez nią pismu bycie liderem sprzedaży wśród tygodników poradnikowych, bez wahania porzuciła rolę gospodyni przyjęcia i pani domu, by na moment znowu stać się szefową pisma i dziennikarką. Nigdy przecież niewiadomo z czym tym razem ktoś do niej przychodzi i z jak wielką sensacją będzie miała do czynienia!

Lipcowy wieczór okrywał okolicę kojącym spokojem. Przydrożne latarnie rzucały delikatne światło na przedzielającą osiedle na pół ulicę, a tam gdzie nie sięgał ich blask, królował niepodzielnie mrok. W jednym z takich ciemnych miejsc, tuż przy ogrodzeniu domu Karłowskich, poruszała się niespokojnie, zupełnie nie pasując do scenerii podmiejskiego letniego wieczoru, postać zrozpaczonego Donata. Czekając na spotkanie układał w głowie zdanie po zdaniu, które miały przekonać pracodawczynię, o konieczności wyciągnięcia do niego pomocnej dłoni. Miał zamiar żądać, by Karłowska przeprowadziła dziennikarskie śledztwo, które wskazałoby prawdziwego zabójcę prostytutki, jak również liczył, że ukryje go w bezpiecznym miejscu na czas policyjnej zawieruchy. Tak, zaplanował jej życie na kilka następnych tygodni, jeśli nie miesięcy. Trudniej było mu tylko znaleźć argumenty, które skłoniłyby ją do tego wszystkiego. Że jest dobrym i wartościowym pracownikiem? Choć jego wysoka samoocena nie pozwalała mu sądzić inaczej, to jednak obawiał się, czy aby na pewno karlica zechce podzielać jego entuzjazm w tej materii. Że rokuje? Niewątpliwie! Tylko czy ona w to uwierzy! Głowa Donia, pracująca od niepamiętnych czasów na tak wysokich obrotach, z trudem znajdowała właściwe słowa do rozmowy, do której miało dojść lada moment.

„A może – pomyślał wreszcie – pogram na zwykłych ludzkich uczuciach? Może widząc człowieka w opałach, niesłusznie zaszczutego przez policję, zechce mi zwyczajnie pomóc? W końcu jest kobietą! Musi mieć jakąś wrażliwość!”

– Pan do mnie? – Rzucił znienacka głos postaci, osnutej podobnie jak Donat, tajemniczością mroku. – Karłowska jestem!

Donat jedynie, zastanawiając się od czego zacząć.

– Może pan mówić wszystko co wie – zachęcała – i proszę pamiętać, że pozostanie to wyłącznie między nami. A zatem, z czym pan przychodzi?

Kiedy zrobiła krok do przodu i chcąc zachęcić nowego informatora do rozmowy wyciągnęła dłoń na przywitanie, blask latarni stojącej nieopodal, oblał mętnym światłem jej twarz. Twarz pełną zrozumienia, ciepła i nieodpartej chęci poznania tajemnicy, z którą przybył do niej nieznajomy. A takiego jej oblicza Donat jeszcze nie znał.

– Szefowo, to ja! Donat! – Odpowiedział drżącym głosem i najchętniej od razu rzuciłby się w jej kobiece ramiona, gdyby nie słowa, które usłyszał i szybko zmieniające się okoliczności, które nieco pohamowały jego wylewność.

– To ty?! Coś ty człowieku, do reszty oszalał?!

Rozczarowanie jakie towarzyszyło tym pytaniom dało się wyczuć na kilometr. Z resztą, ona tego wcale nie ukrywała.

– To ty napisałeś liścik?

– No ja, ja… Bo znalazłem się w trudnej, to znaczy piekielnie trudnej sytuacji!

– A co mnie to obchodzi? I dlatego mnie wyciągasz z domu wieczorem? Z przyjęcia?

– Przepraszam, ale nie miałem wyjścia – tłumaczył – mam na karku policję i tylko pani może mi pomóc?

– Policję? – W pytaniu kobiety czuć było budzącą się do życia nutę zainteresowania. – Coś ty znowu zmajstrował?

– To długa historia – rozejrzał się dookoła, żeby upewnić się, że wciąż są sami – ale zacznę od tego, że ścigają mnie za morderstwo!

– Rany boskie! – Karłowska złożyła ręce jak do pacierza, choć powszechnie wiadomym było, że nie wierzy w nic innego poza swoimi zdolnościami i siłą pieniądza!

– Tak! Pani sobie nawet nie wyobraża w co mnie wciągnęli!

– Kto?

– Jakaś mafia pewnie!

– Ale co do tego ma morderstwo? – Zdawało się, że lotny umysł kobiety, nie radził sobie chwilowo z takim napływem informacji.

– Ktoś zabił prostytutkę…

– Gdzie?

– W hotelu, w którym ja byłem…

– Prostytutkę? No chyba nie pierwszą – odparła rozczarowana. – No i co ty masz z tym wspólnego?

– Policja myśli, że to ja…

– Niby dlaczego?

– Bo byłem w tym samym pokoju i to w czasie, w którym się to stało!

– Poczekaj, poczekaj, poczekaj… Czy ty próbujesz mi powiedzieć, że byłeś z jakąś dziwką w hotelu, którą na twoich oczach zamordowano?

Jej umiejętność nazywania rzeczy po imieniu zawsze go fascynowała!

– Tak! To znaczy niezupełnie tak, bo ja wtedy byłem w toalecie, kiedy ktoś ją kropnął, no a poza tym, miedzy nami… wie pani…

– Nie, nie wiem…

– No, że my…, nie spaliśmy ze sobą!

– To skąd się tam wziąłeś? Chciałeś z nią przeprowadzić wywiad w łóżku?

– Właśnie! Tak jakby… – Donat poczuł, a jego intuicja rzadko kiedy go zawodziła, że karlica zrozumiała go w mig, że w ogóle rozumieją się bez słów i że pomoc przyjdzie szybciej, niż mógłby się tego spodziewać!

– Posłuchaj gówniarzu! – Wypaliła tymczasem ona. – Pracuję w zawodzie już niemal dwadzieścia lat!

Donat zdębiał!

– Przetrwałam wszelkie zmiany polityczne, jakie nękały nasz biedny kraj w tym czasie, nie ugięłam się pod żadnymi naciskami, jakie na mnie wywierały różne siły i teraz będzie podobnie!

– Ale…

– Milcz! Nie skończyłam jeszcze! Nie wiem w co ty grasz i kto za Tobą stoi, ale wiedz jedno, mnie w nic nie umoczysz smarkaczu! A jeśli to o czym mówisz jest prawdą, to ja tym bardziej w to nie wchodzę. W dupie mam twoje problemy! Czas dorosnąć i być świadomym, że w życiu radzimy sobie sami!

– Kiedy ja tego nie zrobiłem! To był zbieg okoliczności!

– Na razie nie pokazuj się w wydawnictwie, przynajmniej do czasu, kiedy sprawa się nie wyjaśni, bo… w zasadzie już tam nie pracujesz!

Włożyła mu do ręki pomięty liścik jego autorstwa, odwróciła się i zniknęła w ciemnościach równie szybko, jak się wcześniej pojawiła!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *