Zielony motyl – część 2

Była niemal północ, kiedy Donat podjechał samochodem pod swoje mieszkanie. Zaparkował po drugiej stronie ulicy, ale nie wysiadł. Wyjrzał tylko przez szybę, chcąc się upewnić, czy w jego mieszkaniu nie pali się światło. Gorączkowo zastanawiał się co począć. Najchętniej wjechałby na górę, wziął gorącą kąpiel i zasnął na kanapie, zapominając o nieszczęściach, jakie przydarzyły mu się w ciągu mijającego dnia. Podejrzewał jednak, że natychmiast po przekroczeniu progu swojego mieszkania, nagle – jak to pokazują w filmach kryminalnych – ze wszystkich jego ciemnych zakamarków wynurzyliby się błyskawicznie policjanci w kominiarkach, rzuciliby go na podłogę, skuli i odwieźli do miejsca wiecznego spoczynku za życia, czyli więzienia!

Ani myślał ryzykować. Zanurzył się w fotel kierowcy swojego starego Opla i oczekiwał na rozwój sytuacji. Mijały kwadranse, ale dookoła nie działo się nic podejrzanego. Nic, co miałoby związek z jego osobą. Bezimienny menel obsikał pobliskie drzewo, które z resztą później zaczął przytulać, nazywając je czule Mariolką! Dwa psy szczekając zajadle rzuciły się w pogoń za brudnym kotem dachowcem, który w obliczu śmiertelnego zagrożenia ewakuował się po rynnie na parapet trzeciego piętra jednego z osiedlowych bloków. I jeszcze karetka pogotowia. Przyjechała na sygnale po sąsiada Donata, emerytowanego nauczyciela, mieszkającego tuż nad nim. Właściwie to był skłonny uznać go za poczciwego staruszka, gdyby nie fakt, że regularnie narzucał się obfitym podlewaniem różowych pelargonii, którymi obsadził niemal cały swój balkon.

„Stary pierdziel – myślał Donat – że też nie wpadł na to, że mnie ciągle zalewał!”

– Nic się nie dzieje… – mruczał pod nosem, obserwując całe zajście.

Sięgnął za siedzenie pasażera po koc, który woził tam od czasu, kiedy z Anią, wspomnianą już, niedoszłą żoną przyjaciela Staszka, pewnego razu wybrał się na piknik… Teraz koc spadł mu z nieba. Opatulił się nim po same oczy, zrobiło mu się cieplej i zasnął.

W środku nocy rozdzwonił się telefon. Donat wyrwany z w miarę spokojnego snu patrzył na wyświetlacz trzymanego w dłoni aparatu, zastanawiając się, czy powinien go odebrać. Może nie wahałby się, gdyby w ręku trzymał swoją komórkę, ale ta należała do właścicielki Czarnej Róży! Tej samej, którą kilka godzin wcześniej własnoręcznie zabił wazonem z brązowego szkła.

Całkiem zapomniał, że miał ją przy sobie. Tyle się działo tego popołudnia. W końcu wcisnął przycisk z zieloną słuchawką…

– Halo – odezwał się po drugiej stronie głos mężczyzny – to ty smyku?

Donat trzymał język za zębami.

– Posłuchaj gnoju! Dorwę cię, a wtedy obiecuję, że znajdą cię w Wiśle w plastikowym worku! Nic nie musisz robić, tylko czekaj na mnie! Jesteś?!

Przestraszony rozłączył się czym prędzej. Niski głos nieznajomego i jego słowa spowodowały, że zaczął wiercić się w fotelu i rozglądać dookoła. Musiał upewnić się, że nie jest obserwowany. Przez jego głowę przechodziła nawałnica myśli, kiedy analizował każde słowo mężczyzny. Tak czy inaczej pewne było, że przez przypadek stał się celem podejrzanych banditos. A świadomość wkroczenia w przestępczy świat miasta wcale nie dodawała mu otuchy. Oczami wyobraźni widział siebie, a raczej swoje zwłoki, wrzucane w plastikowym worku do rzeki! Na samą myśl włosy najeżyły mu się na całym ciele, a plecy oblał zimny dreszcz…

Przenikliwy chłód połączony z wilgocią skraplającą się na szybach samochodu były jedyną pozostałością po ustępującej powoli nocy. Dniało. Warkot silnika samochodu dostawczego, który podjechał do pobliskiego sklepiku spożywczego z poranną porcją świeżego pieczywa postawił Donata na równe nogi i przypomniał mu o głodzie. Ziewnął i przetarł przednią szybę samochodu, żeby poprawić sobie widoczność. Ze spokojem stwierdził, że żyje, ma się dobrze, a co najważniejsze, że jest na swoim parkingu, pod domem, w którym mieszka. Nie w więzieniu. Przez całą noc męczył go sen, z głosem mężczyzny w roli głównej. Tym samym, który usłyszał w telefonie. Dudniło mu w głowie słowo po słowie i dopiero przebudzenie przyniosło ulgę. Przetarł oczy i przekręcił kluczyk w stacyjce.

Jedzenie śniadania na mieście nie było dla Donia niczym nadzwyczajnym, żadnym wybiciem z rytmu, z codziennej rutyny, najmniejszą choćby zmianą diety. Nie było, bo jego zdolności kulinarne ograniczały się do przyrządzania przepysznego soku z pomarańczy, który robił…, ze soku z pomarańczy. Przelanie go z kartonika do szklanki było bowiem jedyną czynnością, jaką wykonywał w kuchni. Reszta dalece przekraczała jego umiejętności, w związku z czym zmuszony był do korzystania z wszelkiej maści lokali specjalizujących się w karmieniu ludzi odpłatnie.

Spożycie śniadania w restauracji było zatem stałym elementem każdego dnia i tym razem zjadłby je z równie dużym apetytem, gdyby nie dręcząca go świadomość bycia poszukiwanym. Unikający spotkania z policją i wygnany ze swojego mieszkania, zapragnął właśnie tam zjeść posiłek, co więcej, przyrządzić go własnoręcznie, w kuchni, którą bądź co bądź posiadał…

– Czy mogę? – Zapytała grzecznie miła, młoda kelnerka, która pojawiła się niepostrzeżenie obok stolika Donia.

– Oczywiście, proszę – powiedział zerkając na duży talerz, który trzymała w ręku.

Kobieta odpowiedziała uśmiechem, postawiła biały talerz z trzema zwiniętymi naleśnikami z serem przystrojonymi dwoma truskawkami oraz trzema listkami mięty i na odchodne życzyła smacznego!

Zapach świeżo usmażonych naleśników, sera i truskawek, roznosił się słodką nutą nad stolikiem, a aromat mięty pobudzał dodatkowo apetyt. Mimo to Doniu patrzył na te pyszności i długo musiał się zachęcać do ich skosztowania. Zmęczony, daleki od świeżości, pogrążony w rozmyślaniach o swojej przyszłości, bardziej od jedzenia potrzebował czyichś ramion, rozmowy i wsparcia. Niewiadomo dlaczego, na myśl przyszła mu Aleksandra, przyjaciółka z czasów studiów. Dziewczyna, która zdała za niego kilka egzaminów i dzięki której w ogóle był w stanie ukończyć studia. Jak to w życiu bywa intensywny kontakt między nimi urwał się z chwilą odebrania dyplomów magisterskich. Zakochana w nim po uszy Aleksandra widziała go wówczas po raz ostatni. Później z osobą, choć pilną w nauce i inteligentną, ale kompletnie nie radzącą sobie w dorosłym życiu, nie było Donatowi po drodze.

Na myśl o niej uśmiechnął się, przypominając sobie przyjemne chwile, które wspólnie przeżyli. Wzajemne zwierzenia podczas niekończących się rozmów.

– Nie smakuje? – Zapytała ta sama młoda kelnerka, wyraźnie zatroskana absencją klienta.

– Nie, skądże! Bardzo dobre, wyśmienite!

– To cieszę się – rzuciła i zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.

On tymczasem wyciągnął telefon komórkowy.

– Cześć Aleksandra! – Powiedział, kiedy kobieta odebrała połączenie. – Tu Donat!

– Ola. – Poprawiła, jak miała to czynić w swoim zwyczaju, nieco ospale. – Po prostu.

– Jasne! Co u ciebie Olu? Jak życie?

Odpowiedź na podobne pytania mogła być tylko jedna i równie mało precyzyjna.

– Super! Dzięki. Umieram ze szczęścia – rzuciła od niechcenia, jakby tylko po to, żeby czym prędzej odprawić swojego byłego już kolegę z kwitkiem.

– Przeszkadzam? – Zaryzykował pytaniem.

Ale ona nie odpowiedziała. Chrząknęła jedynie, a może nawet odkaszlnęła coś co zalegało jej górne drogi oddechowe i spytała z czym dzwoni.

– To świetnie, że nie zawracam głowy! Słuchaj, dzwonię, żeby zaprosić cię na kawę.

– Kawę? – Upewniła się zaskoczona.

– Tak! Ty i ja!

– Czemu nie – zawahała się – możemy się jakoś umówić, mieszkam pod Warszawą, więc może kiedyś jakoś uda nam się spotkać… – dodała niezobowiązująco.

– A teraz?

– Co teraz?

– Co teraz porabiasz?

– Mam kilka spraw do załatwienia…

– W Warszawie?

– Tak, jestem w centrum…

– To świetnie składa! – Krzyknął podekscytowany. – Może się spotkamy?

– Dziś?

– Za dwadzieścia minut? W tej knajpce co kiedyś, na Placu Zbawiciela?

Ola znowu odchrząknęła, albo odkaszlnęła, co słysząc Donat skrzywił się z niesmakiem.

– Właściwie… Mogłabym podjechać… – odparła po chwili zupełnie zbita z tropu nieoczekiwanym zaproszeniem.

– To widzimy się za dwadzieścia minut!

– Tak, ale uprzedzam, że mam tylko chwilę.

– Co ci zamówić? – Dopytał, ale nie tyle z grzeczności, co bardziej chęci zobligowania jej do pojawienia się na pewno i w dodatku punktualnie.

– Wiesz co…, nie mam pojęcia na co będę miała ochotę – obruszyła się – zdecyduję jak już będę.

– Naturalnie! Do zobaczenia w takim razie za…, siedemnaście minut!

– Tak, do zobaczenia!

W drzwiach Szybkiej Cafe, bo tak nazywała się kawiarnia, w której byli umówieni, Aleksandra pojawiła się dobre pół godziny po czasie. Czekając na nią, Donat wyrzucał sobie, że niepotrzebnie traci czas na kogoś równie nieodpowiedzialnego i niesłownego, ale przecież pilnie potrzebował pomocy i dachu nad głową. A że osób chętnych do pomocy było jak na lekarstwo…, właściwie nikogo, to i wymagania w stosunku do kogokolwiek dającego mu choćby odrobinę nadziei zdecydowanie złagodniały, a wszelkie ewentualne pretensje i wyrzuty, które w innej sytuacji czyniłby pod adresem spóźnialskiego, natychmiast poszły w niepamięć.

– Witaj Olu! – Podskoczył na widok kobiety o dużych, brązowych oczach i grubym warkoczu splecionym ze zdrowych czarnych włosów.

– Cześć – odparła dość chłodno kobieta, co odebrał jako przejaw wciąż chowanej do siebie urazy. Żalu za to, że kilka lat wcześniej porzucił ją, dla bardziej pociągającego go świata.

Była piękną kobietą, o wyrazistych rysach twarzy, nieco tylko zmienionych pod wpływem dręczącej jej ciało nadwagi. Usiadła naprzeciw niego, a jej czarny, wyciągnięty sweter i długa, po kostki, brązowa spódnica szczelnie zasłoniły krzesło, na którym spoczęło jej tęgie ciało.

W oczach byłego przyjaciela z czasów studenckich rysował się oto obraz kobiety zapuszczonej i niezmiennie nieporadnej.

– Świetnie wyglądasz – rzucił dla ocieplenia atmosfery, szczerząc zęby, ale też po części uradowany widokiem starej znajomej.

– Żarty wciąż te same – odparła obojętnie.

– Na co masz ochotę – zmienił szybko temat – kawa, jakieś ciastko? Zamówię ci…

– To może dużą kawę z mlekiem i bitą śmietaną poproszę – rzekła spokojnie, zdecydowanie nie podzielając niczym nieuzasadnionej euforii kolegi – i do tego może… – zajrzała do leżącego przed nią na stoliku menu – szarlotkę z lodami!

Donat nie czekając na dodatkowe wskazówki udał się złożyć zamówienie, a kiedy wrócił Aleksandra siedziała już spowita gęstym dymem perfumowanego zapachem mięty papierosa.

– Nie przeszkadza ci, że palę? – To była jedyna grzeczność, na jaką było ją jeszcze stać wobec niego.

– Ależ skąd – skłamał z nie schodzącym uśmiechem na twarzy – w ogóle mi to nie przeszkadza! Pal spokojnie!

– Czemu chciałeś się spotkać?

Aleksandra, choć typ żółwia – powolna, ospała i żyjąca trudnym do zrozumienia, jak na czasy dzikiego pędu za pieniądzem, rytmem, była jednocześnie istotą niezwykle błyskotliwą i inteligentną.

– Już jakiś czas temu miałem to zrobić…

– Ale ci nie wyszło – pozwoliła sobie na uszczypliwość.

– Tak, wiesz jak to w życiu, człowiek goni za pracą.

– Tak, czasem goni, czasem ucieka… No i dogoniłeś?

Donat zignorował jej uwagę i pytanie. Ani myślał się tłumaczyć ze swojej ucieczki przed laty, ani tym bardziej odpłacać jej podobnymi uszczypliwościami, nie tym razem. Nie w obliczu tak rozpaczliwej sytuacji, w jakiej się znalazł.

– Właśnie – zanurzył usta w kawie, której smak i aromat wzbogacono syropem pomarańczowym – pędzimy i zapominamy o tym co najważniejsze!

– A co takiego jest najważniejsze?

– Jak to co? – Czuł, że pytanie kobiety jest podchwytliwe.

– Ciebie pytam – rzuciła mu przenikliwe spojrzenie.

– Wiele jest takich rzeczy… Dla przykładu, drugi człowiek.

Aleksandra pokiwała głową, co jak sądził, było wyrazem aprobaty tego co powiedział.

– Czasem zapominamy – kontynuował – że życie nie składa się wyłącznie z ciężkiej harówy!

Kobieta zgasiła papierosa i znowu odkaszlnęła.

– Że potrzebna też jest odrobina wolnego czasu, no i bliskość… – czuł jak kobieta wwierca w niego swoje spojrzenie i skanuje jego umysł, w poszukiwaniu prawdziwych intencji, jakie nim kierowały. Jakie stały za tym niespodziewanym zaproszeniem. Miał świadomość, że w tej chwili waży się jego być albo nie być – bliskość drugiej osoby – dodał.

– Fakt.

– Ale przychodzi taki moment, że w końcu się to rozumie…

Aleksandra znowu nie odpowiedziała zajęta powolnym pomniejszaniem objętości szarlotki, której wciąż jeszcze obfita porcja wylegiwała się kusząco na talerzyku. Ale uważnie słuchała, bo po każdym kolejnym jego stwierdzeniu kiwała twierdząco głową.

– No i ja chyba też już pewne rzeczy zrozumiałem, do pewnych dojrzałem.

– Do jakich na przykład?

– Do tego właśnie o czym powiedziałem – czuł, że brakuje mu tchu, sił i pomysłów na wynajdowanie podobnych, ckliwych tekstów – zdałem sobie sprawę, że praca nie jest w życiu najważniejsza.

– Święta prawda!

– Że liczy się coś jeszcze…

– Tylko, że zrozumienie podobnych rzeczy – wtrąciła – przychodzi ludziom z cholerną trudnością.

Donatowi powoli wracała nadzieja. Wydawało się, że nie wszystko stracone.

– Niektórym zajmuje to całe życie – dla spotęgowania emocji zatoczył ręką duże koło – więc ze mną nie jest tak źle, skoro już teraz do tego doszedłem!

– Racja – dodała.

– Fajnie wyglądasz, naprawdę!

Jedyną reakcją Aleksandry na komplement było ponowne odkaszlnięcie.

– Jak Ci się w ogóle wiedzie? Nie widzę obrączki – rzucił wskazując na jej rękę.

– Żona? Ja? – Parsknęła śmiechem po raz pierwszy, odkąd pojawiła się w Szybkiej Cafe.

– Tak, mam takie samo zdanie na temat małżeństw – podchwycił, znowu szczerząc zęby – żenada i nic więcej!

– Przeciwnie – ucięła kobieta, której twarzą ponownie zawładnęła powaga – nie uważam małżeństw za żenadę. Miałam raczej na myśli to, że jakoś na razie mi się nie szczęści.

Zdezorientowany Donat odkaszlnął, a kobieta tymczasem spokojnie, bez pośpiechu konsumowała ostatni kawałek szarlotki.

W kawiarni wszystkie stoliki były puste. W ich obciągniętych lakierem ciemno-brązowych, merbałowych blatach połyskiwało nieśmiało lipcowe słońce, którego figlarne promienie wkradały się do wnętrza przez olbrzymie witryny, porośnięte od zewnątrz pojedynczymi pędami dzikiej winorośli. Nie było nikogo poza nimi. Najwyraźniej o tej porze dnia większość Warszawiaków ciężko zarabiała na drogie ubrania i samochody. Dwaj barmani, krzątający się za stylizowanym na staroć kontuarem, wykonywali sumiennie w milczeniu przeróżne czynności, od polerowania miedzianych elementów ekspresu do kawy, po wycieranie kurzów z puszek wypełnionych po brzegi aromatycznymi herbatami, sprowadzanymi z najdalszych zakątków Azji. I tylko w tle cicho pobrzękiwała gitara, której dźwięki wydobywały się z zawieszonych pod sufitem głośników.

Atmosfera przy stoliku Aleksandry i Donia zrobiła się nieznośnie ciężka. Nie, to mało powiedziane! Pomimo słonecznej pogody na zewnątrz, dookoła tych dwojga zapadła kurtyna melancholijnie padającego jesiennego deszczu.

– A Ty? – Przerwała trwający o kilka sekund za długo dramat Aleksandra. – Ty ułożyłeś sobie życie?

– Kobieta w moim życiu? Skąd!

– Zostałeś gejem?

– Oszalałaś?! – Wzbraniał się Donat.

– Myślałam już, bo to takie modne… – odrzekła z ulgą i spokojniejsza sięgnęła po papierosa. – Nie będzie ci przeszkadzało jeśli zapalę?

– Pytałaś już, nie.

– Jasne, jasne… To co z tą kobietą? – Dopytała, kiedy wypuściła dym z płuc.

– Nie złożyło się jak do tej pory. Jestem sam. Właściwie jak palec – dodał za chwilę z wyraźnym grymasem bólu na twarzy.

– To witaj w klubie. Mnie też się jakoś nie szczęści, ale też i za specjalnie nie szukam.

– Ja też, nic na siłę. Myślę, że jeśli coś ma być, to będzie i bez naszych starań.

– Święte słowa!

– No…

– Czyli jesteś sam… – mruknęła pod nosem, podsumowując ten wątek rozmowy.

– Tak.

– Powinnam już uciekać – rzuciła nieoczekiwanie spojrzawszy na zegarek.

– Uciekasz? Już?!

Na widok przerażonej miny Donia kobieta zawahała się, poczym wstała i podała mu rękę na pożegnanie.

– Poczekaj, ja też już idę.

Pociągnął za sobą marynarkę, która wisiała na oparciu i ruszył za Aleksandrą.

– Gdzie masz samochód? – Spytał, kiedy znaleźli się przed kawiarnią.

– Ulicę dalej – wskazała palcem – tu nie znalazłam wolnego miejsca.

– Aha! To odprowadzę cię!

I ruszyli przed siebie. Milczenie, które wkradło się pomiędzy nimi wydawało się męczące dla obojga.

– Jeśli będziesz miała ochotę znowu się spotkać, to wiesz… – zaczął Doniu.

– To co? – Odparła natychmiast Aleksandra, w której spojrzeniu niechęć ustąpiła miejsca pożądaniu. Temu samemu, które Donat pamiętał jeszcze sprzed lat. Pożądaniu i wierności.

– To ja bardzo chętnie!

– Miłe co mówisz. Myślę, że będzie jeszcze okazja – powiedziała, kiedy dotarli już do samochodu.

– Może jakoś niebawem?

– Dziś mam ochotę na włoskie jedzenie – rzekła szukając w torebce kluczyków od samochodu – planowałam upichcić sobie coś dobrego na kolację…

– O, bardzo lubię tą kuchnię!

– To może wpadniesz? – Zaproponowała, z trudem ukrywając euforię z takiego obrotu spraw.

– Do ciebie na kolację? Z przyjemnością! O której?

– Pasuje ci dwudziesta? Wyrobisz się?

– Na dwudziestą? Zaraz, zaraz… – Sięgnął do kieszeni marynarki po notes z zapiskami do artykułu na temat przemocy w seksie, przejrzał kilka, chaotycznie zapisanych, zabazgranych pokreślonymi zdaniami stron i kiwał tylko głową.

– Nie znajdziesz czasu? – Aleksandra dopytywała z buzującymi w jej głowie emocjami.

– Hm, na dwudziestą powinienem się wyrobić – odrzekł z zadumą, poczym schował czym prędzej notes do kieszeni.

– Dobrze! W takim razie jesteśmy umówieni! Tu masz moją wizytówkę z adresem.

– Naturalnie! Przywiozę coś do picia.

– Jasne, przyda się. Do zobaczenia – pożegnała się kobieta, trzasnęła drzwiami samochodu i ruszyła.

– Pa! – Krzyknął jeszcze Doniu, wymachując rękami – to jest dobry dzień! Jednak sprawiedliwość jest na tym podłym świecie – wykrzykiwał uśmiechnięty.

Rozradowany wrócił do swojego samochodu i zaczął obmyślać plan działania na najbliższe godziny. O swoje schronienie był już spokojniejszy. Czuł, że odnowienie znajomości z Aleksandrą zapewni mu idealny i bezpieczny port na ciężki okres. Najbliższe dni! Tyle zakładał. Dzień, trzy, najwyżej tydzień i sprawa powinna się wyjaśnić. Zostanie oczyszczony z zarzutu i życie wróci na swój właściwy tor. Gorzej sprawy miały się co do pracy. Artykuł miał być napisany na wczoraj, dziś rano oddany do druku, a tu nic. I jeszcze słowa Karlicy, zabraniające mu pojawiania się w wydawnictwie. Zresztą w obecnej chwili, kiedy groziło mu aresztowanie, wyprawa do miejsca pracy byłaby z góry skazana na niepowodzenie… Myślał intensywnie, aż wymyślił!

Blanka Ochutowicz. Znajoma z pracy. Była znajoma od czasu, gdy musiała zrezygnować z posady w wydawnictwie po tym jak Donat przesłał niechcący do wiadomości wszystkich współpracowników maila z korespondencją jej i ich wspólnego przełożonego. Korespondencją, w której on nie przestawał zachwycać się jej gorącym temperamentem minionej nocy, a ona nie szczędziła obietnic, że kolejna będzie jeszcze bardziej ekscytująca. Wcześniej bardzo się lubili.

Blanka to kobieta sukcesu. Dziennikarka. Konsekwentnie dążąca do wcześniej wytyczonego celu. Żyjąca pracą, trzydziestosiedmioletnia feministka, która z upodobaniem, nieprzyzwoicie często używała epitetu kundel. Takim mianem określała każdego mężczyznę, którego miała nieszczęście spotkać na swej życiowej drodze. Staruszek w warzywniaku był kundlem, bo zawsze kiedy kupowała u niego pomidory, zwlekał z wydawaniem reszty. A ociągał się, bo chciał zapewne dłużej popatrzeć na jej piersi. Policjanci, z racji wykonywanego zawodu byli niekwestionowanymi kundlami, bo zatrzymywali ją kiedy niezaprzeczalnie przekraczała dozwoloną prędkość i wlepiali sporej wysokości mandaty, gdy zaczynała się z nimi kłócić, wymachując przy tym niebezpiecznie rękami.

Wreszcie facet na stacji benzynowej to też kundel, bo wszyscy faceci pracujący na stacjach benzynowych to kundle

Pasmo niekończących się sukcesów w życiu Blanki ostro wyhamowało, kiedy na jej drodze pojawił się Donat.

Ten doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że od czasu afery z upublicznieniem maila, w którym piękna i ambitna Blanka wymieniała się ze swoim szefem poglądami na temat figur geometrycznych, których wykonanie w łóżku, pod jego osobistym nadzorem, miało jej zagwarantować awans, on również należał do elitarnego klubu kundli.

– Oczywiście, przyjedź – brzmiała odpowiedź Blanki na pytanie Donia, czy znajdzie dla niego chwilę swojego cennego czasu. – Porozmawiamy – dodała.

Droga do jej mieszkania była drogą przez mękę. Najpierw trzeba było minąć bramę, w której czekało spotkanie z podejrzliwym wzrokiem emerytowanego ochraniarza oraz podać swoje imię i nazwisko. Potem, pod czujnym okiem kamer, mijało się pierwsze drzwi i kolejne… Donat, przy każdej okazji odwiedzin Blanki, miał poczucie, jakby wchodził do szwajcarskiego banku po to tylko, by z jednej z tysięcy skrytek wynieść bezprawnie klejnoty swojej bogatej babki. Obecność licznych kamer stresowała go i z niewiadomych względów wzbudzała w nim poczucie winy. Tak, jakby miał coś na sumieniu. Jakby był znany z tego, że ma lepkie ręce. Za każdym razem czuł to samo. Był o krok od wyznania, że jest przestępcą.

Dotarł wreszcie do windy, wcisnął guzik i czekał. A chwila oczekiwania wydawała mu się wiecznością. Nieznośna obecność kamery denerwowała go jeszcze bardziej niż zwykle, bo i okoliczności się zmieniły. Udawał, że jej nie widzi, ale co chwilę i tak zerkał w jej kierunku, chcąc się upewnić, czy aby na pewno rejestruje każdy jego ruch. W końcu drzwi windy się otworzyły. Wskoczył czym prędzej do środka i odetchnął z ulgą. Rozejrzał się dookoła srebrnego, metalowego pomieszczenia i upewniwszy się, że brak w nim podejrzliwego oka ochrony budynku, wcisnął przycisk z numerem szesnastym. Winda ruszyła. Na jednej z jej ścian zamontowane było duże lustro. Donat przyglądał się w nim sobie z dużą uwagą i trudno mu było siebie rozpoznać. Podkrążone oczy i blada cera, w zetknięciu z jego kruczoczarnymi włosami, jeszcze bardziej podkreślały zmęczenie. A kilka piegów, które pojawiły się na jego nosie, gdzieś w okolicach trzeciej klasy szkoły podstawowej, zdawały się być jedynym dowodem, nie licząc koloru oczu, na to, że on to właśnie on.

Elektroniczny wyświetlacz zamontowany pod sufitem doniósł, że winda zatrzymała się na wybranym poziomie budynku.

Pod drzwiami mieszkania Blanki, która nie znosiła nie zapowiadanych gości, rzucała się w oczy wielokolorowa, filcowa wycieraczka z napisem welcome!

– Tu jak zwykle wszystko idealne – mruknął pod nosem Donat, z nutą ironii – cała Blanka…

Zawsze go to w niej denerwowało! Chodzący ideał. Wszystko, począwszy od ubioru, przez dobre wychowanie, po umeblowanie mieszkania, bez zarzutu. Jej idealne wysławianie się też go irytowało. Właściwie artykułowane sylaby tworzyły słowa, które płynęły z jej ust odpowiednio głośno i z odpowiednią prędkością. Ani za szybko, ani za wolno. Tak w sam raz! Zawsze stosownie do sytuacji.

Nacisnął dzwonek do drzwi i nie dając czasu na jakąkolwiek reakcję, nacisnął go po chwili ponownie i jeszcze kilka razy, dając upust swojej złości.

– Dzień dobry! Wejdź proszę do środka! – Zaproponowała szczupła kobieta, o błękitnych oczach, jasnych włosach spiętych w kok i delikatnej apaszce związanej zmyślnie pod szyją, o kolorze lazurowego morza.

– Cześć Blanka! – Rzucił Doniu podnosząc głowę do góry.

To był kolejny argument za tym, żeby jej nie lubić. On był mężczyzną niskim, ona kobietą zdecydowanie wysoką. Przewyższała go o dobre dziesieć centymetrów. Czuł wobec niej trudną do wyjaśnienia niższość, a zarazem respekt, którego tak nie znosił.

– Zapraszam do salonu. Napijesz się czegoś? – Spytała, prowadząc gościa wąskim, ale doskonale oświetlonym długim korytarzem, na końcu którego obszerny salon z wielkimi oknami, roztaczał widok na panoramę miasta.

– Może szklankę soku pomarańczowego, jeśli masz.

– Oczywiście! Rozgość się – zaproponowała, poczym zniknęła w kuchni.

Klimatyzowane pomieszczenie, utrzymane w biało-kremowym kolorze, wyraźnie poprawiało nastrój Donatowi. Poczuł jak ogarnia go senność. Do tego relaksacyjna muzyka, której dźwięki pozwalały odetchnąć i zapomnieć o tym co działo się na zewnątrz. Wszystko to sprawiało, że jedyną rzeczą, o której teraz zamarzył, była porządna drzemka.

– Co u ciebie właściwie? Jak się sprawy mają?! – Krzyknęła z głębi mieszkania Blanka.

– Dziękuję! Wszystko wyśmienicie – odparł grzecznie Doniu.

Głos kobiety wyrwał go z odrętwienia, któremu zaczął się poddawać.

– A jak… – zapytała z uśmiechem Blanka, kiedy weszła do salonu z dwoma szklankami świeżo wyciśniętego soku – praca w wydawnictwie? Proszę!

– Dzięki! Również doskonale – Donat nie zamierzał opowiadać o problemach z szefową. Przyszedł tu w zupełnie innym celu.

– Czyli wszystko w porządku?

Dociekliwość Blanki bardzo mu się podobała, a teraz była wręcz wskazana.

– Tak, tak jak wspomniałem! Posłuchaj – zaczął, kiedy tylko kobieta usiadła na kanapie stojącej naprzeciw – jest pewna sprawa, z którą do ciebie przychodzę!

– Co takiego? – Jej oczy zdradzały budzące się w niej uczucie ciekawości.

– Otóż, myślę, że mam coś co mogłoby cię zainteresować…

– Mów.

– Ktoś próbuje mnie wrobić!

– W co?

– Wczoraj…, zbierałem materiał do tekstu, nad którym pracuję…

– I? – Niecierpliwiła się Blanka.

– Kiedy poszedłem w pewne miejsce, żeby porozmawiać z kobietami, którym płaci się za seks, wiesz, zebrać potrzebny materiał, to wtedy…, ktoś zamordował dwie z nich.

– W czasie kiedy tam byłeś? – Dopytywała nieporuszona.

– W tej samej sekundzie.

– Hm, zostałeś detektywem? – Skwitowała z nutą ironii. – I chcesz, żebym z tobą prowadziła to śledztwo?

– Nie żartuj sobie – oburzył się – to poważna sprawa!

– Wiesz, to ciekawe, ale chyba lepiej będzie, jeśli zajmie się tym policja, mam tam jakieś kontakty, więc możemy spróbować się czegoś dowiedzieć.

– Tak, tak, tylko widzisz, jest mały problem.

Donat zaczął wiercić się na kanapie i nerwowo szeleścić papierkiem po jednym z karmelowych cukierków, których kilka jeszcze leżało na ciężkim, kamiennym półmisku, stojącym na jasno drewnianym, niskim stoliku, jedynym przedmiocie wypełniającym przestrzeń między nim i Blanką.

– No wyduś to wreszcie z siebie.

– Sądzę, to znaczy jestem pewien, że dla policji to ja jestem mordercą.

Z miny kobiety nie można było niczego wywnioskować. Na jej twarzy nie rysowały się żadne emocje. Nie było zaskoczenia, którego się spodziewał, ani zwykłego ludzkiego przerażenia.  Czyżby stał za tym jej dziennikarski profesjonalizm? A może zwykła odwaga… Nie zauważył też współczucia, choć tego akurat najmniej się spodziewał. Zdawało się, że Blanka nie wykazywała najmniejszego nawet zainteresowania sprawą.

Odstawiła szklankę z sokiem na stolik, wstała i podeszła do okna.

– Czego właściwie ode mnie oczekujesz? – Zapytała błądząc wzrokiem gdzieś po dachach okolicznych budynków.

– Że mi pomożesz – odparł bez zastanowienia – niczego więcej! Blanka! Moje życie wisi na włosku. Jestem ścigany! Wiesz co to znaczy?

– Przyznam, że nigdy nie byłam poszukiwana.

– Wszystko wywróciło się do góry nogami. Mam wrażenie, jakbym wszystko stracił. Jedno po drugim, swoją prywatność, mieszkanie, pracę. Ze strachu nie słucham radia w samochodzie, nie czytam gazet! Rozumiesz?

Blanka stała w milczeniu.

– Przecież jestem niewinny! – Donat czuł jak krew w nadmiarze napłynęła mu do głowy, a twarz poczerwieniała z rozemocjonowania. Wydawało mu się, że stoi przed wysokim sądem i oto nadeszła pora na jego ostatnie słowo. Słowo obrony! – Zapalę od czasu do czasu papierosa i to wszystko. Nie piję, nawet się nie onanizuję! No…, nie tak znowu często jak mógłbym. A co dopiero morderstwo?!

– Posłuchaj – przerwała mu, kiedy odwróciła się w jego stronę i oparła się o parapet – mieszanie mnie w tą sprawę byłoby w obecnej sytuacji…, dość niezręczne.

– W jakiej sytuacji? – Zaniepokoił się jeszcze bardziej. – Mów jaśniej.

– Uspokój się. Chcę żebyś wiedział, że jestem po twojej stronie oczywiście, wierzę ci, że to nie ty zabiłeś te kobiety, bo chyba nie byłbyś do tego zdolny…

Taka deklaracja, zamiast cieszyć, oburzyła go. A raczej jego męskie ego. Miał wrażenie, jakby rzucane w jego stronę słowa były nasączone pogardą. Odzierały go z męskości, albo podkreślały słabość jego charakteru. A może był zwyczajnie przewrażliwiony na punkcie swojej dziwacznie pojętej męskości…

– To miłe, że tak mówisz, ale to mi nie wystarczy.

– No cóż, w obecnej sytuacji, nie mogę dla ciebie zrobić niczego więcej, poza udzieleniem ci jakiegoś moralnego wsparcia – mówiąc to, rozłożyła bezradnie ręce w geście całkowitej bezsilności.

– Ale ja nie oczekuję, że będziesz prowadziła jakieś wielkie śledztwo.

– To czego chcesz?

– Że zwyczajnie powęszysz. Zorientujesz się jak sprawy się mają…, na policji, no i gdzie tylko się da. No i może w wydawnictwie… Szczególnie tam, bo ja tam nawet nie powinienem teraz dzwonić.

– Zgadza się.

– Co się zgadza?

– Nie powiedziałam ci jednej rzeczy.

– Nie mów mi tylko, że już wiesz o wszystkim. Przecież poza Karlicą z nikim o tym nie rozmawiałem…

W odpowiedzi Donat usłyszał milczenie, które potwierdzało jego przeczucia.

– Rozmawiałaś z nią? Kiedy?

Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Nie sądził, że po tym jak ją wyrzuciła z wydawnictwa, zechce tam wrócić.

– Zadzwoniła do mnie wczoraj wieczorem i zaproponowała mi powrót.

– I co, zgodziłaś się?!

Na twarzy Blanki pojawił się grymas bólu. Oczywistym było, że rozmowa zeszła na temat mniej dla niej wygodny, a milczenie w jej wykonaniu było bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa.

– Jasne, że się zgodziłaś – odpowiedział sam sobie – a zatem tam pracujesz?

– Tak. Formalnie od jutra.

– Wróciłaś na swoje dawne stanowisko?

– Posłuchaj, nie ma powodu…

– Na moje?

– Nie powinniśmy teraz roztrząsać spraw wydawnictwa, kiedy tobie nad głową wisi prawdopodobieństwo aresztowania!

Te słowa podziałały na wyobraźnię Donia piorunująco! Ogarnęło go takie przerażenie, że z niepokojem zerknął w stronę drzwi, jakby tuż za nimi czaił się oddział elitarnej jednostki specjalnej. Takiej, co to wyłapuje jedynie najgroźniejszych przestępców – jednostki całkowicie aspołeczne.

– Masz rację! To nie jest teraz najważniejsze!

– Jeśli mogę coś doradzić, to chyba najlepiej byłoby, gdybyś zniknął na jakiś czas – zasugerowała.

– Tak, wiem.

– Ukryj się gdzieś. Przeczekaj.

– Taki mam zamiar.

– Masz się gdzie podziać? Teraz chyba w twoim mieszkaniu nie jest zbyt bezpiecznie.

– Nie, absolutnie. Nie byłem w nim od wczoraj.

– To gdzie spałeś?

– W samochodzie.

– Może… – Blanka zawahała się przez moment, ale czuła, że jest mu to winna – może chciałbyś się wykąpać, bo na pewno jesteś przemęczony. A ja tymczasem zejdę do sklepu i kupię ci jakąś świeżą koszulę, co ty na to?

– Zrobiłabyś to dla mnie? – Niedowierzał jej słowom.

Oto osoba, którą uważał za jedną z najbardziej cynicznych, jakie przyszło mu w swoim życiu poznać, teraz wyciągała pomocną dłoń. Uważał ją za karierowiczkę, a ona potrafiła zdobyć się na bezinteresowność.

– Donat, nie znamy się od wczoraj! Ty, w podobnej sytuacji, tez byś mi pomógł!

– Bez wątpienia!

Blanka poklepała go po plecach i pociągnęła za sobą do łazienki, żeby pokazać mu gdzie będzie mógł znaleźć szampon i inne potrzebne rzeczy.

Potem zniknęła na blisko godzinę, zostawiając go w wannie wypełnionej gorącą wodą i pianą.

Jemu tymczasem nie dawała spokoju myśl, że Blanka tak łatwo, po jednym telefonie, dała się namówić na powrót do wydawnictwa, z którego z hukiem została wylana kilka miesięcy wcześniej. Konieczność jednak ratowania własnej skóry i obmyślanie planu, w jaki sposób nakłonić Aleksandrę do zaproponowaniu mu zostania u niej przez kilka najbliższych dni, zdecydowanie bardziej zaprzątały jego głowę niż sprawy zawodowe.

Blanka wracała do domu z zakupionymi rzeczami, które uznała za niezbędne dla każdego mężczyzny. Koszulę kupiła na wzór tych, które nosił jej ojciec, podobnie było z krawatem i bielizną. Gorzej miały się sprawy z kosmetykami, bo nie miała pojęcia, czym w dzisiejszych czasach spryskują się przedstawicieli znienawidzonej przez nią męskiej części gatunku ludzkiego. Z pomocą, na szczęście, przyszedł jej sprzedawca.

Była już w windzie, kiedy w torebce rozdzwonił się telefon. Podczas krótkiej rozmowy z Karłowską, ustaliły, że Blanka pojawi się wieczorem w wydawnictwie, w związku z faktem, przejęcia przez nią spraw, którymi do tej pory nieudolnie zajmował się Donat. Słowa nieudolnie użyto w tej rozmowie przynajmniej dwukrotnie, ponieważ szefowej wtórowała z zapałem podwładna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *