Kefir dnia bardzo złego


Waldemar Szary, technik żywnościowy OSM „Paziocha”, miał bardzo zły dzień – jeden z tych bardzo złych dni, które z reguły następują po jednym z tych bardzo dobrych dni. Taki dzień, w którym nic się nie udaje, a życie daje w kość bardziej niż przyjaciele z pracy.

Taki dzień, w którym człowiek przypomina sobie niewinne dzieciństwo i chciałby wrócić do tych czasów, w których nie było bardzo złych dni następujących po bardzo dobrych dniach. Taki dzień, w którym człowiek patrzy w lustro i zastanawia się, czy zna tego kogoś, kto ogląda go bezczelnie swoimi zaczerwienionymi oczami. Taki dzień, w którym w powietrzu krążą myśli o oddzieleniu się od swojej cielesności, przynajmniej do czasu, gdy cielesność przestanie sprawiać kłopoty.
Mówiąc krótko: Waldemar Szary miał kaca.
A gdy miał kaca, wszystko leciało mu z rąk, co w przypadku jego pracy mogło mieć istotne znaczenie. Dlatego naczelny technik żywnościowy czołowej spółdzielni mleczarskiej w kraju półleżał za kotłem mieszalniczym i marzył o tym, żeby zapomnieć o negatywnym stymulowaniu jego komórek nerwowych przez osiemdziesiąt trzy kilogramy swojej żywej wagi.
– Szary do kierownika! – usłyszał jak przez mgłę akustyczną obolały specjalista od komponowania nowych smaków.
– Szary zrobisz mi nowy jakiś produkt. Tylko żeby był nowy i przebojowy, a nie jak poprzednio te przesłodzone jogurciki, że się pożal. Przyjeżdża dzisiaj delegacja tych Francuzików kwaśnomleków i muszę coś mieć za godzinę. No, do roboty, bo czas mija, a mija on tobie, a nie mi – półkrzyczał kierownik działu produkcji, co było typowe dla niego w czasie bardzo złych dni, które następują po bardzo dobrych dniach.
Ostatni bardzo dobry dzień upłynął i jednemu, i drugiemu pod znakiem imienin u pani Elwiry, głównej księgowej, która co roku robiła przyjęcie i wszyscy do niej przychodzili, bo jak nie przyszli, to potem zapominała im przesyłać pensje na konto. I kierownik, i technik zaprawili się tą samą wódką, co więcej z tej samej butelki, co więcej w objęciach nawzajemnych, o czym lepiej, żeby sobie nie przypominali.
– Nowy produkt, nowy produkt w godzinę… poprzednio były trzy – grymasił Szary, z trudem otwierając szafkę ingredientową. Tydzień temu przysłali nowe smaki z Kolonii Francuskich. Lśniące od nowości puszki kusiły nazwami i napawały optymizmem: owoce leśne ą la mango, owoce egzotyczne ze skwarkami, owocowo-grzybowy, warzywno-marchewkowo-błonnikowy, naturalny smak kefiru domowego, ekscentryczna pomarańcza o smaku malinowym i inne.
Czas mijał, a Szary wolno zabierał się do pracy, wiedząc, że ostatnie czterdzieści pięć minut musi poświęcić na testowanie smaku, co zawsze kończyło się w łazience. Myślał sobie, że kierownik specjalnie dał mu to zadanie akurat dzisiaj, żeby całkowicie obrzydzić mu życie po imprezie u księgowej. Ale co było zrobić – wlał drżącą ręką do małej kadzi świeży jogurt sprzed dwóch tygodni. Do eksperymentów używał wyłącznie tego jogurtu, bo nie powodował sensacji żołądkowych tak gwałtownych, jak te naturalne, niestabilizowane etkami (E298, E301, E980). Dolał jeszcze trochę, bo wcześniej mu się rozlało i teraz też mu się rozlało, i miał już dosyć, i poszedł za kadź mieszalniczą półleżeć przez chwilę i zapomnieć o swoich osiemdziesięciu trzech kilogramach.
Obudził go głos sekretarki:
– Szary do kierownika!
Technik pragnący uciec do dnia jutrzejszego ocknął się i zerwał na nogi, nie do końca równe. Rzucał się od szafki do stołu z aparaturą. Wlał trochę kefiru w siebie, a potem, chyba przez pomyłkę, do kadzi. Cały drżał, gdy otwierał puszki ze smakami – wiedział, że ma dwie minuty, bo potem rozlegnie się na cały zakład głos z megafonu:
– Szary proszony na dywanik do prezesa!
Wsypał jeden smak i zamieszał, potem jeszcze jeden, ale mu się rozsypał. Nie sprawdził trzeciego, ale też wsypał. Doświadczenie podpowiadało mu, że im smak mniej określony, tym bardziej przechodzi u kierownika.
– Może z tym kefirem to nie jest zły pomysł. Kierownik przecież też ma kaca – przeleciało mu przez myśl, gdy wsypywał kolejne smaki.
Potem dolał jeszcze kefiru i dosypał smak kefiru domowego, ale nie za dużo, bo ręce mu drżały, a potem musiał jeszcze zamieszać i dodać trochę etek. Z tym poszło szybko, bo miał już gotową kompozycję stabilizatorów, polepszaczy i dosmakaczy, która jak dotąd zawsze się sprawdzała.
– Szary do prezesa na dywanik!
I pobiegł technik OSM „Paziocha” do prezesa, gdzie czekał już i kierownik produkcji.
Wziął głęboki odddech:
– Kefir o smaku jogurtu wieloowocowo-wielowarzywnego – powiedział w duchu posępnego entuzjazmu i oparł się o ścianę w oczekiwaniu na rozstrzelanie wzrokiem.
– Łyżkie mie da – powiedział prezes i jak na znawcę przystało zaczął od wąchania. Potem spróbował i kazał zrobić to samo kierownikowi.
– No! – powiedział po chwili, co w większości przypadków oznaczało, że jest dobrze.
– Tak, no, postarałeś się Szary tym razem. To jest dobre, prawda panie prezesie? – półszeptał kierownik, co robił zawsze w stosunku do prezesa w czasie jednego z tych bardzo złych dni.
– No tak, mie to jest dobre. I Francuzowi też. A kiedy one przychodzą, te babojady?
– A nie, to dopiero popopojutrze albo i po – powiedział kierownik i zaczął szybko jeść w ramach zmiany tematu przewodniego. – No dobre, takie wielosmakowe.
– No dobre. A potem zrobimy jogurta o smaku kefiru naturalnego z kawałkami świeżych owoców, tych z dostawy tej, co leży od trzech lat, bo za słodkie – powiedział prezes, a Szary mógł już teraz zaliczyć dzień do tych bardzo złych, a nie do tych bardzo, bardzo, bardzo złych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *