Scena kontra ekran

Dwa lata temu, w ramach prezentu z okazji rocznicy ślubu, zafundowaliśmy sobie bilety na wspaniały spektakl w Teatrze Muzycznym „Roma”. Choć każda sztuka jest tam wydarzeniem, mam na myśli oczywiście „Upiora w operze” Andrew L. Webbera. Jako wielbiciel wersji filmowej nie mogłem odmówić sobie możliwości skonfrontowania tego, co widziałem na ekranie ze spektaklem na żywo.

„Upiór w operze” w wersji ekranowej jest przepiękny. To truizm, wiem, ale musiałem to napisać. Chodzi mi oczywiście o wersję z roku 2004-ego w reżyserii J. Schumachera. Film nakręcony jest bardzo plastycznie, wiele scen, zatrzymanych w stopklatce, z powodzeniem można by oprawić w ramki i powiesić na  ścianie, ciesząc wzrok. Christine w swym pokoju pełnym kwiatów, upiór z różą w zimowej scenerii – kunszt operatora kamery jest naprawdę nieprawdopodobny. Scena na cmentarzu, kiedy Christine idzie na grób ojca, to moim zdaniem jedna z najpiękniejszych, najbardziej wzruszających scen nie tylko tego filmu, ale w ogóle kina. To film, który mogę oglądać na okrągło.

Nic więc dziwnego, że na widowni Teatru „Roma” zasiadałem mocno podekscytowany. W końcu miałem możliwość obejrzeć ulubione dzieło na żywo. Jak wypadło?

Napiszę tak – film jest ekscytujący, ale ani przez moment nie zostałem wbity w fotel tak, jak już  podczas pierwszej sceny spektaklu. Moment, kiedy rozlegają się potężne dźwięki uwertury, gigantyczny żyrandol unosi się nad głowami, a stara, zakurzona opera zmienia się w momencie w pełen życia budynek jest niesamowita. Teatr zdawał się drżeć, a ja drżałem wraz z nim. I co najważniejsze – to uczucie trwa aż do końca. Artyści i obsługa sceny (oraz wspaniała orkiestra) zadbali o to, by Poczucie uczestnictwa w czymś wzniosłym, pięknym nie opuszczało publiczności ani na moment. I to jest olbrzymia przewaga teatru nad kinem.

Wydawać by się mogło, że w starciu z przepełnionym efektami specjalnymi filmem spektakl na żywo nie ma szans. O słodka naiwności! Scena zejścia Upiora z Christine do lochów – w filmie prosta, wręcz banalna do zrobienia, ale jak to zrobić w teatrze? Da się. Kto był, ten wie, kto nie był, temu nie wyjaśnię. Sami zobaczcie. Dodam tylko, że loch ma jest wysoki na kilka wysokości sceny.    I kolejny efekt – w filmie Christine zaczyna swą partię („Think of Me”)  podczas próby, kończy ją na scenie wśród publiczności. Świetny efekt specjalny? Oczywiście, ale na scenie udało się osiągnąć identyczny – bez wspomagania sztuczkami kamery! Jak? Zapraszam do „Romy”. Pokuszono się nawet o fajną sztuczkę, której w kinie się raczej nie osiągnie. Oto przed początkiem drugiego aktu, kiedy kotary są zasunięte, dwoje właścicieli teatru przepuszcza jedną z tancerek, rozsuwając zasłony. Widać wyraźnie, że za nimi nic nie ma. Aktorzy również wchodzą, zasłony się rozsuwają (trwa to dosłownie kilka chwil) i nagle, zamiast spodziewanej pustej sceny, mamy jedną z najefektowniejszych scem musicalu – Bal Maskowy. Efekt jest piorunujący!

A już scena finałowa – „Loch rozpaczy” – to sceniczny majstersztyk. Na pierwszym planie loch, Upiór, Christine i Raoul (nie cierpię tej postaci, swoją drogą). W końcowym etapie – loch, w tle przepływa łódź z Christine i Raoulem, a jeszcze dalej w tle – ludzie z pochodniami, szukający potwora. Naprawdę, przy żadnym filmie nie miałem odczucia, że chcę uklęknąć i złożyć hołd artystom i obsłudze.

A słynna scena z żyrandolem? Kino się umywa. Choćby zastosowano jakimś cudem jeszcze lepsze efekty niż w filmie Schumachera, choćby ktoś nakręcił to jeszcze perfekcyjniej – nigdy w kinie nie osiągnie się takiego efektu, jak na scenie. Czy raczej nad sceną. Nawet znając libretto zostałem ponownie wbity w fotel i z trudem stłumiłem chęć ucieczki. Kiedy sypiący iskrami, strzelający, szumiący i kołyszący się olbrzymi żyrandol opadał, cieszyłem się, że nie siedzę w pierwszych rzędach.

Kino? Zawsze jest jakaś świadomość, że przed nami są aktorzy, którzy wszystkie sceny powtarzają do znudzenia, dopóki nie osiągnie się perfekcyjnego efektu. Na scenie nie ma takiej możliwości. Tu się wychodzi i gra. Dlatego pełen jestem podziwu dla aktorów, po których nie było widać znudzenia odgrywanymi od kilku miesięcy rolami.

No i jeszcze takie moje subiektywne odczucie – Christin Daae w wersji scenicznej jest znacznie bardziej pełna życia niż ciepłokluskowata wersja filmowa. I chwała jej za to – według mnie ta filmowa jest strasznie nudna.

Wersja sceniczna ma jeszcze jedną zaletę. Film – można obejrzeć, kiedy ma się ochotę. Spektakl – to wydarzenie jednorazowe. To coś, co wspominać się będzie długo jako wspaniałe wydarzenie w naszym życiu.

Dlatego właśnie scena jest tak wyjątkowa.

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *