Film, który zachwyca, a nie powinien

7298410.3Uznawany w wielu plebiscytach za film najlepszy, najbardziej poruszający, najciekawszy, naj, naj, naj… Wysoko oceniany tak przez widzów, jak i przez krytyków. Pomimo nieco ponad 10-letniej jego obecności w kulturze, zdołał już stać się obrazem kultowym. Mowa o przesyconym brutalnością filmie Davida Finchera „Fight Club”.

Współcześnie zarzuca się popkulturze epatowanie brutalnością, wylewanie na ekran hektolitrów krwi, przekraczanie coraz to kolejnych granic. I chyba zarzuty te mają sens, roi się bowiem od filmów klasy B, które mają na celu nic innego jak pokazanie jak największej ilości cierpienia, wnętrzności i wyrafinowanych tortur.

Bywają jednak produkcje, gdzie ta brutalność nie razi, a zachwyca. Zachwyca, mimo że jest pokazana dosłownie i w zbliżeniu. Tak zachwycała „Mechaniczna Pomarańcza” Kubricka, podobnie „Od zmierzchu do świtu” Tarantino. Tak samo zachwyca „Fight Club”. Historia w filmie jest mocno wyidealizowana (lub naiwna, jak zapewne niektórzy puryści by ją nazwali): oto mamy romantycznego szaleńca, który walczy w brutalny sposób z otaczającym go światem. Stara się przy tym kryć przed samym sobą – wszak cierpi na rozdwojenie jaźni. Do tego wiąże się z równie szaloną, ekstatyczno-depresyjną kobietą. Na okrasę wybuchy, walki uliczne, takiż język oraz krew, krew, krew.

Co zatem sprawia, że ostatnia scena filmu zachwyca, jak mało która, że to epatowanie najniższymi instynktami nie razi, a pociąga? Nie wiem. I chyba w tym tkwi istota i magia kina: oczarować wbrew wszystkiemu.

Rafał Natzke- Kruszyński

0 thoughts on “Film, który zachwyca, a nie powinien

  1. Z zasady nie odpowiadam na komentarze do własnych tekstów, bowiem każde spostrzeżenie czytelnika jest z definicji trafne i moje tłumaczenia są z góry skazane na niepowodzenie…

    Tym razem jednak zrobię wyjątek.

    Otóż po pierwsze – nie jest to recenzja, a jedynie swojego rodzaju refleksja nad pewnym zjawiskiem w kinematografii. Fight Club został tutaj w pewnym sensie użyty dla zaprezentowania pewnego (udanego zresztą) nurtu filmowego. Przywoływałem też inne tytuły, ich plakat mógłby spokojnie pojawić się obok Fight Clubu. Stąd też nie należy traktować tego krótkiego tekstu jako spoilera, a nie daj Boże recenzji, filmu Finchera – jest on czymś w rodzaju „ogólnej refleksji o filmie”.

    Oczywiście nie było moim zamiarem psucie komukolwiek seansu tegoż filmu. Myślę, że publicysta ma prawo wykorzystywać wszelkie wątki kulturowe – na tej samej zasadzie, jak wszelkie „analizy i interpretacje” skazane są na porażkę, gdy analizujemy utwór wybiórczo i pozakontekstowo. A takim byłoby analizowanie filmu w oderwaniu od jego zakończenia.

    Niemniej, jeżeli jednak ktokolwiek uznał, że mój tekst jest napisany źle i nadużywa formuły przywołanego spoilera (swoja drogą fatalne słowo, nie ma polskiego odpowiednika?) – to bardzo mi przykro.

    Jednak podtrzymuje, że mój tekst nie jest recenzją i jak każdy inny artykuł ma prawo (a wręcz obowiązek!) korzystania ze wszystkich dostępnych wątków kulturowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *