Facet ze skrzydłami jakby żywcem wyjęty z Marqueza

Facet ze skrzydłami jakby żywcem wyjęty z Marqueza pojawił się znienacka w Klawiszach w czwartek nad ranem. Pierwsza zlokalizowała go stara Jackowska, brnąca ze swoim radiem tranzystorowym (które uparcie tak właśnie nazywała, mimo iż obaj synowie długo i namiętnie tłumaczyli jej, że teraz każde ale to każde radio jest na tranzystorach) nastawionym na stację Ojca Podgrzybka (zwanego również nie wiedzieć czemu—skoro oficjalnie pełnił funkcję prezesa—Ojcem Dyrektorem) na poranną mszę.

Facet leżał na boku i lekko postękiwał. Stara Jackowska podeszła, zachowując bezpieczną odległość, i zagadnęła.

– A ten, to co un za jeden?

– Któren? – odparł facet i obejrzał się za siebie.

– No UN!

– A, ja? Azrael jestem. Anioł.

Stara Jackowska (do której przylgnął ten epitet jak członek Samoobrony do rządowego stołka, choć w całej wsi nie było ani jednej młodej Jackowskiej) prychnęła z niedowierzania i popędziła co sił do zakrystii, gdzie ksiądz Pochwała przygotowywał się do nabożeństwa.

– Księże proboszczu, księże proboszczu! Anioł! – wrzasnęła stara Jackowska, stanąwszy przed zaspanym kapłanem.

– Ale to chyba jeszcze nie powód, żeby nie pukać, prawda? – powiedział, sądząc, że dzień, którego nadejście przewidywał od dobrych dziesięciu lat właśnie nastał. Dzień, w którym stara Jackowska ostatecznie zapodziała ostatnią zdrową klepkę. – Przebierać się mogłem, prawda?

– Szybko, szybko, bo uciknie! – stara Jackowska nie dawała za wygraną. – Podle starego dębu leży, pójdzie ksiądz proboszcz i obaczy!

– A… – ksiądz Pochwała chciał powiedzieć, że jak pójdzie, to nie będzie komu mszy odprawić, ale i tak kościół był pusty, a stara Jackowska jedyną regularną uczestniczką porannych nabożeństw. Przeniesienie ich na godzinę szóstą (pod naciskiem, jakże by inaczej, starej Jackowskiej) miało coś z tym wspólnego.

Ruszyli pod stary dąb, gdzie rzeczywiście postać jakby aniołopodobna, oparta o pień drzewa, konwersowała z tubylcami, rozbudzonymi okrzykami starej Jackowskiej.

– A coście anioła nie widzieli? – burknął Azrael, kiedy któryś z gapiów zażądał zamachania skrzydłami.

– Taki tam anioł jak z koziego bobka procesor – rzucił Wysocki, były właściciel wizerunku Matki Boskiej na szybie, rozbitego w drobny mak przez księdza Pochwałę (w ramach walki z zabobonami i wprowadzaniem wiary katolickiej w wiek dwudziesty pierwszy).

– Nonono! Bez takich mi tu! Wiesz jaką ja funkcję TAM pełnię…em?

– Po stroju zgaduję, że dozorcy!

– Śmierci! Śmierci aniołem! – ryknął, aż zatrzęsły się szyby, na których nie było żadnej plamy przypominającej Maryję Dziewicę z Dzieciątkiem. Po czym dodał pod nosem: – Byłem.

Krąg wokół Azraela nieco się rozluźnił. Prawda, nieprawda, ryzykować nie warto.

Dopiero teraz ksiądz Pochwała mógł się swobodnie przyjrzeć przybyszowi. Ocenił jego brudną koszulę, trzydniowy zarost, siniaka pod lewym okiem i otarcie na czole. Pokręcił z dezaprobatą głową.

– Jeśli jesteś aniołem, rozprostuj skrzydła i wznieś się ponad wioskę – ksiądz Pochwała zwrócił się do Azraela.

– Że co? – który mocno się zdziwiły na takie słowa sługi Bożego.

– Albowiem napisane jest w Piśmie – improwizował kapłan – Anioł Pański obdarzon był mocą lotu, by niedowiarkom objawiać chwałę Pana, prawda?

– No bez jaj, ciekawe w której księdze? Znam na pamięć, robiłem korektę dla tego jełopa Gabriela i nigdy na taki tekst nie natrafiłem.

– Księga Nataniela, rozdział szósty, wers dwudziesty trzeci, prawda? – łgał ksiądz Pochwała.

Przez mikrotłumek przeszedł szmer podziwu nad uczonością proboszcza.

– To chyba jakaś wersja apokryficzna – burknął Azrael, widząc, że zebrani stali po stronie swojego duszpasterza.

– Wzleć albo zamilknij na wieki – zabrzmiało ultimatum.

– Ale, kurwa, wybór – jęknął anioł i natychmiast ugryzł się w język, odrobinę za późno. – To nie wiecie, że skrzydła są od parady? Taki mundur galowy, Lucyfer pierwsze co zrobił po upadku, to się pozbył skrzydeł. A wy mi tu takie…

Zapadło milczenie. Klawiszanie wyczekująco patrzyli na anioła, a ten jął dłubać paznokciem w zębach. W tle piały koguty i ujadały psy, wiernie tworząc wiejski klimat. Po jakichś dwóch minutach ksiądz Pochwała zadecydował, że pora ogłosić nieomylny wyrok.

– Nie ma tu żadnego anioła – powiedział i anioł zniknął.

Z tym, że nie zniknął tak zupełnie. Zniknął sprzed oczu klawiszan, ale jego poobijane ciało dalej fizycznie zajmowało wycinek przestrzeni pod starym dębem. Tylko nikt go już nie widział…

– Hej! No co wy? Ja wam mogę kupę szczęścia przynieść, wiecie ile wsi ma swojego własnego anioła? Tylko nakarmcie, napojcie, dajcie dach nad głową, a zacznie wam się wieść lepiej niż kiedykolwiek.

…ani nie słyszał. Ich oczy uszy zaklejone były nieprzezroczystą taśmą niewiary. Poczęli rozchodzić się do domów, bo to przecież trochę głupio tak stać pod starym dębem, pod którym w dodatku nie leżał żaden anioł…

Azrael pokazał księdzu środkowy palec, lecz wcale nie poprawiło mu to podłego nastroju, tym bardziej że i Pochwała przestał go dostrzegać.

Postanowił rozprostować kości i rozejrzeć się po wiosce. W brzuchu burczało mu z głodu, gardło miał spieczone, mięśnie zakwaszone jak po długim biegu. Przeklął po cichu swoje wygnanie za niesubordynację i zakaz opuszczania Klawiszy aż do odwołania. Szef miał, jego zdaniem, nieco średniowieczne pojęcie o dyscyplinie.

Po cichu liczył na to, że ktoś go zauważy i poratuje w niedoli. Niestety, wieść o nieistniejącym aniele rozeszła się po okolicy jak fale tsunami po oceanie. Był niewidzialny, a jego przyszłość rysowała się w nieciekawych barwach.

Przez następne kilka dni ta przyszłość przybrała barwy wręcz żałobne. Pił wodę z kałuży, jadł to, co udało mu się podebrać świniom z koryta. Próbował nawet raz wybrać kurczaka z kurnika, ale spostrzegawczy gospodarz przegnał go z pomocą solidnej drewnianej pałki, święcie przekonany, że obił grzbiet oszalałemu lisowi.

Czternastego dnia, w Wielki Piątek, stało się jasne, że dla Azraela ta historia nie skończy się dobrze. Upadł na trawnik pod kościołem i zapatrzył się w niebo. Było niebieskie i zapraszająco czyste. Nie miał już siły, żeby wstać. Leżał i patrzał, jak ludzie przechodzili obok niego, wymieniając się w drodze na Drogę Krzyżową najnowszymi plotkami.

Nagle coś błysnęło, huknęło, zatrzęsło ziemią. Ruch przed kościołem zamarł. Z nieba, jak płatki śniegu, zaczęły lecieć drobne, burobiałe piórka.

Azrael zakończył swoje ziemskie wygnanie w wielkim stylu. Jego ostatnia myśl, zanim zjednoczył się z wszechświatem i—zaczynając od najniższego szczebelka anielej drabiny kariery—wrócił do zawodu,  brzmiała: „Kurwa, jednak serio nie było się nad kim litować”.

Żaden facet ze skrzydłami jakby żywcem wyjęty z Marqueza nigdy więcej nie pojawił się w Klawiszach.

8-9/4/2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *