Prywatny dom rzeczywistości

Śmierć, choroba, obłęd, prywatna przestrzeńń, pogranicze – to chyba najczęściej wymieniane tematy poruszane przez jednego z najciekawszych współczesnych poetów, Eugeniusza Tkaczyszyna -Dyckiego. Mówi się, że jest to poezja osobna – i rzeczywiście, trudno na polskiej scenie literackiej znaleźć twórczość w jakikolwiek sposób korespondującą z literaturą tworzoną przez Dyckiego, a jakichkolwiek powiązań szuka się w tradycji barokowej. Mówi się, że jest to poezja poruszająca i pociągająca, poezja schizofrenii, traumy, cierpienia – tego co w życiu tak chętnie spychamy na margines. Mówi się, że Dycki pisze jeden, długi wiersz. Tym obiegowym już dziś opiniom nie sposób zaprzeczyć. Owszem, Dycki jest kontekstem dla samego siebie. Owszem, jest poetą trzech tematów. Owszem, obsesyjnie powtarza, a powtarzając zaciemnia sensy obecne w swojej twórczości.

Czy są one jednak ważne? Przecież jak sam pisze: istotą poezji jest nie tyle zasadność/ co bezzasadność napomknień i powtórzeń (IX).  I co powiedzieć więcej, co napisać? Właściwie w tym momencie ta recenzja mogłaby się urwać, zakończyć. W poezji Dyckiego jest jednak „coś”, co sprawia, że pomimo uczucia, że napisano już wszystko o jego poezji, powoduje, że kolejne próby odkrycia tego „czegoś”, kolejne próby choć przeredagowania tego, co o tej niezwykłej dykcji już powiedziano, są i myślę, że nadal będą. Jednocześnie, jakiekolwiek rozpoznania, jakie pojawiły się w przypadku tej poezji wydają się, przynajmniej mi, schematyczne lub niepełne. I nie jest to zarzut, bo ta poezja jest bardzo niejednoznaczna.

W tekstach Tkaczyszyna -Dyckiego nie ma bowiem oczywistości – choroba jest darem (IV, XXVI) i przekleństwem (XXXV, XXVII), poezja jest z Bogiem i mimo Boga (XLIII), matka jest ofiarą (XXXIV) i katem (XXXV)– i takich sprzeczności wskazać można jeszcze wiele.

Do lektury Piosenek o zależnościach i uzależnieniach podchodziłam kilkakrotnie. Nie raz też próbowałam odczytać ten tom i linearnie, i pozostawiając kolejność lektury w rękach przypadku. Za każdym razem otwierał się przede mną niepokojący, ale i fascynujący świat zbudowany ze wspomnień, napięć pogranicza, choroby i samotności. Poezja Eugeniusza Tkaczyszyna -Dyckiego przy kolejnym kontakcie coraz bardziej magnetyzuje, przeraża i intryguje, z każdym tomem, z każdym wierszem, z każdym  powtórzeniem i każdym ponownym odczytaniem tego samego tekstu. Kim jest podmiot  tego chyba nie sposób określić. Jaki jest ten  świat, odpowiedź też co najmniej pojawiła by się dwuznaczna.

Dla mnie pomimo różnorodności tematów splatanych wspólnym podmiotem, pomimo specyfiki tej przestrzeni jawi się ona, bynajmniej nie jednoznacznie, jako poetycka próba budowania domu, odszukania własnych korzeni, poczucia bezpieczeństwa i zrozumienia, zarówno świata jak i samego siebie. Już sama wizualna forma tej poezji przypomina swoiste „cegły”, z których potencjalnie budować można dom. „Bloki”, równo geometrycznie podzielone wersy tak, by w całości wiersz przypominał kwadraty czy prostokąty na „pierwszy rzut oka” uspokajają, łudzą przewidywalnością czy cyklicznością, jednak wczytanie się w kolejne teksty zamazuje pierwsze wrażenie. „Kwadraty” zbudowane są dzięki arbitralnym, rwącym teksty i sensy przerzutniom. Spokój staje się więc jedynie pozorem.

Podobnie postrzegać można powtarzalność tekstów. W tomie bowiem każdy sens jest niejako rozbity na wiele wierszy, frazy, motywy czy obrazy poetyckie są powtarzane, ale wielokrotność ta nie przypomina wiernego odtworzenia – jaki bowiem wówczas sens miała ta poezja – a jest stopniowym przetwarzaniem materiału poetyckiego, swoistą zabawą czy obracaniem w przestrzeni słowa myśli, których sens rozbity jest, rozbudowywany przez wiele tekstów. Chwilami przypomina to oglądanie świata przez szklaną kulkę deformującą rzeczywistość – jak w scenie z Podwójnego życia Weroniki. W ten sposób poeta buduje swoiste cykle – niejako metaforycznie – pokoje kształtowanego poetyckiego domu, z których każdy w pewnym stopniu jest sposobem na zrozumienie lub oswojenie fragmentu świata.

Największe wrażenie z takich „cykli” robi Piosenka pastuszka, gdzie sens krąży, przepoczwarza się i zawija tworząc niejako zwielokrotniony wymiar tego, co zostaje w tekście wypowiedziane. Całość złożona z trzynastu tekstów zaczyna się od próby odnalezienia się w świecie przeszłości i teraźniejszości pełnej ludzi/których dzisiaj już nie ma (VIII). Rozpoczyna go opowieść o siostrach, z których jednak przyniosła do domu najducha, syna pomylonego pastucha śpiewającego swoją pieśń: „pastuszkeim/ kiedyś byłem i ja/ krowy pasałem każdego dnia”. Pierwsza osoba użyta w cytowanym tekście piosenki, od którego także narodziła się nazwa cyklu, potraktowana może być zarówno jako wypowiedź pastuszka, jak i słowa wypowiadane przez sam podmiot. Cudzysłów sugerujący cytat może być jedynie zwodniczą grą, albo sugestią, że własnej przeszłości, siebie poszukiwać musimy w innych. Na cykl składają się refleksje metajęzykowe (X) czy kresowo – ojczyźniane (XI). Podmiot jakby szukał zakorzenienia w kolejnych warstwach społecznej świadomości, stopniowo schodząc do sfer coraz bardziej prywatnych. Oto bowiem pojawiają się przyjaciele z dawnych lat, a wraz z nimi nekrologi, które to stanowią esencję współczesnej poezji (XV). Czas zatacza koło, staje się swoiście cykliczny, niemal sakralny w swoim małym, prywatnym obiegu. Przemijanie, śmierć, rozstania i powroty, duchy przeszłości i znamiona teraźniejszości splatają się ze sobą, tworząc specyficzną sferę  powiązaną słowami i zależnościami – sferę, którą nazwać można metaforycznie domem.

Cykl Silva rerum wbrew pozornej przypadkowości sugerowanej w tytule jest kolejnym sposobem na oswojenie – tym razem choroby czy szpitali. ”Cykl” ten zaczyna się jednak od czynności pisania, postrzegania narracji jako sposobu na zapisanie, ale i zrozumienie siebie. Dziennik zdradza nam więcej, niż sami pamiętamy (XXV), stanowiąc skrupulatny dowód naszej codzienności (XIV) jest esencją życia; pytanie, czy nie najbardziej skondensowaną formą persony. W przypadku tych konkretnych tekstów dziennik jest jakby zapisem pragnień, działania instynktów, które także są naszą częścią, czasami niezrozumiałą, ale zawsze obecną: i budziliśmy się zawsze po stronie/ kamyka czyli po stronie łaknienia. (XXV) Szczerość wyznań pogłębia się, by stać się niemal ostrym krzykiem przepełnionym strachem przed schizofrenią, która jest jak pies/ przysięgam jak dwa wściekłe psy (XXXI), jak 10 palców, 10 prosiaków (XXVIII).

Choroba ta  jest więc totalnością, sakralnością i swoistym prawem (nietrudno bowiem o skojarzenie z dekalogiem). Opisanie tego doświadczenia, spisanie go w dzienniku (pojawiającym się w pierwszych wierszach „cyklu”) jest także sposobem na oswojenie traumy, które prowadzić może do poczucia bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa cechującego dom.
Kolejno pojawiają się refleksje dotyczące młodości, matki i jej śmierci, przyjaźni. Wszystko to wirujące jakby w jakimś dziwnym „bezczasie”, czasie prywatnych wspomnień i porządków. Układanie świata, budowanie domu i bezpieczeństwa zwieńczone jest szeregiem refleksji o swojej tożsamości seksualnej, przynależności, do określonej orientacji, miejscu osób homoseksualnych, a dokładniej tego konkretnego podmiotu w społeczeństwa. Nie jest to jednak wpisywanie się w nurt literatury homoseksualnej, a jedynie wpasowanie tej cechy, jak nowego mebla, w świat swojego „wewnątrz-poetyckiego” domu.

Tekst L, pięćdziesiąty i jednocześnie zamykający tom ma formę bezpośredniego zwrotu do Boga ukrywającego twarz, do którego wznoszona jest prośba o poezję i wizjonerstwo – uczyń mnie uczyń poetą/ choć ja po dziś dzień wypatruję ich przyjścia. Ich, czyli staroświeckich ciotek, pokoi (…) dzieciństwa. Poezja jest więc tu siłą sprawczą, budująca i porządkującą poplątany świat, utkany na wpół ze wspomnień, na pół z imaginacji . Dom, który powstał dzięki sile pióra, dom niestały, poskładany z pojedynczych cegiełek – wierszy połączonych spoiwem powtórzeń i tematów.
Po co jednak taka poezja? A dokładniej, po co wczytywać się w brudny i marginalny świat „jakiegoś tam” Dyckiego?

Pomimo wyrazistej prywatności tych tekstów, pomimo obnażania w nich wewnętrznego świata podmiotu, pomimo chwilowo trudnej do zrozumienia powtarzalności jest to poezja niezwykła, zarówno jeśli chodzi o język, który jest wyrazisty i bogaty. U Dyckiego  frazy, różnią się nieraz tylko jednym słowem, formą gramatyczną. Ta formalnie niewielka zmiana wprowadza jednak w kolejnych, korespondujących ze sobą wierszach nowe treści, które, właśnie poprzez tak silne podobieństwo, tworzą silne napięcia w tekstach. Podobnie kompozycja tomu – poszczególne „cykle” stanowią półzamkniete całości   – z jednej strony zakończony temat otwiera jednak przestrzeń na podjęcie kolejnego problemu – oswojenie fragmentu rzeczywistości. Osobista przestrzeń zarysowywana w wierszach nie przyciąga obnażaniem siebie, a szczerością i prawdziwością przedstawianej rzeczywistości. Choć prywatna, wyrasta w niemal uniwersalne spostrzeżenia, momentami ogólne refleksje, które są tym silniejsze, że wyprowadzone z doświadczenie i przeżyć. Świat przedstawiony w tomie Piosenka o zależnościach i uzależnieniach jest, pomimo pozornej odległości, prywatności, zamknięcia, chyba jednym z najbardziej realistycznych obrazów poetyckich. Za piękną fraza, poruszającą metaforą kryje się bowiem zmaganie człowieka ze światem. Takim prawdziwym – brudnym, ciemnym i przerażającym.
Metafora budowania poetyckiego domu, rozpoznania „cegieł” i oswajania to jednak tylko hipoteza. Przypuszczenie, które może być tak samo słuszne, jak i absurdalne. Najlepiej więc spotkać się z tą poezją osobiście i doświadczyć „na własnej skórze” siłę oddziaływania twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna – Dyckiego.

Joanna Winsyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *