Meandry polityki

Nietypowa to kampania wyborcza. Rozpoczynana z dawno niespotykaną ostrożnością, oparta nie na kłótniach, bilboardach tudzież krzykach, czyja racja jest prawdziwsza. Brakowało w niej od początku obietnic, kiełbasy wyborczej i gruszek na wierzbie. Katastrofa smoleńska i nieprzystosowana do sytuacji konstytucja zafundowała nam niespotykany spektakl.

Wydawać by się mogło, że kiedy już przygaśnie żałoba, hufce bojowe kandydatów ruszą do walki, desperacko próbując nadrobić stracone punkty sondażowe lub umocnić okopy przed decydującym szturmem. Wszak dni niewiele do popisu (ale nie PO-PiSu), tylko jak tu się promować, kiedy matka natura uparła się, by całą kampanię utopić?

Zalewa Polskę. Systematycznie, po kolei podtapia co raz to nową wioskę czy miasto. Od kilkunastu dni wiadomości na każdym kanale zaczynają się widokiem kolejnej zatopionej miejscowości, płaczem ludzi, którzy stracili dobytek całego życia. Rozmokłe wały pękają co kilkadziesiąt kilometrów, miękka ziemia osuwa się wraz z domami. A politycy?
Tradycyjnie trzaskają sobie fotki na tle rozlewisk, lansują się na wałach, oskarżając wzajemnie o zaniedbania, o brak pomocy, o niedopatrzenia przy regulacji rzek. Co zrobiliby dwaj główni kandydaci na prezydenta, gdyby bez publiczności, bez kamer stanęli na jednym wale, mając po obu stronach wodę? Podaliby sobie dłoń mówiąc – pomożemy? Czy raczej próbowali się wzajemnie utopić zapewniając naród, że teraz, jak on wygra, to nam takiego wała pokaże…. Oczywiście przeciwpowodziowego!

Polityka przesłoniła skutecznie ludzkie nieszczęście. Gdy okazało się, że wprowadzenie stanu klęski żywiołowej oznacza odłożenie głosowania w czasie o trzy miesiące, zamiast przełożyć wybory na inny termin – ogłasza się wszem i wobec, że nie taka ta powódź straszna. No ja przepraszam! Zatopienie (dwukrotne) dziewięćdziesięciu procent gminy to nie jest katastrofa? Co jeszcze woda musi zniszczyć, co jeszcze zatopić w tej gminie żeby ludzka tragedia okazała się ważniejsza od lansowania się na tle powodzi?

Ostatnie decyzje zresztą wskazują tok myślenia polityków. Czegóż bowiem według nich potrzeba powodzianom? Jedzenia, ubrań, środków chemicznych?

Nie! Prawa do głosowania! Nie może ktoś zagłosować, bo lokal wyborczy zalany, a dokumenty w zniszczonym domu? To się go amfibią dowiezie. Albo łodzią. Nieważne, że dom zatopiony, że majątek, zdobywany całe życie w jednej chwili zniknął pod wodą – ważne jest abyś, obywatelu, powstrzymał łzy, zacisnął pięści i wsiadł do łodzi czy helikoptera, aby oddać głos. Już oni się postarają, by ci w tym pomóc.

Kiedy obserwuję desperacką walkę Sandomierzan o hutę, jestem pełen podziwu. Ludzie, którzy kilka dni wcześniej stracili swoje domy nie zastanawiają się nad tym, że nie mają już dokąd wracać. Walczą dniem i nocą, by obronić swoje miejsca pracy. Kiedy woda wreszcie opadnie wrócą do resztek tego, co było kiedyś ich domem. Podobnie zresztą jak mieszkańcy Wilkowa, Gorzyc, Jasła, Lanckorony…
Czy naprawdę jest teraz czas, by myśleć o wyborach?

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *