Magik

Siedziałem sobie spokojnie w domu, czytając książkę, kiedy nagle rozległo się pukanie. „Ki diabeł?” – pomyślałem, gdyż gości się o tej porze nie spodziewałem. Zwlokłem się niechętnie z łóżka, schodząc na dół i otworzyłem drzwi z założeniem szybkiego spławienia nieoczekiwanego gościa.

W drzwiach szczerzył zęby przystojniak w błyszczącym garniturze. Szczerzył zęby i wręcz promieniał radością, tchnął optymizmem. Nawet jego „dzień dobry, pan X?” wypowiedziane było takim tonem, jakby już siedział u mnie w domu, już się gościł. Jego pewność siebie spowodowała, że lekko się przykurczyłem i wstydliwie wcisnąłem głębiej w kapcia nogę ubrana w dziurawą skarpetkę.

Już po chwili byliśmy na górze, w mojej kuchni. Jego wzrok czujnie lustrował każdy zakamarek pomieszczenia, aż w końcu zapytał: „Co pan pije?”. Uśmiechnąłem się – swój człowiek! Kiedy otwierałem lodówkę i zastanawiałem się, czy mam umyte kieliszki usłyszałem ponownie: „Co pan pije? Czy pan wie?”. Zbaraniałem.

Wytrenowanym ruchem, niczym magik, wyciągnął jakieś urządzenie. Zanim zdążyłem powiedzieć jakiekolwiek słowo, on już nalewał wody z kranu do szklanki i zanurzył w niej swój magiczny przyrząd. Podłączył zasilanie. Zabulgotało, zasyczało i nagle… woda zrobiła się czarna. Kłęby jakiegoś osadu wydzielały się z drucików i wypływając na powierzchnię. Magik spojrzał na mnie z góry.

„Dziecka panu nie żal? Żony? Taki syfem je truć? No sam pan widzi” – pouczał mentorskim tonem, spoglądając na mnie z wyższością i kiwając głową, jakby co najmniej od miesiąca był pewien, że tu i teraz zastanie taką wodę. I takiego niedojdę, który poi tym swoje dziecko, narażając je w przyszłości na męki, cierpienia i choróbska straszne. „Na szczęście” – dodał, złagodziwszy ton i zmieniwszy spojrzenie takie trochę ojcowskie – „na szczęście przybyłem tu z odsieczą, by Pana i pańską rodzinę uratować”

„Oto remedium” – zagrzmiał dwa tony głośniej, a ściany zadrżały. „oto filtr, który oczyści pańską wodę, cudowną, fantastyczną i jedyna w swoim rodzaju metodą odwróconej osmozy!”. Ostatnie dwa słowa wypowiedziane zostały takim tonem, że nie śmiałem nawet zapytać, cóż to takiego jest i dlaczego koniecznie odwróconej. Tym bardziej że magik zaprezentował kolejną sztuczkę. Woda, po przepuszczeniu przez cudowny filtr była krystalicznie czysta. A po łożeniu magicznego urządzenia nie wydobył się z niej nawet maluteńki, tyci tyci kłębek zabrudzeń.

„Ha!” – zagrzmiał mężczyzna. Po czym, znienacka zmieniając ton na spokojniejszy zapytał: „Lubi Pan piwo?”

Przez chwile miałem taka małą nadzieję, że w swej torbie ma jakąś puszeczkę. Zorientowałem się jednak, ze to kolejny etap showtime, posłusznie odpowiedziałem więc, że piję. Na to on, znowu kiwając mentorsko głową, zapytał, czy kosztem wyrzeczenia się jednego piwa dziennie nie chce zapewnić zdrowego życia rodzinie? Czyż nie kocham żony? Czyż nie kocham dziecka? Cóż to jest, jedno piwo mniej, raptem trzy złote, czyli sto złotych miesięcznie. Cóż to jest dla zdrowia i szczęścia najbliższych? Sto złotych?

Na końcu cicho dodał, że raty płatne są przez pięć lat.

Zacząłem się zastanawiać. Poprosiłem jednak magika, aby dla upewnienia się, czy dobrze robią, zademonstrował mi jeszcze raz tę sztuczkę z przefiltrowana wodą. Ukradkiem tylko tę wodę posoliłem.

Magik włączył swoje urządzenie. Z niedowierzaniem obserwował, jak z jego czystej, krystalicznej wody robi się zanieczyszczona ciapa. Wybałuszył oczy i zbaraniał. I zmalał jakby.

„Bo widzi Pan” – powiedziałem – „Nie wiem, czym jest odwrócona osmoza, ale w szkole chciało mi się uczyć. I stąd wiem co nieco o elektrolizie. Woda z kranu ma pełno związków, które przewodzą prąd i powodują rozpuszczenie elektrody, co z kolei powoduje powstawanie zanieczyszczeń. Woda sterylna z pańskiego filtru prądu nie przewodzi, więc elektroda się nie rozpuszcza i nie ma zanieczyszczeń. Wystarczy dodać jednak trochę soli, by woda zaczęła przewodzić prąd i pojawił się brud. A sole i inne składniki mineralne potrzebne są ludzkiemu organizmowi, w przeciwieństwie do pańskiej sterylnej, przefiltrowanej wody, która te niezbędne pierwiastki z wody wypłukuje.”

I to był koniec magika. Szybciutko zwinął majdan i wyniósł się cichaczem tak, że nawet nie zdążyłem życzyć mu miłego dnia.

A przed chwilą miałem telefon – zapowiedziała się na wizytę przedstawicielka „rozwojowej, jedynej w Polsce firmy”, która ma w ofercie „wspaniałą pościel z wielbłądziej wełny, która spowoduje, ze będziemy wraz z całą rodzina żyć dziesięć lat dłużej i na pewno wpadniemy w zachwyt”. Oczywiście specjalnie dla nas ma niesamowity rabat.

Zaprosiłem ją. Pogadamy.

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *