Srebrniki

Zdaniem terapeutki Adama, jego szalona, z pozoru altruistyczna, akcja była zaledwie sposobem na nakarmienie jego wygłodniałego ja; desperacką próbą podniesienia jego dramatycznie niskiej samooceny. Adam ze zdaniem swojej terapeutki się liczył; w końcu po jakiegoś grzyba płacił jej te półtorej setki za sesję i tydzień w tydzień kładł się na pięćdziesiąt minut na jej kozetce (która zresztą, wbrew wizerunkom propagowanym przez amerykańskie komedie, była zwykłym, choć dość wygodnym, fotelem z IKEI).

W tej sprawie jednak zgłaszał grzeczne, lecz stanowcze, votum separatum. Rozdawał te cholerne pieniądze (srebrniki, jak je nazywał), ponieważ był to społeczeństwu winien. Był to winien swoim rodzicom, którzy pracowali do upadłego, by cieszyć się emeryturą niecałe dwa lata. Był to winien lekarzom, którzy jakimś cudem wyrwali z niego raka, kiedy on sam już położył na sobie krzyżyk. Był to winien Bogu, w którego przez prawie całe swoje dorosłe życie gorąco powątpiewał, a któremu pewnego deszczowego dnia spodobało się obdarzyć go szóstką w totolotka.

Analizował prośby, patrzył ludziom głęboko w oczy (upierał się przy kontaktach twarzą w twarz; piękną prośbę wysmarować może każdy, a Adam musiał mieć pewność, że srebrniki pójdą w dobre ręce; srebrniki, wbrew biblijnym skojarzeniom, miały służyć czynieniu dobra, jakkolwiek pompatycznie by to nie brzmiało) i podejmował decyzje. Temu pięć tysięcy, tamtemu pięćdziesiąt. Pieniędzy z kumulacji było jeszcze sporo (a banki regularnie dopisywały na jego rachunkach procenty, obwieszczając to na specjalnych, vipowskich zestawieniach).

Leszek Kordat (którego Adam z miejsca w myślach przezwał Konkordatem, częściowo z racji afektowanej religijności, jaką prezentował) prosił o środki na przystosowanie domu na potrzeby jego niepełnosprawnej matki, a także na kosztowną rehabilitację dla niej. Szczytny cel, pomyślał Adam i uważnie przyjrzał się swojemu aktualnemu suplikantowi.

–       Wie pan, ile to teraz wszystko kosztuje – powiedział Kordat, czując, że właśnie ważą się losy jego dobrobytu.

–       Wiem – odparł Adam. Uśmiechnął się zachęcająco. Kordat zrobił to samo, odsłaniając rzędy białych, równych, świetnie utrzymanych zębów. Adama naszła ochota zapytać, ile teraz kosztuje porządna opieka dentystyczna. Oparł się jednak tej pokusie.

–       Mam tu zaświadczenie z ZUS-u – dorzucił Kordat. – O niepełnosprawności. Nowe.

–       Świetnie – odpowiedział Adam, ale jakoś tak bez entuzjazmu. – Proszę pokazać.

Kordat podniósł z podłogi teczkę (skórzaną, Adam natychmiast zauważył, przyzwoicie wykonaną; taką, której nie wstydziłby się nosić minister) i wyciągnął z niej plik dokumentów. Wszystko się zgadzało: podpisy, pieczątki,  druki; orzeczenie lekarskie wskazywało na niedowład kończyn dolnych pochodzenia neurologicznego połączony z postępującą dystrofią mięśni dolnej połowy ciała; zmiany nieodwracalne.

–       Okej. To może mnie pan przedstawi mamie? – zaproponował Adam, spoglądając znad dokumentów.

–       Nie ma problemu – odparł Kordat.

Jego twarz nie wyrażała niczego, ale Adamowi zdawało się, że dostrzegł w jego oczach błysk lęku.

Dom nie wyróżniał się spośród stojących obok. Był odnowiony; brama wjazdowa wyglądała solidnie; na podwórku zieleniła się krótko przystrzyżona trawa. Weszli do środka.

–       Matka ma pokój na górze – poinformował Kordat. – Pójdę jej powiedzieć, że mamy gościa. Niech się pan rozgości.

–       Pójdę z panem, nie ma co tracić czasu…

–       Nie – sprzeciwił się Kordat, być może odrobinę zbyt stanowczo. – Matka jest ostatnio trochę strachliwa, zwłaszcza przy obcych.

–       W porządku. Poczekam tutaj – zgodził się Adam i skierował do salonu. Kordat zaczął wdrapywać się po schodach.

Coś tu śmierdzi, mruknął do siebie, patrząc na porządne, drewniane kolumny kina domowego. Facet najwyraźniej do oszczędnych nie należał. I miał niezły gust, sądząc wystroju wnętrza. Niezły i niezbyt tani…

–       Panie Sawicki! – Adam nagle usłyszał swoje nazwisko, co wyrwało go z rozważań nad cenami poszczególnych elementów wystroju.

–       Tak?

Kordat pojawił się w progu salonu, lekko dysząc i komicznie starając się to ukryć.

–       Proszę na górę.

–       Dziękuję.

Poszli, gospodarz z przodu, gość za nim. Kiedy znaleźli się na piętrze, Kordat poprowadził go do jednego z trzech znajdujących się tam pokoi. Adam odnotował, że żadnym z nich nie była łazienka.

–       Mamo, to jest pan Sawicki. Panie Sawicki…

–       Miło panią poznać – Adam wyciągnął rękę do drobnej, jakby skurczonej, staruszki siedzącej na wózku inwalidzkim przy niezasłanym łóżku.

Jej długie włosy były w nieładzie, spod narzuconej pospiesznie, kwiecistej chusty wystawała obszarpana koszula nocna. Staruszka patrzyła na obcego szeroko otwartymi oczami przerażonego, wyciągniętego z nory zwierzęcia.

–       Przerąbane, mówię ci, Krzysiek. Facet wygonił własną matkę na górę, żeby mu nie przeszkadzała. Nawet nie miała, gdzie się załatwić. Wolę nie myśleć, jak to dla niej zorganizował – mówiąc do swojego asystenta, Adam potrząsał głową. – I jeszcze chce na niej zbić kasę!

Tutaj, z lekka teatralnie, uderzył pięścią w blat swojego mahoniowego biurka.

Krzysiek, który w sztuce cynizmu zaszedł o wiele dalej, niż jego pracodawca, z trudnością szukał w swoim słowniku słowa, które byłoby i odpowiednią reakcją na otrzymaną informację, i nie brzmiałoby w jego ustach sarkastycznie.

–       Przerąbane – zdecydował się po prostu powtórzyć określenie szefa.

–       Ale kolo trochę się zdziwi. Wiesz, czemu?

–       Czemu?

–       Bo nie dostanie ani grosza. Złamanej złotówki.

–       A co z jego matką?

–       Zrobimy jej mały prezent. Skontaktuj się z tym… Konkordatem – złośliwy uśmieszeki wyciągnij od niego wszystkie jej dane. Z peselem, nipem, numerem buta, wszystkim, co będzie potrzebne do umowy darowizny i wpisu w księdze wieczystej. A potem znajdź jakieś M3 w centrum, na parterze bez schodów. I ekipę remontową, niech uszykują wszystko pod człowieka na wózku. Niech wezmą na konsultanta kogoś ze związku inwalidów, czy jak to się tam nazywa. I wynajmij pielęgniarkę. Najlepiej niech podpisze umowę bezpośrednio ze mną, będziemy mieli wszystko pod kontrolą.

Mieszkanie przy Poziomkowej spełniało wszelkie wymagania. Adam kupił je (co kosztowało go niecałe dwieście tysięcy) i natychmiast przekazał nowej właścicielce. Cała operacja trwała dwa tygodnie (łącznie z dwoma wpisami do księgi wieczystej; niesamowite, jak kilkanaście milionów na koncie może przyspieszyć funkcjonowanie naszej administracji), następne dwa miał zająć remont.

Rano, w przeddzień planowanej przeprowadzki Adam tryskał humorem. Nie tylko dlatego, że udało mu się pomóc biednej staruszce.

–       Szkoda, że mnie tam nie było, kiedy mu powiedziałeś o szczegółach – rzucił, przygryzając tosta z dżemem truskawkowym. – Nieźle musiało go walnąć.

–       No, wyglądał… nietęgo.

–       Ja myślę! Przyszło coś ciekawego popołudniu?

–       Jest list od niego…

–       To czemu nic nie mówisz? Co pisze?

–       Nie otworzyłem. Pomyślałem, że pan będzie chciał przeczytać pierwszy.

–       Dawaj. Ciekawe, co drań wyskrobał. Może odgrzebał gdzieś następną potrzebującą krewniaczkę?

Rozdarł kopertę i wydobył z niej pojedynczą kartkę papieru. List był krótki, ledwie kilka linijek wydruku. Adam odchrząknął i zabrał się za czytanie.

Szanowny… blablabla… jeszcze raz… podziękować… szczodrość… blablabla… niestety… – w tym miejscu głos Adama zaczął drżeć. – W dniu wczorajszym mama przez nieuwagę wjechała wózkiem na schody i z nich spadła. Lekarze nie byli w stanie nic zrobić. Pogrzeb

Krzysiek powstrzymał ponury uśmiech, który wciskał mu się na twarz; uwielbiał te ponure, życiowe ironie, których dookoła nigdy nie brakowało. A omawiana miała ten dodatkowy smaczek, że przywracała jego wiarę w porządek wszechświata i prawa nim rządzące.

Patrząc na siną ze wściekłości twarz swojego szefa, zastanawiał się, czy Kordat będzie na tyle bezczelny, by poprosić w następnym liście o kasę na przystosowanie mieszkania do potrzeb osoby pełnosprawnej. To byłby rozkoszny epilog tej historii.

24/25 grudnia 2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *