Robin Hood – historia prawdziwa(?)

robin_hood_2010_posterBanita z lasu Sherwood fascynuje filmowców od dziesięcioleci. Ostatnio na wielkim ekranie pojawił się jako Książę Złodziei prawie dwadzieścia lat temu i, jak dla mnie, nadszedł najwyższy czas, by zdjąć z tej legendarnej postaci twarz Kevina Costnera i zastąpić ją jakąś nową.

A raczej inną. Ridley Scott bowiem postanowił ponownie zatrudnić swojego ulubionego aktora, Russella Crowe’a. Były gladiator ze swojego zadania wywiązał się bardziej niż sumiennie. Robin Hood to wbrew pozorom bardzo trudna rola; jeden fałszywy krok i mamy kolejnego papierowego herosa tryskającego komunałami z uporem godnym lepszej sprawy. Crowe gra oszczędnie, konsekwentnie budując postać bohatera mimo woli, człowieka, który w zasadzie najchętniej zająłby się uprawą ziemi i opieką nad swoją rodziną.

Taki zresztą jest cały film: blisko ziemi. Scott pozwala sobie na patos (wyjątek stanowią tu sceny związane z negocjacjami dokumentu, który później zaowocował Magna Cartą), nie upiększa rzeczywistości wojny. Żołnierze króla Ryszarda Lwie Serce walczą w błocie, są niedożywieni i zawszeni, a ich wódz to nieodpowiedzialny mitoman, który swoimi podbojami rujnuje kraj, by w końcu zginąć, o ironio, z rąk francuskiego służącego. Nowy król, manipulowany przez zdrajcę na usługach króla Francji (znakomity Mark Strong), okazuje się władcą chimerycznym, krótkowzrocznym, zdemoralizowanym, a na dodatek zwyczajnie głupim.

W takim kontekście kompania Robin Hooda nie jest wcale taka wesoła; priorytetem jest przeżycie, chociaż lojalność – która z wolna, naturalnie się w niej pojawia – ostatecznie każe Willowi, Alanowi i spółce podjąć ryzyko i walczyć. Robin Hood bynajmniej nie odbiera bogatym i nie oddaje biednym; zamiast tego wikła się w wielką politykę, co oczywiście kończy się wyjęciem spod prawa i narodzinami legendy.

Poza bezbłędną obsadą (zjawiskowa Cate Blanchett jako Marion, świetny drugi plan), atrakcją filmu są niewątpliwie sceny batalistyczne. Zdjęcia Johna Mathiesona i dynamiczny montaż sprawiają, że widz może poczuć się jak na prawdziwym średniowiecznym polu walki, gdzie króluje chaos i gdzie w każdej chwili można zginąć groteskowo okrutną śmiercią. Zabawy nie psują nawet najwyraźniej nieuniknione w takich produkcjach nieścisłości historyczne.

Jednym zdaniem: warto wybrać się do kina; dla jednych będzie to sprawnie zrealizowany film przygodowy, dla innych – ciekawe spojrzenie na jedną z najważniejszych legend kultury anglosaskiej.

Marcin Żółtowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *