Zimno

Złamał mi palec. Tak po prostu. Żebym nie zapomniała. Żebym sobie nie myślała.

Coś tam naprawiał, męski w swoim męskim zajęciu. Stukał, pukał, dłubał. I nagle, przechodząc obok stołu, przy którym siedziałam ze swoim cerowaniem, złapał mnie za nadgarstek. Nie przeczuwałam niebezpieczeństwa, głupia; był w świetnym humorze, pogwizdywał, nucił pod nosem, ciesząc się wolnym za przepracowaną sobotę w zeszłym tygodniu.

Moja dłoń plasnęła o blat; ten dźwięk właściwie zlał się z następnym (do dzisiaj brzmią w mojej głowie jak złowieszczy mini-akord), który był suchy, chociaż towarzyszył mu głębszy pogłos i brzęknięcie stojącej na krawędzi stołu szklanki.

Plask-chrup-łup-brzdęk! Tak widziałabym to na kartkach komiksu. Plus dużo wykrzykników i jakaś obłędna błyskawica.

Później pojawił się ból, promieniujący, pulsujący, przysłaniający cały świat. Jacek coś do mnie mówił, ale go nie słyszałam. Zresztą, byłam sobie w stanie wyobrazić, co. I przewidzieć, co powie za pięć minut, kiedy ochłonie i zostanie z zimną pustką, którą sekundy temu wypełniała euforia.

„Zimno” jest słowem, które przychodzi mi do głowy, kiedy o nim (i o jego „metodach wychowawczych”) myślę. Czułam zimno, gdy przychodził do mnie skruszony po tych pięciu minutach; czułam zimno, kiedy wyciągał pas, żeby wymierzyć mi karę. Czułam zresztą zimno, kiedy kładł na mnie ręce pod kołdrą, przy zgaszonym świetle (zawsze przy zgaszonym świetle, jak gdyby mogły jeszcze istnieć między nami jakiekolwiek sekrety, jak gdyby obawiał się o to, co na jawną rozpustę powiedziałby ten milczek z góry).

Ubrałam się szybko, żeby zdążyć, zanim obleje go fala wyrzutów sumienia. Na takiej fali mogłabym znowu oberwać. Każdy powód jest dobry.

– Pójdę to opatrzyć – rzuciłam, sięgając po płaszcz.

– Tylko nie siedź za długo – odburknął; jego dobry humor już się stracił, już odczuwał niepokój, jaki normalni ludzie czują, nim zdecydują się na uderzenie kogoś młotkiem w palec (jak idiotycznie to brzmi! Jak groteskowo! Aż nie chce mi się wierzyć, że jestem bohaterką takiej opowieści). Jaki sprawia, że takich rzeczy nie robią.

Wyszłam. Na dworze przedwiośnie, apatycznie kapiący deszcz, kapryśnie zmieniający kierunki wiatr. Jakby pogodą sterowały nasze emocje; moje deszczem, jego – wiatrem. Durne myśli przychodzące do głowy, kiedy drepcze się na izbę przyjęć ze złamanym palcem, a w domu nie czeka na ciebie żadne ukojenie.

Dr Janecki popatrzył na mój rentgen, a potem na mnie.

– I jak pani to zrobiła?

– Wbijałam gwóźdź i… ręka mi się omsknęła…

– Uhm. Dobrze, że nie miała pani piły w zasięgu ręki – nawet nie starał się lukrować sarkazmu. To tyle, jeśli chodzi o lekarską empatię. – Potrzebowałaby pani całego batalionu chirurgów.

– Panie doktorze, ja…

– Wiem, wiem. O nic więcej nie będę pytał. To pani życie.

Usiadł ciężko na krześle. Mrucząc coś pod nosem, uzupełnił moją kartę choroby.

(Ta powoli zamieniała się w tanią powieść sensacyjną inkrustowaną łacińskimi leksemami: stłuczenia, krwiaki, pęknięcia, szwy, szyny, gips; gdyby tak zebrać to wszystko do kupy, mielibyśmy przed sobą nieźle pokiereszowane zwłoki.)

– Miała pani szczęście – powiedział wreszcie.

Chciało mi się śmiać. Szczęście. Czy on naprawdę użył tego słowa?

– Aha – przytaknęłam.

– Mogło być dużo gorzej. Mogła pani go stracić. Ponosi pani opatrunek przez pięć, sześć tygodni i tyle. Powinno nie być żadnych śladów, krwiak sam zejdzie. Ale… – zawahał się. Chwilę bawił się długopisem z logo Merck, potem odchrząknął.

Wyglądał na czterdziestkę. Przystojny, opalony, wysportowany. Chodząca reklama zdrowego trybu życia. Jeden z tych, którzy prędzej zginą na wycieczce rowerowej, niż umrą na raka płuc. I zostawią bardzo zadbane zwłoki.

– Ale?

– Ale będzie pani musiała uważać, żeby znowu się w niego nie uderzyć – odpowiedział nieco ironicznie.

– Będę się starała.

Znowu zajął się swoim długopisem. To był bardzo zajmujący długopis. Z malutkim zbiorniczkiem w środku, w którym pływała maciupeńka pigułka. Mojej Marysi na pewno by się spodobał, pomyślałam.

– Wie pani… są instytucje, które mogłyby pani pomóc.

– Pomóc? Ja nie potrzebuję pomocy. Jakoś sobie radzę.

– Właśnie widzę – pokazał palcem na moją kartę.

– To są drobne sprawy.

– Nie ma drobnych spraw. Każda z nich mogła się skończyć tragedią. Może mi pani wierzyć, ludzie często umierają z błahych powodów. Jeśli czegoś pani nie zrobi, następnym razem może panią badać nie chirurg, a patolog sądowy – mówił, jakby ktoś mu ten tekst napisał, bez przekonania. Może mają taki prikaz? Wcale bym się nie zdziwiła.

– Dziękuję za pana troskę – rzuciłam, nie wiedząc, co powiedzieć. – Do widzenia.

– Do widzenia. A raczej: do zobaczenia.

Byłam wściekła. Ciekawe, myślicie pewnie, że zdenerwował mnie nie mój sadystyczny mąż, a lekarz, który najwyraźniej próbował mi pomóc. Powiem wam, dlaczego. Bo: wydawało mu się, że rozmawia z nieświadomą niczego przymuloną kurą domową, której należy wskazać drogę; bo: założył, że moje działania wynikają z jakiegoś pseudomiłosnego zaślepienia, że toleruję tę sytuację, ponieważ tak naprawdę sprawia mi ona przyjemność; bo: postawił mnie w sytuacji kogoś, kto musi się tłumaczyć z własnego nieszczęścia.

Bo prawdopodobnie miał rację.

Ale:

Nie brał pod uwagę Marysi. Mojej kochanej Marysi. Jacek mógł traktować mnie młotkiem czy przysłowiowym kablem od żelazka, ale Marysię wręcz wielbił. Nie było rzeczy, której by dla niej nie zrobił. Zachowywał się tak, jakby wszelkie ludzkie uczucia (a bez względu na to, jakim potworem stawał się czasem wobec mnie, był człowiekiem, nie odmówię mu tego, to byłoby zbyt proste), które się w nim chowały, rezerwował dla niej. Patrząc, jak się bawią, nawet sama nieraz zapominałam, do czego był zdolny. Cóż, podobno Hitler był bardzo czuły wobec Ewy Braun…

Pozostaje jeszcze kwestia pieniędzy. Jacek potrafił zarabiać. Może głupio to zabrzmi, ale na palcu, który mi złamał, miałam pierścionek za dwa tysiące z kawałkiem. Krzywicie się. Ale załóżmy, że uruchamiam te instytucje doktora Janeckiego, załóżmy, że wszystko idzie zgodnie z planem, że Jacka zamykają, a ja przejmuję jego majątek. Na ile wystarczy tych oszczędności (które na dodatek mocno uszczupli jego proces, bo przecież nie będzie skąpił na adwokatów)? Kto opłaci raty kredytu za mieszkanie? Kto kupi książki, zeszyty i milion rzeczy, jakie potrzebuje każda siedmiolatka? Polsat Dzieciom?

Jakoś dziwnie popatrzył na mnie, kiedy wróciłam. Pokazałam mu swój opatrunek. Kiwnął głową.

– Pojadę po Marysię – powiedział.

Tym razem to ja kiwnęłam głową. Ostatnimi czasy wymienialiśmy niewiele słów. Niewiele mieliśmy sobie do powiedzenia. Choć może nie, rzeczy jeszcze by się znalazły. Brakowało za to ochoty. Ja mogłabym mu przytoczyć treść mojej pogawędki z doktorem Janeckim, ze szczególnym uwzględnieniem jego porad życiowych. On mógłby wprowadzić mnie w to, co działo się w jego pokręconym łbie, kiedy podkradał się do mnie ze swoim tępym narzędziem (jeśli wyjaśnienie było w zasięgu jego możliwości).

Woleliśmy jednak milczeć.

Po kilku minutach zostałam sama. Towarzyszył mi jedynie pulsujący ból palca. I cisza, która skłaniała do smutnych refleksji.

Postanowiłam zabić ją muzyką. Pierwszą płytą Tori Amos, Little Earthquakes. Małe trzęsienia ziemi: piosenki dla potłuczonych (Bajki dla potłuczonych już mnie nie śmieszą). Przeskoczyłam od razu do Me And A Gun. To o mnie: ja i pistolet, i facet na moich plecach… ale jeszcze nie byłam na Barbados, więc jakoś muszę to przeżyć. Szkoda, że Bóg nie obdarzył mnie żadnym talentem. Mogłabym się wykrzyczeć, wypisać, wymalować. Czy to sprawiłoby, że moje życie zmieniłoby się na lepsze? Raczej nie. Ale przypuszczam, że stałoby się łatwiejsze do zniesienia.

Wrócili po niecałej godzinie. Marysia miała krem w kącikach ust. Musieli po drodze wstąpić do cukierni; jedna była wygodnie ulokowana tuż przy szkole. Jacek często ją tam zabierał, a ona odwzajemniała się czystą, niewinną miłością córki do ojca. I robiła się rozkosznie pucułowata.

– Co robiłaś? – zapytał, starannie powiesiwszy marynarkę na wieszaku. (Zawsze tak robił; jego koszule były nieskazitelnie czyste i starannie wyprasowane; to samo spodnie; lecz jeśli myślicie, że to moja zasługa, to jesteście w błędzie.)

– Nic – odparłam zgodnie z prawdą.

– Nic? Też chciałbym mieć czas na nicnierobienie.

Zrobiło mi się zimno. W moich żyłach zagrała adrenalina, hormon walki-ucieczki (choć nie zamierzałam—co za ironia!—ani walczyć, ani uciekać). Moje ciało, poobijany pies Pawłowa, wiedziało doskonale, do czego ta rozmowa doprowadzi.

– Ja…

– Marysia, idź się pobawić do swojego pokoju.

– A poczytasz mi potem Kubusia Puchatka? – zapytała mała negocjatorka. Uwielbiała, kiedy jej czytał. Modulował głos i wydawał z siebie różne śmieszne dźwięki. Sama lubiłam tego słuchać. Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że tak wygląda całe nasze małżeństwo.

– Poczytam.

– Obiecujesz?

– Obiecuję. A teraz już idź. Mama i ja musimy poważnie porozmawiać.

– Dobrze.

To chyba najlepszy wiek: dziecko już szkolne, już dające rodzicom odpocząć od siebie, spokojnie popracować, ale jeszcze daleko od ciężkich prób okresu dojrzewania. A jakie chłonne, jakie…

– A nie miałaś czasem wyczyścić łazienki?

– Wczoraj czyściłam… – mówiłam z coraz mniejszym przekonaniem. Moją głowę zaprzątało co innego: jak będzie bił i gdzie.

– To może zobaczymy razem, jak tam jest czysto.

Złapał mnie za rękę (na szczęście prawą; złamany palec spokojnie pulsował u lewej) i zaciągnął do łazienki. Tam rzucił mnie na podłogę i jął pokazywać plamy. Zauważyłam je dość szybko; Jacek był bardzo przekonujący.

– No i co? – warknął, kiedy znowu byliśmy w dużym pokoju.

Nie bardzo wiedziałam, czego ode mnie oczekiwał. Milczałam. A to z reguły stanowiło dla Jacka zaproszenie do rękoczynów.

Zamachnął się otwartą ręką. Przygotowałam się na policzek, raczej jeden z tych siarczystych. Zasznurowałam usta, przymknęłam oczy. Cios spadł; niezawodny, celny. Cała prawa połowa mojej twarzy zamieniła się w zbitą, płonącą masę. Ale mi było zimno. Jakbym nagle znalazła się naga na tafli zamarzniętego jeziora.

Jeszcze jeden?, zastanawiałam się. Otworzyłam oczy. Ręka w górze: jeszcze jeden. Ostatni. Widziałam to w jego pozie, chwiejnej, niepewnej.

(Ta niepewność jednak nie wróżyła niczego dobrego; musiał ją skompensować, a kompensował ją—niespodzianka!—siłą.)

Ta sama procedura. Usta, oczy. Upiornie długa sekunda. Cios.

– Mamo!

Widzieliście te wszystkie matriksy, wiecie, jak ładnie można pokazać wydarzenia dziejące się z prędkością światła. Tak właśnie zapamiętałam to, co stało się później.

Głos Marysi jakby mnie przebudził. Moje powieki same się rozsunęły, wzrok skoncentrował na niej. Stała za Jackiem, pół metra, może metr. Była zapłakana. W dłoni trzymała umorusanego pluszowego Prosiaczka. Patrzyła na mnie. Jak zahipnotyzowana.

Ręka Jacka cięła powietrze; wyglądało, jakby żyła własnym życiem; jego głowa wciąż odwrócona była ku mnie. Wokół wirowały drobiny kurzu, których przecież nie mogłam dostrzec. Możliwe, że krzyczałam, całkiem możliwe, że nie zdążyłam wydać z siebie nawet dźwięku. Nieważne. Grzbiet dłoni Jacka dosięgnął policzka Marysi.

Czas się zwyczajnie zatrzymał.

Jak opisać wam, co wtedy poczułam? Jakby ktoś oblał mnie lodowatą wodą? Po części tak. Ale to nie oddaje tego bólu. Jakby w moje żyły wbiło się tysiąc rozpalonych do białości igiełek? Bliżej. Moje ciało przeżywało hormonalny huragan; gruczoły dokrewne wściekle wyrzucały swoje produkty; podwzgórze i przysadka wariowały, wysyłając sprzeczne sygnały w pętli ujemnego sprzężenia zwrotnego. Świeży zastrzyk adrenaliny prosto z nadnerczy dodał mi sił i niwelował efekty wymierzonej przez Jacka kary.

(Zanim Jacek zdecydował, że nie interesuje go żona, która spędza połowę swojego czasu w szpitalu i nie ma jej, by po bożemu ugotować obiad i poodkurzać mieszkanie, zaliczyłam rok na medycynie. Zostało z tego niewiele, ogólne pojęcie, trochę fachowego słownictwa, zdolność czytania ulotek farmaceutycznych ze zrozumieniem. Moi rodzice byli zdruzgotani; ojciec nie odzywał się do mnie aż do śmierci; matka, rozumiejąc mój wybór, nie kryła rozczarowania. Wiedziałam, że mieli rację, czułam to całą sobą; dopiero widok malutkiej, rozmazanej, bezkształtnej Marysi na ekranie ultrasonografu wypełnił—chociaż nie do końca—pustkę po moim marzeniu.)

Odwrócił się do niej i chyba dopiero wtedy zrozumiał, co zrobił. Usłyszałam zduszony jęk. Zaraz po nim zabrzmiał głuchy łoskot. To Marysia uderzyła o podłogę, bezwładna jak worek ziemniaków. Zaczęłam się cofać, aż zatrzymał mnie stojący za mną stół. Oparłam się o niego; moje palce natrafiły na zimną stal nożyczek krawieckich. Chwyciłam je, ścisnęłam z całej siły. Z mojego gardła wydostał się chrapliwy, zwierzęcy ryk.

Doskoczyłam do niego, nie myśląc o tym, czego chciałam w ten sposób dokonać. Zdążył się odwrócić. Ale nie zdążył się zasłonić. Trafiłam go w prawy bok, tuż pod dziesiąte żebro. Ostrze weszło głęboko, aż do nitu łączącego nożyczki.

Stanęłam z nim twarzą w twarz. Ciekły po niej łzy; zaczął płakać jeszcze zanim rozerwałam jego żyłę wrotną (raport patologa sądowego stwierdzał, że to właśnie było bezpośrednią przyczyną śmierci; żyła wrotna—jeśli ktoś potrafi ją zlokalizować—jest jednym z lepszych celów dla potencjalnego zabójcy). Żałował. Co z tego? Upadł obok Marysi, która przerażona zerwała się i zaczęła wrzeszczeć. Ja nie ruszałam się z miejsca. Gapiłam się na krew cieknącą z jego rany.

Mój adwokat stwierdził w sądzie, że byłam w szoku. Potwierdził to biegły (biorąc pod uwagę fakt, że miałam po swojej stronie media i—co za tym idzie—tak zwaną opinię publiczną, prokurator nie kwestionował jego zeznań za pomocą swojego kontrbiegłego). Ale nie jest to prawda. Byłam świadoma upływu czasu, słabnącego strumienia krwi plamiącej wykładzinę, blednącej skóry Jacka. Stygł, a ja czekałam, aż przekroczy granicę, zza której już się nie wraca.

Marysia przykleiła się do mnie; głaskałam ją odruchowo po głowie, szepcząc uspokajające banały. Umazałam jej włosy i czoło na czerwono. Wyglądała jak stwór z jakiegoś horroru, zjawa, która wróciła zza grobu dokonać okrutnej zemsty na swoim prześladowcy. Prawie uśmiechnęłam się na tę myśl.

– Ty… ty… – wycharczał Jacek. Jego dłoń zaciskała się wokół sterczących w jego boku nożyczek; korciło go, by je wyszarpnąć i jednocześnie śmiertelnie się tego bał.

– Co ja? – zapytałam. Mój głos był zimny, opanowany.

Dawno, dawno temu pragnęłam zostać chirurgiem. Chirurg powinien umieć się opanować w każdej sytuacji. Nie powinna go szokować ani krew, ani śmierć.

– Ty… – powtórzył i stracił przytomność.

Nigdy już jej nie odzyskał.

Zostałam uznana winną przekroczenia obrony koniecznej. Sąd jednak odstąpił od wymierzenia kary ze względu na to, że działałam w stanie silnego wzburzenia emocjonalnego uniemożliwiającego mi właściwą ocenę sytuacji (czy jakoś tak, zapytajcie mojego adwokata; ten niezwykle medialny sukinsyn opowiem chętnie opowie wam o wszystkim ze szczegółami). Nie zabrali mi Marysi. Za to przydzielili kuratora i kazali rozpocząć psychoterapię. Czemu podporządkowałam się bez narzekania. Nie zabrali mi Marysi, napisałam już.

Pani psycholog jest bardzo współczująca. Ale ma też swoje zdanie o tym, co się wydarzyło. Najwyraźniej ma to coś wspólnego z moim ojcem. Kto wie? Może dr Ilona mnie naprawi i odnajdę się w zdrowym związku? Jak już odstawię Coaxil i skończą się koszmary… Kiedy będzie mi cieplej.

Szczerze? Wątpię.

26/4/2009

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *