Wiersze Danki Okupińskiej część druga

7 . ALBO

Niedawno umrzeć                       albo          pogrzebać przeszłość.
Obezwładnić ból                         albo          zapomnieć własnej twarzy.
Okraść pana Boga                      albo          ocalić piekło od zagłady.
Nie kochać ludzi                         albo           rozmawiać z aniołami.
Rozpalić słońce                          albo           posolić chleb.
Pobłogosławić ciemność            albo           odnaleźć uroczysko.
Okiełznać diabla                         albo           wychować drzewo.
Spaść z chmury                          albo           podtrzymać ogień.
Zastygnąć w rozpaczy                albo           powąchać kwiat.
Podsłuchać cudzą rozkosz         albo           zakrztusić się własną.

Albo ocalić własną duszę.

8 . GDYBYM BYŁA DUCHEM

Gdybym była duchem,
Umiałabym fruwać.
Z powagą i godnością,
Przynależną mojemu stanowi,
Delikatnie unosiłabym się nad życiem.

Spokojna nareszcie o własne sprawy,
Podglądałabym.
Przenikając ściany, sny i dusze,
Wkradałabym się do środka,
Usiłując odgadnąć
Odwieczną tejemnicę niewiecznego życia.

Chyba lubiłabym ludzi.
Bezczasowość własną zapełniałabym
Cudzym brakiem czasu,
A rozproszonym emocjom
Odejmowałabym ciężar bezsensu.

Nie drwiłabym z tych, którzy wierzą,
Jako i nie potępiała się niewierzących.
Sama sobie bogiem i kompasem
Zmierzałabym spokojnie do kresu waszego
Nie mogąc własnego zobaczyć.

9. BÓG PODLEWAŁ

Bóg podlewał.
Na rozpaloną, popękaną ziemię
Wylewał chmury wrzątku.

Zdumiona ziemia
Zapłakała suchym szlochem,
Paląc się z cudzego wstydu.

Ukarana i pokorna
Uniosła poparzoną twarz ku słońcu,
Prosząc o zbawienie.

Jakiś kwiat, może być mak, może róża
Rozpostarł skrzydlate płatki
Iskrami czerwonej rozpaczy.

Ktoś chyba umarł,
I było to niesprawiedliwe.

Bóg błogosławił,
A ja myślałam,
Wszystko jedno,
bo jutro przecież spadnie deszcz.

10. LATO

Lato,
Zmęczone ciężkim upałem
I własną powtarzalnością
Z ulgą przysiadło na rozgrzanym kamieniu.
Opuchnięte pełnią słońca nogi
Zamoczyło w przydrożnym rowie.

Obserwowało słoneczniki.
Żółte talerze ich satelit
Wysyłały kosmiczny komunikat
O raptownej nadwyżce oleju.

Lato
Jak co roku pomyślało
Że to jednak smutne
Tak rozpinać się bezwładnie
Pomiędzy minioną wiosną a przyszłą jesienią.

Ściskając w ręce ciepły kamyk
Płacze nad nagłym odkryciem
Że jeszcze jestem a już mnie nie ma
I nie umiem się powtarzać.

11 .CZASAMI JESTEM PIASKIEM

Czasami jestem piaskiem,
A czasami ziemią.

Zależy od czasów.
Czasami czas przesypuje się bezwładnie
Przez moje bezradne palce,
Czasami czas pracowicie nie nadąża.

A ja za nim.
Za czasem.
Zawsze w tyle, nie w terminie.
Gdzieś poza.
Spóźniona.

Patykiem na piasku
Robię listy spraw do załatwienia.
Do przeżycia, do śmierci.

Albo inaczej.
Próbuję w ziemi.
Ziemia niby to rozumie,
Niby to współczuje.
Brunatne grudy mojego trudu
Przynajmniej pozostawia po mnie
Jakiś brudnawy ślad.

Bo piasek nie.
Z perspektywy piasku
Nawet błędy są nieistotne.

Nie lubię być wieczna,
Ale chyba muszę.

12. CZŁOWIEK CISZY

W domu człowieka ciszy
Czajnik tłumi kaszel.
Kiedy nadchodzi pora na wybuch,
Bezradnie krztusi się śliną.

Kran wstydliwie pochyla głowę,
Przełykając łzy po kryjomu,
Smutne kapcie wzdychają za czasami
Kiedy pozwalano im szurać.

Za kapciami
Bezszmerowo
Przesuwa się człowiek ciszy.

No bo po co
Dźwięki wydawać na próżno,
Hałas boli, a życie tyle kosztuje,
A tu jeszcze woda poszła w górę
I ten kran…

A ja w dół
Obsuwam się spojrzeniem,
Plecami pochylonymi,
Zmartwieniem wczorajszym.

13. GDYBY TYLKO

Gdyby tylko
Dzień się zgodził
Zostać lupą nocy,
Pod którą uważnie oglądam
Maleńki kawałek
Wczorajszego snu.

Cierpliwym podmuchem suchych warg
Umiałabym wtedy sprawić,
Że z moich wspomnień
Wypełznie wątły płomyk
Zwiastujący triumfalny powrót mej historii.

Gdyby tylko
Dzień się zgodził
Zostać lupą nocy,
Pod którą uparcie powiększyłabym
Nagle olśnienia, migotliwe przypomnienia,
Sekretne rewelacje.

Gdyby tylko
Bóg zrozumiał,
Że nachalne klonowanie dni
Jest całkiem niepotrzebne.

14. DUSZA

Czasem dusza – ale rzadko bardzo –
Ludzkim głosem przemawia.
Normalnie się nie miesza
W sprawy świata wielowymiarowego.
Nie w jej stylu jest przecież
Zakłócanie porządku rzeczy.

Bywają jednak takie noce
Kiedy w cieple i ciemności sypialni
Coś krzyknie nagle przez sen,
Zakwili, zawyje, zapłacze,
Postraszy potworami,
Zaśmieje się półgębkiem,
Zagada językiem zapomnianym.

Raptem czymś zniecierpliwiona
Usiłuje wyplątać się z trzewi,
Przedrzeć rozpaczliwie przez gardziel,
Rozewrzeć choć na chwilę zaciśnięte powieki
Aby zaczerpnąć tchu.
Ciało jednak mocno trzyma.

Wraca więc pospiesznie
Zawstydzona takim obrotem sprawy,
Otulając się mocno
W wilgoć własnego ciała.
Zrezygnowana, ale spokojna
Przysypia na nowo
Ukojona rytmicznym biciem serca.

Nie będzie już więcej przeszkadzać.

0 thoughts on “Wiersze Danki Okupińskiej część druga

  1. Piękne wiersze, nietuzinkowe, zawierajace głeboką mysl, mowiace o troskach naszego życia w niezwykły, przejmujący sposób, niby smutne, ale zawsze zawierające nutkę optymizmu.
    Bardzo dobra, wysokiej klasy poezja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *