Zielony motyl – część 3

Wczesnym wieczorem, po kipiącej od szczerości i serdeczności wizycie u Blanki oraz jej zapewnieniu, że pomoże nieszczęśnikowi stanąć na nogach i że będzie go na bieżąco informowała o rozwoju sytuacji, ten wybrał się wprost do Aleksandry.

Kiedy zostawiał za sobą ostatnie zabudowania hałaśliwego miasta, poczuł ulgę. Otaczająca go zewsząd przestrzeń wydawała się lekarstwem na dręczące go zło. Tutaj był jedynie elementem – mało znaczącym, niezauważalnym, przemieszczającym się punktem. Z dala od miejsca zbrodni, od wydawnictwa i wszelkich spraw, które kotłowały się i wiły wokół niego w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin, niczym śmiertelnie niebezpieczne węże wokół szyi, poczuł się bezpieczniej. Tak jakby tutaj nikt nie mógł go skrzywdzić. Bo komuż przyszłoby do głowy szukać go akurat tu. Podbudowany przewagą, jaką zyskał nad wymiarem sprawiedliwości opuszczając miasto, docisnął pedał gazu i zaledwie piętnaście minut później zatrzymał się przed domem Aleksandry. A to co ujrzał nie wzbudziło w nim najmniejszego zaskoczenia. Przeciwnie, gdyby miał wyobrazić sobie jej dom, taki właśnie obraz pojawiłby się w jego głowie.

Wybielone ściany starego dworku, uginające się pod naporem stromo schodzącego w dół, ciężkiego dachu pokrytego szarobrązową dachówką, jaśniały gdzieniegdzie spomiędzy rosnących dookoła lip. Sporych rozmiarów drzewa, chaotycznie panoszyły się dookoła, bez jakiegoś przemyślanego układu. W otoczeniu domu czuło się zaniedbanie, które nadawało temu miejscu odrobinę tajemniczości. Wysoka, dawno nie przycinana trawa bardziej przypominała dziką łąkę, niż przydomowy ogród. Do tego ciężkie powietrze, które wypełniało każdy zakamarek okolicy. Przesiąknięte wilgocią, ciągnącą od trzech stawów, zlokalizowanych nieopodal. Kiedyś, zapewne w czasach świetności tego miejsca, hodowano w nich ryby. Lecz od dawna przestały spełniać swoją funkcję. Porośnięte dziczą, bardziej przypominały bagna, spragnione ludzkiej nieuwagi, aniżeli regularnych kształtów zbiorniki. Choć do zmroku było jeszcze daleko i kilkadziesiąt kilometrów dalej wielkie miasto tętniło życiem, tutaj, całkowity bezruch, ustanawiał spokój i niepokojącą powagę. A że w okolicy na próżno było szukać innych domostw, Doniu od razu uznał to miejsce za wyśmienitą kryjówkę dla siebie.

Zaledwie wysiadł z samochodu, którym podjechał pod sam budynek, kiedy na werandzie, pomiędzy wiklinowymi fotelami, zakotłowało się i w jego stronę ruszyły dwa waleczne pekińczyki. Odwrót wydał się Doniowi jedynym rozsądnym krokiem i słusznie, bo w przeciwnym razie hałaśliwe rudowłose bestie rozszarpałyby go na strzępy. Tak przynajmniej opisywał całe zdarzenie Aleksandrze, kiedy po kolacji sączyli drugą butelkę czerwonego Remirez de Ganuza Gran Reserva.

– To przecież takie szlachetne istoty – odpowiedziała rozbawiona – nie zrobiłyby ci krzywdy.

– Szlachetne czy nie, ale rzuciły się na mnie, to co miałem robić.

– To prawda, moje skarby są całkiem dzielne – mówiła przepełniona dumą – i nie zawahałyby się zaatakować w mojej obronie.

– Sama widzisz, nie miałem wyjścia jak tylko brać nogi za pas.

– Już dobrze, nie ma się co gniewać na nie.

– Nie gniewam się, tylko ostrzegam na przyszłość, bo one są gotowe jeszcze kogoś pożreć.

– No, w końcu są tu po to, by chwytać pojawiające się demony.

– Słucham?

– Demony – potwierdziła. – Bo pekińczyki to psy świątynne. Dawno temu w Chinach chwytały w świątyniach złe duchy.

Donat uważniej i z jeszcze większym niepokojem przyjrzał się Aleksandrze. Zastanawiał się, czy aby nie postradała zmysłów.

– A według innej legendy – ciągnęła – pekińczyki towarzyszyły samemu Buddzie i w razie potrzeby stawały w jego obronie.

Rozejrzał się po mieszkaniu i był niemal pewien, że Aleksandrze brakuje kontaktu z ludźmi. Zabarykadowała się w starych ścianach i żyła swoim życiem. Sprzęty, które wypełniały pomieszczenia, okres świetności miały już dawno za sobą. Ciężkie dywany, zalegające na podłogach były za pan brat z kurzem, który Aleksandrze najzwyczajniej nie przeszkadzał. I do tego palące się nieprzerwanie kadzidełko. Unoszący się wraz z dymem zapach cedru wgryzł się w zasłony, meble i ściany i komuś, nie przyzwyczajonemu do tak intensywnej orientalnej aromaterapii, utrudniał oddychanie.

– Hm, nie myślałaś, żeby zostawić to odludzie i wrócić do miasta?

– Zostawić to miejsce? Nigdy! – Odżegnywała się od takiego pomysłu Aleksandra. – Tu jest mi bardzo dobrze, no i mieszkam sobie z moimi psiakami, które, jak sam miałeś okazję się przekonać, w razie potrzeby stają w mojej obronie!

Na dworze już dobrze pociemniało. Gdzieś w wysokiej trawie szemrał świerszcz, który albo zbłądził i wydającymi z siebie dźwiękami rozpowiadał na całą okolicę o swojej niedoli, albo zwyczajnie popisywał się swoimi umiejętnościami.

– Chodźmy na werandę – zaproponowała Aleksandra – w taki spokojny wieczór grzechem jest siedzenie w domu.

Nie protestował. Czuł się tu tak dobrze, że był w stanie przystać na każdą propozycję. Przez chwilę zapomniał nawet o swoich problemach.

– Wiesz – powiedział zapatrzony w dal, kiedy siedzieli już na zewnątrz – tak patrzę sobie na całą tą okolicę i…

– Podoba ci się?

– Bardzo! I dlatego pomyślałem o kilkudniowym wypoczynku.

– Urlop? – Podchwyciła z zainteresowaniem.

– Tak, coś w tym rodzaju. Już dawno nie miałem wolnego.

– To koniecznie powinieneś odpocząć. Szczególnie teraz, kiedy pogoda dopisuje.

– Tutaj można to docenić, bo w mieście… Zresztą sama wiesz, jak to jest spędzać lato w mieście – dorzucił z wymuszonym uśmiechem.

– Donat, jeśli miałbyś ochotę zostać przez kilka dni tutaj, to…, proszę bardzo!

– Nie, nie. Nie chciałbym robić ci kłopotu. Tu jest co prawda pięknie, ale nie chciałbym siedzieć nikomu na głowie.

– Ale co też ty gadasz – zaprotestowała – nigdzie indziej nie znajdziesz takiej ciszy, a poza tym…

– Tak?

– Mnie też przyda się towarzystwo.

– Mówisz poważnie? Myślałem, że wolisz spokój.

– Bo wolę, ale… – zawahała się – miło mi będzie jak zostaniesz.

– Jeśli mówisz serio, to chyba nie powinienem odmawiać – przystał na propozycję, szczerze uradowany.

Wieczór na werandzie przeciągnął się do późnej nocy. Aleksandra zadbała o kolejne butelki wina, a Donat zabawiał ją opowieściami ze swojego życia. Z niebywałą lekkością snuł kolejne historie, samemu nie będąc pewnym, czy są prawdą, czy fikcją. Czuł, że daje się ponieść fantazji, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Znalazł się w jakimś trudnym do określenia bezczasie, w którym nie było przeszłości, nie było też jutra. Była za to teraźniejszość…

Dzień zaledwie podniósł oczy, kiedy dwa pekińczyki zaczęły ujadać tuż przy jego łóżku. Podskoczył przerażony wciskając się w róg ściany. Chciał rzucić w chińskie bestie jednym z kapci, w które minionego wieczoru wyposażyła go Aleksandra, ale nie odważył się nawet zbliżyć do krawędzi łóżka. Poza tym, upiorny ból głowy, nie pozwalał na więcej gwałtownych ruchów.

– Aleksandra! – Darł się. – Aleksa…!

– Co tam się dzieje?! – Dobiegł głos z werandy.

– Chodź tutaj szybko!

– Co wy robicie?! – Zapytała stając w progu drzwi.

– Zabierz to diabelstwo ode mnie!

– Moje psiny kochane – przygarnęła je – co Donat wam zrobił.  Biedaczki moje…

Psy jak na komendę przestały szczekać i zaczęły tulić się do nóg swojej pani.

– Biedaczki? Rzuciły się na mnie – oświadczył Donat z pretensją w głosie, że zamiast nad nim, ona użala się nad psami.

– Nie przesadzaj, takie stworzenia nie mogą zrobić nic złego – odparła zarzuty i urażona wyszła z pokoju ze swoimi pupilami na rękach.

– Za pół godziny będzie śniadanie! – Rzuciła sucho z przedpokoju.

Śniadanie upłynęło w głębokim milczeniu. Mimo prób nawiązania jakiejkolwiek rozmowy, Donat nie potrafił wydusić z Aleksandry niczego więcej, poza grzecznościowymi zwrotami proszę, dziękujępodaj mi proszę sól.

– Może masz ochotę na spacer? – Zapytał w końcu.

– Teraz? – Kobieta nie odrywała oczu od miski z miodowymi płatkami w mleku.

– Spacer po posiłku to najlepsza rzecz… – odparł przeżuwając – a do tego zapowiada się całkiem fajny dzień.

Przeciągnął się leniwie i ziewnął.

– Muszę sprzątnąć.

– Pomogę ci – nie rezygnował – a w zamian za to ty pokażesz mi okolicę. Zgoda?

– Dobrze – powiedziała zupełnie obojętnie – i tak miałam podjechać do sklepu, więc możemy pójść tam razem pieszo.

Dom Aleksandry znajdował się na skraju lasu, po którego drugiej stronie leżała niewielka miejscowość. Jej centralną część stanowił mały rynek ze sklepikami, urzędem pocztowym, budynkiem szkoły podstawowej, kioskiem ruchu i barokowym Kościółkiem, który był jedyną, dobrze utrzymaną budowlą w okolicy. Wyremontowany, z połyskującym w słońcu, miedzianym dachem, kontrastował z szarością pozostałych budynków ryneczku, na ścianach których bezskutecznie można by szukać najmniejszych choćby śladów farby.

Choć dzień dopiero dojrzewał i daleko było do południa, upał dawał się już we znaki. Pośród drzew było za to jeszcze całkiem chłodno, dlatego wybrali drogę przez las.

– Już nie pamiętam kiedy chodziłem po lesie – oddychał pełną piersią Donat – ten zapach jest niesamowity!

– Uważaj, bo przeżyjesz wstrząs – rzuciła z ironią Aleksandra, która najwyraźniej wciąż żywiła do niego pretensje o sytuację z samego rana.

– Nadal chmurzysz się o te psy?

– Skąd – wzruszyła obojętnie ramionami.

– Niepotrzebnie – uśmiechnął się i schował za jednym z drzew – bo całkiem je polubiłem – krzyknął!

– Możesz je lubić albo nie.

– Mówię przecież, że lubię!

Nie odpowiedziała.

– I tego ci zazdroszczę – rzucił, kiedy wystawił głowę zza starego klonu.

– Czego?

– Że tak ci na nich zależy.

– Każdemu chyba na kimś zależy.

Donat podskoczył do niej, objął ją w pasie, niby żartem, i poruszał się w rytm muzyki, którą sam nucił.

– Co ty wyprawiasz?

– Ta ta ta rira… Tańczę z Tobą!

– Oszalałeś! – Parsknęła śmiechem, stawiając coraz mniejszy opór.

– A wracając do tematu – ciągnął – wcale nie jest oczywistym, że człowiekowi musi zależeć.

– Nie?

– Mnie jeszcze niedawno na nikim nie zależało.

– Coś się zmieniło?

– Powoli się zmienia… – odpowiedział i jeszcze głośniej zaczął śpiewać.

Szum samochodów stawał się coraz wyraźniejszy. Zza drzew wyłaniały się pierwsze zabudowania miasteczka. Wystarczyło przedostać się na drugą stronę ruchliwej drogi, przejść wzdłuż niej kawałek, potem skręcić w prawo i idąc cichą wąską uliczką, wychodziło się na rynek. O tym, że było to samo centrum miejscowości, świadczyć mógł, nieporównywalnie większy zgiełk, jaki w stosunku do pozostałych jej części tu panował. Przed szkołą stały dwa samochody, kilka osób tłoczyło się w pierwszym z prawej sklepiku spożywczym, dwóch staruszków siedzących na schodach jednego z budynków, wygrzewało się na ławce i rozprawiało o polityce. Donat z Aleksandrą skierowali się najpierw do sklepu. A później, kiedy chciała jeszcze kupić w kiosku codzienną prasę, najpierw wpadł w panikę, a potem starał się ze wszystkich sił jej to wyperswadować. Zasugerował, że powinna wykorzystać jego pobyt u siebie, do całkowitego odpoczynku. Porzucić wszelkie dotychczasowe zajęcia i zwyczaje, oddać się błogiemu lenistwu, a już na pewno nie powinna zaprzątać sobie głowy sprawami doczesnymi tego świata. Szczególnie, że, jak przekonująco uzasadniał, w gazetach można naczytać się jedynie samych bzdur.

– A doświadczenie mam w tym niemałe – konkludował, widząc ustępujący opór Aleksandry.

Zauroczona jego wywodem, choć wcale tego nie dała po sobie poznać, nie protestowała. Uśmiechnęła się tylko słodko, westchnęła i machnęła ręką na gazety.

Droga powrotna upływała im w milczeniu. Donat obładowany zakupami wracał myślami do sprawy zabójstwa, zastanawiając się, co też takiego wymyślić, by pozbawić Aleksandrę dostępu do telewizora i radia. Był pewien, że o śmierci kobiet w hotelu trąbiły wszystkie media. A on, chcąc nie chcąc, cały czas był w tej sprawie jedynym pozostającym przy życiu głównym bohaterem. Coraz dokuczliwszy stawał się brak informacji od Blanki, co odbierał, jako nienajlepszą wróżbę.

Aleksandrze tymczasem oderwanie się od rzeczywistości i zamknięcie w swoim dworku z odzyskanym przyjacielem bardzo odpowiadało. Zadowolona z obecności Donata rozpamiętywała stare czasy, kiedy jeszcze układało się między nimi dobrze.

– Dlaczego to wszystko tak się pokręciło? – Westchnęła.

– O czym mówisz?

– O życiu…

– A konkretniej?

– O byciu dorosłym. O tym, że inaczej widzi się świat kiedy jest się szczeniakiem, a co innego staje się ważne, kiedy się dorasta.

– Nie wiem. Zmieniają się priorytety i tyle.

– To wiem, ale dlaczego?

– Bo ja wiem, wzrasta świadomość prawdziwych potrzeb.

– I to jest wystarczającym usprawiedliwieniem?

– Czego?

– Tego, że ludzie od siebie odchodzą.

Donat zrozumiał, do czego zmierzał jej tok rozumowania.

– Ale dzięki temu, że priorytety się zmieniają, są możliwe powroty.

Kobieta przyjrzała mu się uważniej i po raz pierwszy trudno jej było odczytać jego intencje. Było w tym coś nieobliczalnego i niebezpiecznego zarazem, a mimo to, pociągającego.

Resztę upalnego dnia Donat spędził zanurzony w błogiej drzemce dyndając w wygodnym hamaku, zawieszonym pomiędzy potężnymi brzozami rosnącymi nieopodal w zapuszczonym ogrodzie. Delikatny szmer ich liści był jedynym dźwiękiem, jaki rozpraszał ciszę, a lekki wiatr umożliwiał oddychanie. Zawieszony nad ziemią czuł się bezpiecznie, wiedząc, że znerwicowane bestie – pekińczyki, nie sięgną w razie napadu agresji, tak wysoko.

Jedyną rzeczą, która mąciła anielski spokój był milczący telefon. Trzymał go przy sobie nieustannie i regularnie sprawdzał, czy z nim wszystko w porządku. Za każdym jednak razem okazywało się, że aparat jest sprawny, zasięg doskonały, brak tylko wiadomości…

W końcu, kiedy śnił o przemilczanej przez historię jeszcze jednej rewolucji francuskiej, podczas której obala się Napoleona Bonaparte po to, by na tron cesarski wynieść jego, Donata, dźwięk wiadomości przywrócił go brutalnie do współczesności.

To Blanka radziła, by pozostał w miejscu swojego ukrycia jeszcze przez jakiś czas, bo z docierających do niej wiadomości, sytuacja, mówiąc najdelikatniej, przedstawiała się dla niego mało korzystnie. Wspomniała tylko, że mordercy szuka zarówno policja, jak i mafia, pod jurysdykcją której znajdowała się Czarna Róża. Na końcu zapewniała o swoim wsparciu i prosiła, mając na uwadze wyłącznie względy bezpieczeństwa, by sam się z nią nie kontaktował.

– O matko! – Jęknął, ale żadnego pocieszenia, poza smutnym szumem brzóz, nie usłyszał.

Wieczorem zerwał się silny wiatr i wszystko wskazywało na to, że z przyjemnych rozmów na werandzie nici.

Do zmroku było jeszcze daleko, kiedy niebo gniewnie pociemniało i z oddali zapachniało jeszcze większą wilgocią. Przed domem, płożąca się pod naporem wiatru wysoka trawa przypominała wzburzone morze, pełne zielonych glonów, zapowiedź sztormu, który nieubłaganie nadciągał. Kiedy od strony stawów dobiegły pierwsze uderzenia piorunów, na prośbę Aleksandry Donat pozamykał wszystkie okna i dał jej słowo, że podczas burzy, której naturalnie wcale się nie bała, nie odstąpi od niej nawet na krok. Jej przerażenie dodało mu hardości i pomimo, że sam trwożył się na myśl o burzy w takiej dziczy, za nic w świecie nie dałby tego po sobie poznać. Przeciwnie. Obśmiał jej lęk i zaznaczył, że podobnych obaw nigdy w życiu nie doznał. Wiedząc jednak jak bardzo kobiety obawiają się burz, zaznaczył, że może czuć się przy nim zupełnie bezpiecznie.

Głośna muzyka, która w jej domu obowiązkowo towarzyszyła każdej burzy, wino i ciąg dalszy opowieści Donata o swoich przygodach, jakie spotkały go od momentu, w którym ich drogi życiowe się rozeszły, wszystko to uspokoiło Aleksandrę na tyle, że dudniące za oknami, niczym spadające bomby podczas wojny w Sarajewie, niebo zdawało się całkowicie niegroźne. Siedzieli na dywanie w największym z pomieszczeń jej domu. Im bardziej w opowieściach Donat cofał się do momentu zakończenie studiów, tym więcej emocji wywoływało to u Aleksandry. W końcu, kiedy zaczęli rozprawiać o życiu akademickim, ich twarze, jedna o drugą, otarły się przez przypadek, a pocałunek przerwał rozmowę już do rana…

Kolejne dni upływały na pozór spokojnie. Na pozór, bo choć nic nie zakłócało panującej w domu ciszy, to w jego murach wrzało!

Donat z Aleksandrą budzili się w okolicach południa, po to tylko, żeby on mógł coś zjeść, a ona zapalić papierosa, potem znikali pod kołdrą do wieczora, albo do kolejnego południa.

Najgorzej na nieoczekiwanym wybuchu namiętności u swojej pani wychodziły pekińczyki. Przekonane, że nic dobrego nie może ich już spotkać pod dachem Aleksandry, wygłodniałe snuły się po okolicy, z dnia na dzień, przechodząc na wegetarianizm. Piły wodę ze stawów, trawa stała się ich głównym posiłkiem i czasem tylko jakaś polna mysz przypominała im czasy, kiedy nie były jaroszami.

Kto wie, jak długo ciało Aleksandry byłoby dla niego obszarem eksperymentalnych wypraw, pełnych przygód, ekscytacji i nieziemskich doznań, gdyby nie dzień, w którym ona postanowiła przypomnieć sobie o otaczającym ich świecie, i podczas kiedy Donat korzystał z toalety, włączyła zakurzony telewizor, zdobiony od góry serwetą, niegdyś wykonaną precyzyjnie z białej i zielonej nici.

Na kanale informacyjnym trąbiono o hotelowym zabójstwie, którego dokonano w Warszawie przed trzema tygodniami. Zdyszana reporterka, która nie ustawała w komentowaniu tego co widzi, biegła przez chwilę za odjeżdżającym samochodem policyjnym. Donat tymczasem,  siedzący z obowiązku w toalecie nie przeczuwał większych zmian w swojej egzystencji. Zanurzony w literaturze starego, kolorowego czasopisma, które znalazł w kącie łazienki, z zapartym tchem czytał list czternastoletniego chłopca, w którym ten pytał, czy seks z dwoma kobietami naraz to grzech. Zapewne dłużej rozpamiętywałby odpowiedź, jakiej udzieliła ciekawemu życia chłopcu redakcyjna znawczyni młodzieńczej psychiki, gdyby nie fakt, że sprawy, które dotyczą nas bezpośrednio zawsze są bliższe od problemów innych…

Leżąc w łóżku z pilotem w jednej ręce i papierosem w drugiej, Aleksandra wyłapywała pilnie każde słowo, jakie docierało do niej ze szklanego obrazu. Na widok Donata wchodzącego do pokoju zapytała z uśmiechem, czy nie szkoda mu, jako dziennikarzowi, że spędza czas z nią i wypoczywa akurat wtedy, kiedy na świecie dzieją się takie wydarzenia.

Liczyła, że odpowiedź będzie twierdząca, że owszem, nie szkoda mu, lecz on zamiast tego, popadł w stan najwyższego rozdrażnienia i paniki w jednym.

– Co powiedzieli? – Rzucił nerwowo.

– Mówią o jakimś zabójstwie.

– O tym w hotelu?

– Tak, a bo co?

– I co usłyszałaś? – Obserwował ją uważnie,.

– Wszystko z Tobą w porządku? – Zaniepokoiła się.

– Jasne – odparł – a co ma być?

– Zapytałam tylko… – Wyjaśniła wzruszając ramionami. – Powiedzieli, że sprawa jest już rozwiązana.

Na te słowa świat Donia zawirował tak samo jak wtedy, kiedy jako dziecko siedział na karuzeli o metalowej konstrukcji przypominającej młyńskie koło. Pojechał wówczas z matką do wesołego miasteczka i kilka godzin spędził pośród torów samochodowych, karuzeli, tuneli strachu i innych atrakcji, odpłatnie dostarczających dzieciom tylu emocji. Jego radość trwała jednak krócej niż był w stanie jej przyjąć, bo w końcu, wraz z matką, zostali odstawieni za bramę wesołego miasteczka, jako że spustoszenia, których dopuścił się mały Doniu znacznie przewyższały cenę biletu wstępu…

– Jak to rozwiązana? – Obruszył się. – Przecież to niemożliwe! Wiedziałbym o tym!

– Co ty pleciesz?

– Mów, co dokładnie powiedzieli!

– Nie słyszałam za dużo, kiedy włączyłam telewizor to akurat odjeżdżał samochód policyjny z facetem, który zabił tą prostytutkę.

– Czyli że go mają?! – Donat próbował uporządkować docierającego do niego wiadomości.

– Mają, trąbią, że to wielki sukces policji.

– O kurwa! – Wybełkotał siedząc nieruchomo na łóżku.

– Wszystko w porządku?

– A co z drugą ofiarą?

– Jaką drugą? Nie mówili nić o drugiej. Powiedzieli tylko, że złapali faceta, którego rozpoznała właścicielka tego hotelu.

– Hotelu…?

– Tak, podobno chodziło o jakieś porachunki mafijne.

– O matko! Wiesz co to oznacza?

Wielkie, przestraszone oczy Aleksandry obserwowały z niepokojem dziwne zachowanie Donata.

– Że ona żyje! Że ja…

– Co się dzieje? Co Ty pleciesz?

– Nic…, wszystko w porządku!

– Na pewno?

– Nawet w najlepszym! – Wrzasnął! – To długa historia! Kiedyś z pewnością ci opowiem. Ale teraz…

– Teraz chodź już do łóżka.

– Nie mogę! – Rzucił w pośpiechu zakładając skarpetki i spodnie. – To znaczy…, nie teraz. Muszę wracać do Warszawy, ale odezwę się. Porozmawiamy…

Zaledwie pięć minut później, czerwony Opel wyruszył sprzed domu Aleksandry w drogę powrotną do Warszawy.

Wydawnictwo, w którym Donat jeszcze do niedawna pracował, mieściło się w jednym z biurowców, w samym centrum miasta. Przestronne, klimatyzowane pomieszczenia z przeszklonymi ścianami pozwalały odetchnąć od podzwrotnikowego słońca, jakie od kilkunastu dni wytrwale gościło na miejskim niebie.

Jak zawsze o tej porze dnia, w biurze było niewielu pracowników. Część pracowała w terenie, ale większość wyszła akurat na lunch.

Od zaskoczonej jego pojawieniem asystentki Karłowskiej, Doniu dowiedział się, że szefowa jest na ważnym spotkaniu i pojawi się w biurze późnym popołudniem. Rozmowa toczyła się w serdecznym tonie do czasu, kiedy postanowił zajrzeć do swojego pokoju. Wówczas kobieta, sprawnie lawirując pomiędzy biurkami, zagrodziła mu drogę przypominając, że niemal od miesiąca nie jest już pracownikiem wydawnictwa. Komplementy na temat jej wyglądu, którymi ją obsypywał, przechodzące z czasem w groźby, nic nie pomogły. Nienaturalnie szczupła asystentka obstawała przy swoim, grożąc intruzowi wezwaniem ochrony.

Urażony takim potraktowaniem zapowiedział, że wróci późnym popołudniem i porozmawia z szefową w cztery oczy.

Kiedy w naszym życiu rozwiązuje się trapiący nas problem, świat od razu wydaje się nie taki straszny, a nawet więcej – widzimy wszystko w różowych okularach. Wzbiera w nas żywotność, palimy się do działania i pewnie, gdyby wykorzystać za każdym razem te pokłady energii, to na jednego człowieka przypadałby średnio kilkupiętrowy budynek mieszkalny, wybudowany jego własnymi rękami. To właśnie przyszło do głowy Doniowi, kiedy spoglądał na miasto z przeszklonej windy biurowca. Aby poczuć się lepiej wystarczyła mu świadomość uwolnienia spod ciężaru zarzutów oraz poczucie powrotu do społeczeństwa, a przynajmniej wolnej i nie mającej większych grzechów na sumieniu jego części.

Czuł, że powinien jak najszybciej spożytkować noszony w sobie temperament, a powrót na zajmowane wcześniej stanowisko wydawał mu się najlepszym na to sposobem. Snuł plany wielkiego powrotu do żywych. Przez głowę przetaczały się całe hordy pomysłów na nowe artykuły, aż w końcu z ekscytacji, o mały włos nie potrącił przechodzącego na czerwonym świetle pieszego.

Niesiony pozytywną energią i czerpiący tylko to co dobre z odmienionego losu, na widok żebrzącej na poboczu staruszki, zatrzymał się na poboczu. Odpiął pasy, wyskoczył z samochodu i do puszki po zielonym groszku, którą trzymała w ręku, prosząc przechodniów o zmiłowanie się i najmniejszy choćby grosz, wrzucił dziesięć złotych i życzył miłego dnia. Przekręcił zaledwie kluczyk w stacyjce, gdy pojawiła się myśl, że taka rozrzutność, nawet w chwili wielkiego, życiowego sukcesu, nie jest czynem godnym pochwały. Wrócił więc do mlaskającej ze szczęścia żebraczki, odebrał od bezbronnej z zaskoczenia podarowany banknot i wymienił go na dwa złote.

Poczym uśmiechnął się, przeprosił i, żeby się nie powtarzać, życzył miłego tygodnia!

Hojność, jaką w sobie odkrył, dodatkowo go uskrzydliła, a widok swojego mieszkania, wprawił w anielski wręcz nastrój. Euforia, w ramiona której bezpamiętnie oddał swoje ciało i umysł, sprawiła, że z lekceważeniem zerkał na telefon, kiedy po raz kolejny dzwoniła do niego Aleksandra. Nie odbierał, bo i cóż mógł jej powiedzieć. Że stracił głowę? Że to tylko nic nie znacząca przygoda, która może przytrafić się człowiekowi w chwilach kryzysu? Że przeprasza? Nie! Chcieli tego oboje, więc nie ma powodu do przeprosin.

W piątki, kiedy późne letnie popołudnie przechodziło leniwie we wczesny wieczór, miasto pustoszało. Zakorkowane zwykle ulice stawały się czarnymi pasami asfaltu, którymi do wnętrza miasta napływało świeże powietrze z obrzeży. Zatłoczone przeważnie chodniki, ujawniały teraz swój tragiczny stan, ogołocone z pieszych, straszyły dziurami i przepełnionymi koszami na śmieci.

O tej porze w wydawnictwie na próżno byłoby szukać żywej duszy. Nawet oschła w kontaktach z innymi, broniąca dostępu do Karłowskiej, niczym lwica dojścia do legowiska z młodymi, asystentka zwinęła dawno swoje manatki, nie pozostawiając najmniejszego choćby śladu swojej egzystencji.

Po piętrze roznosił się dźwięk skrzypiec, ulubionego instrumentu redaktor naczelnej. Kiedy tylko pracownicy opuszczali w piątkowe popołudnia biuro, ona przesiadywała do późna, planowała kolejny tydzień pracy i słuchała dźwięku skrzypiec.

Zaskoczenie, które malowało się na jej twarzy na widok stojącego w drzwiach Donia, było tak wyraźne, że odechciało mu się rozmowy i najchętniej zniknąłby z jej życia tak samo szybko, jak pojawił się w nim kilka miesięcy wcześniej.

– Dzień dobry – powiedziała tymczasem, odkładając na bok dokumenty, które jeszcze przed sekundą z uwagą czytała – byliśmy umówieni?

– Dzień dobry szefowo – odparł, tracąc resztki odwagi – nie, właściwie nie…

– Właściwie, dobrze się składa, że cię widzę – oświadczyła z tajemniczym uśmiechem, poczym zachęciła go gestem ręki by spoczął na fotelu po drugiej stronie biurka.

– Tak?

– W rzeczy samej. Już dawno powinniśmy byli o tym porozmawiać. Ale te twoje problemy z…

– Właściwie już nie moje – sprostował.

– Tak, tak, słyszałam. Miłe, że ci się udało.

– To była zwykła pomyłka.

– Mniejsza z tym. Wody? – Wskazała palcem na dzbanek schłodzonej wody, z wolno topniejącymi w środku kostkami lodu, cytryną i melisą.

– Bardzo chętnie – odparł czując, że rozmowa zapowiada się miło i w rodzinnej atmosferze.

– Mówisz zatem – zaczęła – że wszystko u Ciebie w porządku?

– W najlepszym – odpowiedział posłusznie – mam nawet kilka planów. Pomyślałem, żeby…

– Jakich planów?

– Mam kilka pomysłów…

– Na wakacje?

– Słucham?

– Poczekaj, chciałam się z Tobą zobaczyć, żeby ci zakomunikować, że nie będziesz mógł wrócić do wydawnictwa.

Ogłuszony słowami kobiety zastygł w bezruchu.

– Jesteś oczywiście…, byłeś, dobrym pracownikiem. Powodem jednak twojego odejścia jest co innego. W związku z całą tą aferą, jaka ci się przytrafiła…

– Przecież mówiłem, że to pomyłka! – Prostował uparcie.

– Zaczekaj, pozwól, że powiem swoje. Jaka przytrafiła ci się na twoje życzenie, czy też nie, nie wnikam, powoduje, że nie możesz pracować w wydawnictwie, w którym czysty życiorys jest podstawą.

– Czy mogę coś powiedzieć?

– Jeszcze nie skończyłam. Dlatego też zgłoś się w poniedziałek po wypowiedzenie, bo czeka na ciebie już przygotowane.

– Czy możemy negocjować?

– Nie.

– Ale pani nie może…

– Mogę. I właśnie to zrobiłam – odparła stanowczym, aczkolwiek spokojnym tonem. – Swoje rzeczy możesz zabrać wychodząc… No chyba, że wolisz, żebym poprosiła Blankę.

– Ją? A o co?

– Poproszę, żeby Ci podrzuciła je do domu. Zajęła Twój gabinet.

Porażka wymieszana w jednej szklance z upokorzeniem jest drinkiem, który trudno wypić bez grymasu na twarzy.

– To co ja teraz mam począć? – Pytał osłupiały.

– Życie jest brutalne. Cóż mogę powiedzieć poza tym, że zdaję sobie sprawę, że jest to dla ciebie ciężki moment – mówiła tekstem doskonale wyćwiczonym, którego wielokrotnie musiała używać w przeszłości.

– Ja jednak się z tym nie zgadzam!

Postawił sobie za cel uratowanie swego miejsca pracy.

– Czyżby?

– Są chyba jakieś zasady? A poza tym, proszę pomyśleć rozsądnie, czy opłaca się pani zwalniać swojego najlepszego pracownika?

Pytanie Donia spotkało się z pełnym politowania spojrzeniem Karłowskiej

– No może, jednym z lepszych… – poprawił szybko. – A poza tym, kto zajmie się moją działką? To sporo pracy!

– Mówiłam już, twoje obowiązki już dawno przejęła Blanka – odpowiedziała zwięźle i najwidoczniej nie zamierzała więcej wdawać się w polemikę z byłym podwładnym. Słuchała tylko jego argumentów ze spokojem, od czasu do czasu zerkając na niego. Jednakże całą swoją uwagę skupiła na idealnie gładkiej, zielonej kartce papieru. Był to papier, na jakim lubiła zapisywać swoje notatki, stąd zawsze kilka jego kartek leżało na biurku.

Podczas gdy Donat nieugięcie walczył o swoje, czasem wymachiwał wojowniczo rękami, czasem składał je do pacierza, by chwilę później znowu uderzać pięścią w blat biurka, ona z niezrównanym opanowaniem zaczęła składać kartkę. Róg do rogu, krawędź do krawędzi. Zaginała, rozkładała, odwracała, podnosiła, aż Donat zamilkł. Bo oto na biurku, pomiędzy nimi, rozkwitł zielony motyl. Efekt przede wszystkim precyzji manualnej. Ale również logicznego myślenia, dokładności i koncentracji. Tego wszystkiego, czego on jeszcze nie posiadł i czego musiałby się nauczyć.

Po chwili motyl wzbił się w górę, unoszony siłą dłoni kobiety i pofrunął w kąt, gdzieś pomiędzy szafę z dokumentami, kosz na śmieci i wiszącą na ścianie mapę świata.

– Ładny… – powiedział Donat.

– Wyjdź! – Rozkazała.

– Ale…

– Powiedziałam, żebyś opuścił mój gabinet. Nie będę z Tobą więcej dyskutowała!

Wieczór upłynął mu na rozpamiętywaniu każdego słowa z ich rozmowy. Zastanawiał się nad okrutnym losem, który pozbawił go wszystkiego co osiągnął. Nad fatum, które ciążyło nad jego głową i spowodowało, że został oszukany i brutalnie wypchnięty z pociągu swego życia. W końcu zasnął…

Rano, po przebudzeniu pomyślał o Aleksandrze i zapragnął ją zobaczyć jak najszybciej. Tym razem ona nie odbierała telefonu, co bardzo go zaniepokoiło. Postanowił nie zwlekać i osobiście wybrać się do niej. Szczególnie, że czasu, jako człowiek bezrobotny i ponownie wyrzucony na margines społeczny, miał aż nadto. Starczyłoby nawet na wyprawy o wiele dłuższe.

Ilekroć wracał myślami do wizyty w gabinecie Karłowskiej, miał przed oczami lecącego w powietrzu papierowego motyla. Jego obraz nie dawał mu spokoju. Ta zwykła kartka papieru, odpowiednio złożona, płynęła nad głową idealnie równo, sunęła do celu, kresu swej podróży, poczym opadała bezwładnie, stając się jedynie śmieciem. Fascynowało go to, lecz nie zamierzał zaprzątać sobie tym więcej głowy.

Dom Aleksandry przywitał go chłodno. Pozamykane okiennice i drzwi, ogołocona weranda i pusta przybudówka, w której trzymała zwykle swój samochód. Miejsce wyglądało na opuszczone.

Od strony stawów niósł się  wraz z lekkim porywem wiatru hałas silnika spalinowego, co chwilę gasnącego, jakby nie był wstanie zmierzyć się z zadaniem, które przed nim stawiano. Donat skierował się w tamtą stronę. Ubrany w roboczy kombinezon mężczyzna kucał przy kosiarce do trawy, majstrując przy jej wnętrznościach. Klął przy tym niemiłosiernie.

– Dzień dobry! – Ukłonił się, jakby chciał zastrzec, że nie ma złych zamiarów.

– Dla kogo dobry, dla tego dobry – wycedził mężczyzna – a mnie zaraz cholera jasna weźmie!

– Nie działa?

– Stare jak świat to i nie działa – odpowiedział, sięgnął po papierosa, zapalił i przetarł ręką mokre od potu czoło.

– Ja do pani Aleksandry. Nie widział jej pan?

– Pani Ola wyjechała.

– A kiedy wraca?

– Nieprędko.

– Jutro?

– Mówię, że nieprędko. Wyjechała za granicę.

– Jak to? – Odparł zaskoczony. – Nic nie wspominała. Dokąd?

– Do Szwecji, czy gdzieś…

– Coś się stało?

– A gdzie tam! Planowała to już od dawna. Dostała tam stypendium jakieś naukowe, czy coś… To i pojechała wczoraj. Nie kazała nic robić wokół domu do swojego wyjazdu, bo nie lubiła hałasu. Wie pan, kobiety… A teraz muszę to uporządkować, bo na sprzedaż wystawione. No niech pan spojrzy tam – mężczyzna wskazał na miejsce przed domem – tam trawa sięga już prawie pasa! I kto to musi pokosić? Ja! A czym? Tym starym gratem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *