Z Pamiętnika Poststudenta

Siedzę przed klawiaturą i zastanawiam się od czego zacząć. Może od eseju o tym, jak sobie schrzanić życie w wieku lat 20-stu paru. A może od wspomnienia kolejnej pracy akademickiej, której pewnie nikt nie przeczyta. O ile zaliczę, bo tego, jak to się mówi, poza kręgami piekielnymi i panelem egzaminacyjnym, nikt nie wie.

Ponad 7 miesięcy temu, byłam na etapie drewnianych ławek, studenckich prywatek i zawsze poręcznego zielonego trawnika bez tabliczki ‘Nie Deptać’. What a blissful heaven… Moja lepsza połowa z przyjemnością odkrywała uroki Assassin Creed II, a ja ćwiczyłam formułki z marketingu i zarządzania. I pewnie byłoby tak do końca roku akademickiego, gdyby los nie zmiażdżył mi nosa o ramie wampira energetycznego i pomyleńca rangi Doktora Magneto. Kiedyś mogłam się zdefiniować jako niepoprawną optymistkę wierzącą, że w każdym z nas jest przy najmniej cząstka dobra i człowieczeństwa, zwłaszcza jeśli się patrzy na sierżanta Nobby’iego Nobsa rodem ze Świata Dysku. Człowiek spuszcza gardę i staje się śmiesznie przyjacielski ignorując ten głosik podejrzliwości w swojej głowie. I to błąd, gdyż zaczyna się tonąc w ruchomych piaskach totalnego bezwładu umysłowego. Takie osoby działają jak dość popularny obecnie serwis MEGA UPLOAD: dostajesz 72 min za darmo, a potem płacisz za cala resztę. Potem, stresem i dużymi rachunkami telefonicznymi. I tak o to dałam się wciągnąć w wir organizowania większej imprezy, załatwiając pozwolenie od władz, nasłuchując się marudzenia, naciąganych opinii i wymówek. Dobrze, że dzieliłam ból z grupa skazańców takich jak. Im nas jest wiecej, tym mniej czujesz się glupi. Niczym przy wyborach.

Jak każdy horror klasy D, tak i ten dobiegł (nie)szczęśliwie do końca. I choć wszystko zostało odhaczone a ludziki radośnie pokicaly do swojej normalności, ja czuję się wewnętrznie wypalona. Tak jakbym miała kratery księżycowe przed oczami. I o to konsekwencje… Syndrom nadpobudliwego cynika. Chory neguje i ironizuje wszystko, co mu wpadnie w rece, począwszy od reklamowych bobasów a skończywszy na wielu aspektach wlasnego/czyjegos życia osobistego. Troche mi to zajmie, ale odbuduje wiarę w ludzi. Do tego należy jeszcze podreperować własny wizerunek w oczach tych, których mogłam zawieźć lub zaniedbać. Najchętniej wysłałabym każdemu bombonierkę z czekoladkami w czerwonym sreberku i z wielką lśniąca kokardą. A nie każdy gustuje w takich fanaberiach. Dlatego też siedzę przed monitorem mojego laptopa i obmyślam swój plan 5-letni…

Ale jednego się nauczyłam. Na świecie jest mnóstwo chodzących Pijawek Społecznych. Jedne są mniej radioaktywne niż drugie, ale rzadko której przyświecają jakieś wyższe cele. To od naszego zdrowego rozsądku i odrobiny szczęścia zależy, czy uda nam się trafić na tych mniej szkodliwych. I czasami lepiej zabrać za sobą szkło powiększające. Bo jak tu trafić do statystycznie bezpiecznego Wonderlandu, jeśli nie wiesz, co jest napisane na etykietce małej zielonej buteleczki?

0 thoughts on “Z Pamiętnika Poststudenta

  1. Zielona butelka z zawartością zawsze kojarzy się z pewnym zielonym trunkiem, serwowanym z rozpaczliwych ilościach na przełomie XIX i XX wieku w Paryżu… Ach, ta bohema i Fien de Siecle…
    Od zawsze pewni ludzie, którzy wierzą święcie w to, iż ‚mają rząd dusz’ są pijawkami (ergo wampirycznymi pogromcami energii). W Dublinie jest nie inaczej… Ale chwała zawsze i wszędzie nie tym wielkim pseudo – wizjonerom (bez porządku, ładu i składu, o szacunku dla innych nie mówiąc), ale tym ‚maluczkim rybkom – prządkom’ bez których nic by nie było.
    Wszelkie stowarzyszenia i układy blichtrowo – towarzyskie przekładam (od daty pewnej żałobnej imprezy, wydarzenia) nad kontakt i obcowanie z tak zwanym dublińskim pospolitym ruszeniem. Chcieć to móc i działać, a nie tylko błyszczeć i żądać hołdów… Nieprawdaż ???

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *